Szestno – cz. 1

Jak zwykle, w biegu, po drodze. Tym razem – Szestno… I tym razem nasza trasa została starannie zaplanowana. I było to jedno z moich największych zdumień ostatnich czasów.

Zdumienie na TAK.

Że TAK można zadbać o miejsce „niebliskie”, że TAK można z zachwytem opowiadać o już przecież nieistniejącym świecie, że TAK można wrosnąć w ziemie przecież nie genetyczne, i wreszcie, że TAK można stać się synonimem miejsca.

Ale od pieca…

Na początku grudnia, przez trzy dni, czteroosobowy Desant Gdański uczestniczył w konferencji na temat dziedzictwa historycznego i teraźniejszości Zakonu Krzyżackiego w Rynie. Mieszkałyśmy w Hotelu Cesarskim, w niedalekim Giżycku.

Ten hotel polecam, z czystym sercem. Miło, czysto, za hotelem jest parking, dodatkowo wszędzie blisko no i smaczne śniadania w sąsiadującej z hotelem restauracji Kuchnie Świata. W samej restauracji jadłam już kiedyś z grupą, więc spokojnie mogę polecić ich menu.

Z Giżycka dojeżdżałyśmy na wykłady konferencyjne. O samej konferencji nie warto się za bardzo rozpisywać. Dość na tym, że niestety, słynne powiedzenie Johanna  Georga  Forstera pozostaje wciąż aktualne 😦 Jako, że kilka wykładów wygłaszanych było po niemiecku, zatrudniono tłumaczy. No i to była jedna z największych porażek tej konferencji. Tłumacze niby symultaniczni, ale jedyne co robili naprawdę symultanicznie, to dłubali w zębach, stękali, mlaskali i chrumkali… Oprawa merytoryczna także pozostawiała wiele do życzenia. Niestety, konferencja poza sferą rzeczową, także w sferze kultury zarówno osobistej, jak i przekazu pozostawiała bardzo wiele do życzenia. Dość wiedzieć, że z rozrzewnieniem myślałyśmy o konferencji w Zamku Bierzgłowskim.

No i na dodatek, niewiele było prelekcji wartych wysłuchania. Jedną z nich była na pewno ta, wygłoszona przez dra Franka Bayarda, dyrektora archiwum zakonnego. I na szczęście dostałyśmy ją od samego referenta. Poza więc przysłowiową słodką fotką z Wielkim Mistrzem, i degustacją obiadu (którego, nota bene, na pewno nikomu z naszych grup nie polecimy), tak naprawdę radość z bycia na konferencji wynikała z możliwości bycia razem. Po sezonie. Bez pośpiechu.

* / * 

Po ustaleniu, dokąd* pędzący Św. Brunon nawracał w dzisiejszym Giżycku, ostatniego dnia pojechałyśmy jednak do Rynu na zakończenie konferencji. Niestety, dwóch najciekawszych prelekcji tego dnia nie było. Bez wyrzutów sumienia więc ulotniłyśmy się mając w planie Bezławki. Ale jako, że do Bezławek jedzie się przez Szestno, a żadna z nas tam nigdy nie była, zadecydowałyśmy o trasie właśnie tamtędy. Na dodatek okazało się, że Ewa J. właśnie w Szestnie ma Znajomego niemal od zawsze, więc tym bardziej musiałyśmy tam zajechać.

* / * 

Szestno (Seehesten), to wieś, (według statystyk) licząca w roku 2006 około 830 mieszkańców. Położona 7, a może 8km na północ od Mrągowa. To dzisiaj. A kiedyś?

Na kartach historii Szestno zagościło na dobre w II połowie wieku XIV. Właśnie wtedy południowe tereny komturii bałgijskiej objęte zostały planową akcją kolonizacyjną. Nie znaczy to wcale, że do tego czasu była tam tylko Wielka Puszcza. Już 100 lat wcześniej zaczęli osiedlać się tam ludzie. Jednak w XIV wieku właśnie, w związku z planową akcją osadniczą, niezbędne było zapewnienie napływającej ludności bezpieczeństwa. Nadto, teren położony był bezpośrednio na trasie głównych wypraw litewskich, kierowanych w głąb Prus. W związku z tym zamek szestnieński „wpasowany” został w sieć, a raczej łańcuch twierdz obronnych na południe od Wielkich Jezior. W owym wspomnianym wieku XIV zamek oblegał książę Kiejstut Giedyminowicz, niszcząc jednak wyłącznie przedzamcze. Między początkiem XV wieku a rokiem 1525, zamek był rezydencją prokuratorów krzyżackich, podległych komturom bałgijskim, i czas jakiś także ryńskim.

Kim był prokurator w Państwie Krzyżackim? Był to urzędnik odpowiedzialny za sądownictwo i zawiadujący administracją okręgu sobie podległego (czyli prokuratorii). Prokurator odpowiadał też za sprawy wojskowe na swoim terenie, a więc pełnił rolę dowódcy okręgu. I jako taki dysponował tak braćmi zakonnymi, jak i okolicznymi Prusami, czy osadnikami. Prokuratorzy, jako urząd, podlegali komturom. Tu wyjątek stanowił prokurator kętrzyński, ale nie o nim tu mowa 😉

Odwiedzając Prusy, warto zajechać do dawnych siedzib prokuratorskich, czyli (podaję w kolejności alfabetycznej): Barcian, Bytowa, Działdowa, Ełku, Giżycka, Kętrzyna, Morąga, Nidzicy, Nowego, Nowego Jasińca, Osieka, Pasłęka, Pnia, Przezmarka, Skarszew, Szczytna, Szestna czy Węgorzewa.

W wieku XVI zamek szestnieński stał się siedzibą starostów pruskich. Jednym, z nich był Fabian von Lehndorff, którego płytę nagrobną można podziwiać wmurowaną w północną ścianę miejscowego kościoła. Od początków wieku XIX zamek stopniowo rozbierano, a materiał rozbiórkowy stał się materiałem budowlanym w odległym o ok. 20 km na północ Kętrzynie. Na terenie dawnego folwarku postawiono dwór, i ten można dziś oglądać jedynie zza gęstych krzaczorów, jako, że obecnie jest prywatną własnością. I dobrze, bo po II wojnie spotkał go los wielu innych może nawet cenniejszych – czyli najpierw grabież przez Armię Czerwoną, potem PGR, i gdyby nie prywatny właściciel, który zjawił się jakoś tak w latach 90. – pewnie podzieliłby los na przykład Prosny…

TUTAJ można przeczytać o zamku w Szestnie, TUTAJ zaś znajdują się informacje o historii wsi.

Nie zajrzałabym jednak na te strony, gdybym nie dostała dużej i świetnie podanej dawki tak historii, jak i czasów współczesnych, od Znajomego Ewy J.

I to było właśnie najcenniejsze podczas naszej wizyty – rzetelna wiedza naszego Cicerone, ale podana w tak ciekawy sposób, że aż chciało się słuchać.

A na zakończenie części pierwszej wpisu, TUTAJ nieco zdjęć z naszej wizyty.

* przykro mi, ale to akurat zrozumieją wyłącznie moje drogie Koleżanki, AS, EH i EJ 😉

Malbork: poezja smaku – smak gotyku

Druga połowa 2011 roku upłynęła pod znakiem polskiej prezydencji w Unii Europejskiej. I w pewnym momencie, pod przewodnictwem Pana Jana Tombińskiego, Pomorze odwiedzili ambasadorowie akredytowani przy Unii.

Ponieważ miałam wielką przyjemność opiekować się ową zacną Grupą podczas wizyty, wiem, co i gdzie nasi Goście jedli.

I tu zdecydowanie warta jest wspomnienia wizyta w Malborku, jako że w pomorskim itinerarium grupy Ambasadorów znalazł się oczywiście Wiadomy Zamek.

A tam…

Bogdan Gałązka – Szef Gothic Cafe & Restaurant zgotował ucztę. Nie tylko dla podniebienia, ale także dla oczu. Zostało to zresztą docenione owacją na stojąco… Żałuję, że nie dysponuję zdjęciami z tej eleganckiej uczty…

Ale Gothic Cafe to nie tylko osobistości z pierwszych stron gazet, (a bywa ich tu sporo).

To także Akademia Kulinarna dla Dzieci i dla Dorosłych (frajda wielka, bo sama brałam w czymś takim udział), to obiady czy lunche dla gości tak Zamku, jak i Miasta Malborka (i nie tylko Malborka!). To wreszcie restauracja otwarta dla turystów odwiedzających Zamek tak w dzień jak i podczas nocnego zwiedzania Zamku. To także niezapomniane wesela. 🙂

A wszystkich – bez względu na ich status społeczny czy finansowy wita Bogdan. Z uśmiechem, serdecznie zapraszając do stołu. Bogdan jest Artystą, i jako taki czerpie radość z tego, że komuś się podoba aranżacja stołu, że smakuje danie, że ktoś docenia Jego starania. Starania Jego i Jego Zespołu.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

I niech nikt nie myśli, że ta restauracje jest okropnie droga. Oczywiście, jakość kosztuje, ale ceny są również na tzw. standardową kieszeń. A że podane to wszystko jest tak, jakby owa standardowa kieszeń należała do głowy koronowanej, to najlepszy dowód na to, że elegancko wcale nie znaczy rujnująco…

Menu przewiduje zaspokojenie wszelkiego rodzaju podniebień. Zarówno tych, dla których specjalna dieta jest wymogiem niemal ratującym życie, jak i tych, gdzie „zwykła fanaberia” pcha do poszukiwań coraz to nowych zestawień smakowych…

I jeszcze jedno – nie zdziwcie się, jak Bogdan „wyjedzie” z kuchni ze swoim słynny ciastkiem serowym… Wielkim jak cały Zamek… I jak oznajmi na widok Waszych wielkich oczu: „Phi, tu nie ma żadnych kalorii”… No bo nie ma… Według Bogdana – wyparowały, bo ciastko jest obcięte z czterech stron. I to tamtędy wyparowały kalorie 🙂

Od co najmniej 5 lat jadam Jego ciasta nie tylko serowe – BEZ kalorii – potwierdzam 🙂

(zdjęcia, jakie tu zamieściłam, a które powodują każdorazowo ślinotok – zostały zrobione przez Zespół Gothic Cafe & Restaurant)

Wizyta u Prezydenta Wałęsy

W końcu załączam zdjęcie z Panem Prezydentem Wałęsą 🙂

Od lat Go tłumaczę, podczas różnych spotkań, a mam raptem w sumie chyba ze dwa, no może trzy zdjęcia z Nim.

A przecież to Osoba Znaczna, i Znana. No i w pewnym sensie symbol Polski, obok Papieża, i … Chopina 😉

Więc oto chwalę się…

Dzisiaj było niezmiernie miło, tym bardziej, że ekipa dziennikarzy z Czarnogóry była niesłychanie sympatyczna. No i ich tłumaczka i opiekunka zarazem – okazała się świetnym towarzyszem trudnej w sumie wizyty w Gdańsku. Trudnej, bo nafaszerowanej zdarzeniami ważnymi i nie do zaniechania… Między innymi stąd moja wizyta na PGE Arenie

Załączam więc zdjęcie grupowe – z przyjemnością 🙂

Wizyta Księcia Danii

Zacznę od truizmu: w pracy przewodnika zdarzają się różne grupy… W ciągu  przeszło 8 lat mojego „przewodniczenia” zdążyłam oprowadzić gości różnej proweniencji.

Nie mam zwyczaju dopytywać się, kim są moi wycieczkowicze, jeśli sami nie mówią. Takie informacje zresztą i tak otrzymuję od stosownych służb, lub agend rządowych. Czasem miewam gości incognito, acz znanych z pierwszych stron gazet czy TV. Czasem moi goście sami się przedstawiają.

Są jednak tacy Goście, którzy zdecydowanie nie muszą się przedstawiać… NIKT ich nie musi przedstawiać…

I jednego z takich właśnie Gości miał Wiadomy Zamek podczas tegorocznej edycji Oblężenia Malborka…

Książę Danii Henrik zapragnął zwiedzić stolicę państwa zakonnego. A mnie przypadła rola Jego przewodnika po tej Wyjątkowej Kupie Cegieł.

Jego Królewskiej Wysokości towarzyszyli Pan Ambasador Królestwa Danii w Polsce, Konsul Honorowy Królestwa Danii, a także baronowie z otoczenia Księcia.

Jakby stresu było mało – czujne oko i ucho Dyrektora Muzeum Zamkowego łowiło moje słowa. Więc po raz kolejny zdawałam egzamin tak muzealny jak i książęcy…

I powiem tak: to był ogromny zaszczyt i wielka przyjemność!

A Zamek…

No cóż – Zamek kolejny raz udowodnił swoją moc – tym razem zachwycając Jego Królewską Wysokość Henryka, Księcia Danii.

*      *      *

Dziękuję Panu Konsulowi za zdjęcia 🙂

M.Q., M.M. – dziękuję za wsparcie i kojącą obecność 🙂

Płyta w kościele… Pasłęk

Przy sposobności lektury forum sercemazur.pl (dział: Płyty nagrobne z kościołów i kaplic) przypomniałam sobie wizytę w Pasłęku.

Ciemno i aparat nędzny, ale to co uchwyciłam – prezentuję poniżej.

Może ktoś wie czyja to płyta ???

płyta pasłęcka

Detal płyty

Migawki fromborskie cz.2 – Szpital Św. Ducha

Budynek szpitalny składał się z sali głównej – spełniającej rolę infirmerii, jadalni, i sali do modlitw dla przebywających tam chorych, czy niedołężnych (bo i taką rolę pełniły w średniowieczu szpitale – rolę przytułków)

Przedłużeniem budynku szpitalnego z reguły stanowiła kaplica – często otwarta na salę główną – a przedzielona drewnianym przepierzeniem… Nie będę opisywała historii samego szpitala fromborskiego –  załączam zdjęcia tablic, jakie zrobiłam niegdyś w szpitalu (za dodatkową opłatą można zdjęcia robić – warto).

O historii Szpitala Św. Ducha można także przeczytać w książce pt. Zabytki Fromborka – T. Piaskowskiego i H. Szkopa (do nabycia w Szpitalu). Polecam też wizytę na stronie Muzeum. Wprawdzie opisu tam niewiele – ale to tylko zaostrzy to apetyt na wizytę.

Garbate szczęście

Ten wpis powstał na gorąco parę ładnych lat temu – kiedy jeszcze jeździłam poprzednim Garbatym – tzw. Brazylią.

Kiedy to pisałam, akurat zaszło parę faktów, które spowodowały, że omal nie udusiłam się ze złości. Ja w zasadzie spokojna osoba jestem, ale do czasu… i wtedy właśnie to Do Czasu nastąpiło…

Głównym powodem mojej furii było pomylenie przez naszą kochaną Władzę Ludu Miast i Wsi, mojego ukochanego Garbiego z VW Golfem. Kiedy to usłyszałam, poczułam się osobiście obrażona. Jako „bywszy” kurator dla nieletnich, zawsze czułam do policji ogromny sentyment połączony z przemożną sympatią, ale po numerze, jaki mi wykręcili z samochodem, chyba zmodyfikowałam moje uczucia.

A było tak…..

Jeden z moich poprzednich mechaników, po raz któryś z rzędu zrobił mnie „w trąbę”, dużą koncertową, niklowaną trąbę Jerychońską. Oszukiwał podobno zresztą nie tylko mnie, ale i innych garbusiarzy. Za namową znajomych, zmieniłam więc mechanika. Nieco go znałam, bo parę razy grzebał przy Garbatym i wszystko grało. Tak więc kiedy mi zakomunikował, że jeśli nie zrobię wreszcie podłogi, to zgubię pasażerów, zgodziłam się oddać mu mój skarb pod opiekę. Podłoga była ”padnięta” dzięki poprzedniemu mechanikowi, który zmieniając mi opony, nie wzmocnił przedniego zawieszenia… (ech… to w owych czasach zawsze była cała epopeja – dostać dobrego i … uczciwego mechanika). Tak więc oddałam moje garbate szczęście Złotej Rączce pod opiekę.

Kiedy po jakimś czasie zadzwoniłam, aby zapytać o stan Garba, dowiedziałam się, że mój „lekarz” wyjechał do Niemiec i wróci na początku sierpnia. Początek sierpnia minął i znowu zadzwoniłam, tym razem by usłyszeć, że mojego Garba zabrała policja do wyjaśnień, bo albo został skradziony, albo okradziony, albo to ja ukradłam, albo mnie okradli… Wszystko jedno. W końcu liczył się efekt końcowy, że Garba mi zabrano…

Wkurzyłam się (mówiąc delikatnie i ujmując sprawę subtelnie). Obdzwoniłam wszystkie komendy w mieście, nikt nic nie wiedział. Przy sposobności wpadłam w podziw nad indolencją i lekceważeniem tzw. petenta przez „władzę”.

Jednakże jako, że nie ważne kim się jest – ważne KOGO się zna… udało mi się pewne fakty ustalić dzięki życzliwym ludziom ;). Ponieważ wtedy jeszcze pracowałam na tzw. posadzie (czyli w tzw. hodowli hemoroidów) – natychmiast po pracy pognałam na komendę, która okazała się być odpowiedzialną za zamieszanie, by osobiście spojrzeć faktom w oczy. A tu okazało się, że tzw. czeski film: nikt nic nie wie.

Samochodu nikt nie widział, nikt nic nie słyszał, i nikt nic nie wie. Grób, mogiła, katakumby. W końcu jakiś rozchełstany przedstawiciel władzy, w cywilu (a więc incognito), wyjaśnił mi, że owszem jest afera, bo albo ja komuś ukradłam samochód, albo mnie ktoś skradł samochód, ale na pewno to moja wina… i że teraz to ja się nie wypłacę, bo zaaresztowany wehikuł, stoi na parkingu policyjnym o tam – tu osobnik machnął ręką w ścianę, gdzieś w kierunku Holandii a może Grenlandii, a parking policyjny to kosztuje, że ho ho… A w ogóle, to on się tą sprawą nie zajmuje, więc on nic nie wie i mam przyjść jutro między 8:00 a 15:00. Świetnie, akurat w godzinach pracy, kiedy wiadomo, że wszyscy zazwyczaj mają wolne i mogą się „szwendać” po urzędach…

Na szczęście w pracy – jako, że wszyscy czynnie brali udział w moich zmaganiach z realiami – dostałam wolne bez żadnego problemu… No i nazajutrz rano karnie stanęłam przed oficerem dyżurnym i zameldowałam cel wizyty u Naczelnika Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego. Oficer dyżurny potraktował mnie jak rozhisteryzowaną wariatkę planującą wysadzenie komendy w powietrze (może miał trochę racji). Po długich deliberacjach udało mi się wreszcie wtargnąć do Naczelnika, który też nic nie wiedział. Siedzieliśmy sobie tak razem w jego pokoju, gremialnie nic nie wiedząc, kiedy w końcu zdecydował się przeglądnąć rejestr spraw. Po długiej, prawie 300 lat trwającej lekturze, znalazł numer rejestracyjny garbatego i zameldował mi, że mój VW Golf jest zapisany jako samochód do wyjaśnienia – bo albo skradziony, albo porzucony. I zapytał, czy na pewno jestem pewna, że szukam garbusa, bo on tu ma, że to Golf.

Uniosło mnie z fotela. Mnie nie wolno się denerwować, bo ja choleryk jestem 😉 ale ów pan tego nie wiedział ….

-”Jaki Golf, na miłość boską? Pod tymi tablicami ukryty jest garbus. Wypraszam sobie Golfa!” wykrzyknęłam. – „Panie, czy ja wyglądam na właściciela Golfa??”-

Naczelnik przyjrzał mi się z uwagą.

-” Fakt, nie wygląda pani.”- przyznał szczerze.

Po dłuższych deliberacjach udało mi się faceta przekonać, że to naprawdę Garbus (z Golfa to on miał wyłącznie światła), a ja jestem jego na wpół oszalałą z tęsknoty właścicielką.

Pojawił się w tzw. międzyczasie prowadzący sprawę. Ucieszył się na mój widok niesłychanie, ja na jego widok też okazałam radość i po wymianie ochów i achów tudzież innych uprzejmości – przystąpiliśmy do meritum.

-”Wie pani, to pomyłka policji.”- wyjaśnił spokojnie

-”To doskonale.”- ucieszyłam się, gryząc się w język – bo to akurat było jasne, jak słońce…  Starając się zachować spokój, wyjaśniłam, że samochód stał na podwórku mojego mechanika i na pewno nie pozostał przeze mnie porzucony, bo szybciej porzuciłabym własne dzieci… (dzieci moje kochane – wybaczcie)…

-”Ale ja muszę wszystko tu z panią wyjaśnić, i przesłuchać panią, bo taka jest procedura.”- oznajmił z niezmąconym spokojem.

-”A może mi pan teraz wyjaśnić, co to za numer z tym ukradłam, ukradziono mi, i co to znaczy, że na moich rejestracjach jeździ jakiś golf.”- chciałam wszystko wiedzieć.

-”Moi koledzy po fachu pomylili garbusa z golfem, który istotnie w jednej z dzielnic Gdańska został skradziony. Tyle, że golfa nie znaleziono, ale pojawił się garbus, i żeby bilans wyszedł na zero, napisali, że porzucony…”- stoicyzm mojego interlokutora wzbudzał we mnie mordercze instynkty. Wiedzieli jednak parę lat temu, dlaczego nie wydali mi pozwolenia na broń. Przewidujący ludzie…

-” Faktycznie, „- mruknęłam -” Łatwo pomylić Garba z golfem.”-

-”Taaaak,”- filozoficznie przyznał funkcjonariusz -”W sumie mieli odholować jakiś samochód, to zaholowali, i na dodatek też marki VW, a to że nie golf a garbus, to drobiazg, grunt, że inicjały się zgadzały…”-

Na dodatek musiałam się wyspowiadać, czy mam prawdo do Garbieńkiego, na jakiej podstawie, czy może powinnam raczej dobrowolnie iść do więzienia… Mogłam, ale za ewentualne naruszenie cudzej nietykalności osobistej, do której było mi w tym momencie nadzwyczaj blisko 😉

W toku pokojowych rozmów ustaliliśmy, że koszty parkingu i holowania na ów parking pokrywa policja, bo to ich wina, ale koszty holowania z parkingu, to już moja działka. To nic, że ja się na ten parking nie pchałam i że bezprawnie mi zarekwirowali bogu ducha winny samochód. Mam sobie sama zabrać samochód i to zaraz dzisiaj, bo inaczej dalszym postój będę bulić jakieś spore pieniądze za dobę… (jak na owe czasy – pamiętam, że to było sporo, ale i tak dla mnie liczył się sam fakt).

Szlag jasny haftowany mnie trafił. Nie obraziłam funkcjonariusz na służbie tylko dlatego, że nie miałam przy sobie szczoteczki do zębów i bielizny na zmianę, gdyby mnie zamknęli. Wydobyłam z siebie całe pokłady taktu i dobrego wychowania, jakie przez lata moja śp. Matka usiłowała we mnie wtłoczyć. Wśród takiego wersalu pożegnaliśmy się niemal w pląsach.

Po południu oczywiście pognaliśmy z mężem na Parking Interwencyjny, gdzie pośród jakiejś hołoty kradzionej i po wypadkach, tudzież innych porzuconych wraków – stał mój biedny porzucony (?) Garbaty. Jedynie obecność strażnika powstrzymała mnie przed przypadnięciem mojemu skarbowi do maski i okryciem go gradem pocałunków. Kiedy do niego wsiadłam, zrobiło mi się ciepło na sercu.

-”Jestem już Garbieńki i nie dam ci zrobić krzywdy…”- wymamrotałam, nie zwracając uwagi na zdziwiony wzrok strażnika.

-”Wygląda pani, jakby pani odzyskała utracony skarb”- powiedział

-”Każdy garbusiarz ma w sobie coś z wariata”- odparłam-” Nie słyszał pan o tym?”-

-”Słyszałem, ale się jeszcze z tym nie spotkałem”- powiedział w zadumie…

W czasie, kiedy Mąż mocował hol, ja obmacawszy mojego odzyskanego ukochanego Garbusa, zaglądnęłam do silnika, pogmerałam w nim (z miną znawcy i niepewnością w sercu) i samochód odpalił. Rozczulił mnie tym, to dopiero niezawodność. Ujechałam jednak może z 200 metrów i koniec. Zdechło. Tak więc mąż powrócił do mocowania holu… W tzw. międzyczasie zaczął lać potężny deszcz, jak na zamówienie. Jakby niebo się otwarło. Natychmiast zmokliśmy jak przysłowiowe kury. Kiedy siadłam do Garbiego – z miejsca fiknęłam kozła do tyłu… Siadłam bowiem na „gibającym” się siedzeniu zastępczym (moje zostały wyciągnięte z samochodu „na okoliczność” remontu). Jako że siedzenie nie było przymocowane i nie pasowało do garbusa, czułam się jak na fotelu bujanym…

Zanim mnie mąż doholował do domu, hol zdążył nam się zerwać ze dwa razy, parę razy gibnęłam się na nieprzymocowanym siedzeniu do tyłu, nakrywając się nogami i spódnicą, raz omal nie umarłam ze strachu na skrzyżowaniu, widząc pędzącego na mnie TIR-a… A wszystko przez jakiegoś….(i tu następuje cenzura wypowiedzi) urzędnika, który nie potrafi odróżnić VW Garbusa od VW Golfa, a któremu statystyka musiała się zgadzać.

No i zresztą KTO mógł TAKI samochód pomylić z jakimś … golfem??

Garbaty po przeżyciach parkingowych – w drodze na kolejny Zlot 😉