Kuchnia biskupów warmińskich – czyli sezon tematów zastępczych

Właśnie tłumaczę bardzo ciekawą książkę… Ale jako mistrz w poszukiwaniu tzw. tematów zastępczych, znalazłam sobie „pobocza” tematyczne… Oto, na co się natknęłam w moich notatkach, podczas porządkowania tzw. frontu robót 😉

*  /  *

Kuchnia biskupów warmińskich  

Biskupstwo warmińskie (nie mylić z Warmią) to wyjątkowy kawałek ziemi na polskiej mapie historycznej. Było jednym z trzech najbogatszych biskupstw w Koronie. Jako takie miało również swój własny dwór. Dwór biskupi. Między XIV a XVIII wiekiem biskupi warmińscy nosili tytuł książęcy. Nie był to wprawdzie tytuł dziedziczny, ale i tak przynosił splendor rodzinie biskupa. Biskupi zazwyczaj byli wybierani spośród kanoników kapituły. I w całej historii (do rozbiorów) to małe państwo biskupie było w stanie utrzymać względną niezależność.

Do dzisiaj zachowało się na Warmii wiele „architektonicznych śladów świetności” (gdzie ja znalazłam taki frazes!). Zazwyczaj w tym momencie padają nazwy: zamek w Lidzbarku Warmińskim, pałac w Smolajnach, a także Wzgórze Katedralne we Fromborku

*  /  *

Jak wspomniano wyżej – każdy kolejny biskup trzymał dwór.

Czasem dwór był liczny – jak ten biskupa Marcina Kromera – liczący aż 123 osoby, czasem zaś mniejszy, taki do 80 osób.  Jaki by jednak ów dwór liczny (lub nie) nie był, musiał sprostać wielu zadaniom. Między innymi – odpowiednio przyjąć gości. Bowiem, jak pisał Jędrzej Kitowicz: „rzadki był dzień bez gościa”… Tak więc takie też zadania musiał wypełniać dwór biskupi. Kucharze „trzymani” na dworze należeli do najlepszych. I często posyłano po nich daleko (z Warszawy na przykład pochodził kucharz Ignacego Krasickiego).

Jeśli chodzi o samą kuchnię – ta była bardzo wyszukana, porównywalna z kuchniami magnackimi.

Posiłki serwowano dwa razy dziennie przy jedenastu stołach. Przy nich zasiadano według hierarchii (i regulaminu określonego w Ordinatia Castri). Przy pierwszym stole – ustawionym na podwyższeniu – zasiadał biskup; dalej siedzieli goście, dworzanie, urzędnicy a nawet chłopcy z ziem pruskich pobierający nauki w szkole zamkowej.

Co jedzono?

Ano jedzono tłusto. Dziczyzna, wieprzowina i wołowina stanowiły nieodzowny składnik każdego posiłku. Jedzono jednak też dużo ryb, takich jak łososie, węgorze, karpie, dorsze, śledzie (holenderskie), szczupaki, czy liny. Często jadano też małże (te jadali także kanonicy fromborscy). Ryby przyrządzane były na różne sposoby, a więc pieczone na ruszcie, gotowane, smażone, wędzone, czy marynowane.

Znane są opisy uczt gdzie podawano karpie „gotowane w winie z gałką i kwiatem muszkatołowym”, serwowano także znakomicie przyrządzone bażanty, gęsinę, czy kawior.

Do tego wszystkiego podawano rozmaite sosy. Aż ślinka cieknie, kiedy czyta się opisy: a to sos żółty – cokolwiek to znaczy, sos biały ze śmietaną, szary z cebulą i czosnkiem, sos czarny na powidłach (ach!!!), czerwony sos na bazie soku wiśniowego, a także sos chrzanowy.

Spośród warzyw chętnie spożywano ogórki świeże, ale także kiszone. Jedzono dużo kapusty i kalafiora, również sałaty. Bardzo dużą popularnością cieszyły się szparagi – wiem, czemu tak lubię biskupów warmińskich. 😉 Kiedy pojawiły się w Polsce ziemniaki, zagościły na stałe także na stołach biskupich. Oczywiście spożywano dużo chleba. Ten wypiekano tak w Lidzbarku jak i w Olsztynie.

Musztardę sprowadzano z Anglii, sery z Francji, oliwę zaś z Prowansji (tym zajmował się pewien kupiec gdański – i tu pojawiła się kolejna zagwozdka, bo jego nazwisko już gdzieś mi mignęło, ale o tym, kiedy indziej…)

Chętnie jedzono owoce takie jak maliny, poziomki czy gruszki.

Najlepsze wina i piwa podawano do stołów, aczkolwiek zabronione było picie piwa ciemnego czy miodu pitnego. Na deser zajadano się rozmaitymi słodyczami.

Kiedy w XVII wieku kawa i herbata pojawiły się na Warmii, zagościły na dobre także w menu biskupim. Pito więc kawę czarną, kawę z mlekiem czy śmietanką, a także herbatę z dodatkami (konfiturami) a także gorącą czekoladę. Tę lubił popijać biskup Krasicki.

Zadziwiające jak wiele tematów zastępczych można znaleźć szukając notatek do hasła „biskup”…

I wcale nie wyczerpałam tematu. Bo temat kuchni, czy stołów to temat rzeka… I z pewnością do tego jeszcze wrócę.

(Korzystałam z moich notatek do egzaminów i ze szkoleń różnych, również między innymi z kapitalnych publikacji o Warmii wydanych przez Ośrodek Badań Naukowych im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Olsztynie).

Menu w Gothic Cafe & Restaurant

Nie ma drugiej takiej restauracji w Polsce, gdzie menu jest naprawdę dla wszystkich…

Tu widać jak niewiele potrzeba, by każdy gość czuł się Wyjątkowy i wyjątkowo.

Tutaj nie liczą się znajomości, czy tzw. plecy, tu jest zwykła i niezmiernie profesjonalna dbałość o każdego – bez względu na sławę czy jej brak 🙂

Kresowa Hawira – z serii smacznie i tanecznie

Nie wiedziałam – ani gdzie to jest, ani co oznacza drugie słowo w nazwie. Na szczęście, niezastąpiony A.W. wytłumaczył mi jak tam trafić. W czasie wolnym więc, kiedy grupa rozbiegła się po Warszawie, jak to mam w zwyczaju – poszłam sprawdzić. Sprawdzić wszystko: nie tylko położenie, ale też przygotowanie kuchni. Moja grupa bowiem składała się z samych tzw. trudnych diet… Diet, o których istnieniu ja, absolutnie wszystkożerna, przedtem nie miałam zielonego pojęcia…

Nie lubię, właściwie to za dużo powiedziane – ja nie ufam restauracjom „zrobionym” na ludowo… Nie wiem dlaczego, ot, po prostu zawsze boję się że to jakaś fasada czegoś, co miało zostać ukryte.

I tak też zareagowałam tutaj.

Bo Hawira jest mieszanką stylizowanej ludowości z wystrojem zwykłej chaty wiejskiej. Maitre d’, czyli pan który „dyryguje ruchem”, wskazał mi, gdzie będziemy siedzieć, i poinformował, że wiedzą o rozmaitych dietach jakie mają członkowie mojej grupy. Ale to akurat słyszałam wszędzie po drodze, ale nie wszędzie umiano sprostać moim, czy raczej naszym, wymaganiom i nie wszędzie rozumiano, CO oznaczają poszczególne rodzaje diet. 😦

Nie miałam kogo zapytać o wrażenia z Hawiry, bo nikt z moich znajomych tam nie był przede mną z grupą.

Na 18:00 niezawodny A.W. zawiózł nas niemal pod same drzwi. Ten sam maitre d’ nas przywitał, wskazał miejsca. Grupie natychmiast spodobało się wnętrze – zrobiło na nich wrażenie przytulności. Przypomniało dom zapomniany gdzieś w Polsce. Wszyscy bowiem mieli (no niemal wszyscy) polskie korzenie.

Z duszą na ramieniu podeszłam do kelnerki, która nas obsługiwała, przypominając o dietach. Zupełnie na niej to nie zrobiło wrażenia. Z uśmiechem odparła, że już mają wszystko przygotowane i tylko poproszą o wskazanie poszczególnych osób, kiedy będą podawać.

No i – podali. Dokładnie to, co i jak miało być podane przy tych niezmiernie skomplikowanych schorzeniach.

Ośmielona zadowolonymi minami mojej grupy, i ja zaryzykowałam – jak zwykle „gnieciuchy” czyli tutaj – pielmienie ruskie. Hołdując zasadzie, że jakość restauracji poznaje się po pierogach (jakkolwiek by je nazywać). I że jeśli te są dobrze zrobione, ugotowane i doprawione – to taka restauracja musi być „smaczna”.

I jest.

Każdym następnym razem próbowałam czegoś innego i z tym samy wnioskiem – będę tam wracała i będę ich polecała każdemu biuru organizującemu żywienie swoim grupom.  Do tego dochodzi żywa muzyka porywająca gości od stołu. Nawet z mojej grupy jeden z gości zapomniał, że chodzi o lasce i bardzo chciał iść tańczyć – gdyby go żona nie usadziła z powrotem, pewnie nie udałoby mi się grupy wyciągnąć z restauracji na czas. 🙂

Z czystym więc sercem polecam Kresową Hawirę.

Malbork: poezja smaku – smak gotyku

Druga połowa 2011 roku upłynęła pod znakiem polskiej prezydencji w Unii Europejskiej. I w pewnym momencie, pod przewodnictwem Pana Jana Tombińskiego, Pomorze odwiedzili ambasadorowie akredytowani przy Unii.

Ponieważ miałam wielką przyjemność opiekować się ową zacną Grupą podczas wizyty, wiem, co i gdzie nasi Goście jedli.

I tu zdecydowanie warta jest wspomnienia wizyta w Malborku, jako że w pomorskim itinerarium grupy Ambasadorów znalazł się oczywiście Wiadomy Zamek.

A tam…

Bogdan Gałązka – Szef Gothic Cafe & Restaurant zgotował ucztę. Nie tylko dla podniebienia, ale także dla oczu. Zostało to zresztą docenione owacją na stojąco… Żałuję, że nie dysponuję zdjęciami z tej eleganckiej uczty…

Ale Gothic Cafe to nie tylko osobistości z pierwszych stron gazet, (a bywa ich tu sporo).

To także Akademia Kulinarna dla Dzieci i dla Dorosłych (frajda wielka, bo sama brałam w czymś takim udział), to obiady czy lunche dla gości tak Zamku, jak i Miasta Malborka (i nie tylko Malborka!). To wreszcie restauracja otwarta dla turystów odwiedzających Zamek tak w dzień jak i podczas nocnego zwiedzania Zamku. To także niezapomniane wesela. 🙂

A wszystkich – bez względu na ich status społeczny czy finansowy wita Bogdan. Z uśmiechem, serdecznie zapraszając do stołu. Bogdan jest Artystą, i jako taki czerpie radość z tego, że komuś się podoba aranżacja stołu, że smakuje danie, że ktoś docenia Jego starania. Starania Jego i Jego Zespołu.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

I niech nikt nie myśli, że ta restauracje jest okropnie droga. Oczywiście, jakość kosztuje, ale ceny są również na tzw. standardową kieszeń. A że podane to wszystko jest tak, jakby owa standardowa kieszeń należała do głowy koronowanej, to najlepszy dowód na to, że elegancko wcale nie znaczy rujnująco…

Menu przewiduje zaspokojenie wszelkiego rodzaju podniebień. Zarówno tych, dla których specjalna dieta jest wymogiem niemal ratującym życie, jak i tych, gdzie „zwykła fanaberia” pcha do poszukiwań coraz to nowych zestawień smakowych…

I jeszcze jedno – nie zdziwcie się, jak Bogdan „wyjedzie” z kuchni ze swoim słynny ciastkiem serowym… Wielkim jak cały Zamek… I jak oznajmi na widok Waszych wielkich oczu: „Phi, tu nie ma żadnych kalorii”… No bo nie ma… Według Bogdana – wyparowały, bo ciastko jest obcięte z czterech stron. I to tamtędy wyparowały kalorie 🙂

Od co najmniej 5 lat jadam Jego ciasta nie tylko serowe – BEZ kalorii – potwierdzam 🙂

(zdjęcia, jakie tu zamieściłam, a które powodują każdorazowo ślinotok – zostały zrobione przez Zespół Gothic Cafe & Restaurant)