Sątopy

Sątopy, To kolejna miejscowość, w której się zatrzymaliśmy na chwilkę, oczywiście, po to by zajrzeć do kościoła. Posadowiony na wzniesieniu, widoczny jest z daleka, poza tym – umiejscowiony jest prawie jak kapliczka na rozdrożu.

Znajdowała się tu niegdyś druga po Smolajnach letnia rezydencja biskupów warmińskich. A wieś lokowana została w lutym roku 1337. Tutaj – jak w wielu innych miejscach Dominium Warmińskiego – pojawia nam się wójt krajowy Henryk z Luter.
Kościół wzniesiony został w połowie wieku XIV, a w wieku XVI świątynia otrzymał ołtarz Św. Jodoka (pentaptyk). Niestety w roku 1930 (?) ołtarz zabrano ze świątyni i przekazano do Muzeum Warmińskiego w Lidzbarku (Warmińskim). W 1953 po konserwacji przekazany został do Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie.

Warto pamiętać (co nie przychodzi łatwo, zwłaszcza jak się pomyśli jak daleko to jest od tzw. wielkiego świata) że tutaj część swojej młodości spędził aktor Paul Wegener (nie mylić z Paulem Wegenerem, gauleiterem rejencji Weser-Ems).

Paul Wegener – aktor – znany jest głównie z reżyserii i głównej roli w Golemie (z roku 1915).

(dygresja!!!  mówiąc o Golemie, jak mantrę powtarza się Pragę, jako to miejsce, gdzie wszystko się rozgrywa. A tymczasem figa proszę Państwa, Golem to Chełm. I rabin Eliasz ben Aaron Jehuda. A cała historia jakoby rozegrała się w Chełmie właśnie, w drugiej połowie wieku XVI.  Proszę, oto odnośnik do stosownego – ciekawego artykułu pana Roberta Kuwałka.

Ale też pamięta się Wegenerowi grę w filmach propagandowych w czasach III Rzeszy, całkowicie zapominając o wsparciu finansowym jakiego udzielał opozycji anty-hitlerowskiej. Tuż po wojnie to on właśnie wskrzesił i był animatorem życia kulturalnego w Berlinie. W tzw. towarzystwie pamięta się jednak głównie o jego sześciu małżeństwach, z czego aż dwa z tą samą partnerką. Zadumani nad niegdysiejszym znaczeniem tych ziem, zastanawiając się, gdzie stał dom, w którym Wegener mieszkał, wdrapaliśmy się na wzniesienie, do kościoła p.w. Św. Jodoka.

Wystrój tej świątyni wprawia w zdumienie. I jest wart obejrzenia – zdecydowanie polecam!

A który to Jodok jest patronem kościoła – można znaleźć w ciekawym artykule Andrzeja Rzempołucha na stronie Muzeum w Olsztynie. Dość powiedzieć, że już 600 lat przed pojawieniem się Św. Franciszka, Jodok rozmawiał ze zwierzętami i uzdrawiał ludzi w swojej pustelni. Potem był autorem wielu cudów, i kiedy zmarł w swojej pustelni, w roku 668, na tym miejscu wybudowano klasztor. Niestety nie przetrwał do naszych czasów (klasztor, nie przetrwał), zniszczony podczas szaleństwa rewolucji. Ale w miejscowym kościele Św. Piotra, (w miejscowości Saint-Josse-sur-Mer) zachowały się relikwie świętego, a „szmatka” zwana całunem Świętego Jodoka, znajduje się w Luwrze, gdzie „pojechała” do konserwacji (znamy to także i z naszego, gdańskiego podwórka… jak choćby trójząb Neptuna przy Chlebnickiej, czy pęk kluczy u bezgłowego komendanta Katowni i Wieży Więziennej).

Święty Jodok okrzyknięty został patron pielgrzymów (do dzisiaj do jego relikwii odbywają się liczne pielgrzymki), także niewidomych, ale też i piekarzy i żeglarzy (to do niego modlą się Wilki Morskie podczas sztormów). Opiekuje się szpitalami i przytułkami. To do niego poiwnni się modlić małżonkowie a wieczną miłość małżeńską, i o potomstwo, bowiem jest patronem płodności (sam jednak wybrał życie pustelnika).  To Jodok strzegł od zarazy (podobniej jak Roch), chornił przed pożarem, pożaru, burzy i gradobicia.

Czczony głównie we Francji i Nadrenii; także w Hesji, Szwabii i Bawarii. Na ziemiach polskich kult Jodoka potwierdzony jest już w XIII w. na Śląsku, Pomorzu i w Prusach

(z postacią Św. Jodoka spotkamy się w innym miejscu na Warmii – we Fromborku. Wystarczy wejść do kruchty zachodniej i spojrzeć na wspaniały portal – prawa strona archiwolty – od strony zewnętrznej. Nad Pannami Głupimi Św. Jodok przedstawiony został w krótkiej tunice z kijem 3-sękowym)

Szestno – cz. 2

W poprzednim felietonie rozpisałam się o szestnieńskim zamku i o prokuratorach. A przecież Szestno to nie tylko nieistniejący już zamek, czy folwark.

To chyba przede wszystkim kościół. Przynajmniej dzisiaj, bo przecież z zamku niewiele zostało, pałac jest w rękach prywatnych, a w młynie funkcjonuje maleńka serdeczna restauracja, serwująca… winniczki 🙂

TUTAJ załączyłam zdjęcia, jakie robiłam słuchając jednocześnie arcyciekawych opowieści naszego gospodarza. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że zdołamy wrócić do Szestna na wiosnę, jeszcze przed sezonem, a może w przerwie jakoś… Tak, by móc porobić więcej zdjęć, by móc zachwycić się detalami kościoła. Bo w to, że jest wyjątkowy, uwierzyłyśmy, z chwilą przestąpienia progu.

A więc… Kościół…

Z zewnątrz zwyczajnie ładny. Ale ładne są wszystkie stare kościoły. W przeciwieństwie do współcześnie budowanych koszmarnych bezkształtnych brył, bardziej przypominających hale produkcyjne, niż miejsca kultu… Że też nie ma kary przynajmniej tortur dla współczesnych projektantów…

Szestnianie swój kościół wybudowali w drugiej połowie wieku XV.  Stoi na lekkim wzniesieniu. Często chrześcijańskie świątynie stawiano na miejscach kultu przedchrześcijańskiego. Niejako, upraszczając i trywializując oczywiście, w myśl zasady, że skoro kiedyś tu uczęszczano, to i teraz się będzie 😉 Ale tutaj tego akurat nie da się potwierdzić, to wyłącznie licentia poetica. Zaś to, co znaleźli archeolodzy, to odległa o parę kilometrów osada Galindów – akapit „Szestno-Czarny Las, stanowisko III (grodzisko). Prowadzono także badania samego kościoła i wyniki mówią, że:

pierwotnie kościół był założeniem trójnawowym, z głębokim, prostokątnie zamkniętym prezbiterium. Badania archeologiczne ujawniły szczątkowo zachowane fundamenty na których wspierała się pierwotna budowla. Ich przebieg zgodny jest z zaproponowaną przez nas teorią. Podczas wykopalisk odsłonięto także dawny cmentarz parafialny, funkcjonujący przy kościele od średniowiecza do przełomu XVIII/XIX w.

Kiedy tereny te znalazły się w Księstwie Pruskim, i nadszedł czas protestantyzmu, to właśnie ta wieś była bodaj pierwszą, która przeszła na nową wiarę. Co nieco można przeczytać na stronach Jednoty:

… pierwsze parafie powstały w 1523 r., kiedy za wyznaniem Lutra opowiedziały się Szestno i Królewiec, a w rok później zrobiły to Kętrzyn i Nidzica. Nowa nauka znalazła zwolenników we wszystkich warstwach mazurskiego ludu. Pierwszy mandat reformacyjny wydany został 21 stycznia 1524 r. przez biskupa diecezji pomezańskiej, Jerzego Polentza. Tak więc, pierwsza diecezja ewangelicka powstała o ponad rok wcześniej niż nastąpiła sekularyzacja Prus i oficjalne wprowadzenie luteranizmu jako wyznania państwowego (10 kwietnia 1525).

I nie nastąpiło to wcale bez tarć i zgrzytów tzw. społecznych… Ale w końcu nowa doktryna zwyciężyła, zresztą to były tereny pod władzą księcia Albrechta von Hohenzollerna, a przecież stara maksyma mówi: cuius regio eius religio. (Od roku 1980 kościół znowu służy katolikom).

W roku 1618 wybuchł pożar, w wyniku którego kościół uległ zniszczeniu. Powód pożaru (i zniszczenia) kościoła był prozaiczny: przeniesienie się ognia z sąsiednich zabudowań. Podczas opracowywania tematu – szukałam jakichś szczególnych informacji o pożarze, może sensacyjnych. Poszukiwałam jakiegoś zewnętrznego powodu, wojny, grabieży, czy co najmniej burzy z piorunami. No i natychmiast utknęłam i wydawało się, że już nigdy nie ruszę… To był rok śmierci Albrechta Fryderyka. I natychmiast moje poszukiwania zeszły na boczny tor. Jakie bowiem skutki niosła za sobą ta śmierć, czy naprawdę był chory psychicznie, czy tylko zawadzał politycznie? czy gdyby stało się inaczej, niż się stało, mielibyśmy Traktaty Welawsko-Bydgoskie (TUTAJ też ciekawy artykuł Jacka Wijaczki)? Przy sposobności przypomniała mi się toruńska wystawa Srebrnej Biblioteki Albrechta (tego od krakowskiego Hołdu Pruskiego. Swoją drogą, dlaczego pamięta się tylko ten hołd, a zapomina się o pozostałych, od Traktatu Toruńskiego II? TUTAJ ciekawe XIX-wieczne spojrzenie na hołdy). Wystawa miała miejsce parę lat temu. Niestety trwała krótko i zorganizowana była w szczycie sezonu turystycznego 😦 i z tego powodu mnie ominęła. Itd, itd… Zresztą, ja zwyczajnie lubię tego akurat Hohenzollerna. Albrechta (ojca) też lubię. Polecam ciekawą książkę Panorama Lojalności, dającą obraz owych czasów.

Z trudem oderwałam się od życiorysu księcia, po to by się cofnąć do roku 1612. To wtedy właśnie majątek szestnieński dostał się w lenno Ottonowi von der Groeben. Otto, jak zresztą cała jego rodzina – nagminnie mi w Prusach wchodzi w paradę… Nie będę o nim pisała osobno, bo zrobiłam to już czas jakiś temu, zapraszam więc TUTAJ. Ale uderza w historii Szestna także nazwisko von Brandt – Ahasverus von Brandt. I tu przychodzi na myśl wcześniejszy Ahasverus, z ziemi sztumskiej (a konkretnie z Czernina) pełniący istotną rolę w trybach polityki Prus. O jego działalności dyplomatycznej w latach 1544-1558 napisał Jacek Wijaczka. Dość wspomnieć, że ten von Brandt zdawał sprawozdania ze swoich obserwacji podczas wojen szmalkaldzkichbył członkiem Rady Księcia Albrechta w Królewcu, posłował też do króla polskiego a także do cesarza. Inny von Brandt – Euzebiusz, wywodzący się z Baranowa (około 10 km na pn-zachód od Mikołajek), odegrał niepoślednią rolę w porwaniu Chrystiana Ludwika von Kalckstein (i tu znowu odsyłam do mojego artykułu o herbowych buntownikach). A, że wszystko musi pozostać w tzw. kółku towarzyskim, to jak tzw. wieść rodowa niesie, wóz do transportu porwanego dostarczył Ahasverus von Lehndorff ze Sztynortu. Gdzieś jeszcze przewija się przez historię tych ziem jakiś pułkownik von Brandt, który wespół ze starostą dybowskim, Mikołajem Wierzbowskim, mniej więcej w tym samym czasie (w roku 1667) uczestniczył w morderstwie posła Franciszka Smoguleckiego. Czy był to Euzebiusz? Czy splamiłby sobie ręce bezpośrednim działaniem, będąc dyplomatą rezydującym przy dworze królewskim? Czy może to morderstwo zorganizowane było podobnie jak później to na Kalcksteinie?

W ten sposób – szukając informacji o jednej postaci – trafia się na cały tłum pociotków, krewnych, powinowatych i skoligaconych, skutecznie zwodzących z głównego tematu 😉

A co ma do tego ów szestnieński Ahasverus von Brandt? Tu trzeba znów przenieść się do roku 1618. Otóż wzmocnienia nadwątlonych pożarem ścian kościoła można było dokonać dzięki hojności między innymi właśnie von Brandta, ówczesnego starosty. Człowiek ten zresztą wkrótce został bardzo szczególnym urzędnikiem tych ziem. O tym można przeczytać w Zeszytach Naukowych Uniwersytetu Szczecińskiego, w artykule „Ustrój Prus Książęcych w I połowie XVII w.” (str. 191 do 215). Drugim urzędnikiem hojnie potrząsającym kiesą przy odbudowie świątyni był także niegdysiejszy starosta – Georg Schenk baron zu Tautenburg*.

Odbudowa kościoła trwała prawie 20 lat. Z tego czasu mamy masywną wieżę i ogólny wygląd świątyni, jaki jawi nam się kiedy stajemy na dawnym placu targowym wsi, który dziś jest po prostu częścią drogi przelotowej, z przystankiem PKS, i sklepem w dawnej karczmie. To także wyposażenie wnętrza świątyni, które szczęśliwie przetrwało wszystkie zawieruchy polityczne i wojenne, jakie przetaczały się przez Prusy.

W kontekście wystroju wnętrza, koniecznie trzeba wspomnieć Fabiana von Lehndorf, starostę szestnieńskiego, który miał jakoby w roku 1647 ufundować ołtarz główny. Ano, nie mógł go ufundować, bo był luteraninem, a w szafie ołtarzowej stoi rzeźba Madonny w asyście Świętych Piotra i Pawła. Skąd te postaci? Są to późnogotyckie figury z poprzedniego ołtarza, ocalone przez ówczesnego proboszcza w trakcie pożaru kościoła w roku 1618… A Fabian w roku 1647 z racji stanowiska przyłożył się finansowo do renowacji, czy też odbudowy ołtarza. Co ciekawe, w uszakach retabulum można zauważyć dwie głowy – doktora Marcina Lutra – w prawym, a w lewym – króla Szwecji Gustawa II Adolfa (tego od Lützen). W następnym roku przy kościele założono szpital na 12 miejsc, jednak bez stałej opieki lekarskiej. Lekarz dojeżdżał dwa razy w tygodniu z odległego o 20 km na północ Kętrzyna.

Czasy Potopu Szwedzkiego nie były łaskawe dla Szestna. Słynna jest opowieść o grabieżach sreber kościelnych i bójce nawet o obrus z ołtarza… A potem przyszła dżuma, będąca niejako pokłosiem Wielkiej Wojny Północnej (TUTAJ o dżumie w Gdańsku wprawdzie, ale wszędzie mniej więcej wyglądało to tak samo). W Szestnie nie było opieki medycznej, ludzie marli na potęgę. Zresztą i tak wtedy nie umiano sobie skutecznie radzić z morowym powietrzem. Ówczesny starosta Johann (Jost) Bernhard von Wilmsdorff (wywodzący korzenie z Wilamowa, także właściciel Dobrocina) pozostał na tzw. stanowisku, nie uciekł, jak to czyniono gdzie indziej. Został na miejscu i starał się ulżyć cierpieniu chorych, co przepłacił życiem w roku 1711. Bardzo ładne świadectwo jego zachowaniu dał kaznodzieja z Sorkwit:

całe rodziny padały ofiarą dżumy, a zmarłych nikt nie chciał grzebać z obawy przed zakażeniem. Zdrowi uciekali do lasów i mieszkali tam we własnoręcznie wygrzebanych ziemiankach. W całej okolicy nie było lekarza. Urzędy opustoszały. Chlubnym wyjątkiem był starosta z Szestna Wilamowski, który nie porzucił swego stanowiska i ratował chorych, pomimo, że w Szestnie i jego okolicy w ciągu półtora roku zmarło 700 ludzi.

Pana  von Wilmsdorff możemy obejrzeć na jednej z dwóch miedzianych chorągwi nagrobnych, jakie posiada ten wyjątkowy kościół. Starosta klęczy na czerwonej poduszce, w zbroi, ręce złożył do modlitwy, ale patrzy na widza, jakby prosił o serdeczne wspomnienie. Chorągwie nagrobne są dziś zupełnie wyjątkowym zabytkiem sztuki funeralnej, dość powiedzieć, że na terenie dawnych Prus Wschodnich mamy ich raptem 11. Szestno należy tu do szczęściarzy, bo aż dwie wiszą w kościele…

Trudno opisać urodę tutejszej świątyni, jako, że niemal każdy element wymaga osobnej monografii. Dodam tylko, że odrestaurowana postać dzwonnika, namalowana na drzwiach na wieżę, zaparła nam dech w piersiach. Jako znany profan, przyznam, że pierwsze co mi przyszło na myśl, to słowa: „Czknął, poprawił pluderki” z Ballady o Straszliwej Rzezi, śpiewanej niegdyś przez Tadeusza Chyłę… Skojarzenie jednak wcale nie umniejszyło mojego zachwytu nad przedstawieniem postaci. I nad kunsztem konserwatorów, którzy specjalnie sprowadzeni z Torunia przez obecnego Wielebnego przywrócili blask nie tylko tej polichromii.

Z tego wszystkiego nie wspomniałam o szestnieńskim łączniku z Gdańskiem… 1 grudnia roku 1677 w Szestnie właśnie urodził się Jędrzej Waszeta (czy jak kto woli Wascheta, Waschetta). Kaznodzieja, bibliofil, a nadto przez 29 lat lektor języka polskiego w Gdańskim Gimnazjum Akademickim i kaznodzieja u Św. Anny. Walnie przyczynił się do powstania kancjonału polskiego Jana Monety. Zmarł w Gdańsku w roku 1729. Niestety, po pogrzebie jego książki zostały sprzedane na aukcji…

Zanim postawię ostatnią kropkę w tym wpisie, muszę wrócić jeszcze do Fabiana von Lehndorff.

Otóż zmarł 3 lata (3.10.1650 r.) po odbudowie ołtarza i znalazł ostatni spoczynek w kościele, którego był zapewne kolatorem, choćby z racji pełnionej funkcji. Należy się parę słów o człowieku, którego epitafium wmurowane w północną ścianę kościoła zachwyca każdego.

Fabian był synem Sebastiana ze Sztynortu i Judith von Kannacher z Dąbrówna. Do 1630 roku władał Popowem Salęckim, kiedy to sprzedał majątek pisarzowi grodzkiemu z Szestna – Willamoviusowi, czy jak kto woli Wilamowskiemu (Wilmsdorff).

Był dwukrotnie żonaty. Pierwszy raz z Katarzyną von Creytzen z Domnowa** (dziś Obwód Kalinigradzki), z którą miał córkę Elisabeth Luise. Po śmierci Katarzyny ożenił się z Adelgundą Tugendreich von Halle z Karschau (dzisiejsza Kisseljowka po rosyjskiej stronie Prus Wschodnich). Córką z tego związku była Anna Judith.

Fabian miał dwóch braci – Albrechta i Meinharda. To właśnie Meinhard pozostał w Sztynorciei po śmierci Sebastiana. I to on jest uważany za twórcę sztynorckiej wielkiej alei dębowej. I to z jego rodu wywodzi się Vera Gottliebe Anna von Lehndorff, znana bardziej jako piękna Veruschka, słynna długonoga modelka i aktorka.

A co z progeniturą Fabiana? Otóż poprzez koligacje i małżeństwa, jedną z jego pra….. wnuczek jest holenderska królowa Beatrix. Dla miłośników gdańskich plot rodowych także znajdzie się coś ciekawego. Bowiem pośród przeróżnych nazwisk w niezmiernie rozrośniętym drzewie genealogicznym rodu, pośród gałęzi głównych i bocznych pojawiają się takie – jak von Schwartzwald, Kohne von Jasky, Zimmermann (Johann), Schumann, Colmer, Brandes, i tak dalej, i tak dalej… To temat na osobne opracowanie 😉

Zdumiewające do czego może doprowadzić upór w tropieniu pewnego Fabiana w historii Szestna 🙂

* / * 

*  Georg należał do jednego z sześciu arystokratycznych rodów: Dohna, Erbtruchseß zu Waldburg, Kittlitz, Heydeck, Eulenburg i Schenck zu Tautenburg. Byli to w większości potomkowie dowódców najemnych wojsk, którzy po 1466 r. otrzymali w Prusach liczne nadania ziemskie i zamieszkali tutaj na stałe (za Andrzej Kamieński – Ustrój Prus Książęcych w I połowie XVII w.)

** z tego samego Domnowa, w którym w latach w latach 1554-1560 kaznodzieją w tamtejszym kościele był słynny Caspar Henneberger 

Dla ciekawych – TUTAJ strona zawierająca mnóstwo informacji.

Szestno – cz. 1

Jak zwykle, w biegu, po drodze. Tym razem – Szestno… I tym razem nasza trasa została starannie zaplanowana. I było to jedno z moich największych zdumień ostatnich czasów.

Zdumienie na TAK.

Że TAK można zadbać o miejsce „niebliskie”, że TAK można z zachwytem opowiadać o już przecież nieistniejącym świecie, że TAK można wrosnąć w ziemie przecież nie genetyczne, i wreszcie, że TAK można stać się synonimem miejsca.

Ale od pieca…

Na początku grudnia, przez trzy dni, czteroosobowy Desant Gdański uczestniczył w konferencji na temat dziedzictwa historycznego i teraźniejszości Zakonu Krzyżackiego w Rynie. Mieszkałyśmy w Hotelu Cesarskim, w niedalekim Giżycku.

Ten hotel polecam, z czystym sercem. Miło, czysto, za hotelem jest parking, dodatkowo wszędzie blisko no i smaczne śniadania w sąsiadującej z hotelem restauracji Kuchnie Świata. W samej restauracji jadłam już kiedyś z grupą, więc spokojnie mogę polecić ich menu.

Z Giżycka dojeżdżałyśmy na wykłady konferencyjne. O samej konferencji nie warto się za bardzo rozpisywać. Dość na tym, że niestety, słynne powiedzenie Johanna  Georga  Forstera pozostaje wciąż aktualne 😦 Jako, że kilka wykładów wygłaszanych było po niemiecku, zatrudniono tłumaczy. No i to była jedna z największych porażek tej konferencji. Tłumacze niby symultaniczni, ale jedyne co robili naprawdę symultanicznie, to dłubali w zębach, stękali, mlaskali i chrumkali… Oprawa merytoryczna także pozostawiała wiele do życzenia. Niestety, konferencja poza sferą rzeczową, także w sferze kultury zarówno osobistej, jak i przekazu pozostawiała bardzo wiele do życzenia. Dość wiedzieć, że z rozrzewnieniem myślałyśmy o konferencji w Zamku Bierzgłowskim.

No i na dodatek, niewiele było prelekcji wartych wysłuchania. Jedną z nich była na pewno ta, wygłoszona przez dra Franka Bayarda, dyrektora archiwum zakonnego. I na szczęście dostałyśmy ją od samego referenta. Poza więc przysłowiową słodką fotką z Wielkim Mistrzem, i degustacją obiadu (którego, nota bene, na pewno nikomu z naszych grup nie polecimy), tak naprawdę radość z bycia na konferencji wynikała z możliwości bycia razem. Po sezonie. Bez pośpiechu.

* / * 

Po ustaleniu, dokąd* pędzący Św. Brunon nawracał w dzisiejszym Giżycku, ostatniego dnia pojechałyśmy jednak do Rynu na zakończenie konferencji. Niestety, dwóch najciekawszych prelekcji tego dnia nie było. Bez wyrzutów sumienia więc ulotniłyśmy się mając w planie Bezławki. Ale jako, że do Bezławek jedzie się przez Szestno, a żadna z nas tam nigdy nie była, zadecydowałyśmy o trasie właśnie tamtędy. Na dodatek okazało się, że Ewa J. właśnie w Szestnie ma Znajomego niemal od zawsze, więc tym bardziej musiałyśmy tam zajechać.

* / * 

Szestno (Seehesten), to wieś, (według statystyk) licząca w roku 2006 około 830 mieszkańców. Położona 7, a może 8km na północ od Mrągowa. To dzisiaj. A kiedyś?

Na kartach historii Szestno zagościło na dobre w II połowie wieku XIV. Właśnie wtedy południowe tereny komturii bałgijskiej objęte zostały planową akcją kolonizacyjną. Nie znaczy to wcale, że do tego czasu była tam tylko Wielka Puszcza. Już 100 lat wcześniej zaczęli osiedlać się tam ludzie. Jednak w XIV wieku właśnie, w związku z planową akcją osadniczą, niezbędne było zapewnienie napływającej ludności bezpieczeństwa. Nadto, teren położony był bezpośrednio na trasie głównych wypraw litewskich, kierowanych w głąb Prus. W związku z tym zamek szestnieński „wpasowany” został w sieć, a raczej łańcuch twierdz obronnych na południe od Wielkich Jezior. W owym wspomnianym wieku XIV zamek oblegał książę Kiejstut Giedyminowicz, niszcząc jednak wyłącznie przedzamcze. Między początkiem XV wieku a rokiem 1525, zamek był rezydencją prokuratorów krzyżackich, podległych komturom bałgijskim, i czas jakiś także ryńskim.

Kim był prokurator w Państwie Krzyżackim? Był to urzędnik odpowiedzialny za sądownictwo i zawiadujący administracją okręgu sobie podległego (czyli prokuratorii). Prokurator odpowiadał też za sprawy wojskowe na swoim terenie, a więc pełnił rolę dowódcy okręgu. I jako taki dysponował tak braćmi zakonnymi, jak i okolicznymi Prusami, czy osadnikami. Prokuratorzy, jako urząd, podlegali komturom. Tu wyjątek stanowił prokurator kętrzyński, ale nie o nim tu mowa 😉

Odwiedzając Prusy, warto zajechać do dawnych siedzib prokuratorskich, czyli (podaję w kolejności alfabetycznej): Barcian, Bytowa, Działdowa, Ełku, Giżycka, Kętrzyna, Morąga, Nidzicy, Nowego, Nowego Jasińca, Osieka, Pasłęka, Pnia, Przezmarka, Skarszew, Szczytna, Szestna czy Węgorzewa.

W wieku XVI zamek szestnieński stał się siedzibą starostów pruskich. Jednym, z nich był Fabian von Lehndorff, którego płytę nagrobną można podziwiać wmurowaną w północną ścianę miejscowego kościoła. Od początków wieku XIX zamek stopniowo rozbierano, a materiał rozbiórkowy stał się materiałem budowlanym w odległym o ok. 20 km na północ Kętrzynie. Na terenie dawnego folwarku postawiono dwór, i ten można dziś oglądać jedynie zza gęstych krzaczorów, jako, że obecnie jest prywatną własnością. I dobrze, bo po II wojnie spotkał go los wielu innych może nawet cenniejszych – czyli najpierw grabież przez Armię Czerwoną, potem PGR, i gdyby nie prywatny właściciel, który zjawił się jakoś tak w latach 90. – pewnie podzieliłby los na przykład Prosny…

TUTAJ można przeczytać o zamku w Szestnie, TUTAJ zaś znajdują się informacje o historii wsi.

Nie zajrzałabym jednak na te strony, gdybym nie dostała dużej i świetnie podanej dawki tak historii, jak i czasów współczesnych, od Znajomego Ewy J.

I to było właśnie najcenniejsze podczas naszej wizyty – rzetelna wiedza naszego Cicerone, ale podana w tak ciekawy sposób, że aż chciało się słuchać.

A na zakończenie części pierwszej wpisu, TUTAJ nieco zdjęć z naszej wizyty.

* przykro mi, ale to akurat zrozumieją wyłącznie moje drogie Koleżanki, AS, EH i EJ 😉

Święta Warmia – skoro świt

No i nadszedł czas włóczęg dla siebie, rzemiennym dyszlem, bez pośpiechu.

Pierwsza okazja trafiła się całkiem niedawno, bo w zeszłą sobotę 25 października. Jakoś tak wypadło, że część Desantu Gdańskiego miała wolne. Pierwsze od długiego czasu. A co robią przewodnicy mający wolne ?

Oczywiście – zwiedzają 🙂

Zapisaliśmy się na wycieczkę kończącą sezon, jaką organizował oddział olsztyński PTTK. Aby dotrzeć do Olsztyna o sensownej porze, musieliśmy wyjechać z Gdańska o 6:30. Było jeszcze ciemno, więc wschód słońca oglądaliśmy w trasie, po drodze 😉 Trauma nocnego wstawania uleciała, gdy zobaczyliśmy kulę słoneczną wyłaniającą się zza horyzontu. Warto było zrywać się przed 5:00 – choćby dla tego widoku !!

Droga – popularna siódemka – jest piękna, nowa, więc do Olsztyna zajechaliśmy bez problemu i byliśmy przed czasem.

Trasa wycieczki wiodła przez Łężany, Robawy i Reszel.

Dzięki temu więc zobaczyłam Łężany, po raz pierwszy w życiu. Jakoś nigdy moje trasy nie wiodły nawet w pobliżu…

Pałac obecnie należy do Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, jest pod stałą opieką, i wydaje się, że prace restauracyjno-adaptacyjne nigdy się nie skończą. I nie ma w tym cienia złośliwości, bowiem tak duży obiekt to studnia bez dna. Pokoje, dawno utraciły swój reprezentacyjny wygląd, ale i tak założenie miało dużo szczęścia po II wojnie, zważywszy los innych pałaców Prus Wschodnich!!!

Ostatnimi właścicielami Łężan, czy jak kto woli Lossainen, była rodzina Fischerów. TUTAJ można znaleźć krótką wzmiankę o nich.

Jednak szczerze przyznam, że mimo niezmiernie ciekawej historii miejsca, mnie i tak zawsze będzie się ono kojarzyło z jedną osobą – z Fabianem Luzjańskim, biskupem warmińskim. Ciekawa postać, i na pewno warto się nim bliżej zainteresować. Choćby dlatego, że matka Fabiana pochodziła z rodu Kościeleckich. I już sam dźwięk tego nazwiska prowokuje błysk w oku. Któż bowiem nie słyszał o innej Kościeleckiej – Beacie i jej córce, cudnej Halszce ???

Ale wracając do Fabiana, był on synem Marcina Luzjańskiego (z rodu von Mercklichenrade, przybyłego z Harzu do Prus w XIV wieku) oraz jego żony – Elżbiety Kościeleckiej. Marcin był burgrabią zamku biskupiego w Reszlu. Małżeństwo miało 3 synów: Jana, Albrechta (czy jak kto woli Wojciecha) i Fabiana. Jan został wójtem biskupim i rezydował w Lidzbarku, i to on był faktycznym właścicielem Łężan, Albrecht – po ojcu został zarządcą zamku reszelskiego, a Fabian – w roku 1512 został biskupem warmińskim, przyjmując sakrę w Piotrkowie, od arcybiskupa Jana Łaskiego (twórcy Statutów Królestwa – pierwszego kompleksowego zbioru prawa polskiego). Łężany były siedzibą rodową Luzjańskich, od końca wojny 13-letniej (po 1466 r.). Po śmierci Jana Luzjańskiego historia pałacu spowija się w tajemnicę, nie wiadomo bowiem, kto w nim rezydował, kto był właścicielem. Dopiero w wieku XVII pojawia się nazwisko von Ölsenów, nastęnie Truchses von Wetzhausen, i Stanisławscy (herbu Sulima).

I tu na chwilkę musimy się zatrzymać. Poplotkujmy…

Syn Alberta Ludwika Stanisławskiego – Wacław, żonaty był dwukrotnie. Jego drugą żoną była Podewilsówna. I tu pojawiają się nasze ulubione ploty historyczne.

Otóż syn tego małżeństwa, Albrecht Zygmunt, generalny poczmistrz Prus Królewskich – uważany był powszechnie za naturalnego syna Augusta II. Pikanterii całej historii dodaje fakt, iż ożenił się z Krystyną Edmundą (Henriettą) von Osterhausen, dawną metresą (i zresztą ostatnią metresą) Augusta II. Romans ten został opisany przez Karla Ludwiga von Pöllnitz w dziełku „La Saxe Galante”. Henrietta po zakończeniu romansu, zgodziła się na zamieszkanie w klasztorze (i był to pomysł Marii Józefy, synowej Augusta II). Jednakże w klasztorze, jak wieść gminna niesie, spędzała wyłącznie noce. A i tak z niego wystąpiła po 3 miesiącach, wychodząc za Stanisławskiego właśnie. Ten zaś w owym czasie był już szambelanem Augusta II, zaś za panowania następnego Sasa – Augusta III – dochrapał się stanowiska poczmistrza generalnego Prus Królewskichj. Henrietta doczekała też nadania mężowi tytułu hrabiowskiego przez cesarza Karola Habsburga. Zmarła w roku 1737, zaś Albrecht Zygmunt ożenił się powtórnie, z księżniczką Louise-Albertine von Schleswig-Holstein-Sonderburg-Beck. Czy małżeństwo było szczęśliwe? Nie wiemy. W owym czasie nie było mody na szczęśliwe pożycie małżeńskie. Pobierały się parantele, majątki i wpływy, a prywatne szczęście niewielkie miało znaczenie.

Albrecht Zygmunt zmarł w roku 1768. Pochowany został w Reszlu, jak się wydaje – w farze, gdzie rodzina miała swoją kryptę przy ołtarzy Św. Jana Chrzciciela. Niestety ołtarz spłonął w czasie pożaru w roku 1806…

A Łężany? Przeszły w ręce Gąsiorowskich, aż wreszcie w roku 1872 dostały się Fisherom… Potem zaś była II wojna światowa, i barbarzyński pochód Armii Czerwonej. Aż dziw bierze, że pałac ocalał, że nie podzielił losu innych pałaców Prus Wschodnich. Że zachowało się wyposażenie… Pewnie można to spokojnie zaliczyć do kategorii cudów.

TUTAJ są zdjęcia z wizyty w pałacu łężańskim.

O samym Reszlu pisałam już kiedyś, przy okazji wizyty w Świętej Lipce, a także po pewnej jesiennej pruskiej włóczędze. Toteż tym razem ograniczę się do zamieszczenia ZDJĘĆ z kościoła Św. Piotra i Pawła.

Dawne Prusy Wschodnie – przedwiosennie

Już od dawna mnie ciągnęło do Prus. Dzisiaj przyświeciło słońce, więc skorzystałam z okazji, że pilotaż mi się przesunął na „za tydzień” i pojechałam sprawdzić trasę na najbliższą wycieczkę.

Jako, że droga PasłękOrneta jest w stanie permanentnego remontu – zdecydowałam się jechać przez Młynary. I to nie był najlepszy pomysł. Bowiem i tak wyjechałam w Ornecie, wpadając na wądoły, muldy i „rozbabrane” roboty drogowe. Jednakże nie to było najgorsze. Najgorsza była furia (o jaką nietrudno na terenach byłych Prus Wschodnich) na ponowny widok stanu zabytków. Po 1945 roku utarło się traktować te tereny niczym „ziemię niczyją”. I o ile można to było tłumaczyć wtedy sytuacją polityczną, czy społeczną, o tyle teraz można to traktować tylko w kategoriach grzechu (ba! zbrodni) zaniedbania. I tu daruję sobie dalsze uwagi – bowiem mój stosunek do dawnym ziem pruskich i powojennego zaniedbania tych niesłychanie bogatych w historię terenów jest znany. Dość na tym, że do Lidzbarka Warmińskiego dojechałam przygnębiona, żałując, że Brudny Harry to tylko postać fikcyjna, i że nie może zrobić porządku w gremiach (nie)odpowiedzialnych za stan zachowania tzw. struktury zabytkowej. Do mojego nastroju przyczyniła się też widziana po drodze hekatomba alei przydrożnych. Zadziwiające, że tak lekko niszczy się tutaj dziedzictwo nie tylko przyrodnicze, ale i kulturowe. A to dlatego, że ktoś wymyślił slogan, że drzewa zabijają. No cóż, „jak kto głupi, to go i kartka papieru przy pracy zabije”, jak mawiał pewien bardzo mądry człowiek. A tego, że drogi w pruskiej krainie nie są ekspresówkami, jak widać niektórzy „kierowcy” i urzędnicy widać jakoś dotychczas nie zauważyli.

Ale, żeby nie podnosić sobie (i innym) ciśnienia na wieczór, wklejam zdjęcia:

TUTAJ – zdjęcia wspaniałego wnętrza wieży i otoczenia kościoła w Pomorskiej Wsi. W roku rocznicowym I Wojny Światowej niezwykle cieszy pomnik, którego jakimś cudem (jeszcze) nie zniszczono… TU więcej o tej miejscowości.

TUTAJ – zdjęcia będące jawnym dowodem na to, co znaczy obojętność i niezrozumienie tych ziem – Młynarska Wola. Przypominam, to dawne tereny patronatu Zu Dohna-Schlobitten. Dla ciekawych historii rodu – odsyłam do artykułów Lecha Słodownika, bowiem on najlepiej zna ich historię (w wyszukiwarce www.glospasleka.pl należy wpisać Zu Dohna i wyświetlą się wszystkie artykuły Lecha).

TUTAJ zdjęcia Chwalęcina, absolutnie wyjątkowego miejsca, a niezwykle rzadko odwiedzanego przez wycieczki. Miejscowość zamieszkuje chyba nawet nie 100 osób. Wieś, (jak inne łaskawie skazane na cichą zagładę przez wszechobecne „nowe” w kraju), już prawie niemal całkowicie zapomniała czasy dobrobytu. Niektóre domy powoli, ale nieubłaganie chylą się ku upadkowi. Jedyne, co trwa – to budynek Sanktuarium Podwyższenia Krzyża Świętego. Budowę poprowadził Hans Christopher Reimers z Ornety, ten sam, któremu zawdzięczamy Krosno.

TUTAJ zdjęcia Gładysz, a raczej to, co pozostało po pysznym założeniu pałacowo-parkowym. Przypominam, że pałac przetrwał marsz Armii Czerwonej, a „spalił się” bodaj około roku 1986… Sam się spalił, bo tak sobie postanowił, i tak zrobił. Kiedyś, dawno temu, podczas wycieczki po  Oberlandzie, spotkałam przy ruinie pałacu jakiegoś zionącego procentami samozwańczego przewodnika, który chwalił się znajomością z grafem (chyba z grafitem, a i to niepewne). Mądrzył się i łaził za mną, bełkocąc jakieś idiotyzmy, dopóki go nie zapytałam czy to on maczał pace w podpaleniu pałacu, i do kogo trafiły rozszabrowane ruchomości. Zamilkł, po czym zniknął – niemal natychmiast, jakby się zapadł pod ziemię… Dzisiaj jedynie kot przemykał po terenie dawnego przypałacowego parku.

A na koniec – PARĘ ZDJĘĆ Z TRASY – bo nawet bez liści, drogi wśród pól i lasów pruskich są niezwykle malownicze.

Elbląg – tym razem bez laurki… Rocznicowo

W tym roku Elbląg obchodzi swoje 777 lecie.

Z tej okazji znowu nieco ZDJĘĆ 🙂

(ciekawe kiedy wreszcie postawiony zostanie pomnik Hermanna von Balka, któremu Elbląg tyle zawdzięcza!)

Nie będę opisywała całej historii, bo ta jest TUTAJ ciekawie opisana. Nie będę więc powielała wpisów krążących w internecie, ani też nie pokuszę się o opis (a raczej streszczanie) wyników badań archeologicznych miasta Elbląga ani okolic zamku krzyżackiego, jakie prowadzono do niedawna. To także jest dostępne na wystawie w Muzeum i znakomicie opisane na blogu muzealnym.

Dzisiaj z okazji roku jubileuszowego w Ratuszu Ala Gronek (koleżanka z Oddziału Elbląskiego PTTK) dała serię prelekcji (głównie dla młodzieży) o początkach miasta. Żałuję, że „polecieliśmy” na tę pierwszą prelekcję Ali, bo uczestniczyła w niej młodzież… Nie żebym miała cokolwiek przeciw młodzieży 😉 ale to wiek, w którym nie reaguje się żywiołowo, a raczej patrzy się po sali, czy sympatia (albo wróg nr 1) jest obecny i gdzie siedzi. Toteż, nie dziwota, że NIKT nie odważył się opowiedzieć legendy o Piekarczyku. To wiek, kiedy młodzież jest wstydliwa, a poza tym wielu (a może większość) z nich przyszła tam, tylko dlatego, że za to nie mieli pewnie lekcji. Ale nie wiedzieć o Piekarczyku, to już żenujące… Wystąpiła w końcu jedna dorosła „ochotniczka”, wskazana przez siedzących na sali pozostałych nauczycieli, ale… też legendy nie znała. 😦 Ciśnie się na usta uwaga, że to pokłosie powszechnego stosunku do miasta.

W ogromnej większości (poza niewielu bardzo chlubnymi wyjątkami) mieszkańcy Elbląga wciąż tam TYLKO mieszkają. Nie czują się Elblążanami, i z uporem podkreślają różnicę między „my” i „oni”, „teraz” i „wtedy”, wciąż są obcy na tym terenie. I nie robią nic aby ten stan zmienić. Chlubnymi wyjątkami są osoby zajmujące się historią Elbląga, jak Lech Słodownik, czy parę innych osób działających na różnych forach, że nie wspomnę o elbląskim oddziale PTTK , czy o elbląskich muzealnikach

Samo Stare Miasto straszy pustymi lokalami (nb. moja ulubiona kawiarnia Kardamon – od jakiegoś czasu jest zamknięta). Brakuje (jak i zresztą w Gdańsku!!!) normalnych sklepów, które (jak to ma miejsce w Toruniu) ożywiłyby historyczne centrum miasta i przyciągnęły mieszkańców.

Jako miasto hanzeatyckie – o hanzeatyckiej siatce ulic – to trudne miejsce do zagospodarowania i trudne do zatrzymania, tak turystów jak i mieszkańców w obrębie dawnych murów.  Toteż dziwi niewiedza, brak realizmu czy wręcz brak rozsądku władz ( a może tylko zarządców) miasta, że zamiast tworzyć sklepy tzw. ogólnie dostępne, szaleją z cenami najmów, i otwierają kolejne banki, czy drogie sklepy typu „Villeroy & Boch”…

Ale za to nigdzie na Starym Mieście nie kupi się widokówki, ani tym bardziej widokówek ze starymi zdjęciami miasta, ani tym bardziej przewodnika po mieście, czy choćby planu miasta. Wstyd! Nikt z wycieczką nie będzie leciał  dalej, bo grupy z reguły mają określony czas zwiedzania i chcą kupować tu i teraz…

Elbląg ma niezwykle dużo do zaoferowania i jest niezmiernie ciekawym miejscem! Jeśli się wie, czego i gdzie szukać, na co i gdzie patrzeć, można tam spędzić cały dzień. A jeszcze jeśli odwiedzi się muzeum, to nie ma takiej siły, żeby Elbląg nie pozostawił silnego wrażenia na zwiedzających !!!

Samo miasto – to historia HanzyKrzyżaków (tutaj też ciekawy odnośnik), DominikanówReformacjiMennonitówAnglików z Kompanii Wschodniejzałożonej właśnie w Elblągu (TUTAJ ciekawy artykuł o tym tworze ekonomicznym). Przy tej okazji powinno się dużo mówić o Ojcu Statystyki – czyli o Gottfriedzie Achenwall. Był Szkotem z pochodzenia, urodził się w Elblągu – i zrobił nie byle jaką karierę na brytyjskim dworze…  To wreszcie też i doktor Mikołaj Kopernik, to także dziwnie zapomniany Ferdinand Schichau, to również historia samego Franza Komnicka i jego rodziny, to wreszcie choćby Jan Amos Komeński…

Jak widać – rok 777 rocznicy to okazja do pokazania, że miasto nie powstało dopiero w, czy wręcz po roku 1945!! Czy ta okazja zostanie odpowiednio wykorzystana? Ano zobaczymy… Oby para nie poszła w gwizdek, jak to miało miejsce przy okazji Millenium Gdańska. 😉

Bisztynek – suplement do suplementu

No i jak zwykle internet dostarczył mi ciekawych informacji. Otóż, szukając pewnych drobiazgów o Prusach Wschodnich, natknęłam się na stronę o Zapomnianym Miasteczku na Warmii.

Bisztynek – mimo, że każdorazowo w deszczu – lubię. Jest wciąż nieodkryty i wciąż niedoceniony. Może Brama Lidzbarska – o której traktuje TEN artykuł nico ruszy zainteresowanie miejscem. W końcu to tamtędy przejeżdżają autokary z turystami. Gdyby tak istniała możliwość zatrzymania się, choćby na toaletę, na kawę, na przekąskę… Może i miasteczko nie byłoby tak zapomniane i może obudziłoby się ze letargu, w jakim trwa od 1945 roku…

Trzymam kciuki.

Published in: on 26 listopada 2013 at 18:35  Dodaj komentarz  

Smutne miejsce – Rapa

Siedząc nad tekstem, który miałam już dawno sklecić, zerknęłam na FB, i znalazłam dość ciekawy artykuł na portalu poznajpolskę.onet.

Dla chcących go przeczytać – odnośnik jest TUTAJ.

I wszystko fajnie – ale zamiast historii (ta jest na jednej małej tabliczce obok piramidy) można sobie poczytać o zwierzętach żyjących w lesie…  Warto by na tablicach zamiast tego szkolenia (którego i tak nikt nie czyta) zamieścić dokładniejsze informacje o rodzinie. I o systemowej dewastacji (tak wojennej jak i powojennej). Miejsce ciekawe, ale poza komarami i charakterystycznym smrodkiem z pobliskich krzaków – nic nas tam nie uderzyło.

A, nie – uderzyło!

Uderzył nas bezbrzeżny smutek miejsca i okolicy. Brak perspektyw, i wrażenie pobytu na peryferiach Europy… Ba! świata.

* / *

Byłam w Rapie, podczas naszej wspaniałej wyprawy z Harszem w tle, kiedy to objeżdżaliśmy Dawne Prusy Wschodnie, zaglądając nawet na Biegun Zimna

Nagromadziło się wokół słynnej piramidy tyleopowieści, że postanowiliśmy sprawdzić jak to owiane legendą miejsce wygląda. Wszyscy koncentrują się na samej budowli, szukając mniej lub bardziej sensacyjnych kontekstów. Wciąż na przykład wałkowana jest wersja o trujących grzybach podanych na kolację. Raz jest to historia o omyłkowym podaniu trujaków, raz o celowym… Jak było – tego nikt już się nie dowie. Bardzo często ta opowieść poddawana jest w wątpliwość. Ale – biorąc pod uwagę coroczne medialne enuncjacje o coraz to nowych ofiarach grzybobrania i fatalnych (często śmiertelnych) pomyłkach – wersję o przypadkowym podaniu trujaków można wziąć pod uwagę.  Ciekawe swoją drogą byłoby prześledzenie akt policyjnych, czy nawet zapisków rodzinnych. Niestety – tych nie ma – bo tereny te cudem w ogóle ocalały po przejściu zwycięskiej Armii Czerwonej, potem rzeszy zwyczajnych szabrowników, i w końcu osadników. Ci ostatni niejednokrotnie w szale niszczenia widzieli tez dziejową sprawiedliwość. Oto bowiem niszczyli niemieckie…

Mało dziś więc wiadomo (stosunkowo mało) o samejrodzinie Fahrenheidów. Czasem się ich wspomina w kontekście posiadania ( i oczywiście założenia) drugiej w Europie stajni hodowlanej, jak również w kontekście organizacji wyścigów konnych tak w Królewcu, jak i w Gdańsku (?). Wspomina się też, że  Johann Friedrich Heinrich Farenheid (tak właśnie pisane nazwisko) założył w roku 1821 Wschodniopruskie Towarzystwo Rolnicze. Pan ten – żonaty z panną Lehmann, zresztą siostrą kolegi ze studiów w Getyndze, miał czwórkę dzieci. Najmłodsza z tej czwórki to wielokrotnie wspominana Ninette, pochowana w słynnej piramidzie. Sam pan Johann F.H. zmarł w Sztynorcie podczas wizyty u Lehndorffów. Pochowany został w mauzoleum w Rapie obok żony i dziecka.

Po jego śmierci dobra podzielono na 3 części. I tak Fritzowi Fahrenheid przypadła część majątku obejmująca dobra – Bejnuny i Angerapp (to on znany i unznany kolekcjoner i koneser sztuki stworzył tzw. Ateny wschodniopruskie w Bejnunach). Frederike Charlotte Fahenheid, zamężna za Siegmundem von Bujack, Gr. Medunischken (Mieduniszki Wielkie) i Oschnagorren. Emilie Henriette Frederike von Farenheid, zamężna za pastorem z Królewca otrzymała dobra w okolicach Darkiejm. (za stroną http://www.angerapp.com/geschichte/fritz-von-farenheit/).

TUTAJ i TUTAJ odnośniki do garści informacji. Jednak zalecam ostrożność w odczytywaniu koligacji rodzinnych. Wszędzie powtarzana jest opowieść o  koligacjach między rodem von Fahrenheid a gdańskimi Fahrenheitami (z której to rodziny wywodził się słynny fizyk Daniel Gabriel) . Nie twierdzę, że te konstatację są wyssane z palca. Często bowiem następowała zmiana pisowni nazwiska, tak “po prostu”, w ciągu wieków, czasem przez pisarza czy kronikarza. I zostawało na wieki. Często też pisuje się tę samą gałąź rodu różnie. ot, tak po prostu. Ale, jako, że nie widziałam drzewa genealogicznego rodziny – nie jestem w stanie nic bliższego powiedzieć. Ale TUTAJ jest ciekawie opisana historia rodziny, myślę, że autor korzystał także z TEJstrony. Warto poczytać.

A podczas wizyty w Rapie – warto zadumać się nad losem niegdyś potężnego i bogatego pana Fahrenheida (który według podań, jadąc do Królewca nie opuszczał swoich dóbr, tak były rozległe). Cała historia rodu, wszystkie niesnaski, radości i smutki zawarte są w ponurym budynku piramidy. Owianej dzisiaj tylko jedną legendą i to nawet nie wiadomo, na ile prawdziwą…

Published in: on 12 listopada 2013 at 16:15  Dodaj komentarz  

Kwiedzina na skróty – powtórka

Tym razem jechaliśmy na skróty specjalnie – wiedząc już jak jechać, i co nas czeka po drodze. No i zaletą tego razu był fakt, iż jechaliśmy tamtędy przed zmrokiem. 😉

Nie mieliśmy w planie Wilczego Szańca, bo… właściwie, nie wiem dlaczego. Niemniej jednak – zatrzymaliśmy się, by obejrzeć to, co zeszłym razem tylko wyłaniało nam się w ciemnościach. Z mapy wynikało iż są to pozostałości pomieszczeń służbowych przedstawicielstwa ministerstwa spraw zagranicznych, schronu F. Todta, a potem Alberta Speera i pozostałości hotelu batalionu chroniącego hotel Hitlera.

Za dnia wyglądało to wszystko jeszcze bardziej imponująco

 

Moje Krosno (koło Ornety)

W tym miejscu nie potrzeba słów. A może jednak – tak…

Po to by napisać, że to tutaj polubiłam nielubiany barok.

Że to tutaj polubiłam atmosferę końca świata, a może początku…

Że to tutaj po raz pierwszy usłyszałam siebie. Milcząc.

Że to tutaj odkryłam po raz nie wiadomo który bezlogikę urzędniczych decyzji (czy raczej niemocy).

Że to tutaj dotarło do mnie typowo polskie marnotrawstwo i kompletne niezrozumienie hasła „dbałość o zabytki”…

Że to tutaj głośno i wyraźnie wybrzmiewa powiedzenie: „cudze chwalicie”…

A w końcu- że to tutaj zrozumiałam wyrażenie „Święta Warmia”…

Krosno

Published in: on 7 października 2013 at 14:55  Dodaj komentarz