W biegu – moja Lubeka

Zawsze chciałam odwiedzić Lubekę, to znaczy jej Stare Miasto. W końcu przecież ma dla Gdańska znaczenie historyczne i to nie byle jakie.

No i poleciałyśmy sobie – D.L. i ja.

Wysiadłyśmy z samolotu o 17:30, pośrodku Nigdzie, a jako że to przecież styczeń, ciemności panowały już całkiem wieczorne. Atmosfera zapomnienia, niczym na końcu świata, jacyś pasażerowie śpieszący na transport do Hamburga, bo to przecież niemal rzut przysłowiowym beretem, i zero informacji, skąd odjeżdża autobus nr 6 do centrum Lubeki. Pani w informacji lotniskowej bardzo łamaną angielszczyzną wytłumaczyła mi w końcu gdzie jest przystanek. W tzw. międzyczasie rzeczona szóstka zwiała nam sprzed nosów, i na następną musiałyśmy poczekać pół godziny. 🙂

I tak zaczęła się nasza wizyta w Hanzeatyckim Mieście Lubece.

Dojechałyśmy do hotelu, z zupełnie innej strony niż zakładałyśmy – i kiedy nagle za oknami autobusu pojawiła się Brama Holsztyńska naprawdę zwątpiłyśmy w nasz zmysł orientacji. Bety-graty zostawiłyśmy w hotelu, i poszłyśmy do miasta. Na rekonesans, ustalić marszrutę na następny dzień. Zaczęłyśmy od Katedry, a skończyłyśmy na Bramie Zamkowej. Zeszłyśmy Stare Miasto wzdłuż i wszerz. I zabrało nam to 4 godziny. Przewodnicy mają to do siebie, że łażą. Łażą. Łażą…

Rano zaspałyśmy, bo żadna z nas nie nastawiła budzika. Ruszyłyśmy więc natychmiast po szybkim śniadaniu i plan zwiedzania wykonałyśmy.

A plan obejmował: przede wszystkim Katedrę – a tam absolutnie doskonały Krzyż Tryumfalny, którego autorem jest Bernt Notke (ten od słynnej Grupy Św. Jerzego w sztokholmskim Św. Mikołaju). Następny w kolejności był Kościół Mariacki, choćby po to by pogłaskać mysz na obramieniu XVI-wiecznej wspaniałej Ostatniej Wieczerzy Brabendera, a potem rewelacyjny Szpital Św. Ducha (wewnątrz nakręciłam krótki filmik, który TUTAJ). Wstąpiłyśmy też do Ratusza, gdzie „załapałyśmy” się na sympatyczne zwiedzanie z przewodnikiem (strażnikiem ratuszowym)… Dużo czasu spędziłyśmy też u Św. Jakuba. Wjechałyśmy na wieżę świętopiotrową, ale silny wiatr mało nam głów nie urwał. Następne było muzeum Św. Anny. Niestety nie wolno tam robić zdjęć… Ale TUTAJ widzę, że komuś się udało, więc można obejrzeć parę migawek. Dla tych, którzy się tam wybierają – informacja, że na szczęście przed ołtarzem Memlinga można usiąść. 🙂 W ogóle Św. Anna, to muzeum na parę godzin. Zbiory rewelacyjne! Za to Dom Buddenbrooków nas rozczarował i to bardzo! Chyba powinni przyjechać do Gdańska by nauczyć się w Domu Uphagena, JAK można pięknie zrekonstruować wnętrze mieszczańskie. Kto oglądał film Buddenbrookowie z 2008 roku, niech nacieszy oko wnętrzami, bo już ich nie ma. Samo muzeum też … takie sobie. Dom Gunthera Grassa opuściłyśmy, wychodząc z założenia, że on i tak jest gdański, a nie lubecki (nie lubię jego twórczości, więc z czystym sercem odpuściłam), zaś koło Domu Gdańskiego tylko przeszłyśmy. Ale za to weszłyśmy do budynku Gildii Żeglarzy (czy, jak kto woli Szyprów), w którym mieści się restauracja, jeszcze przed otwarciem, tak by zrobić zdjęcia wnętrza. Warto! No i oczywiście zwiedziłyśmy bardzo zaaranżowaną ekspozycję w Bramie Holsztyńskiej. Nie ma szału, ale opisy ciekawe i pewnie dla kogoś, kto nie ma pojęcia o Hanzie może być ciekawe. Nam spodobała się makieta dawnej Lubeki. Zacnie wykonana…

A skoro o zdjęciach mowa, to TUTAJ zdjęcia a TUTAJ w wersji składanki na youtube.

Nie wspomniałam nic o słynnych lubeckich marcepanach. Otóż, nie są to żadne rewelacje. Jadałam smaczniejsze. Ale – to moja subiektywna opinia, bo wiadomo, że nie lubię słodyczy. Ale że marcepany akurat lubię, toteż byłam bardzo zawiedziona wizytą w Cafe Niederegger. Natomiast zdecydowanie nie polecam pączków w owej słynnej marcepanowej „centrali” – mają się nijak do słynnych pączków w Gdyni. 😉

Parę informacji praktycznych:

Otóż w Lubece nie jest drogo, czego czasem obawiają się Podróżujący. Hotel najlepiej rezerwować przez booking.com. Bilet autobusowy (owa szóstka) kosztuje 3 Euro – kupowany u kierowcy.

Cena kawy zaczyna się już od 1,5 Euro, zaś najeść się można już za 4 Euro. Myśmy akurat przysiadły na chwilę w Campus Suite (duża bagietka, na życzenie przygotowana na ciepło, do tego herbata w pokaźnym kubeczku).

Wstępy do kościołów i muzeów wahają się od 3 do 6 Euro. * Kościół Mariacki – 3 Euro (nie wydają paragonu 😉 ), * Ratusz – 4 Euro (oprowadzanie o 11:00, 12:00, i 13:00, po niemiecku, ale można wypożyczyć anglojęzyczne opracowanie), * Muzeum Św. Anny to kwota 6 Euro. * Brama Holsztyńska 4 Euro, * wieża u Św. Piotra 3 Euro (wyłącznie winda). Szpital Św. Ducha jest bezpłatny, tak jak i kościół Św. Jakuba. Niestety nie pamiętam ile zapłaciłam za Katedrę.

W każdym muzeum w Lubece warto zapytać o bilet na dwa muzea. Wtedy za drugie płaci się pół ceny. Niestety o to trzeba samemu zapytać, bo nikt tego nie zaproponuje. Warto wstąpić do Welcome Center, nieopodal Bramy Holsztyńskiej, by dowiedzieć się wszystkiego. Ale tutaj – może przez to, że to nie sezon, musiałam dość długo czekać na to, by ktokolwiek się pojawił za kontuarem. Ale jak już się doczekałam, informację otrzymałam rzeczową.

Lubeka spełniła moje oczekiwania, nie zachwyciła jakoś nadzwyczajnie, ale spodobała mi się. Znalazłam nawet ślady paluchów na cegłach w Bramie Holsztyńskiej 😉 wiem też, skąd czerpały inspiracje autorki lwów w gdańskiej Fontannie Czterech Kwartałów (są niemal kopiami lwów lubeckich sprzed właśnie Bramy Holsztyńskiej).

Jednak , gdyby mnie ktoś zapytał czy tam chcę wrócić, to odpowiedź brzmi – nie. Jedyne miasto, do którego chcę i muszę wrócić, to Stockholm 🙂

Moja Szwecja – 5 wspaniałych dni

Właśnie nadszedł czas porządków w archiwum zdjęciowym. Czas wykasować część zdjęć, zwłaszcza tych nieostrych czy podwójnych. Zabrałam się za tę trudną pracę sceptycznie, bo przywiązana jestem do moich zdjęć – nawet jeśli są kiepskiej jakości… Ale szło mi nawet całkiem nieźle, dopóki nie trafiłam na plik pod tytułem „Moja Szwecja – 5 cudownych dni”…

No i od razu uszedł ze mnie cały zapał do robienia porządków. A w duszy nagle zrobiło mi się radośniej na wspomnienie wspaniałych chwil spędzonych z Dzieckiem Starszym i jego Przyjaciółmi. Nawet wspomnienie mojego pichcenia Dzieckom wywołało uśmiech w myślach. A zwłaszcza jak sobie przypomniałam moje starania by wytłumaczyć pannie sprzedającej, jakie mięso chcę kupić na gulasz. Jak się potem okazało, dziewczyna była… Polką. 🙂 I znacznie lepiej ode mnie znała się na kupnie mięsa na gulasz, myślę, że i na gotowaniu także. 😀

Ale od pieca: otóż jakieś 7 a może i 8 lat temu, Dziecko moje Starsze zafundowało mi podróż do Stockholmu. Wspominam tę podróż z uśmiechem. I sentymentem.

Jeszcze wtedy nie było połączenia lotniczego i trzeba było płynąć promem. No i popłynęłam. Obładowana polskimi wiktuałami (no bo jak może polska mamuśka  jechać do Dzieci BEZ polskich kiełbas, chleba i bez polskiego piwa?) wsiadłam na prom, i nazajutrz przed południem wpadłam w ramiona Dziecka Starszego.

Mieszkał u Przyjaciół. A jako, że wszyscy pracowali do późnego popołudnia, dostałam klucz od domu na szyję i bilet 5-dniowy na środki komunikacji miejskiej. No i aparat mi Dziecko pożyczyło, żebym mogła uwiecznić miejsca zwiedzane. Już wtedy byłam przewodnikiem i akurat przeżywałam szał zainteresowania historią kontaktów polsko-szwedzkich, i już wtedy zaczynała mnie opanowywać pasja fotografowania. Ale wtedy nie przypuszczałam jeszcze, że aż tak można wsiąknąć w pasję.

Niestety jakość niektórych zdjęć, jakie TUTAJ zamieszczam – nie jest rewelacyjna, ale też nie umiałam jeszcze obsługiwać tego „ustrojstwa”…

No a potem to „ustrojstwo” odmówiło współpracy w Muzeum Vasa. Tam też po raz pierwszy uwierzyłam, że można się popłakać ze złości! Nie przeklinam, a przynajmniej nie na głos, ale tam i wtedy – miałam na to wielką ochotę! Nie mam więc zdjęć okrętu budowanego na pohybel Rzeczypospolitej. 😉

Nie mam zdjęć z Pałacu jako, że na to nie pozwolono. Ale też nie kupiłam w sklepiku żadnego albumu z fotografiami… Kiedy stałam przy kasie, i pokazywałam po kolei wszystkie moje uprawnienia przewodnickie (jak każdy przewodnik, tak i ja miałam nadzieję na przynajmniej ulgowe wejście) – zupełnie nie zrobiła na nikim wrażenia licencja na Trójmiasto. Ale za to certyfikat na przewodnictwo po Zamku w Malborku wywołał tzw. szum w tłumie… No i jako przewodnik po Muzeum Zamkowym dostałam darmowy bilet, a także swojego przewodnika. Pani była świetna, dowcipna i z iście boską cierpliwością odpowiadała na miliardy moich pytań. Raz tylko nie zdzierżyła. Kiedy przy plakiecie bursztynowej z wizerunkiem tak nie lubianego przeze mnie Zygmunta III Wazy ujrzałam podpis „prezent od polskiego króla”, zapytałam niewinnie, czy to z czasów przed czy po Kircholmie – pani zrobiła minę karpia i odparła, żebym nie była drobiazgowa. Nie byłam przecież… Nie byłam drobiazgowa także w skarbcu, ale też po prostu mnie zatkało na widok odciśniętej obutej stopy w ceglanej posadzce… I to zanim zobaczyłam precjoza na wystawie. Zresztą precjozów nie pamiętam, ale do odciśniętej w cegle stopy trafię z zamkniętymi oczami.

No więc nie mam zdjęć – tak z Vasy jak i z Pałacu.

Ale za to mam migawki z miasta. Stockholm jest zwyczajnie piękny. Tak po prostu piękny. I niezmiernie ciekawy!

I koniecznie muszę tam wrócić. Mam parę miejsc, których nie skończyłam fotografować, i na dodatek takie, w których nie byłam (jak choćby w Kościele na Riddarholmen). Jednym z miejsc, które muszę dokończyć fotografować jest rynek na starym mieście. To tutaj przecież miała miejsce słynna Sztokholmska Krwawa Łaźnia, w której zagrożona była również i Krystyna Gyllenstierna (jej brzydka rzeźba stoi na dziedzińcu pałacowym), prawnuczka Karla Knutssona Bonde. Karl związany był z Gdańskiem przez jakiś czas, podczas Wojny Trzynastoletniej. Innym z miejsc, których nie dokończyłam fotografować, jest Kościół Św. Mikołaja. I nawet nie mam tu na myśli zachwycającej rzeźby Św. Jerzego, której twórcą był Bernt Notke (jeden z najlepszych rzeźbiarzy hanzeatyckich), ani ołtarza ze srebra i hebanu (!). Mam na myśli grobowiec rodziny gubernatora Rygi. Jest olśniewający i wciąż miałam nadzieję, że jednak uda mi się go sfotografować z góry… Właziłam na poskładane obok krzesła, ale niestety, mimo, że nie jestem wzrostu siedzącego psa, nie udało mi się. Po prostu muszę tam jechać raz jeszcze i już! W czasie tego mojego pobytu w tym cudnym mieście, wracałam do kościoła średnio po dwa razy dziennie 😉 i za każdym razem usiłowałam dowiedzieć się czegoś bliższego o postaciach uwiecznionych na grobowcu. Kiedy tak wracałam – aby zrobić więcej zdjęć, niemal do rozpaczy przywiodłam obsługę kościoła, zadając im chyba zbyt merytoryczne pytania. Miałam nawet takie wrażenie, że wprost się przede mną chowali, widząc mnie po raz kolejny. 😀

Jakoś zupełnie nie zrobił na mnie wrażenia jacht Bogatego Biedactwa (czyli Barbary Hutton),  ale za to Pałac Wrangla (nie Wranglera, jak to napisano w Wikipedii 😀 ) spowodował odblokowanie wiadomości o wojnach szwedzkich. Postać Birgera jarla jeszcze mi się gdzieś kołacze po głowie, w końcu tytuł earl pochodzi od tego wyrazu… Znacznie więcej czasu powinnam była poświęcić tej postaci!

Spacerując z aparatem po uliczkach Starego Miasta, co i rusz przysiadałam na jakąś kawę, czy herbatę. Niedaleko Pałacu, idąc na spotkanie z Dziećmi, zdążyłam spałaszować przepyszne ciastko jagodowe z bitą śmietaną (mimo, że to nie był mój ukochany kotlet schabowy)… Właściciele kafejki wyposażyli mnie nawet w plan miasta z naniesionymi miejscami, jakie powinnam zobaczyć i koniecznie sfotografować. Trafiłam w ten sposób na placyk pośród domów, z drzewem pośrodku. Kiedy usiadłam na ławce, z któregoś z domów doszły  mnie dźwięki gry na pianinie. I śpiew. Ładny damski głos nucił Bolero Ravela. Kiedy muzyka ucichła, w liściach drzewa na placyku swój koncert dały wróble. Dokoła pachniało obiadem, i gdzieś tam słychać było dźwięk sztućców. Obok mnie przysiedli jacyś turyści i tak razem słuchaliśmy tych odgłosów w zaułku wielkiego miasta. Było błogo i ciepło. Bo nie napisałam, że popłynęłam do Szwecji w październiku. Oczywiście z wizją niemal białych niedźwiedzi na ulicach i śniegów po pas. A tymczasem jesień była wtedy wyjątkowo piękna i ciepła. Ciepła na tyle, że ja – naczelny zmarźluch – musiałam zdjąć kurtkę.

Chciałabym trafić na ten placyk raz jeszcze i sprawdzić, czy pianino wciąż słychać, i czy wróble wciąż rozrabiają w liściach rosnącego tam drzewa. No i teraz już wiem, co chce zobaczyć, i co zwiedzić. Vasę sobie już pewnie daruję, ale Pałac muszę koniecznie zwiedzić raz jeszcze. I tym razem już bez pytań o Kircholm.  Koniecznie muszę zwiedzić tak muzeum miejskie, jak i historyczne, zresztą całą listę MUST SEE już mam. No i muszę w końcu zrobić porządne zdjęcia tego gubernatora Rygi w Św. Mikołaju…

Ale na pewno następnym razem nie pojadę w wysokich obcasach. I to na pewno znacznie ułatwi mi zwiedzanie…

Tak więc – pożytek z porządków w fotograficznych archiwach jest duży, bo można wrócić z sentymentem do chwil serdecznych… (nie muszę chyba dodawać, że porządki leżą i kwiczą – do następnego razu).

🙂

Hotel Krasicki wśród najlepszych na świecie

Oto, co napisał o jednym z moich ulubionych miejsc w Polsce portal mojemazury.pl (wklejam w całości, żeby nie uronić żadnej kropki, ani przecinka):

Hotel Krasicki w Lidzbarku Warmińskim otrzymał statuetkę Best Luxury Historical jako laureat międzynarodowego konkursu World Luxury Hotel Award 2013.

Jest jedynym polskim hotelem w historii, który otrzymał tę prestiżową nagrodę.

Katarzyna Grabińska, dyrektor Działu Marketingu i Sprzedaży Hotelu Krasicki, odebrała prestiżową statuetkę podczas gali w hotelu Indigo Pearl Resort w Tajlandii

Katarzyna Grabińska (po prawej), dyrektor Działu Marketingu i Sprzedaży Hotelu Krasicki, odebrała prestiżową statuetkę podczas gali w hotelu Indigo Pearl Resort w Tajlandii  Autor: www.hotelkrasicki.pl

Hotel Krasicki rywalizował o prestiżowy tytuł z ponad tysiącem innych obiektów z całego świata. Międzynarodowe jury wyłoniło zwycięzców spośród obiektów, które w plebiscycie on-line, trwającym od 24 czerwca do 26 lipca 2013 roku, otrzymały najwięcej głosów. Hotel Krasicki był jedynym polskim hotelem, który znalazł się w prestiżowym gronie zwycięzców i otrzymał tytuł Best Luxury Historical Hotel.

Statuetki wręczono podczas uroczystej gali, która odbyła się 1 listopada 2013 roku w Indigo Pearl Resort w Tajlandii – hotelu, który w ubiegłym roku wygrał ten plebiscyt. Prestiżową statuetkę odebrała Katarzyna Grabińska, dyrektor Działu Marketingu i Sprzedaży.
– To wyróżnienie, a także liczba odwiedzających nas osób potwierdzają, że przeprowadzona przez nas rewitalizacja i adaptacja przedzamcza była strzałem w dziesiątkę. W ciągu dwóch i pół roku gościliśmy tu ponad 36 tysięcy podróżnych z całego świata – mówi Andrzej Dowgiałło, prezes Grupy Anders, do której należy Hotel Krasicki.

Prestiżowe nagrody World Luxury Hotel Award, przyznane już po raz siódmy, potwierdzają, że zwycięskie hotele oferują najwyższy standard jakości, obsługi klienta oraz troskę o komfortowy wypoczynek gości.

Hotel Krasicki jest pierwszym polskim obiektem, wyróżnionym w całej historii tego międzynarodowego konkursu. (podkreślenie moje K.C.)

Warto dodać, że to nie pierwsza międzynarodowa nagroda, otrzymana przez Hotel Krasicki. Architekturę Hotelu Krasicki doceniono między innymi w 2011 roku w konkursie International Hotel Award, w kategorii Best New Hotel Construction and Design. W tym samym roku obiekt otrzymał pierwszą nagrodę w konkursie miesięcznika Hotelarz – Hotel z Pomysłem.

Hotel Krasicki należy do polskiej Grupy Anders, w skład której wchodzi łącznie pięć obiektów hotelowych: Hotel Anders Resort & SPA w Starych Jabłonkach, Hotel Zamek Ryn, Hotel Miłomłyn Zdrój Medical SPA & Vitality oraz Bajkowy Zakątek w Guzowym Piecu.

Przeczytaj cały tekst: Hotel Krasicki z prestiżową nagrodą – Moje Mazury http://mojemazury.pl/178017,Hotel-Krasicki-z-prestizowa-nagroda.html#ixzz2k4EoJftO

Kuchnia biskupów warmińskich – czyli sezon tematów zastępczych

Właśnie tłumaczę bardzo ciekawą książkę… Ale jako mistrz w poszukiwaniu tzw. tematów zastępczych, znalazłam sobie „pobocza” tematyczne… Oto, na co się natknęłam w moich notatkach, podczas porządkowania tzw. frontu robót 😉

*  /  *

Kuchnia biskupów warmińskich  

Biskupstwo warmińskie (nie mylić z Warmią) to wyjątkowy kawałek ziemi na polskiej mapie historycznej. Było jednym z trzech najbogatszych biskupstw w Koronie. Jako takie miało również swój własny dwór. Dwór biskupi. Między XIV a XVIII wiekiem biskupi warmińscy nosili tytuł książęcy. Nie był to wprawdzie tytuł dziedziczny, ale i tak przynosił splendor rodzinie biskupa. Biskupi zazwyczaj byli wybierani spośród kanoników kapituły. I w całej historii (do rozbiorów) to małe państwo biskupie było w stanie utrzymać względną niezależność.

Do dzisiaj zachowało się na Warmii wiele „architektonicznych śladów świetności” (gdzie ja znalazłam taki frazes!). Zazwyczaj w tym momencie padają nazwy: zamek w Lidzbarku Warmińskim, pałac w Smolajnach, a także Wzgórze Katedralne we Fromborku

*  /  *

Jak wspomniano wyżej – każdy kolejny biskup trzymał dwór.

Czasem dwór był liczny – jak ten biskupa Marcina Kromera – liczący aż 123 osoby, czasem zaś mniejszy, taki do 80 osób.  Jaki by jednak ów dwór liczny (lub nie) nie był, musiał sprostać wielu zadaniom. Między innymi – odpowiednio przyjąć gości. Bowiem, jak pisał Jędrzej Kitowicz: „rzadki był dzień bez gościa”… Tak więc takie też zadania musiał wypełniać dwór biskupi. Kucharze „trzymani” na dworze należeli do najlepszych. I często posyłano po nich daleko (z Warszawy na przykład pochodził kucharz Ignacego Krasickiego).

Jeśli chodzi o samą kuchnię – ta była bardzo wyszukana, porównywalna z kuchniami magnackimi.

Posiłki serwowano dwa razy dziennie przy jedenastu stołach. Przy nich zasiadano według hierarchii (i regulaminu określonego w Ordinatia Castri). Przy pierwszym stole – ustawionym na podwyższeniu – zasiadał biskup; dalej siedzieli goście, dworzanie, urzędnicy a nawet chłopcy z ziem pruskich pobierający nauki w szkole zamkowej.

Co jedzono?

Ano jedzono tłusto. Dziczyzna, wieprzowina i wołowina stanowiły nieodzowny składnik każdego posiłku. Jedzono jednak też dużo ryb, takich jak łososie, węgorze, karpie, dorsze, śledzie (holenderskie), szczupaki, czy liny. Często jadano też małże (te jadali także kanonicy fromborscy). Ryby przyrządzane były na różne sposoby, a więc pieczone na ruszcie, gotowane, smażone, wędzone, czy marynowane.

Znane są opisy uczt gdzie podawano karpie „gotowane w winie z gałką i kwiatem muszkatołowym”, serwowano także znakomicie przyrządzone bażanty, gęsinę, czy kawior.

Do tego wszystkiego podawano rozmaite sosy. Aż ślinka cieknie, kiedy czyta się opisy: a to sos żółty – cokolwiek to znaczy, sos biały ze śmietaną, szary z cebulą i czosnkiem, sos czarny na powidłach (ach!!!), czerwony sos na bazie soku wiśniowego, a także sos chrzanowy.

Spośród warzyw chętnie spożywano ogórki świeże, ale także kiszone. Jedzono dużo kapusty i kalafiora, również sałaty. Bardzo dużą popularnością cieszyły się szparagi – wiem, czemu tak lubię biskupów warmińskich. 😉 Kiedy pojawiły się w Polsce ziemniaki, zagościły na stałe także na stołach biskupich. Oczywiście spożywano dużo chleba. Ten wypiekano tak w Lidzbarku jak i w Olsztynie.

Musztardę sprowadzano z Anglii, sery z Francji, oliwę zaś z Prowansji (tym zajmował się pewien kupiec gdański – i tu pojawiła się kolejna zagwozdka, bo jego nazwisko już gdzieś mi mignęło, ale o tym, kiedy indziej…)

Chętnie jedzono owoce takie jak maliny, poziomki czy gruszki.

Najlepsze wina i piwa podawano do stołów, aczkolwiek zabronione było picie piwa ciemnego czy miodu pitnego. Na deser zajadano się rozmaitymi słodyczami.

Kiedy w XVII wieku kawa i herbata pojawiły się na Warmii, zagościły na dobre także w menu biskupim. Pito więc kawę czarną, kawę z mlekiem czy śmietanką, a także herbatę z dodatkami (konfiturami) a także gorącą czekoladę. Tę lubił popijać biskup Krasicki.

Zadziwiające jak wiele tematów zastępczych można znaleźć szukając notatek do hasła „biskup”…

I wcale nie wyczerpałam tematu. Bo temat kuchni, czy stołów to temat rzeka… I z pewnością do tego jeszcze wrócę.

(Korzystałam z moich notatek do egzaminów i ze szkoleń różnych, również między innymi z kapitalnych publikacji o Warmii wydanych przez Ośrodek Badań Naukowych im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Olsztynie).

Z cyklu Ciekawe – Kawa po franciszkańsku w Pakości

Poniżej wklejam w całości artykuł z Aktualności Turystycznych.

Komentarz?

Jeden: rewelacyjny pomysł!!!!

Kawa wygląda jak piekielna smoła, jednak działa cuda towarzyskie nawet w klasztorach. Wiadomo, dla towarzystwa „kowal dał się powiesić, a kapucyn ożenić”. Ze związku potrzeby i przyjemności w Pakości na Kujawach (województwo kujawsko-pomorskie) zrodziła się kawa po franciszkańsku. Ojcem pomysłu jest Inowrocławska Lokalna Organizacja Turystyczna, a personalnie jej prezes, Szymon Grudziński.

Ściślej mówiąc, pomysł narodził się jakieś dwa lata temu na… kursie dla bezrobotnych. Prezes Grudziński, właściciel biura turystycznego w Inowrocławiu i restauracji w Toruniu, był na nim wykładowcą. Kawa po franciszkańsku może być odtrutką na bezrobocie w Pakości, uznał. Pomysł bezrobotnym się spodobał: jest klasztor franciszkański, zakonnicy zajęli się na wielką skalę remontem miejscowej Kalwarii – perły architektury i klejnotu sztuki Kujaw. Żeby uatrakcyjnić turystom pobyt i zatrzymać ich tu na dłużej, warto zaproponować im coś więcej. Klasztory słyną z dobrej kuchni, kawa po franciszkańsku może być wabikiem.

Turysta wyręczy młynek

Entuzjazm w zakonie nie wszystkim się udzielił, ale „dłużej klasztora niż przeora”. Na dobre kawa zagościła w refektarzu zakonnym w tym roku (2012), jej parzenie to istny rytuał, zamiast młynka używają tu kamieni, niczym żaren, pozostawiając mielenie turystom, co jest dodatkową atrakcją.

Potem robi się tajemniczo. Porcelanowe dzbanki miejscowe parafianki biorą w dłonie i osobiście nalewają kawę turystom, którzy ochoczo podstawiają filiżanki. Czegoś więcej z pękatego naczynia dolewa do filiżanek kolejna niewiasta. Co? – nie wiadomo. Niektórzy wyczuwają cynamon, z pewnością w kawie jest miód, bo to składnik, który samemu dolewa się do kawy z pojemników stojących na stole. Zapytani o recepturę kawy po franciszkańsku miejscowi nabierają wody w usta. A smakuje wybornie, jest aromatyczna, co muszę przyznać, choć kawy nie pijam, czym wzbudzam zdziwienie w towarzystwie kleru niczym kosmita. Nie spróbować jednak turystycznej kawy po franciszkańsku byłoby reporterskim zaniechaniem, czyli grzechem. Ryzyko się opłaciło.

Do kawy pasuje ciastko, w Pakości robią je sami, pakują po trzy w celafon, dokładają po obrazku papieża-Polaka i widokówkę z widokiem Kalwarii Pakoskiej. Na pamiątkę i jako przypomnienie, że Jan Paweł II też podróżował i takie miejsca jak Pakość traktował z atencją jako szczególny nośnik kultury, tradycji i wiary.

Żywy przewodnik na deser

Przy takim poczęstunku świetnie smakują opowieści, które snuje miejscowy przewodnik. Turyści robią wielkie oczy, dowiadując się, że siedzą w dawnej sali rycerskiej. Zamek i kościół w Pakości to jeden kompleks architektoniczny, wyrósł w miejscu zamku, którego załoga dzielnie stawiła w 1332 r. opór Krzyżakom. Najechali Kujawy, pustosząc je. Na zamku w Pakości połamali sobie zęby. W czym wielka zasługa wojewody brzeskiego Wojciecha z Kościelca, który dowodził obroną. – Na Kujawach oparł się im jedynie nasz zamek – opowiada przewodnik nie kryjąc dumy.

W poł. XV w. w Pakości zagościł ruch husycki, który narodził się jako znak  sprzeciwu wobec korupcji, wynaturzeń i nadmiernego bogacenia się kleru w Kościele katolickim. Jednak choć miał on charakter oddolny, ludowy i niósł idee braterstwa nie wszędzie dobrze wspominają husytów, bo ich frustracja przerodziła się w agresję, idąc przed siebie bywali okrutni, palili kościoły, mordowali zakonników. Tak stało się choćby w Ząbkowicach Śląskich na Dolnym Śląsku, gdzie splądrowali miasto i torturowali mnichów z miejscowego klasztoru dominikanów.

Gdy zamek w Pakości wszedł w okres kontrreformacji, jego stan był fatalny. Obecnie zostało z niego niewiele, m.in. pierwotny układ przestrzenny z dwoma wjazdami wskazującymi na podział na zamek dolny i zamek górny.

Kresowa Hawira – z serii smacznie i tanecznie

Nie wiedziałam – ani gdzie to jest, ani co oznacza drugie słowo w nazwie. Na szczęście, niezastąpiony A.W. wytłumaczył mi jak tam trafić. W czasie wolnym więc, kiedy grupa rozbiegła się po Warszawie, jak to mam w zwyczaju – poszłam sprawdzić. Sprawdzić wszystko: nie tylko położenie, ale też przygotowanie kuchni. Moja grupa bowiem składała się z samych tzw. trudnych diet… Diet, o których istnieniu ja, absolutnie wszystkożerna, przedtem nie miałam zielonego pojęcia…

Nie lubię, właściwie to za dużo powiedziane – ja nie ufam restauracjom „zrobionym” na ludowo… Nie wiem dlaczego, ot, po prostu zawsze boję się że to jakaś fasada czegoś, co miało zostać ukryte.

I tak też zareagowałam tutaj.

Bo Hawira jest mieszanką stylizowanej ludowości z wystrojem zwykłej chaty wiejskiej. Maitre d’, czyli pan który „dyryguje ruchem”, wskazał mi, gdzie będziemy siedzieć, i poinformował, że wiedzą o rozmaitych dietach jakie mają członkowie mojej grupy. Ale to akurat słyszałam wszędzie po drodze, ale nie wszędzie umiano sprostać moim, czy raczej naszym, wymaganiom i nie wszędzie rozumiano, CO oznaczają poszczególne rodzaje diet. 😦

Nie miałam kogo zapytać o wrażenia z Hawiry, bo nikt z moich znajomych tam nie był przede mną z grupą.

Na 18:00 niezawodny A.W. zawiózł nas niemal pod same drzwi. Ten sam maitre d’ nas przywitał, wskazał miejsca. Grupie natychmiast spodobało się wnętrze – zrobiło na nich wrażenie przytulności. Przypomniało dom zapomniany gdzieś w Polsce. Wszyscy bowiem mieli (no niemal wszyscy) polskie korzenie.

Z duszą na ramieniu podeszłam do kelnerki, która nas obsługiwała, przypominając o dietach. Zupełnie na niej to nie zrobiło wrażenia. Z uśmiechem odparła, że już mają wszystko przygotowane i tylko poproszą o wskazanie poszczególnych osób, kiedy będą podawać.

No i – podali. Dokładnie to, co i jak miało być podane przy tych niezmiernie skomplikowanych schorzeniach.

Ośmielona zadowolonymi minami mojej grupy, i ja zaryzykowałam – jak zwykle „gnieciuchy” czyli tutaj – pielmienie ruskie. Hołdując zasadzie, że jakość restauracji poznaje się po pierogach (jakkolwiek by je nazywać). I że jeśli te są dobrze zrobione, ugotowane i doprawione – to taka restauracja musi być „smaczna”.

I jest.

Każdym następnym razem próbowałam czegoś innego i z tym samy wnioskiem – będę tam wracała i będę ich polecała każdemu biuru organizującemu żywienie swoim grupom.  Do tego dochodzi żywa muzyka porywająca gości od stołu. Nawet z mojej grupy jeden z gości zapomniał, że chodzi o lasce i bardzo chciał iść tańczyć – gdyby go żona nie usadziła z powrotem, pewnie nie udałoby mi się grupy wyciągnąć z restauracji na czas. 🙂

Z czystym więc sercem polecam Kresową Hawirę.