Koń Sobieskiego…

… „Koń jaki jest – każdy widzi”.

Niestety, ksiądz dobrodziej widać nie przewidział, że jednak NIE każdy 😉

Otóż…

Stoi sobie pomnik w Gdańsku: król Sobieski siedzi na koniu. Koń cudny. Król nieco mniej, ale że przecież był w swoisty sposób związany z Gdańskiem, to sobie jest. Tym bardziej, że jak mało co w Moim Mieście – skwer na Targu Drzewnym udał się zarządzającym miejską zielenią…

I tak sobie ten pomnik stał spokojnie, do momentu, aż 12 lat temu poszłam na kurs przewodnicki. Jak na każdym kursie – i my mieliśmy serię obejść miasta z instruktorami. Któraś z kolei nasza trasa wiodła obok pomnika. Instruktor do znudzenia wymieniał daty bitew wszelkich, w których brał (czy nie) udział Jan Sobieski, zupełnie nie zauważając KONIA. Nie wytrzymałam i zadałam pytanie. Pytanie o rasę owego konia.

Dopuszczam odpowiedź „nie wiem”. Absolutnie jednak nie dopuszczam odpowiedzi: „a cóż to za pytanie??” czy co gorsza: „ale to nie ważne”… A to właśnie usłyszałam na moje pytanie.

Zawzięłam się. Nie dość, że właśnie dlatego postanowiłam być innym przewodnikiem, niż autor błyskotliwych odpowiedzi, ale jeszcze postanowiłam sama sobie znaleźć odpowiedź prawidłową.

„A po co ci to?” „Nikt nigdy o to nie pyta” słyszałam dokoła. Nie wiedziałam jeszcze po co mi to. Ale tak na wszelkie wypadek zabrałam się za poszukiwania, wychodząc z założenia, że skoro sama jestem dociekliwym turystą – to mogę trafić na kogoś z podobnym podejściem… Wtedy byłam dopiero na kursie i nie zdawałam sobie sprawy z tego, jakie to ważne i jak bardzo prawdopodobne.

Za poszukiwania zabrałam się u źródeł, czyli we Lwowie. Zadzwoniłam wprost do dyrektora Muzeum Historycznego Miasta Lwowa. Tam niczego konkretnego nie dowiedziałam się od pana dyrektora , bowiem konwersacja nam się rozbiła o… rodzinę. 🙂

Nie zrażona tym wcale, rzuciłam się w wir poszukiwań. Niczym Koziołek Matołek już przeze mnie cytowany, zaczęłam od… Wilanowa. Wszak tam czas jakiś stał ów cudny koń. Niestety poraziła mnie identyczna odpowiedź, jaką usłyszałam od przewodnika na kursie. Noooo, gratulacje za podejście do tzw. sprawy… Zwróciłam się ku swoim – i w gdańskim Ratuszu Głównego Miasta uzyskałam wiele cennych wskazówek od zawsze i niezmiennie życzliwego dra Jerzego Kuklińskiego… Zwróciłam się także do paru znanych stadnin polskich. Wszędzie uprzejmie mnie wysłuchiwali, nie dziwili się ani nie wystraszyli (w przeciwieństwie do Wilanowa). Wszędzie kazali dokładnie opisać konia, po czym okazywało się, że nijak nie pasuje do tam hodowanych. Aż w końcu w Janowie Podlaskim odesłali mnie do Rzecznej… Tam zaś, po stanowczym odrzuceniu wersji z trakenem w roli głównej, odesłano mnie do… Radosława Sikory, autorytetu i eksperta od husarii, autora szeregu publikacji na temat wojskowości XVII wieku. Że też nie wpadłam na to wcześniej!!! Przecież mam przyjemność go znać z czasów arcyciekawego projektu Jakuba Pączka – czyli z czasów strony o JOX Jaremie Wiśniowieckim. Napisałam więc do eksperta i zanim otrzymałam od niego wyczerpującą odpowiedź, najpierw dostałam taki cytat:

Koń turek, chłop Mazurek, czapka megierka, szabla węgierka

Szperając dalej, zachęcona korespondencją z Radkiem i wskazówkami Pana Kuklińskiego, znalazłam mnóstwo informacji. No, ale teraz wiedziałam czego szukałam i jak szukać. 😉

Między innymi, taki cytat mi kiedyś wpadł w oko:

Często sięgano po domieszki ras wschodnich, gdyż powszechnie uznawano, że najlepsze są „Koń turek, chłop Mazurek, czapka magierka, szabla węgierka”. Większość koni kawaleryjskich były to produkty krajowe, uszlachetniane „turkami” właśnie, czyli końmi anatolijskimi, perskimi, turkmeńskimi, kurdyjskimi, krymskimi, kaukaskimi i arabskimi włącznie. Rzadko widoczna była domieszka cięższych koni. Konie husarskie, choć miały być nieco cięższe i roślejsze niż dla „lżejszych znaków”, musiały ważyć niewiele tylko ponad 500 kg. Dźwiganie jeźdźca z uzbrojeniem i wyposażeniem dla Konia lżejszego byłoby trudnym zadaniem, zaś koń ciężki nie posiadałby by wymaganej zwrotności i szybkości. Konie zwane wówczas polskimi stanowiły zatem tak naprawdę swoisty melanż genetyczny. Przy tym jednak miały swoją urodę – we wspomnieniach i anegdotach o Janie III Sobieskim Francois Paul d’Alerac miał pisać: „Siedzi ta jazda na najpiękniejszych koniach w kraju”. Ze względu na urodę ceniono też w Polsce hiszpańskie dzianety, jednak miały one niewielki wpływ na hodowlę konia „polskiego”

Odtrąbiłam więc rozwiązanie zagadki, która to zajęła mi nieco życia. Wtedy bowiem jeszcze pracowałam na tzw. posadzie i nie zawsze miałam możliwość korzystania z internetu, a sama nie miałam jeszcze komputera w domu.

😉

Po paru latach, już jako przewodnik, oprowadzając właścicieli słynnych stajni „Skądś-Tam”, zaprosiłam moich panów na spacer. Nasza trasa wiodła nieopodal pomnika. I nagle dotychczas dystyngowani panowie, jak jeden – dosłownie zachłysnęli się zachwytem na widok Konia Sobieskiego. Już ich lubiłam! Króla jegomościa nawet nie zauważyli 🙂

Kiedy padło TO pytanie, pomyślałam, że mój instruktor z kursu chyba powinien w tym momencie mieć potężną czkawkę, gdziekolwiek wtedy był i cokolwiek robił. 😀

Od tego czasu – ilekroć mam jakiś „orzech do zgryzienia” czyli – zagwozdkę – nazywam to Koniem Sobieskiego.

A propos konia… ciekawe, czy w końcu w tym irracjonalnym współczesnym pędzie do stawiania pomników wszystkim i za wszystko (uszczęśliwiając nas koszmarnymi projektami) –  powstanie wreszcie zasłużony pomnik konia w Gdyni, planowany przecież już przed wojną?

Znowu Frombork – zimowo

Załączam  parę pofromborskich reminiscencji fotograficznych. Na razie bez detali, bo dopiero zbieram myśli… A jest CO zbierać. Bowiem dowiedziałyśmy się wiele nowego. I jakoś muszę te nowości oswoić, żeby je opisać.

A na razie parę zdjęć i krótki filmik z biciem DZWONÓW.

Nigdzie indziej dzwony nie brzmią tak dostojnie, jak właśnie na Wzgórzu Katedralnym we Fromborku.

To międzywale w Leszkowach, zdjęcie zrobione z PKS-u w drodze DO Fromborka
ten pomniczek niezmiennie z niesłychaną mocą przyciąga obiektyw…
praca Macieja Meyera z Kaplicy Szembeka. Wreszcie w całości 🙂
Fragment świecznika Schlaubitza
Inny świecznik, od lat taksamo zachwycający
Czekając na…
… tędy do Braniewa
nocne 3 krowy na gzymsie
Rozświetlone Wzgórze Katedralne
Specjalna dedykacja dla Desantu Gdańskiego 🙂
No i przebój wystawy – Ołtarz ze Skolit… Pełen informacji i wciąż nieodczytany. Kto nie widział, niech się spieszy bo wystawa tylko do maja/czerwca b.r.

O tych, których nie spotkałyśmy jeszcze, napiszę może kiedy indziej…  Ich obecność jest może nawet bardziej wyczuwalna, niż tych w malborskiej Kaplicy Św. Anny.

Tyle na razie… Akumulatory doładowane, na czas jakiś. Następna wizyta już wkrótce. A co najważniejsze – w tym sezonie mam sporo grup do Fromborka. I z pewnością, jak zwykle, wszyscy wyjadą stamtąd zauroczeni tym „miejscem na końcu świata”, jak pisał Doktor Kopernik.

Jesienna Święta Lipka

Pośród wspaniałych jesiennych kolorów przyrody zza łuku drogi ukazała się Święta Lipka. Nie powiem, żeby to było jakieś zauroczenie i zachwyt od pierwszego wejrzenia.

Pierwsze wrażenie świętolipskie

Mało tego, ja w ogóle nie przepadam za barokiem. A może powinnam raczej napisać to w czasie przeszłym… Kiedyś głębokim niesmakiem napawały mnie te wszystkie małżowiny i chrząstki. Przepraszam A.P. – ale wreszcie wzięłam się na odwagę, żeby to wyznać publicznie J. Słuchałam zachwytów nad barokiem mojej Drogiej Koleżanki A.P. z wielkim zdumieniem. Jak można widzieć cokolwiek pięknego poza gotykiem.

Aż w końcu… zostałam przewodnikiem po województwie warmińsko-mazurskim.

No i zaczęło się – gdzie się nie ruszyłam, tam barok. Jak nie kościół, to kaplica czy chociaż ołtarz … I jeszcze wspaniała narracja J.S. o Kaplicy Szembeka we Fromborku.

Postanowiłam więc przyjąć zasadę stosowaną w Afryce przy mrówkach faraona: nie da się wytępić, trzeba pokochać. No może z tym uczuciem to przesada, ale zaczęłam zauważać urodę architektury barokowej.

No i tak trafiłam do Świętej Lipki.

Akurat może nie najpiękniej trafiłam, bo w czasie remontów wielkich. Na tle tego remontowego rozmachu, jakże smutno wygląda Krosno koło Ornety (widać, nie ma tej siły przebicia – a niemniej piękne, ba! wręcz bardziej eleganckie).

Moje ulubione Krosno k. Ornety

Święta Lipka ze strony internetowej: http://www.swlipka.org.pl                oczywiście zdjęcie już nieaktualne, bowiem Św.Lipka odzyskała koloryt historyczny. Daleko bardziej „adekwatny” niż ten poprzedni i szczerze powiedziawszy – znacznie ładniejszy 😉

To, jednak co w Świętej Lipce obecnie można zwiedzać, to nie pierwsza świątynia w tym miejscu.

Wszystko zaczęło się od …

No właśnie – ma Gdańsk swoją legendę o Pięknej Madonnie (o niej, kiedy indziej) – podobną ma Święta Lipka. W obu przypadkach skazańcowi w lochu ukazuje się Madonna, następnie skazaniec rzeźbi figurkę Madonny z Dzieciątkiem i w obu legendach – więzień zostaje ułaskawiony (czy jak chcą niektórzy – uniewinniony). Świętolipska Madonna została przez ułaskawionego z lochów kętrzyńskich zawieszona na lipie przy drodze wiodącej z Kętrzyna do Reszla. Szybko zasłynęła z cudów. Wkrótce wokół niej wybudowano kaplicę, którą opiekowali się krzyżaccy księża. A więc legenda znajduje umiejscowienie w czasach Panów Pruskich. Ciekawe – że i ta gdańska także… (Świętolipska tradycja została spisana w roku 1626 r.).

Do świętolipskiej kaplicy odbywano liczne pielgrzymki – i jednym z pielgrzymów był sam wielki mistrz Albrecht von Brandenburg-Ansbach. Jak wieść gminna niesie szedł na piechotę z Sępopola (do którego zjechał z Królewca). I szedł aż 4 mile!

(Czyli 30 kilometrów – bo mila pruska to jakieś 7,5 km. Wynika z tego, że musiał iść na skróty, bowiem z Sępopola do Św. Lipki jest około 36 kilometrów, ale pewnie się czepiam.)

Pierwsza kaplica została zniszczona w XVI wieku podczas reformacji. I jak mi powiedziano – w miejscu po zburzonej kaplicy i wyciętej lipie została ustawiona szubienica.

I może by tak zostało, gdyby nie niejaki Stefan Sadorski z Legin (jesteśmy już w wieku XVII). Otóż, udzielał się – jakbyśmy to dzisiaj nazwali – społecznie na rzecz Kościoła. Spotkamy go w otoczeniu biskupa warmińskiego Szymona Rudnickiego. Biskup miał ambicję odbudowy, czy raczej pobudowania nowej kaplicy świętolipskiej w miejscu zniszczonej przez protestantów. Jednakże na przeszkodzie tej ambicji stał Otto von der Gröben – właściciel włości, w obrębie których leżała Święta Lipka. Jako kalwin wcale nie był zainteresowany postawieniem kościoła katolickiego (Święta Lipka leży już poza Świętą Warmią, nieopodal granicy wprawdzie, ale jednak poza…). Kiedy starania biskupa nie przyniosły skutku, na scenę wkroczył nasz działacz – Stefan Sadorski, będący sąsiadem Gröbena.

W tym wypadku Otto z pewnością nie zgodziłby się ze słowami piosenki „jak dobrze mieć sąsiada”, bowiem stał się niejako obiektem ataków… epistolarnych. Niewątpliwie za sprawą Stefana (sekretarza królewskiego zresztą…) listy szły od biskupa Jakuba Zadzika – biskupa i sekretarza królewskiego, od samej królowej Konstancji, królewicza Władysław, a w końcu – od samego króla Rzeczypospolitej Obojga Narodów – Zygmunta III Wazy.

Po takim zmasowanym ataku, Otto najpierw sprzedał drogiemu sąsiadowi 3 morgi ziemi – w miejscu dawnej kaplicy. Po dwóch latach sprzedał całość – czyli 5 łanów*. Wszystko dlatego, że Sadorskiemu nie wystarczyły owe 3 morgi. I nie mogły wystarczyć. Bowiem do uzyskania pozwolenia na budowę kaplicy należało być właścicielem całych włości, by mieć prawo patronatu nad wszystkimi kościołami tamże.

Transakcja została przeprowadzona 12 kwietnia 1619 roku (rok ów jest także rokiem przejścia von der Gröbena na katolicyzm). Budowa kaplicy świętolipskiej na ruinach poprzedniej musiała postępować szybko, skoro już listopadzie tego samego roku biskup Rudnicki mógł dokonać konsekracji. Nową-starą kaplicę oddano pod opiekę jezuitom. Jako, że pielgrzymów przybywało i nie mieścili się w kaplicy – w roku 1688 postanowiono o przebudowie. Przedsięwzięcie nie było łatwe, bowiem teren budowy trzeba było ustabilizować – czyli spalować. Założono więc około 10 tysięcy pali olchowych i przystąpiono do budowy. I trwała ona właściwie do lat 20-tych XVIII wieku. Powstała w ten sposób trójnawowa bazylika z krużgankami.

Wśród artystów pracujących nad pięknem nowego kościoła można znaleźć nazwiska powtarzające się także w innych miejscowościach Prus (obecnego województwa warmińsko-mazurskiego).

Między innymi – rzeźbiarz Krzysztof Perwanger, autor rzeźb na zachodniej fasadzie założenia. Perwanger był z pochodzenia Tyrolczykiem, ale mieszkał w Tolkmicku, gdzie burmistrzował. Był także piwowarem, które to zajęcie dawało niezły dochód. Niekiedy mawia się, że był lepszym rzeźbiarzem niż burmistrzem – ale to z pewnością plotki.

Spotkamy też w Świętej Lipce, znanego nam z Fromborka czy Wozławek, malarza Macieja Jana Meyera. To on wprowadził złudzenie optyczne dla symulacji elementów architektonicznych w swoim malarstwie.

Próbka talentu K. Perwangera ze Stoczka Klasztornego

Mayerowe polichromie świętolipskie

Kratę – przepiękną kratę świętolipską – wykonał Jan Schwarz z Reszla. Brama przez niego wykuta (około 4,5 tony), miała swój występ w Warszawie w roku 2003, kiedy to po konserwacji została „wystawiona” na dziedzińcu Zamku Królewskiego w Warszawie. Koronkowa niemal robota mistrza kowalskiego z Reszla do dzisiaj wzbudza zachwyt. Prace Schwartza nad bramą trwały 2 lata (1731-1733) a potem jeszcze rok zabrał montaż na dębowej konstrukcji. Tę zastąpiono po II wojnie konstrukcją betonową.

Schwartzowa koronka w obrzydliwej zieleni

Do pełni wrażeń należy dodać Świętolipskie Wieczory Muzyczne, jakie odbywają się każdego lata, a także prezentacje organów dla turystów. I tutaj na pewno mogłabym zostać posądzona o stronniczość, ale … organy oliwskie, czy fromborskie, brzmią „huczniej”. Niemniej jednak warto posłuchać prezentacji, by mieć porównanie.

Warto też zauważyć wyjątkowość bazyliki świętolipskiej. Jako dzieło barokowe, dojrzałe, plasowane jest w tzw. ścisłej czołówce architektury barokowej w Polsce. Wymieniana jest jednym tchem wraz z przepyszną farą poznańską, czy zachwycającą akademicką Św. Anną w Krakowie.

Organy świętolipskie

A co się stało z Otto von der Gröbenem?

Ano – wstąpił na służbę u króla Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Został jego „mężem zaufania” w Prusach, a wkrótce także sekretarzem. Ze służby odszedł już w czasach panowania Władysława IV. Po wycofaniu się ze służby królewskiej wrócił do swojego majątku w Jeżewie. Dla Świętej Lipki ufundował ołtarz boczny, a do pobliskiego reszelskiego gimnazjum jezuickiego przekazał swoją bogatą bibliotekę. Zmarł w Jeżewie i pochowany został w Reszlu – w kościele jezuickim (obecnie Cerkiew Przemienienia Pańskiego).

Niegdyś kościół jezuicki w Reszlu – obecnie Cerkiew Przemienienia Pańskiego, gdzie znaleźli ostatni spoczynek sąsiedzi

Tam też – ale 4 lata wcześniej pochowany został jego drogi sąsiad, Stefan Sadorski.

I to właściwie koniec o Świętej Lipce. Bo nie mam na razie miejsca na blogu, aby wstawić film z nagraniem koncertu, czy raczej prezentacji organów. O nich nie wspomniałam, ale specjalnie – bowiem to osobny temat! I niezmiernie ciekawe porównanie prezentacji organowych w Świętej Lipce, Fromborku i katedrze oliwskiej. Ale o tym kiedy indziej.

Poniżej parę detali świętolipskich

Dla ciekawych szczegółów – http://www.swlipka.org.pl

Znalazłam w sieci próbkę brzmienia świętolipskiego (jakość taka sobie, ale wklejam bardziej dla dźwięku):

http://www.youtube.com/watch?v=4DhTktptAak&feature=related

*1 morga pruska – tzw. duża – to około 0,5 hektara,

1 łan to 30 mórg, a to z kolei mniej więcej odpowiada 17,955  hektara,

Z rozpędu podaję inne łany:

1 łan (huba) pruska 16,5 ha (~30 mórg = 66 pruskich mórg)

1 łan warmiński        17,3387 ha (Prusy (~30 mórg, ~ 67 pruskich mórg)

1 łan olecki                15,648 ha (Prusy Wschodnie 1720)

http://www.olecko.info/index.php?option=com_content&view=article&id=82:olecka-ws&catid=18:historia&Itemid=34