Zakłamywacze Historii

Ewa Jaroszyńska wpadła na genialny pomysł.

Oto co napisała do nas (czyli do Gdańskiego Desantu: Danki Lietke, Arka Zygmunta, Agi Syroki i mnie. )

„primo: 1. kwietnia zbliża się wielkimi krokami. Gdańszczanie obchodzili Prima Aprilis bardzo dowcipnie.

secundo: brać przewodnicka łapie się za głowę, słysząc samozwańczych oprowadzaczy nazywających np. Ratusz Głównomiejski Kościołem Mariackim czy opowiadających historie o usypywaniu Biskupiej Górki, itp., itd.

Zróbmy primaaprilisowy spacer z przewodnikami, opowiadającymi wymyślone, absolutnie nieprawdziwe historie, z nadaniem tytułu bajarza roku, co wy na to?”

Oczywiście byliśmy natychmiast na tak!

Zresztą nam akurat niewiele potrzeba, by się skrzyknąć (czy do wyjazdu w Polskę na szkolenie, czy na wyprawę całkiem niedaleko, czy na spotkanie ot, dla przyjemności)…  Jak  w popularnym powiedzeniu: „mówisz, masz”.

Natychmiast też Ewa utworzyła na niezawodnym facebook-u wydarzenie:

Tuesday, April 1, 2014       godz. 17:00

Start: Wielka Zbrojownia (od ul. Piwnej)

Całkowicie nieodpowiedzialnie i zupełnie bez troski o fakty grupa założona ad hoc „Zakłamywacze Historii” zaprasza na primaaprilisowy spacer z przewodnikiem i partaczem po Głównym Mieście

Postanowiliśmy, że nie zachowamy tego wariactwa dla siebie tylko, ale rozpropagujemy. Poprzez Facebook-a, maile, i sms-y zaprosiliśmy do udziału nasze Rodziny, Znajomych bliskich i dalszych, także nasze ulubione Koło PTTK w Elblągu… Ewa dokooptowała także paru innych przewodników.

Odzew był niemal natychmiastowy. Zrobiła nam się pokaźna grupka zaciekawionych i chętnych posłuchania. I także współopowiadania.

I tylko jedna osoba zapytała mnie mailowo dlaczego – czemu ma to służyć… Czemu my akurat – przewodnicy z długim stażem i tzw. „nazwiskami” chcemy robić z siebie „pośmiewisko”.

Już wyjaśniam:

Otóż, czas jakiś temu pewien kolejny minister zderegulował zawody. (N.B. sam był wybitnym przykładem na to, że NIE powinno się zatrudniać na odpowiedzialnym stanowisku człowieka absolutnie nie przygotowanego do tak ważnej funkcji…)

W tym amoku deregulacji wszystkiego, ówże zderegulował też zawód przewodnika. Turystycznego przewodnika.  Teraz, aby oprowadzać, nie trzeba licencji, wiedzy, lat nauki, szkoleń, kursów, nie trzeba wydawać ciężkiej kasy na książki, czy kolejne kursy dokształcające… Nie trzeba też ogłady ani żadnej metodyki… Teraz wystarczy „pasja” (jak bardzo się zdeprecjonowało to słowo dzięki indolencji urzędniczej).

W związku z tym – na ulicach wszystkich miast Polski można obecnie usłyszeć, co tacy samoistni oprowadzacze plotą. A często plotą jak przysłowiowy Piekarski na mękach.

Owszem, ktoś powie, że słynny Christoph Maucher  też był partaczem.

Ale – Maucherów ci u nas niewielu, oj niewielu 😀 za to partaczy z krwi i kości (w najgorszym tego słowa znaczeniu) – wprost przeciwnie.

Jednego wszakże nie wziął ów deregulator pod uwagę.

Ci z tzw. nazwiskami są sprawdzeni, mają markę. Można im zaufać, że nie powiedzą np. w Muzeum Stutthof, że tu zagazowano miliony (wskazując przy tym na Krematorium) – podając pierwszy przykład, jaki podsłuchałam. Można im też powierzyć kasę imprezy, wiedząc, że będą wiedzieli jak się z tego rozliczyć, można zaufać ich zawodowej uczciwości, że turysta dowie się prawdy, a nie usłyszy „Bajki z Mchu i Paproci”… Można im powierzyć tzw. trudną grupę, z którą sobie poradzą, bo mają lata praktyki.

No i niebagatelna sprawa, na licencjonowanego przewodnika można złożyć skargę w razie rażących uchybień (tak, jak to można zrobić w wypadku nieuczciwych  biur podróży). A na takiego bez licencji – już nie, bo nie figuruje w żadnej ewidencji (podatkowej także 😉 ). No, chyba, że ktoś lubi robić interesy z przysłowiową firmą „Krzak” 😉

Mogłabym wymieniać całą listę – ale nie czas i miejsce po temu.

I znowu od razu zaznaczam, że i wśród licencjonowanych przewodników trafiają się czarne owce, które niestety przekłamują obraz prawdziwego przewodnictwa. Jak wszędzie, w każdym zawodzie. Jeśli napiszę że nauczyciele to dno, 5 m mułu i szuwarki, czy że każdy lekarz to konował, lub że każdy ksiądz to klecha… to natychmiast dostanę stos maili z pretensjami. I słusznymi. Ale niestety widzi się przeważnie to, co złe, bo bardziej się rzuca w oczy.

A więc – 1 kwietnia chcemy pokazać CZYM grozi deregulacja. I jakie ma skutki. To, co będziemy opowiadali, będzie kompilacją rewelacji, jakie podsłuchaliśmy w biegu, po drodze, natknąwszy się na takich właśnie samozwańczych deregulacyjnych oprowadzaczy.

Zdziwicie się Państwo, CO potrafi taki ktoś przekazywać grupie, która przecież przyjeżdża zwiedzić, i niekoniecznie zna historię tak miejsca jak i obiektu.

W imieniu Ewy Jaroszyńskiej, Danki Lietke, Agi Syroki, Ewy Heliosz, Arka Zygmunta, Koleżanek i Kolegów Przewodników Licencjonowanych, a także swoim:

ZAPRASZAM na niezapomnianą wyprawę po Gdańsku.

😀

… a dzisiaj w TVN…

Policjant z pasją

Rysiek był jedną z pierwszych osób w Wiadomym Zamku, która mi zaproponowała materiały na nauki, podczas kursu. On i jego Żona, Ania – dzielnie mnie wspierali w moich przygotowaniach do najważniejszych egzaminów w życiu. I, między innymi, to właśnie dzięki ich wsparciu – zdałam. Praktyczny na 6 i teorię na 5 😀

A więc jeśli ktokolwiek będzie chciał zwiedzić Wiadomy Zamek niestandardowo, bez wysłuchiwania tysiąca dat i suchych faktów, a będzie chciał usłyszeć o LUDZIACH i ich CZASACH, to Rysiek jest odpowiedni.

Napisałam w moim angielskim Tutivillusie, że miałam szczęście w życiu, bo zdobyłam Wiadomy Zamek, i spotkałam po drodze Ludzi z Pasją, Życzliwych i pełnych Sympatii dla Świata.

Ania i Rysiek należą do tego grona.

😀

Z cyklu Ciekawe – Kawa po franciszkańsku w Pakości

Poniżej wklejam w całości artykuł z Aktualności Turystycznych.

Komentarz?

Jeden: rewelacyjny pomysł!!!!

Kawa wygląda jak piekielna smoła, jednak działa cuda towarzyskie nawet w klasztorach. Wiadomo, dla towarzystwa „kowal dał się powiesić, a kapucyn ożenić”. Ze związku potrzeby i przyjemności w Pakości na Kujawach (województwo kujawsko-pomorskie) zrodziła się kawa po franciszkańsku. Ojcem pomysłu jest Inowrocławska Lokalna Organizacja Turystyczna, a personalnie jej prezes, Szymon Grudziński.

Ściślej mówiąc, pomysł narodził się jakieś dwa lata temu na… kursie dla bezrobotnych. Prezes Grudziński, właściciel biura turystycznego w Inowrocławiu i restauracji w Toruniu, był na nim wykładowcą. Kawa po franciszkańsku może być odtrutką na bezrobocie w Pakości, uznał. Pomysł bezrobotnym się spodobał: jest klasztor franciszkański, zakonnicy zajęli się na wielką skalę remontem miejscowej Kalwarii – perły architektury i klejnotu sztuki Kujaw. Żeby uatrakcyjnić turystom pobyt i zatrzymać ich tu na dłużej, warto zaproponować im coś więcej. Klasztory słyną z dobrej kuchni, kawa po franciszkańsku może być wabikiem.

Turysta wyręczy młynek

Entuzjazm w zakonie nie wszystkim się udzielił, ale „dłużej klasztora niż przeora”. Na dobre kawa zagościła w refektarzu zakonnym w tym roku (2012), jej parzenie to istny rytuał, zamiast młynka używają tu kamieni, niczym żaren, pozostawiając mielenie turystom, co jest dodatkową atrakcją.

Potem robi się tajemniczo. Porcelanowe dzbanki miejscowe parafianki biorą w dłonie i osobiście nalewają kawę turystom, którzy ochoczo podstawiają filiżanki. Czegoś więcej z pękatego naczynia dolewa do filiżanek kolejna niewiasta. Co? – nie wiadomo. Niektórzy wyczuwają cynamon, z pewnością w kawie jest miód, bo to składnik, który samemu dolewa się do kawy z pojemników stojących na stole. Zapytani o recepturę kawy po franciszkańsku miejscowi nabierają wody w usta. A smakuje wybornie, jest aromatyczna, co muszę przyznać, choć kawy nie pijam, czym wzbudzam zdziwienie w towarzystwie kleru niczym kosmita. Nie spróbować jednak turystycznej kawy po franciszkańsku byłoby reporterskim zaniechaniem, czyli grzechem. Ryzyko się opłaciło.

Do kawy pasuje ciastko, w Pakości robią je sami, pakują po trzy w celafon, dokładają po obrazku papieża-Polaka i widokówkę z widokiem Kalwarii Pakoskiej. Na pamiątkę i jako przypomnienie, że Jan Paweł II też podróżował i takie miejsca jak Pakość traktował z atencją jako szczególny nośnik kultury, tradycji i wiary.

Żywy przewodnik na deser

Przy takim poczęstunku świetnie smakują opowieści, które snuje miejscowy przewodnik. Turyści robią wielkie oczy, dowiadując się, że siedzą w dawnej sali rycerskiej. Zamek i kościół w Pakości to jeden kompleks architektoniczny, wyrósł w miejscu zamku, którego załoga dzielnie stawiła w 1332 r. opór Krzyżakom. Najechali Kujawy, pustosząc je. Na zamku w Pakości połamali sobie zęby. W czym wielka zasługa wojewody brzeskiego Wojciecha z Kościelca, który dowodził obroną. – Na Kujawach oparł się im jedynie nasz zamek – opowiada przewodnik nie kryjąc dumy.

W poł. XV w. w Pakości zagościł ruch husycki, który narodził się jako znak  sprzeciwu wobec korupcji, wynaturzeń i nadmiernego bogacenia się kleru w Kościele katolickim. Jednak choć miał on charakter oddolny, ludowy i niósł idee braterstwa nie wszędzie dobrze wspominają husytów, bo ich frustracja przerodziła się w agresję, idąc przed siebie bywali okrutni, palili kościoły, mordowali zakonników. Tak stało się choćby w Ząbkowicach Śląskich na Dolnym Śląsku, gdzie splądrowali miasto i torturowali mnichów z miejscowego klasztoru dominikanów.

Gdy zamek w Pakości wszedł w okres kontrreformacji, jego stan był fatalny. Obecnie zostało z niego niewiele, m.in. pierwotny układ przestrzenny z dwoma wjazdami wskazującymi na podział na zamek dolny i zamek górny.

Koń Sobieskiego…

… „Koń jaki jest – każdy widzi”.

Niestety, ksiądz dobrodziej widać nie przewidział, że jednak NIE każdy 😉

Otóż…

Stoi sobie pomnik w Gdańsku: król Sobieski siedzi na koniu. Koń cudny. Król nieco mniej, ale że przecież był w swoisty sposób związany z Gdańskiem, to sobie jest. Tym bardziej, że jak mało co w Moim Mieście – skwer na Targu Drzewnym udał się zarządzającym miejską zielenią…

I tak sobie ten pomnik stał spokojnie, do momentu, aż 12 lat temu poszłam na kurs przewodnicki. Jak na każdym kursie – i my mieliśmy serię obejść miasta z instruktorami. Któraś z kolei nasza trasa wiodła obok pomnika. Instruktor do znudzenia wymieniał daty bitew wszelkich, w których brał (czy nie) udział Jan Sobieski, zupełnie nie zauważając KONIA. Nie wytrzymałam i zadałam pytanie. Pytanie o rasę owego konia.

Dopuszczam odpowiedź „nie wiem”. Absolutnie jednak nie dopuszczam odpowiedzi: „a cóż to za pytanie??” czy co gorsza: „ale to nie ważne”… A to właśnie usłyszałam na moje pytanie.

Zawzięłam się. Nie dość, że właśnie dlatego postanowiłam być innym przewodnikiem, niż autor błyskotliwych odpowiedzi, ale jeszcze postanowiłam sama sobie znaleźć odpowiedź prawidłową.

„A po co ci to?” „Nikt nigdy o to nie pyta” słyszałam dokoła. Nie wiedziałam jeszcze po co mi to. Ale tak na wszelkie wypadek zabrałam się za poszukiwania, wychodząc z założenia, że skoro sama jestem dociekliwym turystą – to mogę trafić na kogoś z podobnym podejściem… Wtedy byłam dopiero na kursie i nie zdawałam sobie sprawy z tego, jakie to ważne i jak bardzo prawdopodobne.

Za poszukiwania zabrałam się u źródeł, czyli we Lwowie. Zadzwoniłam wprost do dyrektora Muzeum Historycznego Miasta Lwowa. Tam niczego konkretnego nie dowiedziałam się od pana dyrektora , bowiem konwersacja nam się rozbiła o… rodzinę. 🙂

Nie zrażona tym wcale, rzuciłam się w wir poszukiwań. Niczym Koziołek Matołek już przeze mnie cytowany, zaczęłam od… Wilanowa. Wszak tam czas jakiś stał ów cudny koń. Niestety poraziła mnie identyczna odpowiedź, jaką usłyszałam od przewodnika na kursie. Noooo, gratulacje za podejście do tzw. sprawy… Zwróciłam się ku swoim – i w gdańskim Ratuszu Głównego Miasta uzyskałam wiele cennych wskazówek od zawsze i niezmiennie życzliwego dra Jerzego Kuklińskiego… Zwróciłam się także do paru znanych stadnin polskich. Wszędzie uprzejmie mnie wysłuchiwali, nie dziwili się ani nie wystraszyli (w przeciwieństwie do Wilanowa). Wszędzie kazali dokładnie opisać konia, po czym okazywało się, że nijak nie pasuje do tam hodowanych. Aż w końcu w Janowie Podlaskim odesłali mnie do Rzecznej… Tam zaś, po stanowczym odrzuceniu wersji z trakenem w roli głównej, odesłano mnie do… Radosława Sikory, autorytetu i eksperta od husarii, autora szeregu publikacji na temat wojskowości XVII wieku. Że też nie wpadłam na to wcześniej!!! Przecież mam przyjemność go znać z czasów arcyciekawego projektu Jakuba Pączka – czyli z czasów strony o JOX Jaremie Wiśniowieckim. Napisałam więc do eksperta i zanim otrzymałam od niego wyczerpującą odpowiedź, najpierw dostałam taki cytat:

Koń turek, chłop Mazurek, czapka megierka, szabla węgierka

Szperając dalej, zachęcona korespondencją z Radkiem i wskazówkami Pana Kuklińskiego, znalazłam mnóstwo informacji. No, ale teraz wiedziałam czego szukałam i jak szukać. 😉

Między innymi, taki cytat mi kiedyś wpadł w oko:

Często sięgano po domieszki ras wschodnich, gdyż powszechnie uznawano, że najlepsze są „Koń turek, chłop Mazurek, czapka magierka, szabla węgierka”. Większość koni kawaleryjskich były to produkty krajowe, uszlachetniane „turkami” właśnie, czyli końmi anatolijskimi, perskimi, turkmeńskimi, kurdyjskimi, krymskimi, kaukaskimi i arabskimi włącznie. Rzadko widoczna była domieszka cięższych koni. Konie husarskie, choć miały być nieco cięższe i roślejsze niż dla „lżejszych znaków”, musiały ważyć niewiele tylko ponad 500 kg. Dźwiganie jeźdźca z uzbrojeniem i wyposażeniem dla Konia lżejszego byłoby trudnym zadaniem, zaś koń ciężki nie posiadałby by wymaganej zwrotności i szybkości. Konie zwane wówczas polskimi stanowiły zatem tak naprawdę swoisty melanż genetyczny. Przy tym jednak miały swoją urodę – we wspomnieniach i anegdotach o Janie III Sobieskim Francois Paul d’Alerac miał pisać: „Siedzi ta jazda na najpiękniejszych koniach w kraju”. Ze względu na urodę ceniono też w Polsce hiszpańskie dzianety, jednak miały one niewielki wpływ na hodowlę konia „polskiego”

Odtrąbiłam więc rozwiązanie zagadki, która to zajęła mi nieco życia. Wtedy bowiem jeszcze pracowałam na tzw. posadzie i nie zawsze miałam możliwość korzystania z internetu, a sama nie miałam jeszcze komputera w domu.

😉

Po paru latach, już jako przewodnik, oprowadzając właścicieli słynnych stajni „Skądś-Tam”, zaprosiłam moich panów na spacer. Nasza trasa wiodła nieopodal pomnika. I nagle dotychczas dystyngowani panowie, jak jeden – dosłownie zachłysnęli się zachwytem na widok Konia Sobieskiego. Już ich lubiłam! Króla jegomościa nawet nie zauważyli 🙂

Kiedy padło TO pytanie, pomyślałam, że mój instruktor z kursu chyba powinien w tym momencie mieć potężną czkawkę, gdziekolwiek wtedy był i cokolwiek robił. 😀

Od tego czasu – ilekroć mam jakiś „orzech do zgryzienia” czyli – zagwozdkę – nazywam to Koniem Sobieskiego.

A propos konia… ciekawe, czy w końcu w tym irracjonalnym współczesnym pędzie do stawiania pomników wszystkim i za wszystko (uszczęśliwiając nas koszmarnymi projektami) –  powstanie wreszcie zasłużony pomnik konia w Gdyni, planowany przecież już przed wojną?

Kontakt i Licencje

  • można się ze mną skontaktować mailowo:

k.czaykowska[at]gmail.com

a tutaj są moje zeskanowane identyfikatory  [bez Instruktora PTTK, i legitymacji – bo  dużo miejsca zajmują na dysku 🙂 ]:

ta data ważności – zupełnie ni z gruszki ni z pietruszki to czas, kiedy należałoby poddać się badaniom okresowym… Jakby TO akurat było najważniejsze w tym zawodzie 😉

Published in: on 12 kwietnia 2012 at 22:51  Możliwość komentowania Kontakt i Licencje została wyłączona  
Tags: , , , , , , , , , , , , , , , ,

Wizyta u Prezydenta Wałęsy

W końcu załączam zdjęcie z Panem Prezydentem Wałęsą 🙂

Od lat Go tłumaczę, podczas różnych spotkań, a mam raptem w sumie chyba ze dwa, no może trzy zdjęcia z Nim.

A przecież to Osoba Znaczna, i Znana. No i w pewnym sensie symbol Polski, obok Papieża, i … Chopina 😉

Więc oto chwalę się…

Dzisiaj było niezmiernie miło, tym bardziej, że ekipa dziennikarzy z Czarnogóry była niesłychanie sympatyczna. No i ich tłumaczka i opiekunka zarazem – okazała się świetnym towarzyszem trudnej w sumie wizyty w Gdańsku. Trudnej, bo nafaszerowanej zdarzeniami ważnymi i nie do zaniechania… Między innymi stąd moja wizyta na PGE Arenie

Załączam więc zdjęcie grupowe – z przyjemnością 🙂

Krakowskie reminiscencje…

Pojechałam do Krakowa… Nic nowego, bo jeżdżę tam bardzo często głównie z wycieczkami… I to mimo znacznej odległości i powolności tzw. środka masowego rażenia, na jaki jestem skazana. Za każdym razem wracam stamtąd chora. Chora z zazdrości. Do szału zawiści doprowadza mnie między innymi to, że TAM muzea czynne są długo, mimo, że teraz to przecież nie sezon!!!

Ale do rzeczy:

Pojechałam i trafiłam na cudowną pogodę. Słońce i lekka mgiełka, chłodek ale wcale nie przerażający.

I tłumy!

Kiedyś była taka reklama w TVP, mówiąca o tym, że Kraków nigdy nie zasypia. I to prawda. Bez względu na porę roku, dnia czy nocy – tam stale są ludzie 🙂

No i ja też postanowiłam być.

Przede wszystkim poszłam wreszcie do Barbakanu (nazwa dziwna i nikt nie wie skąd się wzięła, ale funkcjonuje i wszyscy jej używają).

Zachłysnęłam się tam nie tylko widokami, ale przede wszystkim cudnymi palcóweczkami …

Ponieważ bateria w aparacie uparcie dawała mi do zrozumienia, że chce doładowania, sama postanowiłam także się „doładować” w ulubionym miejscu 😉

A potem znowu ruszyłam na „polowanie”.

I tak trafiłam do krypt u Reformatów. Po raz pierwszy w życiu zresztą, bo od dawna były zamknięte ze względu na niekorzystne zmiany klimatyczne wewnątrz. Nadto posadzka była stale wilgotna, i całość wymagała prac izolacyjnych i osuszających. Teraz, kiedy miejsce zostało uratowane po pracach zabezpieczających – nowy przełożony konwentu zadecydował o otwarciu krypt w każdą niedzielę po ostatniej mszy. A że ja akurat trafiłam tam w niedzielę i po mszy – pozwolono mi wejść, a raczej zejść.

Zeszłam, zrobiłam mnóstwo zdjęć, zadumałam się nad szczątkami panny Urszuli Morszkowskiej, zmarłej ponoć w dzień ślubu. Legenda mówi, że została otruta, tylko dlatego, że chciała popełnić mezalians. Ileż to mezaliansów (mentalnych przede wszystkim) popełnia się dzisiaj i NIC… Zahipnotyzowała mnie naprawdę smutna twarz Modrewiczówny, 12-latki zmarłej w XVIII wieku. Zastanowiła mnie Domicella Skalska, bo ja już przecież o niej słyszałam… Tylko KIEDY i w jakim kontekście ?

Przypomnieli mi się w tym miejscu tak konfederat barski (w butach Wehrmachtu) z Olsztyna pod Częstochową jak i powstaniec ze Świętego Krzyża, że nie wspomnę już o domniemanym Strasznym Jaremie

Kiedy w końcu wychynęłam na tzw. świeże powietrze (stale mając w myślach słynną trylogię Zbigniewa Święcha pt. „Klątwy, mikroby i uczeni”) , otworzyłam sążniste tomiszcze świetnego „Przewodnika po zabytkach Krakowa” autorstwa profesora Michała Rożka i udałam się dalej, zgodnie z sugestiami. Nie wszędzie udało mi się zajrzeć, nie wszystko zdążyłam zwiedzić.

Ale zaglądnęłam do Bernardynek na chwilkę, po to żeby nieco odpocząć od zgiełku… I nie zawiodłam się.

w przedsionku do… do nieba? spokoju? do siebie ?

Po drodze zaś weszłam do Świętego Wojciecha, by natknąć się na dołki ogniowe…

świętowojciechowe dołki ogniowe

No a potem już poszłam Grodzką, by chwilkę  nacieszyć się Świętoandrzejową ciszą… jak zawsze zresztą, kiedy tu jestem…

świętoandrzejowej ciszy ciąg dalszy

Oczywiście weszłam przy sposobności (co także jest moim zwyczajem) do Piotra i Pawła i trafiłam na próbę przed koncertem

No i poszłam na ulicę Św. Jana, do Pijarów. Nie, wciąż nie polubiłam baroku, ale mam do tego kościoła i tego zaułku szczególny stosunek i z sentymentem tam zachodzę.

kościół Pijarów

I tak chodziłam i chłonęłam atmosferę tego Wyjątkowego Miasta, aż w końcu nadeszła pora powrotu do domu… Aparat wprawdzie całkiem się zbuntował, ale zdążyłam zrobić jeszcze zdjęcie wieczorne. Jako, że wieczorami właśnie Kraków jest wspaniale oświetlony.

wieczorny Teatr Słowackiego

Jak zwykle – moja trasa wiodła obok Teatru Słowackiego, więc go ustrzeliłam przy sposobności wieczornie.

I jak zwykle dziób mi się rozjechał do śmiechu na sam widok pięknego gmaszyska… A to za sprawą pewnej anegdoty rodzinnej…

Otóż… onegdaj… moja galicyjska babcia zabrała którąś swoją pannę służącą do Słowackiego na jakieś przedstawienie 😉 w ramach „ukulturalniania” służby.

No i wróciła chmurna – dwór zamarł, łagodna zazwyczaj Pani się gniewała… Nie chciała powiedzieć co się stało. Nic nie chciała powiedzieć, zamknęła się w gabinecie i nie zeszła nazajutrz na śniadanie.

Jednakże panna służąca była bardziej rozmowna… W kuchni opowiedziała zgromadzonej reszcie służby, jak to pani dziedziczka zabrała ją do Krakowa do teatru:

” i naso pani wziena mie do tyjotru… cudo takie że yh! na podłogie wejszła tako inno paniusieńko ubrana co ino… i zaczeła tajcuwać… jedno nózko w góre i drugo nózko w góre… tak tajcuwała, i tajcuwała, co i rusz te nózki w góre, kazdo w inno strone… No i jo sie bała co sobie krzywdu zrobi, to i wychyliła ja się z tego balkonu co mnie naso pani usadziła i krzykła do tej co to tajcuwała – paniusieńko pikniusieńko, a uwazajciez bo se pizdu łozedracie”.

Ten cytat towarzyszył mi zawsze podczas odwiedzin u mojej krakowskiej gałęzi rodziny (wzbudzając oburzenie u starszego pokolenia) i nijak nie potrafię przejść koło pięknego gmachu z powagą stosowną…

Krakowa ciąg dalszy będzie za miesiąc…

O Mennonitach w Radio Gdańsk

Któregoś dnia zadzwonił telefon i w słuchawce usłyszałam głos znany mi z Radia Gdańsk. To dzwonił Pan Dominik Sowa. Przygotowywał  kolejną audycję w cyklu „Z daleka i bliska”. To o tych, którzy zniknęli z naszej powojennej rzeczywistości, a którzy do 1945 roku stanowili o wielowątkowości tej ziemi. I ponieważ dostał mój telefon od A.M. – zapytał, czy zechcę wziąć udział w nagraniu.

Jasne, że zechciałam. 🙂

Bardzo lubię audycje Pana Dominika, bo są pełne ciepła i robione są z życzliwością. A życzliwość, to takie pojęcie nieco zapomniane w tzw. dzisiejszych czasach.

(przypominam, Życzliwość, można znaleźć pod „Ż” w słowniku wyrazów obcych 😉 )

A poza tym audycje Pana Dominika są szalenie ciekawe. I nie ma w nich bełkotu politycznego !!!

A teraz trochę ponarzekam: niezmiernie żałuję, że zniknął z anteny  radiowej Jego cykl pt. „Znaki Czasu”. Kiedy nie mogłam słuchać na bieżąco, odtwarzałam sobie z archiwum. Jednakże Radio Gdańsk zlikwidowało możliwość odsłuchania audycji w archiwum właśnie… Czyżby coś złego działo się w mojej ulubionej rozgłośni? Napisałam kiedyś z prośbą o aktywację linków, ale … mój mail zaginął chyba w natłoku korespondencji.

Ale – wracając do sedna – czyli do Mennonitów, bo o nich miała być (i w końcu była!) audycja.

Spotkaliśmy się w dzień mroźny i szczypiący w nosy i uszy… Zaczęliśmy od dawnego kościoła mennonickiego, a skończyliśmy przycupnięci na ławeczce w ciepełku Muzeum Narodowego…

Moją początkową tremę zniwelowała duża wiedza Pana Dominika, Jego już wspomniana życzliwość i spokój, jakim emanuje, a także sama formuła nagrania. Była to bardzo miła rozmowa, w której nawet  wymierzony we mnie mikrofon wydawał się uśmiechać.

Wróciłam do domu jednak pełna obaw, jak wyszło, i z  ogromnym niedosytem! Wszak nie powiedziałam nawet POŁOWY tego, co powinnam… Ale pracy przewodnika  zawsze towarzyszy niedosyt. Oprowadzając grupy nie mówimy przecież wszystkiego, żeby nie „zabić klienta” !

Ne pozostało mi nic innego, jak czekać na emisję audycji w eterze – za tydzień.

Sms wybił mnie ze snu po północy. To sms-ował niezawodny Boguś Gałązka. Słuchał radia… włączyłam więc i ja radio i usłyszałam głos Anny German. To właśnie „lecieli” Mennonici.

I tu przypomnienie dla wielbicieli audycji Pana Dominika Sowy:

Cykl: „Z daleka i bliska” nadawany jest w Radio Gdańsk we wtorki – najpierw o barbarzyńskiej porze, bo o 00:10, ale potem jest powtórka o 21:10. Można tego słuchać na ich stronie. Niestety – jak wspomniałam – archiwum tego cyklu nie istnieje 😦

” Mennonitów” dostałam nagranych przez Znajomą (dziękuję). Dostałam też  pozwolenie od Pana Dominika na umieszczenie linka do nagrania na moim blogu, co z przyjemnością czynię poniżej:

O Mennonitach w Radio Gdańsk

Miłego słuchania 🙂

Azumini

W opowieści o Panu Jodło padła nazwa Azumini. Miasto,  jako ważny węzeł komunikacyjny spełniało zarazem od zawsze rolę miejsca targowego. I właśnie dlatego stało się jednym z wielu miejsc na mapie Afryki naznaczonym ciemną stroną historii, jaką były czasy niewolnictwa.

Nigdy nie zapomnę przewodnika w Fort Metal Cross  (Dixcove) w Ghanie. Opowiadał, że jako dziecko zdołał uciec z Korytarza Bez Powrotu. Tak nazywano w nadmorskich fortecach korytarze, którymi gnano ludzi na statki. Bo tak naprawdę, mimo, iż w roku 1926 Liga Narodów zakazała handlu niewolnikami, to trwał on w najlepsze aż połowy XX wieku.

Oblicza się, że od czasów, kiedy Admirał Sir John Hawkins wymyślił okrężną drogę przez Atlantyk, około 10 milionów ludzi zostało sprzedanych z Afryki w niewolę. A Zatoka Gwinejska zyskała miano Zatoki Niewolników (w jej skład wchodzą Zatoka Benin i Zatoka Bonny).

Wspomniałam Sir Hawkinsa. Otóż wymyślił trasę okrężną, głównie po to,  by wyeliminować pośrednictwo arabskie w handlu niewolnikami. W Anglii kupował towary i wiózł je do Afryki właśnie na zatokę Gwinejską. Tam wymieniał towary na niewolników, których przewoził za Ocean – do  Ameryki. Tam z kolei wymieniał ludzi na kolejny towar. Po powrocie do Anglii – ów kolejny towar sprzedawał, zbijając na tym niezły majątek… Anglicy pamiętają Hawkinsa głównie jako jednego z trzech kontradmirałów zasłużonych podczas bitwy z hiszpańską Armadą.

Wiele osób zapewne pamięta serial pt. „Niewolnica Izaura” jako nudnego tasiemca. Niewiele zaś zastanawiało się pewnie podczas jego emisji – skąd się ci niewolnicy wzięli. Otóż wielu miało korzenie właśnie w Nigerii. Do dzisiaj wielu Brazylijczyków i Kubańczyków ma pochodzenie Yoruba.

A ja mieszkałam w domu pokolonialnym.

Był piękny – ogromny, zbudowany z kamiennych ciosów. Do kuchni, tej oryginalnej, trzeba było przejść zadaszonym pasażem. A do kwater służby szło się nieco dalej – aż pod sam busz. Kwatery te, to były dawne kwatery niewolników –zaadaptowane na mieszkania.

Jak taka kwatera wyglądała?

Otóż był to kamienny baraczek z dwoma pomieszczeniami. Czasem tych pomieszczeń było trzy. Zależało to widać o zamożności właściciela domu. U nas było po dwa pomieszczenia w 3 baraczkach. Wielkość pomieszczeń?  Może z 3m x 3m. Nie więcej. Pamiętam, że było tam ciemno i ciasno. Kamienna rama w jednym z pomieszczeń wyznaczała miejsce na palenisko,  a  w drugim  kamienny podest wyznaczał miejsce na wyrko (coś podobnego można oglądać w jednej z cel w Zespole Przedbramia w Gdańsku). Wody w kwaterach nie było, tę się nosiło z pompy. Okropne i nieprzytulne miejsce. W zakolu buszu, dostatecznie daleko od domu, by nie przeszkadzało państwu, ale zarazem dostatecznie blisko, by można było zadzwonić na niewolnika.

Kiedy się wprowadziliśmy do Błękitnego Domu, a wraz z nami Akpan, mój Ojciec natychmiast przystąpił do modernizacji pomieszczeń dawnych kwater niewolników. Ale zanim to nastąpiło, musiał otrzymać zgodę od władz firmy. Dom bowiem był służbowy. I nie chodziło tu bynajmniej o ochronę zabytków! Chodziło o… niechęć do wydawania pieniędzy na poprawę bytu służby. Część więc wydatków Ojciec poniósł z własnej kieszeni. Jednakże przedtem pokazał mi i opowiedział, jak się tam mieszkało w czasach kolonialnych.

Na placyku nieopodal stał nawet pręgierz.

Może dlatego właśnie jakoś nigdy nie przepadałam za prze-egzaltowanymi bohaterami sienkiewiczowskiej opowieści o Afryce. Bo pomijając dość barwne opisy Afryki – Sienkiewicz wiedział figę… A jego punkt widzenie był li tylko kalką kolonialnych opisów.

Handel niewolnikami w Nigerii nie jest dobrze poznany. Badania  tej części historii kraju trwają dopiero od paru lat. W głównej mierze mówi się o niewolnikach z Gambii (Mandingo), Ghany, Togo, Beninu czy o słynnych  Senegalczykach. Dopiero zaczyna się mówić o niewolnikach Yoruba czy Igbo, albo Fulani czy Hausa. To wciąż tam drażliwy temat. Tym bardziej, że często rodzina sprzedawała w niewolę swoje dzieci, czy swoich nieprzyjaciół pojmanych w napadach. Częste w tych rejonach rytualne nacięcia twarzy potem nierzadko stosowano także i po to, by oszpecić twarz potencjalnego niewolnika. A i to nie zawsze pomagało.

Niedaleko Lagos znajduje się miasto Badagry. I to właśnie  to miasto położone malowniczo nad Zatoką Benin było centrum niewolnictwa nad zatoką, i to tutaj załadowywano niewolników na statki do Ameryki. Oblicza się, że nie mniej niż 550 tysięcy niewolników wysłano stąd do Ameryki w samym tylko roku l787. Poza tym, niewolnicy trafiali do Europy, Ameryki Południowej i na Karaiby.

A co ze wspomnianym Azumini ? Otóż tędy także biegł szlak niewolniczy. Z głębi dzisiejszej Nigerii pędzono ludzi do Azumini, i dalej – transportowano ich rzeką (Blue River) aż na Bonny i potem na Zatokę. Do dzisiaj zachowały się w mieście tak kwatery do przetrzymywania niewolników, jak i targ, na którym wstępnie dokonywano transakcji. Zachowała się też pozostałość tzw. świętego gaju, tuż obok targu.

Obecnie planowana jest w Azumini trasa turystyczna „śladami niewolników”. Można zastanowić się, czy to etyczne. Tym bardziej, że wciąż przecież w tamtych rejonach świata giną ludzie. Ale nie od dzisiaj wiadomo, że tzw. trasy martyrologiczne cieszą się niezmierną popularnością…

Wizyta Księcia Danii

Zacznę od truizmu: w pracy przewodnika zdarzają się różne grupy… W ciągu  przeszło 8 lat mojego „przewodniczenia” zdążyłam oprowadzić gości różnej proweniencji.

Nie mam zwyczaju dopytywać się, kim są moi wycieczkowicze, jeśli sami nie mówią. Takie informacje zresztą i tak otrzymuję od stosownych służb, lub agend rządowych. Czasem miewam gości incognito, acz znanych z pierwszych stron gazet czy TV. Czasem moi goście sami się przedstawiają.

Są jednak tacy Goście, którzy zdecydowanie nie muszą się przedstawiać… NIKT ich nie musi przedstawiać…

I jednego z takich właśnie Gości miał Wiadomy Zamek podczas tegorocznej edycji Oblężenia Malborka…

Książę Danii Henrik zapragnął zwiedzić stolicę państwa zakonnego. A mnie przypadła rola Jego przewodnika po tej Wyjątkowej Kupie Cegieł.

Jego Królewskiej Wysokości towarzyszyli Pan Ambasador Królestwa Danii w Polsce, Konsul Honorowy Królestwa Danii, a także baronowie z otoczenia Księcia.

Jakby stresu było mało – czujne oko i ucho Dyrektora Muzeum Zamkowego łowiło moje słowa. Więc po raz kolejny zdawałam egzamin tak muzealny jak i książęcy…

I powiem tak: to był ogromny zaszczyt i wielka przyjemność!

A Zamek…

No cóż – Zamek kolejny raz udowodnił swoją moc – tym razem zachwycając Jego Królewską Wysokość Henryka, Księcia Danii.

*      *      *

Dziękuję Panu Konsulowi za zdjęcia 🙂

M.Q., M.M. – dziękuję za wsparcie i kojącą obecność 🙂