Zakłamywacze Historii

Ewa Jaroszyńska wpadła na genialny pomysł.

Oto co napisała do nas (czyli do Gdańskiego Desantu: Danki Lietke, Arka Zygmunta, Agi Syroki i mnie. )

„primo: 1. kwietnia zbliża się wielkimi krokami. Gdańszczanie obchodzili Prima Aprilis bardzo dowcipnie.

secundo: brać przewodnicka łapie się za głowę, słysząc samozwańczych oprowadzaczy nazywających np. Ratusz Głównomiejski Kościołem Mariackim czy opowiadających historie o usypywaniu Biskupiej Górki, itp., itd.

Zróbmy primaaprilisowy spacer z przewodnikami, opowiadającymi wymyślone, absolutnie nieprawdziwe historie, z nadaniem tytułu bajarza roku, co wy na to?”

Oczywiście byliśmy natychmiast na tak!

Zresztą nam akurat niewiele potrzeba, by się skrzyknąć (czy do wyjazdu w Polskę na szkolenie, czy na wyprawę całkiem niedaleko, czy na spotkanie ot, dla przyjemności)…  Jak  w popularnym powiedzeniu: „mówisz, masz”.

Natychmiast też Ewa utworzyła na niezawodnym facebook-u wydarzenie:

Tuesday, April 1, 2014       godz. 17:00

Start: Wielka Zbrojownia (od ul. Piwnej)

Całkowicie nieodpowiedzialnie i zupełnie bez troski o fakty grupa założona ad hoc „Zakłamywacze Historii” zaprasza na primaaprilisowy spacer z przewodnikiem i partaczem po Głównym Mieście

Postanowiliśmy, że nie zachowamy tego wariactwa dla siebie tylko, ale rozpropagujemy. Poprzez Facebook-a, maile, i sms-y zaprosiliśmy do udziału nasze Rodziny, Znajomych bliskich i dalszych, także nasze ulubione Koło PTTK w Elblągu… Ewa dokooptowała także paru innych przewodników.

Odzew był niemal natychmiastowy. Zrobiła nam się pokaźna grupka zaciekawionych i chętnych posłuchania. I także współopowiadania.

I tylko jedna osoba zapytała mnie mailowo dlaczego – czemu ma to służyć… Czemu my akurat – przewodnicy z długim stażem i tzw. „nazwiskami” chcemy robić z siebie „pośmiewisko”.

Już wyjaśniam:

Otóż, czas jakiś temu pewien kolejny minister zderegulował zawody. (N.B. sam był wybitnym przykładem na to, że NIE powinno się zatrudniać na odpowiedzialnym stanowisku człowieka absolutnie nie przygotowanego do tak ważnej funkcji…)

W tym amoku deregulacji wszystkiego, ówże zderegulował też zawód przewodnika. Turystycznego przewodnika.  Teraz, aby oprowadzać, nie trzeba licencji, wiedzy, lat nauki, szkoleń, kursów, nie trzeba wydawać ciężkiej kasy na książki, czy kolejne kursy dokształcające… Nie trzeba też ogłady ani żadnej metodyki… Teraz wystarczy „pasja” (jak bardzo się zdeprecjonowało to słowo dzięki indolencji urzędniczej).

W związku z tym – na ulicach wszystkich miast Polski można obecnie usłyszeć, co tacy samoistni oprowadzacze plotą. A często plotą jak przysłowiowy Piekarski na mękach.

Owszem, ktoś powie, że słynny Christoph Maucher  też był partaczem.

Ale – Maucherów ci u nas niewielu, oj niewielu 😀 za to partaczy z krwi i kości (w najgorszym tego słowa znaczeniu) – wprost przeciwnie.

Jednego wszakże nie wziął ów deregulator pod uwagę.

Ci z tzw. nazwiskami są sprawdzeni, mają markę. Można im zaufać, że nie powiedzą np. w Muzeum Stutthof, że tu zagazowano miliony (wskazując przy tym na Krematorium) – podając pierwszy przykład, jaki podsłuchałam. Można im też powierzyć kasę imprezy, wiedząc, że będą wiedzieli jak się z tego rozliczyć, można zaufać ich zawodowej uczciwości, że turysta dowie się prawdy, a nie usłyszy „Bajki z Mchu i Paproci”… Można im powierzyć tzw. trudną grupę, z którą sobie poradzą, bo mają lata praktyki.

No i niebagatelna sprawa, na licencjonowanego przewodnika można złożyć skargę w razie rażących uchybień (tak, jak to można zrobić w wypadku nieuczciwych  biur podróży). A na takiego bez licencji – już nie, bo nie figuruje w żadnej ewidencji (podatkowej także 😉 ). No, chyba, że ktoś lubi robić interesy z przysłowiową firmą „Krzak” 😉

Mogłabym wymieniać całą listę – ale nie czas i miejsce po temu.

I znowu od razu zaznaczam, że i wśród licencjonowanych przewodników trafiają się czarne owce, które niestety przekłamują obraz prawdziwego przewodnictwa. Jak wszędzie, w każdym zawodzie. Jeśli napiszę że nauczyciele to dno, 5 m mułu i szuwarki, czy że każdy lekarz to konował, lub że każdy ksiądz to klecha… to natychmiast dostanę stos maili z pretensjami. I słusznymi. Ale niestety widzi się przeważnie to, co złe, bo bardziej się rzuca w oczy.

A więc – 1 kwietnia chcemy pokazać CZYM grozi deregulacja. I jakie ma skutki. To, co będziemy opowiadali, będzie kompilacją rewelacji, jakie podsłuchaliśmy w biegu, po drodze, natknąwszy się na takich właśnie samozwańczych deregulacyjnych oprowadzaczy.

Zdziwicie się Państwo, CO potrafi taki ktoś przekazywać grupie, która przecież przyjeżdża zwiedzić, i niekoniecznie zna historię tak miejsca jak i obiektu.

W imieniu Ewy Jaroszyńskiej, Danki Lietke, Agi Syroki, Ewy Heliosz, Arka Zygmunta, Koleżanek i Kolegów Przewodników Licencjonowanych, a także swoim:

ZAPRASZAM na niezapomnianą wyprawę po Gdańsku.

😀

W biegu – moja Lubeka

Zawsze chciałam odwiedzić Lubekę, to znaczy jej Stare Miasto. W końcu przecież ma dla Gdańska znaczenie historyczne i to nie byle jakie.

No i poleciałyśmy sobie – D.L. i ja.

Wysiadłyśmy z samolotu o 17:30, pośrodku Nigdzie, a jako że to przecież styczeń, ciemności panowały już całkiem wieczorne. Atmosfera zapomnienia, niczym na końcu świata, jacyś pasażerowie śpieszący na transport do Hamburga, bo to przecież niemal rzut przysłowiowym beretem, i zero informacji, skąd odjeżdża autobus nr 6 do centrum Lubeki. Pani w informacji lotniskowej bardzo łamaną angielszczyzną wytłumaczyła mi w końcu gdzie jest przystanek. W tzw. międzyczasie rzeczona szóstka zwiała nam sprzed nosów, i na następną musiałyśmy poczekać pół godziny. 🙂

I tak zaczęła się nasza wizyta w Hanzeatyckim Mieście Lubece.

Dojechałyśmy do hotelu, z zupełnie innej strony niż zakładałyśmy – i kiedy nagle za oknami autobusu pojawiła się Brama Holsztyńska naprawdę zwątpiłyśmy w nasz zmysł orientacji. Bety-graty zostawiłyśmy w hotelu, i poszłyśmy do miasta. Na rekonesans, ustalić marszrutę na następny dzień. Zaczęłyśmy od Katedry, a skończyłyśmy na Bramie Zamkowej. Zeszłyśmy Stare Miasto wzdłuż i wszerz. I zabrało nam to 4 godziny. Przewodnicy mają to do siebie, że łażą. Łażą. Łażą…

Rano zaspałyśmy, bo żadna z nas nie nastawiła budzika. Ruszyłyśmy więc natychmiast po szybkim śniadaniu i plan zwiedzania wykonałyśmy.

A plan obejmował: przede wszystkim Katedrę – a tam absolutnie doskonały Krzyż Tryumfalny, którego autorem jest Bernt Notke (ten od słynnej Grupy Św. Jerzego w sztokholmskim Św. Mikołaju). Następny w kolejności był Kościół Mariacki, choćby po to by pogłaskać mysz na obramieniu XVI-wiecznej wspaniałej Ostatniej Wieczerzy Brabendera, a potem rewelacyjny Szpital Św. Ducha (wewnątrz nakręciłam krótki filmik, który TUTAJ). Wstąpiłyśmy też do Ratusza, gdzie „załapałyśmy” się na sympatyczne zwiedzanie z przewodnikiem (strażnikiem ratuszowym)… Dużo czasu spędziłyśmy też u Św. Jakuba. Wjechałyśmy na wieżę świętopiotrową, ale silny wiatr mało nam głów nie urwał. Następne było muzeum Św. Anny. Niestety nie wolno tam robić zdjęć… Ale TUTAJ widzę, że komuś się udało, więc można obejrzeć parę migawek. Dla tych, którzy się tam wybierają – informacja, że na szczęście przed ołtarzem Memlinga można usiąść. 🙂 W ogóle Św. Anna, to muzeum na parę godzin. Zbiory rewelacyjne! Za to Dom Buddenbrooków nas rozczarował i to bardzo! Chyba powinni przyjechać do Gdańska by nauczyć się w Domu Uphagena, JAK można pięknie zrekonstruować wnętrze mieszczańskie. Kto oglądał film Buddenbrookowie z 2008 roku, niech nacieszy oko wnętrzami, bo już ich nie ma. Samo muzeum też … takie sobie. Dom Gunthera Grassa opuściłyśmy, wychodząc z założenia, że on i tak jest gdański, a nie lubecki (nie lubię jego twórczości, więc z czystym sercem odpuściłam), zaś koło Domu Gdańskiego tylko przeszłyśmy. Ale za to weszłyśmy do budynku Gildii Żeglarzy (czy, jak kto woli Szyprów), w którym mieści się restauracja, jeszcze przed otwarciem, tak by zrobić zdjęcia wnętrza. Warto! No i oczywiście zwiedziłyśmy bardzo zaaranżowaną ekspozycję w Bramie Holsztyńskiej. Nie ma szału, ale opisy ciekawe i pewnie dla kogoś, kto nie ma pojęcia o Hanzie może być ciekawe. Nam spodobała się makieta dawnej Lubeki. Zacnie wykonana…

A skoro o zdjęciach mowa, to TUTAJ zdjęcia a TUTAJ w wersji składanki na youtube.

Nie wspomniałam nic o słynnych lubeckich marcepanach. Otóż, nie są to żadne rewelacje. Jadałam smaczniejsze. Ale – to moja subiektywna opinia, bo wiadomo, że nie lubię słodyczy. Ale że marcepany akurat lubię, toteż byłam bardzo zawiedziona wizytą w Cafe Niederegger. Natomiast zdecydowanie nie polecam pączków w owej słynnej marcepanowej „centrali” – mają się nijak do słynnych pączków w Gdyni. 😉

Parę informacji praktycznych:

Otóż w Lubece nie jest drogo, czego czasem obawiają się Podróżujący. Hotel najlepiej rezerwować przez booking.com. Bilet autobusowy (owa szóstka) kosztuje 3 Euro – kupowany u kierowcy.

Cena kawy zaczyna się już od 1,5 Euro, zaś najeść się można już za 4 Euro. Myśmy akurat przysiadły na chwilę w Campus Suite (duża bagietka, na życzenie przygotowana na ciepło, do tego herbata w pokaźnym kubeczku).

Wstępy do kościołów i muzeów wahają się od 3 do 6 Euro. * Kościół Mariacki – 3 Euro (nie wydają paragonu 😉 ), * Ratusz – 4 Euro (oprowadzanie o 11:00, 12:00, i 13:00, po niemiecku, ale można wypożyczyć anglojęzyczne opracowanie), * Muzeum Św. Anny to kwota 6 Euro. * Brama Holsztyńska 4 Euro, * wieża u Św. Piotra 3 Euro (wyłącznie winda). Szpital Św. Ducha jest bezpłatny, tak jak i kościół Św. Jakuba. Niestety nie pamiętam ile zapłaciłam za Katedrę.

W każdym muzeum w Lubece warto zapytać o bilet na dwa muzea. Wtedy za drugie płaci się pół ceny. Niestety o to trzeba samemu zapytać, bo nikt tego nie zaproponuje. Warto wstąpić do Welcome Center, nieopodal Bramy Holsztyńskiej, by dowiedzieć się wszystkiego. Ale tutaj – może przez to, że to nie sezon, musiałam dość długo czekać na to, by ktokolwiek się pojawił za kontuarem. Ale jak już się doczekałam, informację otrzymałam rzeczową.

Lubeka spełniła moje oczekiwania, nie zachwyciła jakoś nadzwyczajnie, ale spodobała mi się. Znalazłam nawet ślady paluchów na cegłach w Bramie Holsztyńskiej 😉 wiem też, skąd czerpały inspiracje autorki lwów w gdańskiej Fontannie Czterech Kwartałów (są niemal kopiami lwów lubeckich sprzed właśnie Bramy Holsztyńskiej).

Jednak , gdyby mnie ktoś zapytał czy tam chcę wrócić, to odpowiedź brzmi – nie. Jedyne miasto, do którego chcę i muszę wrócić, to Stockholm 🙂

Żuławy Steblewskie cz. 4 – Steblewo

O Steblewie napisałam już sporo TUTAJ i TUTAJ, wspomniałam też o miejscowości, opisując dziury w cegłach. Dodałam też cały album fotograficzny…

Toteż teraz ograniczę się wyłącznie do zamieszczenia zdjęć z sobotniej eskapady i do komentarza…

Nastroje mieliśmy wszyscy minorowe, kiedy weszliśmy do jednego z domów podcieniowych (oba steblewskie domy podcieniowe są niestety skazane na zagładę). Nowe zabudowania powstają w zbyt bliskim sąsiedztwie starego domu. Pozwolenia na nową zabudowę wydawano bez pomyślunku, nie uwzględniając możliwości sprzedaży starych zabudowań. Tym samym skazano w mocy prawa stare domy na śmierć. Czy jest jakakolwiek nadzieja na uratowanie tych wyjątkowych zabytków żuławskiej architektury? Czy urzędnicy tak regionalni jak i wyższego szczebla wreszcie zauważą, że Pomorze to nie tylko Kaszuby i że tutaj, na Żuławach, istnieje wciąż i jakby na przekór powszechnemu mniemaniu niesłychanie bogate dziedzictwo kulturowe…

To gorzkie słowa i rozumiem, że nawet najbardziej zafascynowany tymi terenami urzędnik nic nie zrobi bez pieniędzy…

Dobrze więc, że chociaż tzw. lokalne grupy mieszkańców od czasu do czasu zbierają się, by dokonać niezbędnych remontów, czy nawet wykosić trawę i wykarczować chaszcze. Ale i oni niewiele mogą, bo „grubsze” remonty kosztują, a nadto musza mieć nadzór urzędu konserwatorskiego. A ten niestety chyba nie ma „okien na Żuławy”…

Strojnie :)

Czas jakiś temu – zainspirowani (Kuba N., Aga S. i ja) historią ubioru, a także moją wieloletnią współpracą z Żółtym Regimentem Piechoty na Zamku w Gniewie, postanowiliśmy uatrakcyjnić nasze oprowadzanie po Gdańsku (i nie tylko tutaj).

Zanurkowaliśmy w garderobie Opery Bałtyckiej, gdzie niezmiennie stoicko cierpliwa Pani G.M. – jak zawsze – pomogła dobrać odpowiednie stroje, starając się zachować powagę podczas naszych przymiarkowych szaleństw…

I oto na ulicach Prawego Miasta Gdańska ukazały się postaci „historyczne” (no, ja nie całkiem, bo brakowało mi wtedy peruki do kompletu 😉 ).

Reakcja ludzi była świetna – widać, jak bardzo takich atrakcji brakuje w Moim Mieście.

Bo to, że na Nocne w Wiadomym Zamku, czy nawet w dzień z naszymi grupami idziemy w strojach, to jest zupełnie oczywiste. W końcu to Wiadomy Zamek, a jako miejsce wyjątkowe –  ma swoje prawa…

Tu, w Gdańsku – nasz pomysł chwycił.

Kolejni przewodnicy zaczynają „podchwytywać” ten świetny sposób na wybudzenie się z „ubiorowej rutyny” przewodnickiej (a może wreszcie nie tylko „ubiorowej”… ;)).

Brawo, tak trzymać  !!!!!

Mam więc nadzieję, że zapoczątkowaliśmy pewną tradycję w Gdańsku i cieszyłoby mnie, gdyby kolejni przewodnicy poszli w nasze ślady.

Naprawdę warto!!!

Przecież strój znacznie przybliża epokę, o której się opowiada, i ułatwia kontakt z grupą. Nie zapominajmy też, że w każdym z nas tkwi dziecko. Strój pozwala oderwać się od rzeczywistości – tak przewodnikowi jak i grupie. 🙂

Koszty wypożyczenia stroju nie są duże, a wszystkiego dowiedzieć się można dzwoniąc do Opery Bałtyckiej.

Przyda się rozbicie szarości naszego Miasta.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Published in: on 25 stycznia 2012 at 11:39  4 Komentarze  
Tags: , , , , , , ,

Kwiedzina – na skróty

Uparłam się, żeby jechać na skróty.

Jak zwykle zresztą… wszak skróty to najlepszy sposób na poznanie terenu. No, może niekoniecznie po ciemku i GPS-em nie rozróżniającym kierunków, ale generalnie zasada jest taka, by unikać dróg głównych.

Tylko, że w Prusach Wschodnich nie ma takich dróg…

Nie tak dawno wiozłam Państwa B. do Wilczego Szańca trasą przez Ornetę i Lidzbark Warmiński.  W pewnym momencie pan B. zapytał mnie, czy jak będę wracała, to wybiorę jakąś główną drogę…

Spojrzałam na niego, i odparłam – że TO JEST główna droga 🙂

Zapadła cisza w aucie, pan B. popadł w zamyślenie, w końcu powiedział to swoje przeciągłe: „ok….” i dodał refleksyjnie: „… a ja narzekam na drogi w mojej miejscowości…”

No więc… teraz łatwiej sobie wyobrazić co znaczy, kiedy piszę o moim uporze jechania bocznymi drogami – na skróty, w szybko zapadającym jesiennym zmierzchu 😉

Ale miałam powód. Chciałam zobaczyć Kwiedzinę.

To mała wioska, czy raczej osada śródleśna, przy drodze 592 Giżycko – Kętrzyn. Jakieś niecałe 8 km na pd-wsch. od Kętrzyna. Zamieszkała bodaj przez 30-parę osób, ma dwa gospodarstwa agroturystyczne i jest cudnie położona. Jak zresztą całe Prusy Wschodnie 😉

Malutka kropka na mapie, ale ja ją chciałam zobaczyć.

Raz, że tędy przecież biegnie (wciąż niezłej jakości) droga łącząca Wilczy Szaniec z lotniskiem Wilamowo. To tędy musiał – bo innej drogi po prostu nie miał – jechać Schenk von Stauffenberg.

Ale Kwiedzina to też czasy pruskie – z grodziskiem na Zamkowej Górze, no i czasy Państwa Krzyżackiego – kiedy to w roku 1373 założono tu młyn wodny. Do dzisiaj można dopatrzyć się pozostałości tej inwestycji w postaci stawu na strumieniu Kwiedzinianka (to taki ciek wodny od jeziora Tuchel, który znika gdzieś w polu po drugiej stronie drogi, albo tak mi się wydawało w zapadającym szybko zmroku). O młynie słychać jeszcze w roku 1492 (Kolumb właśnie pchał się do Ameryki), kiedy to prokurator kętrzyński przekazuje go niejakiemu Matzkemu.

No i w końcu ta najnowsza historia… Na przełomie XIX i XX wieku gospodarzyli tu Suchodolscy (herbu Janina) ze Starej Różanki. To ciekawa rodzina. Dla szukających niezdrowych sensacji łakomym kąskiem będą dwaj przedstawiciele tej rodziny: Ferdynand i Oskar von Suchodoletz. Obaj byli związani z kętrzyńską lożą masońska „Trzech bram Świątyni”. Ale o ile o nich raczej cicho w tzw. historii popularnej, za to o ich przodku – Samuelu odwrotnie.

I to głównie dla niego, dla Samuela i jego najstarszego syna Jana Władysława, dla obu Suchodolskich – chciałam tę Kwiedzinę zobaczyć. Chociaż raczej powinnam pchać się do Starej Różanki

Ale wracając do Suchodolskich…

Otóż Samuel Suchodolski (Suchodoletz) to przełom wieku XVII i XVIII. Urodził się w roku 1649 na Lubelszczyźnie (rodzina wywodzi się z Suchodołów w pow. Krasnostawskim – tj. niedaleko Lublina). Jego ojciec będąc arianinem musiał opuścić rodzinne strony, zabierając oczywiście ze sobą rodzinę…. I dlatego pod datą śmierci Samuela w dniu 22 lutego 1727 roku widnieje nazwa odległa od miejsca urodzenia: Stara Różanka. To wieś położona nieco na północ od dzisiejszego Kętrzyna. Suchodolscy osiedli tam, bo to było w owym czasie jedno z przytulisk dla braci polskich. Pokolenia Suchodolskich siedziały w Różance, i dopiero na przełomie XIX i XX wieku pojawia się informacjach rodzinnych Kwiedzina.

Bracia polscy… No właśnie. Bracia Polscy w Prusach Książęcych – nawet jest takie hasło w Wikipedii.

Natomiast ja odsyłam raczej na portal historycy.pl do artykułu o nieco mylącym tytule: Arianie na Mazurach.

Nie nazywano tej krainy Mazurami wtedy, bo nazwę tę wprowadziły władze pruskie dopiero w XIX wieku… ale to „szczegóła” w tym momencie… a tu drugi link do artykułu o Arianach w Prusach… I niestrudzony racjonalista.pl w tej samej materii.

Dla nas ważne jest to, że ojciec Samuela, Mikołaj, był zięciem Samuela Przypkowskiego i jak on – należał do braci polskich… i że Samuel także był arianinem, jak i mieszkający w Prusach i tutaj tworzący Zbigniew Morsztyn

Samuel Suchodolski był kartografem i geodetą a także inżynierem wojskowym i architektem. Pozostawał w służbie Wielkiego Elektora (Fryderyka Wilhelma I). Tak jak i słynny a nieco niestety zapomniany Józef Naronowicz-Naroński.

To niespokojne czasy w Prusach. To czasy Chrystiana Kalcksteina i opozycji antyelektorskiej.

Suchodolski jednak w politykę się nie bawił, korzystając ze wsparcia Elektora – wykonywał dlań projekt ważny strategicznie. Kontynuował niejako prace Józefo Naronowicza-Narońskiego, który to dokładnie opracował mapy jezior (m.in. jeziora Druzno) a także zaprojektował plan kanałowego połączenia Pregoły z Niemnem. Samuel Suchodolski zaś opracował projekt połączenia kanałami Jeziora Śniardwy, Niegocin i rzekę Pregołę.

Warto o tym pamiętać, oglądając gigantyczne a niedokończone inwestycje Kanału Mazurskiego.

Bo to ci dwaj panowie byli projektodawcami tego niesłychanego przedsięwzięcia.

Dla porządku dodać należy, za Wikipedią, ze Samuel:

  • wykonał architektoniczne rysunki miasta i zamku Poczdamu
  • Iconographa oder Eingentlicher Grundriss der Churfürstlichen Herrschaft Potsdam. S. (Ikonografia Poczdamu)
  • przekazał elektorowi Fryderykowi Wilhelmowi atlas Brandenburgii zawierający 41 map.

Za swoje zasługi otrzymuje od Elektora tytuły jego geometry i inżyniera, a w roku 1683 zostaje mianowany kamerjunkrem Elektora Brandenburskiego ( w tym czasie ma miejsce bitwa wiedeńska przeciw Turkom)

Wiadomości o Samuelu można znaleźć w „Słowniku biograficzny Prus Książęcych i Ziemi Malborskiej od połowy XV do końca XVIII wieku L-Ż” Tadeusza Orackiego.

Prace ojca kontynuował Jan Władysław. Urodził się w Starej Różance chyba w roku 1687 – nigdzie nie mogłam znaleźć jego dokładniej daty urodzin… Za to wiemy, kiedy i gdzie zmarł – w listopadzie roku 1751 w Malborku. Załatwiał tam sprawy służbowe. Bo całe życie załatwiał sprawy służbowe. Można czasem przeczytać, że na stałe zamieszkał w Królewcu. Ale tak na dobrą sprawę całe życie był w rozjazdach.

Niesłychanie pracowity i zdolny był ten najstarszy syn Samuela (miał jeszcze 2 braci).

Najpierw przez 3 lata był pomocnikiem ojca, potem budował budynki rządowe, w latach 20. XVIII wieku budował i nadzorował młyny. Został także specjalistą do spraw melioracji i hydrografii, a w końcu w roku 1732 (w roku urodzin Stanisława Augusta Poniatowskiego, późniejszego króla Polski) został mianowany kartografem pruskim.

Wykonał projekt Kanału Brożajckiego (przekopanego w roku 1733, dzisiaj nieczynnego – tutaj można o nim poczytać pod kątem wędkarskim.)

Opracował także plan regulacji Wisły łącznie z odprowadzeniem wód żuławskich do Nogatu, a także zredagował mapę całych Prus, i opracował plan budowy wodociągów dla Węgorzewa, a także jest autorem projekt kanału Pisz-Wystruć (dzisiaj Czerniahovsk).

O tym wszystkim myślałam, kiedy stopniowo robiło się coraz ciemniej i kiedy przed nami i wokoło pojawiały się coraz to nowe zwaliska betonowych pozostałości bunkrów Wilczego Szańca.

Kiedy droga stała się wąskim przesmykiem między dwiema potężnymi ścianami betonu, spojrzałam na Dionizego, który tylko uniósł brwi westchnąwszy z rezygnacją.

Mierna jakość zjdęć, ale wszystkie robione podczas jazdy...

Oboje pomyśleliśmy o zeszłorocznej drodze na skróty do Bezławek, kiedy to trasa naprawdę w pewnym momencie stała się ekstremum. Tutaj wiedziałam gdzie mamy dojechać. A przynajmniej tak mi się zdawało, zanim zrobiło się ciemno.

W przeciwieństwie do zeszłorocznych skrótów – tutaj nie było asfaltu na początku,  więc od razu zostałam spiorunowana wzrokiem.

to cały czas droga łącząca wilczy Szaniec z lotniskiem

Zaszczebiotałam, że przecież droga nie najgorsza, i że przecież mogło być gorzej… Jasne, że mogło! Bywało przecież 😉

po drodze nietoperze 🙂

Po drodze jednak – w tym szybko zapadającym zmroku widoki mieliśmy zaiste imponujące. Z tej strony Wilczego Szańca nigdy nie byłam. Kiedy przecisnęliśmy się samochodem przez szczelinę między dwiema betonowymi ścianami nic już nie było w stanie nas (to znaczy Dionizego) zaskoczyć… Do momentu, kiedy znaleźliśmy się w Kwiedzinie. Tutaj w ciemnościach już zupełnych, zatrzymał samochód i zapytał gdzie ten zamek, czy pałac, którego szukamy.

Odparłam cichutko, że tu nie ma pałacu… tu nie ma nic, prócz odprysków wielkiej historii.

Zapadła cisza brew Dionizego podskoczyła wysoko. A ja skurczyłam się na siedzeniu do gabarytów myszki.

„To ja się tłukłem bezdrożami przez las, po to żeby zobaczyć… odpryski historii… ?” usłyszałam spokojny głos.

Nooooooo – ale przecież my zawsze tłuczemy się bezdrożami 😀

„No, ale tędy jechał Stauffenberg po zamachu” usiłowałam ratować sytuację.

„Taaaa… i krzyżak na kozie też” spointował spokojnie Dionizy wyjeżdżając w końcu na asfalt drogi 592 i skręcając  ku Kętrzynowi…

E, tam – ale co widziałam po drodze, to moje. Szkoda tylko, że zdjęcia nie wyszły.

Głos

Nie tak dawno wracałam z późnej wycieczki po Gdańsku. Wycieczka skończyła się już po zapadnięciu zmroku przed Dworem Artusa. Jak zwykle potem szłam na skróty koło Mariackiego. Zawsze tamtędy wracam, bo to miejsce zachowało w sobie coś ze średniowiecza. No i faktycznie to są skróty – bo do ul. Szerokiej to dosłownie parę kroków. Tym razem jednak moje skróty znacznie się wydłużyły. Kiedy bowiem przechodziłam koło Bramy Mariackiej kościoła, z wnętrza dobiegł mnie Głos… Mocny, czysty i hipnotyczny głos kobiecy.

Nagranie komórką nie oddaje tego niesłychanego piękna i magii wieczornego światła i dźwięku. Nagranie jest beznadziejne, ciemne i w ogóle do niczego, ale to nie obraz, a dźwięk się liczy!

Zamieszczam więc trzy nagrania (po kawałeczku niestety) owej hipnotycznej magii przedwieczornej…

Głos 1

Głos 2

Głos 3

Kraków na Dzień Kobiet

Wróciłam ze szkolenia.

Nic nowego; akurat w moim przypadku, to raczej zupełnie naturalne stwierdzenie.

To szkolenie jednak było zupełnie wyjątkowe. Bo i odbywało się w zupełnie wyjątkowym miejscu.

Raz – że w Krakowie, dwa – że w podziemiach Rynku.

Podziemia – to jedna z ciekawszych tras w kraju. Nie tylko ze względu na zawartość, czy jakby ktoś powiedział – ładunek historyczny przekazu materialnego (uffff, ale mądrze zabrzmiało). Ale też ze względu na koncepcję i scenariusz wystawy.

Można oczywiście mieć pretensje do twórców (nie jest nim MHK), że nieco przedobrzyli – bo jest za głośno (chodzi o odgłosy Krakowa historycznego płynące z głośniczków zamontowanych w różnych miejscach wystawy), i przewodnik faktycznie musi nieco wysilać głos. Ale, całość zasługuje na wysoką ocenę.

Kto jeszcze nie był w krakowskich podziemiach Rynku, może „posmakować” nieco podobnego klimatu w gdańskim Błękitnym Baranku.

Jednak w Krakowie twórcy poszli dalej – i zamiast figur zaserwowali zwiedzającym dobry scenariusz z krótkimi filmikami. No i świadki archeologiczne! Niesłychane wrażenie robi zachowana średniowieczna brukowana droga z drewnianymi krawężnikami!

Niestety, jako że A.S. się rozchorowała, jechałam sama, i w związku z tym nie wzięłam aparatu. Bałam się – pomna ryzyka samotnego podróżowania naszymi tzw. środkami masowego rażenia. Na marginesie – gdyby PKP kursowały z równą częstotliwością jak odbywa się sprawdzanie biletów – to mielibyśmy w kraju niemal sielankę…

Kto chce dowiedzieć się nieco więcej o trasie podziemnej, znajdzie informacje TUTAJTUTAJ.

Warto było tłuc się pociągiem 13 godzin do Stolicy po to, by spędzić w podziemiach 6 godzin – a potem… z powrotem do Prus – 14 godzin. Czemu dalej i dużej? Nie wiem, ale XXI wiek w Polsce na pewno powinien przejść do historii uwsteczniania  – i to pod każdym względem 😉

A wracając do tematu – dostałam Książkę 🙂 prof. Michała Rożka „Przewodnik po zabytkach Krakowa”. Z dedykacją. I z chwilą na rozmowę niezapomnianą.

No i jeszcze pogoda była jak zaproszenie do życia; Kraków jak zwykle tłumny (Gdańsku, zazdrość Krakowowi życia tętniącego w sercu miasta i ucz się organizacji !!!)

I obiad w Szarej wyśmienity. No, ale Szara przy Rynku to osobny rozdział 🙂

Tak więc, szkolenie udane pod każdym względem…

A na marginesie – wieki obecności części „polskiej” mojej rodziny w Krakowie dają znać o sobie, ilekroć stawiam nogę w tym właśnie mieście. Wnikam, wsiąkam, wracam. Nawet te plotki krakowskie – niezmienne od wieków (?) są mi miłe. Bo serdeczne. Jednakowoż widok Iławy zza okna pociągu w drodze powrotnej i wzruszenie mimowolne – oto wróciłam do Prus, uzmysławiają niezmiennie, że to moje miejsce na ziemi. Z drugiej jednak strony, nie mam na szczęście tak naprawdę Miejsca Jednego. Mam Miejsca Serdeczne – bo genetycznie zakodowane i bez względu na to, w jakiej odległości się znajdują – zawsze tam jadę/wracam z radością. 🙂

Leopold von Winter

Stara fotografia ukazuje pana z tzw. “wysokim czołem” i dość słusznym wąsem (pewnie co wieczór zakładał nań bindę). Pan założył prawą dłoń za połę surduta, niczym Napoleon. Wygląda na tym wyblakłym zdjęciu niczym urzędnik lokalnego urzędu, może jakiś referent.

Leopold_von_Winter

http://wapedia.mobi/de/Leopold_von_Winter_(Politiker)

Nie tak sobie wyobrażałam Nadburmistrza Gdańska.

Urodził się w Świeciu, w dniu 23 stycznia 1823 roku.

Świecie XIX wieku przeżywało rewolucję, bowiem nie dość, że niedawno zostało siedzibą utworzonego parę lat wcześniej powiatu, to jeszcze początek wieku to czas organizacji “przenosin” miasta. Nastąpiło to po jednej z dużych powodzi, i aby uniknąć zniszczeń w przyszłości, translokowano miasto na lewy brzeg Wdy. Cała akcja trwała do końca 1885 roku.

W tym czasie w rodzinie ewangelickiego superintendenta też dokonała się, rewolucja, bo Leopold zdążył dorosnąć, ruszyć w “świat” i zrobić karierę.

Ukończył gimnazjum w Bydgoszczy, potem po studiach prawniczych i ekonomicznych w Berlinie został wysłany do pracy w administracji państwowej. Można było o nim usłyszeć w Kwidzynie, Malborku no i w Gdańsku.

W roku 1850 zastajemy go na stanowisku landrata powiatu Lebus, koło Frankfurtu nad Odrą.

Zaś w 1859 zostaje radcą w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych w Berlinie a także komisarycznym prezydentem policji. Jego liberalne poglądy musiały jednak być zbyt nowatorskie w oczach jego przełożonych skoro został przeniesiony (co było swoistym zesłaniem) na stanowisko prezydenta rejencji w Sigmaringen, położonej w Baden-Württemberg na południu Niemiec.

8 grudnia 1862 roku powołany został na stanowisko nadburmistrza Gdańska. I był to pierwszy “obcy” na tym stanowisku.

Urzędowanie rozpoczął od nowego roku, 6 stycznia 1863 r., (4 dni przed uruchomieniem metra w Londynie, 5 dni po zniesieniu niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych, i na 16 dni przed wybuchem powstania styczniowego).

Leopold zjechał do Gdańska i osiadł w nim na 27 pracowitych lat. Zamieszkał niedaleko Ratusza Głównego Miasta , bo przy ulicy Grosse Gerbergasse (Garbary) 5.

Patrząc na zdjęcie, trudno sobie wyobrazić, że Nadburmistrz miał niespożytą energię, i że był bardzo zdolny organizacyjnie. Czasem narzekamy dzisiaj, że aż nadto, bo to za jego rządów w mieście znikła większość przedproży. Czyli to, co nas tak by dzisiaj zachwycało.

Von Winter zaczął swoje urzędowanie od stanu sanitarnego w mieście. Zaledwie 32 lata przed jego przyjazdem, przez Gdańsk przetoczyła się cholera. Nadburmistrz zdawał sobie sprawę, że bez nowoczesnych wodociągów i systemu kanalizacji miasto stale będzie nawiedzane przez epidemie. Woda pitna dostarczana była do miasta albo z beczkowozów, albo pochodziła ze studni miejskich, dopływając tam systemem rur pamiętających czasy krzyżackie. Europa już zaczynała patrzeć na życie przez pryzmat sanitariatów, powstawały pierwsze sieci kanalizacyjne. Hamburg skanalizowany był już od roku 1843. Również estetyka miała wiele do powiedzenia, wszak wszechobecny smród nie wpływał pozytywnie na wizerunek Miasta.

W tym celu władze Miasta ściągnęły do Gdańska inżyniera budownictwa, Eduarda Friedricha Wiebe.

Ten potomek mennonickich osadników, urodzony w Stalewie niedaleko Malborka, wykształcony w berlińskiej Akademii Budowlanej a także w Berlińskim Uniwersytecie był już znanym projektantem systemów kanalizacyjnych dla dużych miast niemieckich (m.in. dla Berlina).

Już w czerwcu 1863 przedstawił władzom miejskim projekt urządzeń wodno-kanalizacyjnych dla części centralnej Gdańska. Przygotował też projekt pola irygacyjnego na Stogach i plan osuszania terenów dla Dolnego Miasta.

W roku 1869 projekt ten został w końcu zaaprobowany i zlecony do wykonania firmie J. & A. Aird z Berlina. Inwestycja została przeprowadzona w latach 1869-1874. Był to system spławny, rozgałęziony, a jego punktem węzłowym była istniejąca do dziś przepompownia ścieków “Ołowianka”.

Jednocześnie wybudowane zostały pola irygacyjne, oraz ujęcie wody “Polanki” i ujęcie w Pręgowie. System ten – po kilku modernizacjach – funkcjonuje do dzisiaj.

Nadburmistrz nie poprzestał na tej inwestycji – dopiero się rozkręcał. W latach 1870-1879 zarządził położenie kamiennych chodników a także wybrukowanie wszystkich ulic. W latach 1865-1880 regulacji poddano ciągi komunikacyjne w mieście, wybudowano około 20 budynków szkolnych, poddano reorganizacji szkolnictwo podstawowe i średnie w Mieście. W roku 1872 otwarto Muzeum Miejskie, a wkrótce później także Muzeum Prowincjonalne (1880). W końcu lat 80-tych XIX wieku rozpoczęto też budowę Stoczni Schichaua. W roku 1864 została uruchomiona w Gdańsku komunikacja miejska – omnibusy, zaś tramwaje konne wprowadzono do miasta w roku 1873. Na Westerplatte utworzone zostało kąpielisko miejskie z uzdrowiskiem. Port został unowocześniony, zaś Wrzeszcz rozparcelowano pod zabudowę mieszkalną i usługi.

Jedno się von Winterowi jednak nie udało – otóż nie uzyskał zgody władz wojskowych na całkowitą rozbiórkę fortyfikacji nowożytnych i umocnień. To przekreśliło jego plany budowy nowoczesnego dworca kolejowego.

Od roku 1873 był prezesem rady nadzorczej spółki akcyjnej powołanej przez Richarda Damme do budowy i eksploatacji linii kolejowej Malbork-Mława.

Działał w licznych towarzystwach i radach muzealnych ( w tym – w pierwszym zarządzie Towarzystwa Upiększania Zamku w Malborku).

1 lipca 1890 przeszedł na emeryturę. A 10 lipca tegoż roku przyznano mu honorowe obywatelstwo Miasta Gdańska.

Wycofawszy się z aktywnego życia, resztę swoich dni spędził niedaleko Świecia, w swoim majątku Gelenz (Jeleniec), gdzie zmarł 10 lipca 1893 roku.

W roku 1904 wmurowano w fasadę domu przy Grosse Gerbergasse 5 tablicę upamiętniającą słynnego mieszkańca. Zresztą to nie była jedyna forma upamiętnienia tego, któremu Gdańsk tak wiele zawdzięcza. Targ Maślany nosił miano Winterplatz (Plac Wintera), co po II wojnie bezmyślnie przetłumaczono jako “Plac Zimowy”.

Dzisiaj mało osób zdaje sobie sprawę z tego, komu zawdzięczamy bruk na ulicach, czy chodniki. Nawet się nie zastanawiamy nad tym, skąd mamy kanalizację. No chyba, że przychodzi nam płacić za ścieki, czy wodę.

Leopold von Winter… Szkoda, że po wojnie nie pomyślano o ponownym jego upamiętnieniu na fasadzie domu przy ul. Garbary nr 5.

Moja publikacja na stronie Akademii Rzygaczy 20 stycznia 2007

(z późniejszymi uzupełnieniami)

wykorzystano:

1. Mirosław Gliński – Ludzie Dziewiętnastowiecznego Gdańska

2. Wielka Księga Miasta Gdańska

3. Rein in den Main – Stadtenwässerung Frankfurt Am Main

Post Scriptum

W roku 2009 ukończono nową nawierzchnię ulicy Garbary. Uliczka zyskała nowy wizerunek. Mam nadzieję, że mój postulat powieszenia tablicy pamiątkowej “ku czci” Nadburmistrza spotka się z odzewem… Byłby to wspaniały gest. Takie tablice spotyka się co krok w nieodległym Toruniu…

Post Scriptum nr 2

Mamy początek roku 2011. Poza małym raczej symbolicznym szumkiem i zapewnieniami o trosce o prawdę historyczną w Moim Mieście, cisza. Śmiem twierdzić, że ta cisza potrwa dopóki ktoś nie odkryje, że to świetna reklama  (dla siebie oczywiście :D)…  Do jakiegokolwiek celu jednak to ma służyć, czas może wziąc przykład z Torunia! Tam także niepolskie nazwiska (u nas w Gdańsku to jakaś fobia 😉 ) a jednak co któryś budynek ma tablicę stosowną…

A tłumaczenie, iż ufundowaniu tablicy przeszkadza znajdujący się w tym miejscu sklep o wiele mówiącej nazwie: SETA, doprawdy jest nieco … dziecinne.