Z cyklu Ciekawe – wpuszczeni w Kanał

15 stycznia b.r. miało miejsce niezwykle ciekawe spotkanie w elbląskiej Kawiarence Clio funkcjonującej przy Muzeum w Elblągu. Spotkanie dotyczyło Kanału, który na razie wbrew hasłu – zamiast łączyć, dzieli…

(Nieco o spotkaniu TUTAJ, i TUTAJ , także TUTAJ. )

Ostatnio jednak coś jakby drgnęło „w temacie” Kanału. Gminy „około kanałowe” zaczynają rozumieć jakość skarbu, jaki posiadają. Nadto rozpoczął się dawno oczekiwany remont tej wyjątkowej drogi wodnej. Poza tym – powstaje ciekawa seria krótkich filmów promujących i zarazem objaśniających działanie tego fenomenu hydrotechniki.

Wszyscy, którzy związani są w jakikolwiek sposób z Kanałem, mamy nadzieję, że doczekamy się w końcu wpisania tej wspaniałej drogi wodnej na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Sama od lat jeżdżę z grupami na Kanał Ebląski (wolę historyczną nazwę: Kanał Oberlandzki)… Jako humanistce trudno mi było zrozumieć działanie całej maszynerii; w zasadzie nie bardzo mnie obchodziło, jak to możliwe, by statek jeździł po trawie. Wystarczyło mi piękno otoczenia i cisza na pochylni. Ale dzięki niezwykłej cierpliwości Państwa Rojewskich, z którymi współpracuję od lat, w końcu już wiem, jak to działa. Najpierw więc była ślepa fascynacja i zachwyt, potem dopiero zrozumienieTeraz już bez strachu o tzw. trudne pytania – chętnie i często zabieram moich Zwiedzaczy na przejażdżkę statkiem 🙂

Ełdyty Wielkie – nepotyzm – obelisk i plotki rodowe

Nie tak dawno, bo w październiku przejeżdżałam przez Ełdyty Wielkie.

Intrygujące miejsce. A to za sprawą (między innymi) dwóch nazwisk i pomnika w formie obelisku. Nazwiska to von Hatten i von Strachowsky, a obelisk – został poświęcony pamięci Wilhelma Strachowsky’ego, który w wieku 22 lat zginął w pojedynku. Ponoć był to ostatni legalny pojedynek na tych terenach. I nigdzie nie udało mi się znaleźć nic więcej o owym młodzieńcu. Ani czy był jedynakiem, czy najstarszym, czy najmłodszym z rodziny…

Rodzina von Strachowsky pozostała właścicielami Ełdyt Wielkich od roku 1908 do roku 1945. Do roku 1908 zaś Ełdyty Wielkie były własnością von Hattenów. A obie rodziny były spowinowacone…

Z rodziny von Hattenów, ale z gałęzi lemickiej pochodził biskup Warmiński Andrzej Stanisław von Hatten (Hattyński). Lomitten (Limity/Lemity), to nieistniejąca obecnie wieś mniej więcej w połowie drogi między Miłakowem a Ornetą (okolice Stolna?).

A tytułowe Ełdyty Wielkie?

Jak pisze dr Jan Chłosta w swoim Słowniku Warmii (Wyd.Litera Olsztyn, 2002), wieś Ełdyty położona jest w pobliżu rzeki Pasłęki. Lokował ją bp. Henryk Fleming w roku 1289 na pruskim polu Elditten. I w myśl dobrze pojętego nepotyzmu ( 😉 ) podarował 110 włók (1 włóka = ok. 16,8 ha) swojej siostrze Walpurgis i szwagrowi Konradowi Wendepfaffe (rodzina związana z rodem Padeluch). Przypuszcza się, że Henryk (jeden z czterech braci Padeluchów) mógł być potomkiem mieszczanina lubeckiego – Jana. Jedyne co o nim wiadomo, to to że był szalenie energicznym człowiekiem.  I że był zasadźcą Sępopola (Schippenbeil) oraz Kętrzyna (Rastembork). Miejscowości odległe były w owym czasie o dzień drogi konno (około 40 km). Przypuszcza się że miejscowość Podlechy (nieopodal Korsz) mogła należeć do owego energicznego krewnego lubeckiego mieszczanina. Tyle wiadomo… Wiadomo też, że wszystkich (czyli Wendepfaffa, Padeluchów i biskupa) łączyło miasto pochodzenia: Lubeka.

Rok lokacji wsi to także rok powstania parafii. Zatem to bodaj najstarsza wieś parafialna na Warmii. Kościół ełdycki nosi wezwanie Św. Marcina i został wybudowany w początkach wieku XIV. W latach 40. tego wieku pojawia się wzmianka o proboszczu. W XIX wieku kościół remontowano (w latach 1885-1886).

Wnętrza kościoła to głównie neogotyk i nieco baroku.

Ale – jest też płyta nagrobna Jana Nenchena. Był on burgrabią orneckim (to przełom wieków XVI i XVII).  Kiedy odsłoniłam płytę spod dywanika, i przeczytałam nazwisko, natychmiast błysnęło mi światełko w głowie. Bo właścicielem Ełdyt w roku 1634 był niejaki Eustachy Nenchen. Z tej to rodziny także pochodził Eustachy Placyd Nenchen (kanonik warmiński, żyjący w latach 1597-1647). Kanonik był krewniakiem owego burgrabiego orneckiego, Jana, z płyty sprzed ołtarza ełdyckiego…. Miał też kanonik dwóch braci: Kasper był cystersem, a Jakub był rajcą w Braniewie.

Jak to mówią – wszystko zostaje w rodzinie 😉

Wracając do kościoła… Ten najstarszy (wg Jana Chłosty) kościół na Warmii, jak wieść gminna niesie, najbardziej ucierpiał zimą 1945 roku.  Na wieży kościoła ponoć miał swoje stanowisko niemiecki snajper. I w związku z tym – Rosjanie ostrzelali właśnie wieżę…

Oczywiście po wojnie – w Ełdytach osadzono PGR…

Dzisiaj Ełdyty są małą miejscowością położoną ok. 40 km na płn zachód od Olsztyna. Gniazdo bocianie nadaje dodatkowego uroku tej warmińskiej wsi.

I rzadko kto zdaje sobie sprawę, że i tutaj w wieku XVIII zawitał szał polowań na czarownice. Otóż w roku 1747 niejaką Dorotę Zegger oskarżono o konszachty z diabłem, bo zbyt często chodziła na potańcówki (!!). Została za takie kontakty skazana na karę stosu. Ówczesny właściciel Ełdyt, Theodor von Hatten nieco „zmodyfikował” wyrok. Otóż kazał katu nieszczęsną ściąć, i dopiero martwą spalić.

A tak w ogóle, to ów Teodor Hatten (Hattyński)… był synem Nenchenówny… Otóż  wspomniany wyżej Jakub Nenchen, rajca braniewski miał syna, a ten córkę. Owa córka – Anna Marianna, wyszła za Zygmunta Alberta von Hatten, pana na Ełdytach (i paru innych wsiach). Ich synem był właśnie ów Teodor od stosu…

No i o tym wszystkim sobie przypomniałam, kiedy patrzyłam na opłakany stan dworu (będącego od 20o2 roku prywatną własnością), i kiedy spacerowałam z aparatem w ręku po terenie przykościelnym. A skojarzenia sprowokowała… płyta Nenchena.

Przypadki czasem doprowadzają do całkiem ciekawych skojarzeń…

😉

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Pluty – wspomnienie wakacji

Często wracam wspomnieniami do naszej listopadowej eskapady wschodniopruskiej. Nie tylko dlatego, że to był wreszcie ów wymarzony wspólny urlop, tak bardzo zasłużony po szaleńczym sezonie. Także dlatego, że parę ważnych miejsc odwiedziliśmy po drodze… Miejsc ważnych dla historii Europy, a obecnie często zapomnianych i zaniedbanych. Celowo zapomnianych, chciałoby się powiedzieć…

Ale też większość województwa warmińsko-mazurskiego to dzisiaj niemal Terra Incognita.

Turyści raczej jeżdżą na Mazury, zaś biura podróży (poza absolutnie nielicznymi, za co im chwała!) wciąż nie widzą nic ciekawego w  drogach i bezdrożach dawnych Prus Wschodnich. W szkołach nauczyciele wciąż unikają tematu, jako drażliwego, sami zresztą niewiele o nim wiedząc. O samej Warmii mówi się w oderwaniu od rzeczywistości, a tym samym wciąż nie bardzo wiadomo, co to takiego ta Warmia.

A tymczasem niedaleko granicy Warmii z Natangią, na trasie z Pieniężna (Mehlsack) do Górowa Iławeckiego (Landsberg) znajduje się mała wieś Pluty (Plauten). Nie wiem, czy ważna była dla Wielkiej Historii, ale na pewno jest ważna dla tych, którzy cenią sobie piękne widoki.

Wieś powstała nieopodal pruskiego grodu Pelten. Wiadomo, że około roku 1325 kapituła warmińska w osobie prepozyta Jordana wybudowała tu zamek. Jordan zarządzał kapitułą w zastępstwie chorego już wówczas biskupa Eberharda z Nysy i niedługo sam został wybrany biskupem warmińskim.

Parafia w Plutach powstała w pierwszej połowie XIVw., i wtedy też pojawiło się uposażenie parafii (to rok 1326).

W roku 1410 podczas Wielkiej Wojny z Zakonem wieś została zniszczona. Wiemy, że przeszło  wiek później (w roku 1583) we wsi funkcjonowała szkoła parafialna.

Kościół parafialny p.w. św. Wawrzyńca jest gotycki i pochodzi z połowy XIV w. Przebudowywany został w wieku XVI, a rozbudowany w 1801 r. M. in.  – przedłużono go w kierunku zachodnim i dobudowano wieżę.  Ledwo już widoczna data „1521” w jednej z blend szczytu zakrystii może być świadectwem ukończenia jakiegoś etapu prac budowlanych przy świątyni. Kościół konsekrował biskup Marcin Kromer w roku 1581.

Kościół zbudowany został na planie prostokąta, a wymurowano go w przyziemiu z kamieni polnych a wyżej z cegły. Otynkowano zaś współcześnie (za wyjątkiem wieży). Posiada przybudówki: od północy zakrystię a od południa kruchtę.

Wyposażenie wnętrza jest barokowe. I muszę tu zawierzyć opisom, bowiem kiedy tam zajechaliśmy podczas naszych peregrynacji – kościół był zamknięty. Lał deszcz, wiał przenikliwy wiatr i żadnemu z nas zupełnie nie w głowie było szukać wielebnego, żeby nam otworzył świątynię.

Z opisów wiem tylko, że ołtarz główny pochodzi z 1694 r. i że został wykonany w Królewcu. A twórcą ołtarza najprawdopodobniej był bądź sam Izaak Riga, bądź jego warsztat. Ołtarze boczne pochodzą z tego samego (mniej więcej) okresu. W jednym z ołtarzy bocznych obraz „Ostatnia Wieczerza” Piotra Kolberga z 1702 r. Ambona pochodzi z 1732 r., chór muzyczny z XIXw. i organy z początku XXw. Ze średniowiecznego wyposażenia ostały się tylko granitowa chrzcielnica i kropielnica.

Wieża kryje oryginalny mechanizm zegarowy z napędem obciążnikowym. Są też dwa dzwony. Pod posadzką kościoła zaś znajduje się krypta z trumnami.

„Grodzisko leży na wschód od wsi, nad Wałszą, na wzgórzu wyniesionym 30 m ponad dolinę. Widoczne są pozostałości wałów obronnych i fos”. Tego też nie miałam okazji sprawdzić…

Optymizmem tchną słowa z jednego z portali turystycznych:

„Jesienią 2010 roku parafia przy współpracy […] Wydziału Inwestycji i Ochrony Środowiska Urzędu Miejskiego w Pieniężnie złożyła wniosek o udzielenie dotacji na dofinansowanie remontu kościoła w ramach programu: Dziedzictwo Kulturowe, Priorytet 1, ochrona zabytków. Wniosek trafił na indywidualną listę do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wniosek został wysoko oceniony i otrzymał dofinansowanie w wysokości 300 tys. zł. Kościół poddany został najpilniejszym pracom zabezpieczającym i konserwatorskim.”

I to, że jakieś prace tam trwają było widać nawet w deszczu 🙂 I mam nadzieję, że wystarczy tak zapału, jak i funduszy…

prace zabezpieczające są jak widać potrzebne, na gwałt!

Wstyd, że na terenie kościelnym płyta nagrobna służy jako schodek!! Gdzie tu szacunek dla zmarłych! Gdzie etyka!!! Zaiste, piękny przykład...

wrażenie, że pieniędzy na remont nie wystarczyło na cały obiekt, było wręcz natrętne...

miejmy nadzieję, że z remontem zdążą, zanim będzie za późno...

coś tam widać w dole... ale wiało wilgocią taką, że wieki wietrzenia nic nie dadzą:(

odnosi się wrażenie, że chęci są, byle tylko funduszy wystarczyło.

Widok na kościół z drogi

U „franciszków”

Popołudniowa cisza w gdańskim kościele Św. Trójcy dała mi czas na podsumowanie roku i spojrzenie za siebie. Podsumowania każdego mijającego roku to niemal zwyczaj – w końcu za parę godzin rozpocznie się nowy – już  2011 z kolei  – rok.

🙂

A że mijające 365 dni były całkiem pomyślne dla mnie i dla mojej rodziny, (a przecież w końcu TO jest najważniejsze),  toteż spojrzałam nieco dalej za siebie. Aż tam, gdzie widać tylko to, co znamy z historii.

Franciszkanie…

Ich gotyckie kościoły zachwycają (truizm). Zachwycają przede wszystkim właśnie gotykiem a często i tajemniczością. Tą dzisiejszą tajemniczością, wynikającą z ciągłego zdumienia. Jak bowiem można w czasach tak konsumpcyjnych i tak niespokojnych chcieć wycofać się z życia i zamknąć w modlitwie. Tak samo pewnie myślały pokolenia przede mną.  A pewnie i następne też będą się nad tym głowić. Dzięki jednak takim, co to zamknęli się dla życia doczesnego – możemy dzisiaj i my znaleźć nieco wytchnienia od zgiełku i schronić się przed codziennym pośpiechem.

Takimi miejscami na wytchnienie pod każdym względem –  są niewątpliwie: gdański kościół Św. Trójcy i toruński kościół  Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny .

To wspaniałe, rzec by można monumentalne budowle. G.H. kiedyś powiedziała, że nie lubi gotyckich budowli bo się w kadrze nie mieszczą… Nie mieszczą się, bo budowano je ku chwale Panu i potomnym ku pamięci.

No, gdański kościół, a raczej klasztor – faktycznie ku pamięci! Tutaj nieco historii klasztoru, ale też w ogóle  Braci Mniejszych na Pomorzu (i od razu małe sprostowanie: w czwartej linijce tekstu – nie w Watemborku a w Wartemborku).

Na stronie gdańskiego konwentu nieco mgliście i „po łebkach” opisano czasy Gdańskiego Gimnazjum Akademickiego. A przecież była to wspaniała uczelnia o świetnej renomie. Nie pierwsza wprawdzie taka szkoła w Prusach Królewskich – bo pierwszą było Elbląskie Gimnazjum Akademickie. Ale wraz z trzecią tego typu uczelnią na tych terenach – Gimnazjum Akademickim w Toruniutworzyła system dający rękojmię dobrego, ba! doskonałego wykształcenia. Nieco o jakości nauczania w szacownej uczelni gdańskiej można znaleźć tutaj.

Dzisiaj gdański kościół Św. Trójcy czeka na swoje 5 minut. A dokładnie –  na fundusze. Remont wciąż trwa i miejmy nadzieję, że następne pokolenia będą miały dokąd chodzić w każdą wigilię każdego nowego roku po spokój 🙂 i że wciąż najpiękniejsze gotyckie szczyty w Gdańsku będą cieszyły oczy, tak jak dzisiaj. A na marginesie – jakże mi brakuje w ruchomej szopce  tego  okropnie skrzypiącego aniołka zjeżdżającego z niebios 🙂

Poniżej najpiękniejsze szczyty gotyckie Gdańska:

I migawki z wnętrza Św. Trójcy

Jakże inne jest wnętrze toruńskie!

Trzeba jednak pamiętać, że Toruń, w przeciwieństwie do zmasakrowanego (i wciąż masakrowanego architektonicznie) Gdańska – nie został zniszczony! Dlatego – jeśli chce się dotknąć gotyk, to jedzie się właśnie tam, do Torunia 🙂

To tu właśnie – u franciszkanów w Toruniu w roku 1243 odbył się synod pod przewodnictwem Wilhelma z Modeny, podczas którego to synodu powołano 4 diecezje pruskie (chełmińską, pomezańską, warmińską i sambijską).

XVII wieczne epitafium tragicznie zmarłego 17-letniego ucznia Gimnazjum Toruńskiego – Jana Mucka von Muckendorfa.

Czasem można spotkać takiego zaaferowanego służbą w kościele kotka… Zdjęcie jest niewyraźne, bo akurat gonił mysz…

Jedna z polichromii z końca XIV wieku.

No i nie wolno zapominać o Mauzoleum Anny Wazówny. Ta wyjątkowa pani w końcu spoczęła w Toruniu. Anna Wazówna „pojawia” nam się także w gdańskiej Bazylice Mariackiej.

Epitafium Guldensternów w farze Głównego Miasta Gdańska.

Czemu akurat przy tym epitafium? Otóż Anna Wazówna wydatnie pomogła rodzicom Zygmunta (jedyny w historii Szwecji tzw. środowy ślub) – ale o tym kiedy indziej. Zresztą Wojciech Łygaś w swojej świetnej książeczce pt. „Gdańsk – szwedzkie ślady historii”  przedstawił sprawę jasno w rozdziale pt. „Kamienie mówią”.

 

Jesienna Święta Lipka

Pośród wspaniałych jesiennych kolorów przyrody zza łuku drogi ukazała się Święta Lipka. Nie powiem, żeby to było jakieś zauroczenie i zachwyt od pierwszego wejrzenia.

Pierwsze wrażenie świętolipskie

Mało tego, ja w ogóle nie przepadam za barokiem. A może powinnam raczej napisać to w czasie przeszłym… Kiedyś głębokim niesmakiem napawały mnie te wszystkie małżowiny i chrząstki. Przepraszam A.P. – ale wreszcie wzięłam się na odwagę, żeby to wyznać publicznie J. Słuchałam zachwytów nad barokiem mojej Drogiej Koleżanki A.P. z wielkim zdumieniem. Jak można widzieć cokolwiek pięknego poza gotykiem.

Aż w końcu… zostałam przewodnikiem po województwie warmińsko-mazurskim.

No i zaczęło się – gdzie się nie ruszyłam, tam barok. Jak nie kościół, to kaplica czy chociaż ołtarz … I jeszcze wspaniała narracja J.S. o Kaplicy Szembeka we Fromborku.

Postanowiłam więc przyjąć zasadę stosowaną w Afryce przy mrówkach faraona: nie da się wytępić, trzeba pokochać. No może z tym uczuciem to przesada, ale zaczęłam zauważać urodę architektury barokowej.

No i tak trafiłam do Świętej Lipki.

Akurat może nie najpiękniej trafiłam, bo w czasie remontów wielkich. Na tle tego remontowego rozmachu, jakże smutno wygląda Krosno koło Ornety (widać, nie ma tej siły przebicia – a niemniej piękne, ba! wręcz bardziej eleganckie).

Moje ulubione Krosno k. Ornety

Święta Lipka ze strony internetowej: http://www.swlipka.org.pl                oczywiście zdjęcie już nieaktualne, bowiem Św.Lipka odzyskała koloryt historyczny. Daleko bardziej „adekwatny” niż ten poprzedni i szczerze powiedziawszy – znacznie ładniejszy 😉

To, jednak co w Świętej Lipce obecnie można zwiedzać, to nie pierwsza świątynia w tym miejscu.

Wszystko zaczęło się od …

No właśnie – ma Gdańsk swoją legendę o Pięknej Madonnie (o niej, kiedy indziej) – podobną ma Święta Lipka. W obu przypadkach skazańcowi w lochu ukazuje się Madonna, następnie skazaniec rzeźbi figurkę Madonny z Dzieciątkiem i w obu legendach – więzień zostaje ułaskawiony (czy jak chcą niektórzy – uniewinniony). Świętolipska Madonna została przez ułaskawionego z lochów kętrzyńskich zawieszona na lipie przy drodze wiodącej z Kętrzyna do Reszla. Szybko zasłynęła z cudów. Wkrótce wokół niej wybudowano kaplicę, którą opiekowali się krzyżaccy księża. A więc legenda znajduje umiejscowienie w czasach Panów Pruskich. Ciekawe – że i ta gdańska także… (Świętolipska tradycja została spisana w roku 1626 r.).

Do świętolipskiej kaplicy odbywano liczne pielgrzymki – i jednym z pielgrzymów był sam wielki mistrz Albrecht von Brandenburg-Ansbach. Jak wieść gminna niesie szedł na piechotę z Sępopola (do którego zjechał z Królewca). I szedł aż 4 mile!

(Czyli 30 kilometrów – bo mila pruska to jakieś 7,5 km. Wynika z tego, że musiał iść na skróty, bowiem z Sępopola do Św. Lipki jest około 36 kilometrów, ale pewnie się czepiam.)

Pierwsza kaplica została zniszczona w XVI wieku podczas reformacji. I jak mi powiedziano – w miejscu po zburzonej kaplicy i wyciętej lipie została ustawiona szubienica.

I może by tak zostało, gdyby nie niejaki Stefan Sadorski z Legin (jesteśmy już w wieku XVII). Otóż, udzielał się – jakbyśmy to dzisiaj nazwali – społecznie na rzecz Kościoła. Spotkamy go w otoczeniu biskupa warmińskiego Szymona Rudnickiego. Biskup miał ambicję odbudowy, czy raczej pobudowania nowej kaplicy świętolipskiej w miejscu zniszczonej przez protestantów. Jednakże na przeszkodzie tej ambicji stał Otto von der Gröben – właściciel włości, w obrębie których leżała Święta Lipka. Jako kalwin wcale nie był zainteresowany postawieniem kościoła katolickiego (Święta Lipka leży już poza Świętą Warmią, nieopodal granicy wprawdzie, ale jednak poza…). Kiedy starania biskupa nie przyniosły skutku, na scenę wkroczył nasz działacz – Stefan Sadorski, będący sąsiadem Gröbena.

W tym wypadku Otto z pewnością nie zgodziłby się ze słowami piosenki „jak dobrze mieć sąsiada”, bowiem stał się niejako obiektem ataków… epistolarnych. Niewątpliwie za sprawą Stefana (sekretarza królewskiego zresztą…) listy szły od biskupa Jakuba Zadzika – biskupa i sekretarza królewskiego, od samej królowej Konstancji, królewicza Władysław, a w końcu – od samego króla Rzeczypospolitej Obojga Narodów – Zygmunta III Wazy.

Po takim zmasowanym ataku, Otto najpierw sprzedał drogiemu sąsiadowi 3 morgi ziemi – w miejscu dawnej kaplicy. Po dwóch latach sprzedał całość – czyli 5 łanów*. Wszystko dlatego, że Sadorskiemu nie wystarczyły owe 3 morgi. I nie mogły wystarczyć. Bowiem do uzyskania pozwolenia na budowę kaplicy należało być właścicielem całych włości, by mieć prawo patronatu nad wszystkimi kościołami tamże.

Transakcja została przeprowadzona 12 kwietnia 1619 roku (rok ów jest także rokiem przejścia von der Gröbena na katolicyzm). Budowa kaplicy świętolipskiej na ruinach poprzedniej musiała postępować szybko, skoro już listopadzie tego samego roku biskup Rudnicki mógł dokonać konsekracji. Nową-starą kaplicę oddano pod opiekę jezuitom. Jako, że pielgrzymów przybywało i nie mieścili się w kaplicy – w roku 1688 postanowiono o przebudowie. Przedsięwzięcie nie było łatwe, bowiem teren budowy trzeba było ustabilizować – czyli spalować. Założono więc około 10 tysięcy pali olchowych i przystąpiono do budowy. I trwała ona właściwie do lat 20-tych XVIII wieku. Powstała w ten sposób trójnawowa bazylika z krużgankami.

Wśród artystów pracujących nad pięknem nowego kościoła można znaleźć nazwiska powtarzające się także w innych miejscowościach Prus (obecnego województwa warmińsko-mazurskiego).

Między innymi – rzeźbiarz Krzysztof Perwanger, autor rzeźb na zachodniej fasadzie założenia. Perwanger był z pochodzenia Tyrolczykiem, ale mieszkał w Tolkmicku, gdzie burmistrzował. Był także piwowarem, które to zajęcie dawało niezły dochód. Niekiedy mawia się, że był lepszym rzeźbiarzem niż burmistrzem – ale to z pewnością plotki.

Spotkamy też w Świętej Lipce, znanego nam z Fromborka czy Wozławek, malarza Macieja Jana Meyera. To on wprowadził złudzenie optyczne dla symulacji elementów architektonicznych w swoim malarstwie.

Próbka talentu K. Perwangera ze Stoczka Klasztornego

Mayerowe polichromie świętolipskie

Kratę – przepiękną kratę świętolipską – wykonał Jan Schwarz z Reszla. Brama przez niego wykuta (około 4,5 tony), miała swój występ w Warszawie w roku 2003, kiedy to po konserwacji została „wystawiona” na dziedzińcu Zamku Królewskiego w Warszawie. Koronkowa niemal robota mistrza kowalskiego z Reszla do dzisiaj wzbudza zachwyt. Prace Schwartza nad bramą trwały 2 lata (1731-1733) a potem jeszcze rok zabrał montaż na dębowej konstrukcji. Tę zastąpiono po II wojnie konstrukcją betonową.

Schwartzowa koronka w obrzydliwej zieleni

Do pełni wrażeń należy dodać Świętolipskie Wieczory Muzyczne, jakie odbywają się każdego lata, a także prezentacje organów dla turystów. I tutaj na pewno mogłabym zostać posądzona o stronniczość, ale … organy oliwskie, czy fromborskie, brzmią „huczniej”. Niemniej jednak warto posłuchać prezentacji, by mieć porównanie.

Warto też zauważyć wyjątkowość bazyliki świętolipskiej. Jako dzieło barokowe, dojrzałe, plasowane jest w tzw. ścisłej czołówce architektury barokowej w Polsce. Wymieniana jest jednym tchem wraz z przepyszną farą poznańską, czy zachwycającą akademicką Św. Anną w Krakowie.

Organy świętolipskie

A co się stało z Otto von der Gröbenem?

Ano – wstąpił na służbę u króla Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Został jego „mężem zaufania” w Prusach, a wkrótce także sekretarzem. Ze służby odszedł już w czasach panowania Władysława IV. Po wycofaniu się ze służby królewskiej wrócił do swojego majątku w Jeżewie. Dla Świętej Lipki ufundował ołtarz boczny, a do pobliskiego reszelskiego gimnazjum jezuickiego przekazał swoją bogatą bibliotekę. Zmarł w Jeżewie i pochowany został w Reszlu – w kościele jezuickim (obecnie Cerkiew Przemienienia Pańskiego).

Niegdyś kościół jezuicki w Reszlu – obecnie Cerkiew Przemienienia Pańskiego, gdzie znaleźli ostatni spoczynek sąsiedzi

Tam też – ale 4 lata wcześniej pochowany został jego drogi sąsiad, Stefan Sadorski.

I to właściwie koniec o Świętej Lipce. Bo nie mam na razie miejsca na blogu, aby wstawić film z nagraniem koncertu, czy raczej prezentacji organów. O nich nie wspomniałam, ale specjalnie – bowiem to osobny temat! I niezmiernie ciekawe porównanie prezentacji organowych w Świętej Lipce, Fromborku i katedrze oliwskiej. Ale o tym kiedy indziej.

Poniżej parę detali świętolipskich

Dla ciekawych szczegółów – http://www.swlipka.org.pl

Znalazłam w sieci próbkę brzmienia świętolipskiego (jakość taka sobie, ale wklejam bardziej dla dźwięku):

http://www.youtube.com/watch?v=4DhTktptAak&feature=related

*1 morga pruska – tzw. duża – to około 0,5 hektara,

1 łan to 30 mórg, a to z kolei mniej więcej odpowiada 17,955  hektara,

Z rozpędu podaję inne łany:

1 łan (huba) pruska 16,5 ha (~30 mórg = 66 pruskich mórg)

1 łan warmiński        17,3387 ha (Prusy (~30 mórg, ~ 67 pruskich mórg)

1 łan olecki                15,648 ha (Prusy Wschodnie 1720)

http://www.olecko.info/index.php?option=com_content&view=article&id=82:olecka-ws&catid=18:historia&Itemid=34

Katedra w Kwidzynie – tajemnica krypt

Kwidzyńskie Centrum Kultury oddało nam do rąk świetną książkę pt. „Katedra w Kwidzynie – tajemnica krypt” pod redakcją Małgorzaty Grupy i  Tomasza Kozłowskiego.

Książka popełniona została przez znakomity zespół naukowców biorących udział w pracach, tak wykopaliskowych, jak i w późniejszym interdyscyplinarnym opracowywaniu materiałów pozyskanych z wykopalisk. I stanowi niejako uzupełnienie ciekawej konferencji, jaka miała miejsce w Kwidzynie, w grudniu 2008 r.

Wykopaliska zostały zapoczątkowane w roku 2006. A wszystko po to, by znaleźć pochówek Błogosławionej Doroty z Mątowów Wielkich (czasem słyszy się: Mątów Wielkich). To ważna postać dla średniowiecza. Wystarczy powiedzieć, że już Konrad von Jungingen był gorącym orędownikiem wyniesienia jej na ołtarze, a do jej grobu pielgrzymował przed bitwą pod Grunwaldem Władysław Jagiełło. Ważna także dla czasów współczesnych – jako wspólna patronka Niemców i Polaków.

Przy sposobności wykopalisk potwierdziły się zapiski J. U. Niemcewicza,  że podczas remontu, jaki przeprowadzono w wieku XIX kości porozrzucano, a część płyt zniszczono. Konkretnie użyto do zbudowania schodów. No, ale to akurat nie nowina, i często spotykany sposób traktowania starych płyt nagrobnych do dzisiaj…

Prace badawcze zapoczątkowane w roku 2006 dotyczyły nawy głównej, ale później skoncentrowały się w części prezbiterialnej. I tam właśnie natrafiono na kryptę z trzema męskimi pochówkami.

Wnikliwe badania szkieletów dały mnóstwo informacji. I to na temat nie tylko pożywienia, ale też na temat urazów, czy podatności na niektóre choroby . Tak więc na łamach publikacji dowiemy się, który z mistrzów nie miał zębów, który nie tolerował mleka, a który musiał z pewnością skarżyć się na bóle kręgosłupa.

Wiele też informacji uzyskano o sposobie ubioru. Czytając o około 30 rodzajach jedwabiu, jakiego próbki udało się pozyskać z krypty, można się zadumać nad tym, jak daleko Panowie Pruscy odeszli od ideału Reguły. („położyli się” w jedwabiach, a nie w płaszczach przewidzianych przez Regułę do pochówków).

Napisałam: Panowie Pruscy, bowiem z dużą dozą prawdopodobieństwa zespół naukowców określił tożsamość owych trzech szkieletów.

To trzej Wielcy Mistrzowie krzyżaccy – Werner von Orseln, Ludolf Koenig, Heinrich von Plauen. A więc potwierdza to i niejako sankcjonuje obecność malowideł (z pocz. XVI wieku) w górnej części prezbiterium.

Kiedy rekonstruowano płaszcze, w jakie mogli być odziani nasi domniemani trzej mistrzowie, narzekano na ubóstwo dzisiejszej oferty handlowej… Kolorystyka ubiorów średniowiecznych niejednego projektanta mody dzisiaj przyprawiłyby o zawał.

Ale nie na darmo mawia się, że średniowiecze to epoka kolorów.

Gdyby mogli – ludzie średniowiecza z pewnością pomalowaliby nawet Księżyc.

Nie sposób omówić tu całą publikację. Bowiem trzeba by ją zwyczajnie streścić. Układ artykułów pozwala na zapoznanie się z kolejnymi etapami prac, i ich specyfiką. To z kolei pozwala na czytanie książki zgodnie z własnym zainteresowaniem, czy aktualną potrzebą chwili.