Ełdyty Wielkie – nepotyzm – obelisk i plotki rodowe

Nie tak dawno, bo w październiku przejeżdżałam przez Ełdyty Wielkie.

Intrygujące miejsce. A to za sprawą (między innymi) dwóch nazwisk i pomnika w formie obelisku. Nazwiska to von Hatten i von Strachowsky, a obelisk – został poświęcony pamięci Wilhelma Strachowsky’ego, który w wieku 22 lat zginął w pojedynku. Ponoć był to ostatni legalny pojedynek na tych terenach. I nigdzie nie udało mi się znaleźć nic więcej o owym młodzieńcu. Ani czy był jedynakiem, czy najstarszym, czy najmłodszym z rodziny…

Rodzina von Strachowsky pozostała właścicielami Ełdyt Wielkich od roku 1908 do roku 1945. Do roku 1908 zaś Ełdyty Wielkie były własnością von Hattenów. A obie rodziny były spowinowacone…

Z rodziny von Hattenów, ale z gałęzi lemickiej pochodził biskup Warmiński Andrzej Stanisław von Hatten (Hattyński). Lomitten (Limity/Lemity), to nieistniejąca obecnie wieś mniej więcej w połowie drogi między Miłakowem a Ornetą (okolice Stolna?).

A tytułowe Ełdyty Wielkie?

Jak pisze dr Jan Chłosta w swoim Słowniku Warmii (Wyd.Litera Olsztyn, 2002), wieś Ełdyty położona jest w pobliżu rzeki Pasłęki. Lokował ją bp. Henryk Fleming w roku 1289 na pruskim polu Elditten. I w myśl dobrze pojętego nepotyzmu ( 😉 ) podarował 110 włók (1 włóka = ok. 16,8 ha) swojej siostrze Walpurgis i szwagrowi Konradowi Wendepfaffe (rodzina związana z rodem Padeluch). Przypuszcza się, że Henryk (jeden z czterech braci Padeluchów) mógł być potomkiem mieszczanina lubeckiego – Jana. Jedyne co o nim wiadomo, to to że był szalenie energicznym człowiekiem.  I że był zasadźcą Sępopola (Schippenbeil) oraz Kętrzyna (Rastembork). Miejscowości odległe były w owym czasie o dzień drogi konno (około 40 km). Przypuszcza się że miejscowość Podlechy (nieopodal Korsz) mogła należeć do owego energicznego krewnego lubeckiego mieszczanina. Tyle wiadomo… Wiadomo też, że wszystkich (czyli Wendepfaffa, Padeluchów i biskupa) łączyło miasto pochodzenia: Lubeka.

Rok lokacji wsi to także rok powstania parafii. Zatem to bodaj najstarsza wieś parafialna na Warmii. Kościół ełdycki nosi wezwanie Św. Marcina i został wybudowany w początkach wieku XIV. W latach 40. tego wieku pojawia się wzmianka o proboszczu. W XIX wieku kościół remontowano (w latach 1885-1886).

Wnętrza kościoła to głównie neogotyk i nieco baroku.

Ale – jest też płyta nagrobna Jana Nenchena. Był on burgrabią orneckim (to przełom wieków XVI i XVII).  Kiedy odsłoniłam płytę spod dywanika, i przeczytałam nazwisko, natychmiast błysnęło mi światełko w głowie. Bo właścicielem Ełdyt w roku 1634 był niejaki Eustachy Nenchen. Z tej to rodziny także pochodził Eustachy Placyd Nenchen (kanonik warmiński, żyjący w latach 1597-1647). Kanonik był krewniakiem owego burgrabiego orneckiego, Jana, z płyty sprzed ołtarza ełdyckiego…. Miał też kanonik dwóch braci: Kasper był cystersem, a Jakub był rajcą w Braniewie.

Jak to mówią – wszystko zostaje w rodzinie 😉

Wracając do kościoła… Ten najstarszy (wg Jana Chłosty) kościół na Warmii, jak wieść gminna niesie, najbardziej ucierpiał zimą 1945 roku.  Na wieży kościoła ponoć miał swoje stanowisko niemiecki snajper. I w związku z tym – Rosjanie ostrzelali właśnie wieżę…

Oczywiście po wojnie – w Ełdytach osadzono PGR…

Dzisiaj Ełdyty są małą miejscowością położoną ok. 40 km na płn zachód od Olsztyna. Gniazdo bocianie nadaje dodatkowego uroku tej warmińskiej wsi.

I rzadko kto zdaje sobie sprawę, że i tutaj w wieku XVIII zawitał szał polowań na czarownice. Otóż w roku 1747 niejaką Dorotę Zegger oskarżono o konszachty z diabłem, bo zbyt często chodziła na potańcówki (!!). Została za takie kontakty skazana na karę stosu. Ówczesny właściciel Ełdyt, Theodor von Hatten nieco „zmodyfikował” wyrok. Otóż kazał katu nieszczęsną ściąć, i dopiero martwą spalić.

A tak w ogóle, to ów Teodor Hatten (Hattyński)… był synem Nenchenówny… Otóż  wspomniany wyżej Jakub Nenchen, rajca braniewski miał syna, a ten córkę. Owa córka – Anna Marianna, wyszła za Zygmunta Alberta von Hatten, pana na Ełdytach (i paru innych wsiach). Ich synem był właśnie ów Teodor od stosu…

No i o tym wszystkim sobie przypomniałam, kiedy patrzyłam na opłakany stan dworu (będącego od 20o2 roku prywatną własnością), i kiedy spacerowałam z aparatem w ręku po terenie przykościelnym. A skojarzenia sprowokowała… płyta Nenchena.

Przypadki czasem doprowadzają do całkiem ciekawych skojarzeń…

😉

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Garnki w ścianie

Dostałam kiedyś od znajomego Muzealnika skany artykułów z Młodego Technika (lata 50-te) i z którejś Ochrony Zabytków (nie mam numeru, a tylko skany stron).

Teksty traktują o… holośnikach (kiedy ten tekst pisałam, komputer uparcie zmieniał mi „holośniki” na „holowniki” – więc nawet to świadczy o tym, jak mało znany, albo i wcale, jest ten temat). Właśnie sprawdziłam w necie hasło „holośnik” i wywala mi albo mojego bloga, albo malborskie forumowisko, gdzie czas jakiś temu padło parę uwag o garnkach w ścianie morąskiego kościoła. A poza tym zero! Nic więcej… Czyżby temat zbyt mało poważny dla naukowców? 😉

A wracając do lektury wspomnianych wyżej artykułów…

Holośnik – jak to zostało nazwane w jednym z nich – to garnek w ścianie potęgujący głos. Takie garnki wmurowywane były w ściany cerkwi na Rusi, ale także na naszych ziemiach. Otwór takiego naczynia wmurowanego w ścianę – był skierowany do wnętrza świątyni.

Jak podaje artykuł – najstarsza wzmianka o takim naczyniu – pochodzi z XI wieku i mówi o stosowaniu garnków podczas budowy cerkwi Św. Bazylego w Owruczu.

Artykuł dalej mówi o tym, jak to w 1340 roku biskup Maciej z Gołańczy (herbu Topór) kazał wmurować w ściany katedry włocławskiej po cztery garnki w ściany wokół okien, dwa pod sklepieniem prezbiterium i dwa nieco niżej. Do tego dochodziły jeszcze te ponad wejściem i w sklepieniach. Z tego ponoć powodu katedra włocławska zwana była grzmiącą katedrą. (

Czy to z tych czasów pochodzi powiedzenie o grzmiącym głosie księży?

Jak dalej można w artykule przeczytać, garnki takie wyrabiano z gliny z domieszką grafitu. Wyrobem takich naczyń trudnili się garncarze w Czechach i na Rusi, ale także i u nas (pytanie: co to znaczy; U NAS, a co za tym idzie: GDZIE u nas?).

Wbudowanie takich naczyń w ściany (nieotynkowane!) dawało pomieszczeniu stosowny pogłos, przy jednoczesnym głuszeniu echa, tak, że słowo wypowiedziane nabierało wyraźnego brzmienia.

Kiedy w XIX wieku konserwatorzy zalepiali owe dziury w ścianach i sklepieniach kościołów, nie znając ich zastosowania i uznając za zbędne – nagle prezbiteria kościelne „ogłuchły”, jak mawiano.

Jak można się dalej dowiedzieć z artykułu – na Mazowszu przestrzegano wymiarów takich naczyń.

I tak – głębokość = 18 cali, średnica otworu = 4 cale. Wg „Geometry Polskiego” ks. Solskiego z roku 1683 – cal = 12 ziarnkom jęczmienia.

Było ponoć także i inne zastosowanie takich garnków. Otóż używano ich jako pustaków do budowy sklepień.

W drugim z artykułów można dowiedzieć się, że podczas konserwacji polichromii w jednym z kościołów znaleziono pod tynkiem ceramiczne „szpule”, jak je nazwano.

„… w trakcie prac odkrywczych natrafiono na dość regularnie umieszczone w oryginalnej zaprawie ciemne krążki. Przy odsłanianiu ich i próbie wyjęcia okazało się, że są to jakby szpule z otworem w środku osadzone na gruz w walcu z tego samego materiału i w tej samej barwie. Po wyjęciu i dokładnym zbadaniu jednego z nich, wyjaśniło się, że są to ceramiczne szpule z czarnej gliny, długie na 105 mm, o średnicy z jednej strony 51,5 mm, z drugiej 38 mm, zwężając się ku środkowi do 26 mm, o otworze wewnętrznym na wylot przez długość o 16mm średnicy. Waga takiej szpuli wynosiła 172 g. Szpule te tkwiły w szyjkach urn wmurowanych w pozycji poziomej dnem do zewnątrz kościoła. Dla bliższego zapoznania się z naczyniem, którego kształt wydawał się pękaty, i zrobienia dokładnych rozmiarów odsłoniliśmy w jednym miejscu na ścianie północnej dwa obok siebie leżące naczynia, z których jedno wmurowano już spękane. Wysokość naczyń waga się od 43,5 do 48 cm, średnica dna ca. 20 cm, średnica największego wybrzuszenia 28,5 do 39 cm, najwęższe miejsce w szyjce 8 cm, u wylotu 10 cm. Grubość ścianki przy szyjce 10 -11 cm.”

Jak zauważono dalej – ilość owych naczyń w okolicach łuków sklepiennych – wahała się od 5 do 7. Przypuszczano, iż garnki owe mogły służyć bądź do poprawy akustyki bądź do zabezpieczenia od zawilgocenia wnętrza.

Zastanawiające są te podane grubości ścianek – zwłaszcza ta w szyjce u wylotu. 10 cm to przecież niesłychana grubość ścianki, jeśli chodzi o takie naczynie.

Wklejam swoje osobiście zrobione zdjęcia takich garnków, szpul czy holośników…

Są to sklepienia Letniego i Zimowego Refektarza w zamku malborskim, jak i spływów sklepiennych kościoła Św. Piotra i Pawła w Reszlu, a także ściany kościoła morąskiego (też p.w. Św. Piotra i Pawła…), dodaję też toruńskie świętojakubowe.

Ciekawi mnie, czy i diabły orneckie nie pojawiły się przypadkiem jako  ideologiczne opracowanie owych dziur 😉 Na wszelki wypadek… gdyby myśli wiernych chciały uciekać precz, miały je zatrzymać diabły i wtłoczyć na powrót do głów… Historia o Tutivillusie znakomicie może się tu wpisać. To jednak tylko moje luźne gdybania i muszę to dokładnie sprawdzić. Bowiem skąd tylko w Ornecie takie opracowanie? I skoro to teren świętej Warmii, to dlaczego diabeł musiał pilnować ? No i na dodatek nie dość, że  Święta Warmia, to jeszcze czas jakiś Orneta była siedzibą biskupa…

Wklejam zdjęcia mojego orneckiego ulubionego – tego w szlafmycy :-).

Wklejam też zdjęcia otworów z Oliwy, z kościoła pocysterskiego (obecnej Archikatedry). Otwory te znajdują się na ścianie północnej ambitu, a także w ścianie nawy północnej, jak i po południowo-zachodniej stronie wejścia głównego. Czy są to otwory do (jak chcą niektórzy) „ogrzewania geotermicznego (termalnego) ? nie wiem, nikt mi tego nie umie wytłumaczyć. Faktem jednak jest – że posadzka po tej stronie kościoła jest zawsze sucha, inaczej niż w innych kościołach gotyckich, gdzie rano można wodę zbierać szmatą 😉 To pewniw jedna z tych zagadek średniowiecznych wciąż czekających na rozwiązanie…

Są też w Oliwie holośniki na spływach sklepiennych. Jednakże w wieku XVI zostały  zasłonięte gwiazdkami. Tam, gdzie gwiazdki odpadły – można zobaczyć niemal z bliska, jak taki holośnik wygląda… 

Wiele cennych informacji na ten temat otrzymałam swego czasu od eksperta w dziedzinie akustyki – Pana Gustawa Budzyńskiego, którego miałam zaszczyt i ogromną przyjemność poznać podczas pewnego spotkania na PG.

Pan Budzyński dał mi też swoje opracowania akustyki Kościoła Mariackiego w Gdańsku, jak i wiele cennych wskazówek, bardzo pomagających mi w pracy. 

Dziękuję za pomoc i cenne wyjaśnienia !!!

Tematem „tajemniczych” otworów zajmowano się już na forum międzynarodowym – właśnie w kontekście waz akustycznych w sklepieniach średniowiecznych kościołów.
Swego czasu otrzymałam skany od Pana Budzyńskiego własnie – części materiałów z roku 1986, kiedy to ten temat był referowany na sesji w Berlinie przez akustyków z Politechniki Gdańskiej. Otrzymałam projekt tekstu po polsku, i konkluzję:

„Najciekawsze jednak chyba są dawne zdjęcia sklepień Bazyliki Mariackiej w Gdańsku, fotografowane pionowo w górę, na których widać, jak liczne były otwory w tych sklepieniach. Otworom odpowiadają obszerne uwypuklenia na wierzchnich powłokach sklepień, sugerujące obecność „waz akustycznych” przyłączonych wewnątrz sklepień do otworów.”

Tyle ekspert, który zajmował się „garnkami w ścianach” wiele lat. Temat otwarty, bowiem jak na razie wszystkie sugestie wypływają bądź od fascynatów, bądź od historyków – do tego jednak potrzebne są dogłębne badania akustyków.

Hipoteza o otworach „odpływowych” również funkcjonuje wśród fascynatów tematu i ma pełne uzasadnienie (zważywszy na funkcjonalność architektury średniowiecznej). Niewątpliwie nie wszystkie otwory w sklepieniach były otworami akustycznymi (i to często nawet widać nawet tzw. gołym okiem).

Zaś spory o garnki w ścianach są równie gorące i równie bezprzedmiotowe, jak te, o ślady po świdrach ogniowych 😉 Bo w gruncie rzeczy każdy ma rację.

Jednakże dopóki nie odezwie się ktoś, kto podważy naukowo badania akustyków, pozostaje czerpać z dorobku akustyków właśnie. I „póki co” – lepiej opierać się na zdaniu ekspertów w tej kwestii.

Letni Refektarz w malborskim zamku

a to najprawdopodobniej ogrzewanie „geotermalne”. Ale niestety nikt mi nie potrafi na to odpowiedzieć – bo trywialny, czy niedostatecznie poważny temat?

Dziury w cegłach

Na wstępie truizm – jako przewodnik i pilot wycieczek – sporo jeżdżę.

Jeżdżę nie tylko z wycieczkami, ale także by się do nich przygotowywać, albo prowadząc kwerendy w terenie dla moich turystów (czy zwyczajnie, tak po prostu, dla siebie samej). Obszar moich zainteresowań obejmuje zarówno województwo pomorskie, jak i warmińsko-mazurskie, jeżdżę też po całej Polsce.

No i … Oczywiście miejscem, gdzie każdy poszukiwacz przeszłości zawsze się zatrzymuje, jest kościół – zwłaszcza, jeśli jest średniowieczny. I każdorazowo penetrując tereny przykościelne – robię zdjęcia ścian samej świątyni, bowiem można z nich wiele wyczytać.

Czas jakiś temu na ścianach kościołów zwróciły moją uwagę dziury w cegłach – w formie dołków, jak po łyżeczce do lodów. Są albo okrągłe, albo przywodzące na myśl kielnię. Zaciekawiło mnie też, że są one przeważnie zebrane wokoło głównego (zachodniego) portalu, a także na południowej ścianie, mniej więcej do miejsca, gdzie wewnątrz zaczyna się prezbiterium (ale to nie jest regułą, bo często dziury są na ścianie wschodniej także).

Zazwyczaj dziury znajdują się na wysokości dogodnej dla człowieka, nierzadko trzeba jednak się schylić, by je sfotografować. W niektórych jednak kościołach – dziury są wyżej, a także po północnej stronie. Czasem nawet nad kruchtą północną, ale wśród cegieł późniejszych. Czy zatem zostały wtórnie użyte?

Nie znalazłam takich dziur na kościołach klasztornych – co naturalne, zważywszy zabudowania klasztorne (z reguły po południowej stronie kościoła), ale dziur nie ma nawet przy wejściu.

Posadowienie dziur wokół portalu zachodniego czy na południowej ścianie wiąże się z tym, iż to strona światła a portal … No cóż… jak mówi Chrystus w Ewangelii wg Św. Jana: “Ja jestem bramą. Jeśli kto wejdzie przeze mnie, będzie zbawiony;… i będzie wchodził, i wychodził, i pastwiska znajdzie…”

Wracając do dziur i cegieł….

Zaczęłam zbierać hipotezy na ten temat, a także informacje, czy i gdzie jeszcze poza moim terenem są znajdowane. Dowiedziałam się, o takich dołkach w Szwecji, Brandenburgii, Meklemburgii czy na Rugii. Występują też na terenie całej Polski.

Jedną z hipotez jest charakter ekspiacyjny dziur. Mianowicie – grzesznik po wyspowiadaniu się miał odprawiać pokutę wiercąc palcem w ścianie kościoła. Sprawdziłam. Po takim doświadczeniu przez parę dni palce miałam oklejone plastrem. Poza tym, wiercąc dość długo, nie zrobiłam żadnej „krzywdy” cegle. Ta teoria upadła więc, jako nielogiczna. Wprawdzie – znając pomysły księdza Stolarczyka (słynnego pierwszego proboszcza w XIX-wiecznym Zakopanem), to kto wie…

Niemal tak popularna jak ekspiacyjna, jest teoria o znachorstwie. Owszem, pył uświęcony zadawany bywał czasem do pożywienia dla krów, czasem też stosowany przez lokalnych znachorów. Jednak marginalne zastosowanie takiego pyłu, a także liczne podówczas pielgrzymki – nasuwają myśl, że jeśli faktycznie miało coś takiego miejsce, to bardziej w sanktuariach, do których pielgrzymowano.

Spotyka się też wersję, iż w taki wydrążony dołek chory wdmuchiwał swoją chorobę. Ale – pojawia się wątpliwość, by kościół – zwłaszcza średniowieczny zezwolił na takie praktyki. A poza tym – czy fakt istnienia mniejszej ilości dziur w niektórych miejscowościach lub ich brak – oznacza, iż społeczność ta była zdrowsza?

Najbardziej wiarygodna jest teoria o łuku ogniowym, czy jak kto woli – o świdrze ogniowym.

Nie będę tu opisywała samego łuku ani techniki wykonania – odsyłam zainteresowanych na stronę eksperta od survivalu – Bartosza Gorayskiego, który daje bardzo ciekawy i jasny wykład, jak zrobić i jak użyć, tak łuk jak i świder ogniowy.

W swoim wykładzie Autor strony wskazuje, jakie drewno może – a więc także i kiedyś mogło – być użyte do zrobienia nie tylko łuku, ale przede wszystkim świdra. Ważne też było, co pełniło rolę hubki…

Kiedy ogląda się dziury na ścianach kościołów, widać wyraźnie, że jedne z nich są głębsze inne płytsze, jedne bardziej osmolone, inne mniej.

Zastanawiające ślady na kościele ŚŚ. Janów w Toruniu. Zdjęcie poniżej:

torunskie dziury swietojanskie

Czy możliwe by to łuk ogniowy pozostawił takie ślady?

Co jednak w końcu oznaczają owe dziury i jakie miały znaczenie?
W czasach, kiedy chrześcijaństwo dopiero się osadzało, między innymi na dzisiejszych ziemiach polskich – nie tylko kościoły budowano na miejscach dawnych praktyk religijnych. Absorbowano lub inaczej: oswajano też wiele z dawnych zwyczajów i wierzeń.

Szczególnie ważny był kult solarny. Wszystkie ludy, począwszy od starożytnych Egipcjan poprzez Słowian, German, Skandynawów czy Prusów aż do naszych czasów czciły i czczą tak słońce jak i ogień. Często nie zdając sobie z tego sprawy, jesteśmy bardzo umocowani w wierzeniach naszych przodków. A także w przesądach…

Jako, że od słońca pochodzi ogień – bogowie ognia stanowili niegdyś ważne postaci w panteonie bóstw.

Dla Prusów takim bogiem mającym władzę nad ogniem był Perkunas (odpowiednik nordyckiego Thora). U Litwinów i Żmudzinów Perkunasowi palono wieczny ogień, którego miały pilnować westalki tak za dnia jak i w nocy. Jeśliby kiedykolwiek ów ogień zgasł – musiał natychmiast być na nowo… niecony.

Nie od parady wspominam właśnie Perkunasa, bowiem pośród licznych swoich świąt – miał też święto na Wielkanoc.

I stąd już blisko do dziur w cegłach.

Otóż w czasach przedchrześcijańskich okres przypadający obecnie na Wielkanoc świętowany był jako przejście z ciemności ku światłu. Z mroku ku życiu. A życie dawał ogień. Najlepiej, gdy był niecony.

Niecono ogień za pomocą właśnie świdrów ogniowych. Kiedyś odbywało się to niecenie o ołtarz ofiarny lub podstawę pomnika bóstwa, potem o cokoły świątyń czy wręcz o ich ściany. I stąd owe wklęsłe ślady w murach. Jeden koniec świdra oparty był o deszczułkę, drugi właśnie o ścianę… Daruję sobie opis użycia świdra ogniowego – odsyłając do strony Pana Gorayskiego.

http://survival.strefa.pl/bg_ogien4.htm.

Dość na tym, iż od otrzymanego w ten sposób ognia zapalało się paschał będący symbolem zmartwychwstałego Chrystusa.

Po zakończonej liturgii wierni zabierali ogień do domu i tam rozpalali wygasłe paleniska. W niektórych parafiach taki zwyczaj zachował się do dzisiaj.

Kiedy zrezygnowano ze świdrów, i czy zastąpiono je kamiennym krzesiwem? A może równocześnie używano i jednego i drugiego? Dokładnie nie wiadomo, bowiem ten aspekt obrzędowości jest jakoś omijany przez naukowców.

Wspomniałam o kamiennym krzesiwie, bowiem obok dziur okrągłych znaleźć można na ścianach kościołów także dziury o wrzecionowatym kształcie, przypominające ślady po kielni. I tu znowu istnieje wiele hipotez dotyczących powstania tych dziwnych śladów.

Tu dziury na ścianie kościoła Św. Jakuba w Olsztynie

olsztynskie dziury swietojakubowe

Jedna mówi o uderzaniu mieczem (czy szablą) o mury świątyni na szczęście – i miała to być forma poświęcania broni przed bitwą/wyprawą/wojną. Inna zaś o ostrzeniu broni o mury świątyni, a tym samym uświęcaniu krwi przelanej w bitwie. Jest także hipoteza mówiąca o zamianie świdra ogniowego na kamień…

Która z hipotez jest właściwa?

Obserwuje się dziury po świdrze ogniowym na świątyniach kamiennych, na ceglanych, ba! Nawet na drewnianych.

Potem ten zwyczaj zanika. Kiedy było to potem? Czy wpływ na to miała Reformacja? Czy też inne aspekty religijności zaczęły być w modzie?
Wciąż nas zaskakują ślady przeszłości i wciąż nam owa przeszłość przesyła informacje, tylko nie zawsze potrafimy je prawidłowo odczytać.

Dla zainteresowanych:

Artykuł T. Wróblewskiego pt. Zagadkowe ślady na ścianach kościołów wielkopolskich w: Studia i materiały do dziejów Wielkopolski i Pomorza, Tom IV, Zeszyt 2, 1958 s. 195-205

M. Baruch  Boże Stopki. Archeologia i folklor kamieni z wyżłobionymi znakami

http://survival.strefa.pl/bg_ogien2.htm

Poniżej zamieszczam listę miejscowości (niekompletną oczywiście – i uzupełnianą stale), w których istnieją takie dziury w cegłach na średniowiecznych kościołach (parę informacji dostałam od Znajomych – dziękuję, czekam na fotki 😉 ) :

  • Braniewo (mimo zmasakrowania kościoła przez „wyzwolicieli”)
  • Dobre Miasto
  • Elbląg
  • Fiszewo
  • Frombork (Katedra)
  • Gdańsk
  • Gniew
  • Iława (M. – dziękuję za informacje !)
  • Kończewice
  • Koźliny
  • Kraków – kościół Św. Wojciecha w Rynku
  • Krzywe Koło
  • Kwietniewo
  • Lichnowy
  • Lubiszewo
  • Marynowy
  • Mątowy Wielkie
  • Miłoradz
  • Morąg
  • Myślice
  • Nowy Staw
  • Olsztyn
  • Osice
  • Ostaszewo
  • Ostrów k. Sulęcina (dziękuję za podpowiedź !!! 🙂 )
  • Pasłęk
  • Pruszcz Gdański
  • Reszel
  • Rypin (ziemia dobrzyńska) – i znowu M. dziękuję za informację !
  • Starogard Gdański
  • Steblewo
  • Tczew
  • Trutnowy
  • Tuja
  • Wocławy
  • Zalewo

p.s. Tak sobie podczytuję różne domniemania na temat pochodzenia tych dziur w cegłach…

I zastanawia mnie, dlaczego nie chcemy wierzyć w najprostsze i logiczne wytłumaczenie?

Zrozumiałam to 11 kwietnia bieżącego roku…

Otóż właśnie tego dnia odbyły się chrzciny mojej wnuczki… Dla mnie – ateistki (a może raczej wręcz agnostyczki) było to swego rodzaju przeżycie. I pomijam tu fakt, że to były chrzciny mojej wnuczki…

Chodzi mi o całą otoczkę… Otóż była to Wielkanocna Sobota.
No i zza ołtarza padły słowa o wygaszeniu światła… Zrobiło się ciemno, i potem tłum wylał się z kościoła. Na stronę południowo – zachodnią kościoła… Kotłowali się tam na zewnątrz dość długo – wiadomo cała oprawa trwa – w końcu jest to misterium. I kiedy wreszcie wrócili do kościoła – każdy niósł światło.

Światło.

Poświęcone Światło.

Dotarło do mnie wtedy, czego tak naprawdę byłam świadkiem!!!

Wprawdzie nikt teraz nie nieci ognia o ściany kościołów. Ale kiedyś? Jasne, że tak. Po całym dniu ciepłym – to właśnie ściany południowe były tymi najcieplejszymi.

Człowiek religijny wytłumaczy to tak, że strona południowa to ta „dobra” (porównać można z posadowieniem klasztorów i kościołów choćby u cystersów – od północnej strony – tej ciemnej a wiec złej – znajduje się kościół, a więc świętość. Ochrona przed złem.)

Sens Wielkiej Soboty polega na budzeniu się życia. Ogień – to przecież życie i oczyszczenie. Musi być święty. A że przy sposobności adaptowano wiarę przodków (pogańskich) do nowych realiów? Toż nawet kościoły budowano często w miejscach dawnego kultu…

A zanikło niecenie ognia – w XVI wieku… Protestantyzm wniósł wiele nowego i częstokroć przekreślił tzw. stare.  Jak to każde „nowe”…

Dostałam od znajomego „Dociekliwca” artykuł w języku niemieckim… ale że to nie jest mój język, to trochę potrwa zanim go przetłumaczę :?

Hm… właściwie powinnam napisać, zanim A.P. go przetłumaczy. A ona nie bardzo ma czas. Wiadomo, uczelnia i takie tam. Niedługo zacznę jej w ogóle schodzić z drogi, żeby tym tekstem we mnie nie rzuciła., twierdzi bowiem, że tekst jest wyjątkowo dziwnie popełniony ;-). Cokolwiek powie – ja jej wierzę. Przecież nie znam języka.