Żuławy Steblewskie cz. 4 – Steblewo

O Steblewie napisałam już sporo TUTAJ i TUTAJ, wspomniałam też o miejscowości, opisując dziury w cegłach. Dodałam też cały album fotograficzny…

Toteż teraz ograniczę się wyłącznie do zamieszczenia zdjęć z sobotniej eskapady i do komentarza…

Nastroje mieliśmy wszyscy minorowe, kiedy weszliśmy do jednego z domów podcieniowych (oba steblewskie domy podcieniowe są niestety skazane na zagładę). Nowe zabudowania powstają w zbyt bliskim sąsiedztwie starego domu. Pozwolenia na nową zabudowę wydawano bez pomyślunku, nie uwzględniając możliwości sprzedaży starych zabudowań. Tym samym skazano w mocy prawa stare domy na śmierć. Czy jest jakakolwiek nadzieja na uratowanie tych wyjątkowych zabytków żuławskiej architektury? Czy urzędnicy tak regionalni jak i wyższego szczebla wreszcie zauważą, że Pomorze to nie tylko Kaszuby i że tutaj, na Żuławach, istnieje wciąż i jakby na przekór powszechnemu mniemaniu niesłychanie bogate dziedzictwo kulturowe…

To gorzkie słowa i rozumiem, że nawet najbardziej zafascynowany tymi terenami urzędnik nic nie zrobi bez pieniędzy…

Dobrze więc, że chociaż tzw. lokalne grupy mieszkańców od czasu do czasu zbierają się, by dokonać niezbędnych remontów, czy nawet wykosić trawę i wykarczować chaszcze. Ale i oni niewiele mogą, bo „grubsze” remonty kosztują, a nadto musza mieć nadzór urzędu konserwatorskiego. A ten niestety chyba nie ma „okien na Żuławy”…

O piecach w Królewskiej Fabryce Karabinów w Gdańsku

Już pisałam o tym, że słuchać Panie Jagodę Semków i Weronikę Wojnowską to czysta przyjemność.

Dzisiaj więc postanowiłam jechać do Królewskiej Fabryki Karabinów na ul. Łąkową żeby je spotkać. Miejsce, a raczej dzielnicę, znam z czasów kuratorowania nieletnim, więc niemal z rozrzewnieniem przemaszerowałam z Danką L. i Ewą H. przez nie zmieniony od lat mrok.

W salce panował psychodeliczny klimat, spotęgowany przez niebieskie światło i przywodzący na myśl filmy o zombie… Ale na szczęście znalazł się pewniem młody i na dodatek cierpliwy człowiek, który szybko postawił dodatkowe (normalne) światło, łamiące nieco ten trupi błękit.

Samo spotkanie było świetne. Z całym mnóstwem ciekawych opowieści o PIECACH, historii ich powstania, o miejscach, gdzie wyrabiano kafle. Tu padły nazwy jakże znane! Srokowo, Biskupiec (dzisiaj tu mieści się restauracja i dyskoteka Stara Kaflarnia), Królewiec, Braniewo, Elbląg, Kadyny, Toruń czy Kolbudy.

Po krótkiej walce z techniką, komputer wreszcie „odpalił” i mogliśmy nie tylko słuchać, ale oglądać prezentację… Po raz pierwszy usłyszeliśmy też o subtelnej różnicy między piecami toruńskimi (o trzech „skrzyniach” bez prześwitu), gdańskimi (o dwóch skrzyniach z prześwitem i często na nóżkach drewnianych), czy choćby elbląskimi (te były ceramiczne). Od dzisiaj już wiemy, że generalnie wszystkie te piece nazywane są gdańskimi 😉

Jagoda Semków i Weronika Wojnowska: dwa bieguny – jedna pasja.

Razem tworzą tandem od lat tak jednoznaczny, że nie zdziwiłoby mnie, gdyby za nimi truchcikiem podążały piece gdańskie, berlińskie, ludowe, żuławskie, pałacowe czy jakie tam jeszcze istnieją 😉

Przy obu Paniach też można się ogrzać. Niczym przy tych ich wszystkich po całej Polsce tropionych piecach. Obie emanują ciepłem życzliwości, serdeczności, a przy tym niespożytej energii i nieczęstego dzisiaj … wdzięku.

O wiedzy nie wspominam, bowiem od lat je „śledzę” i jestem dla tej ich wiedzy pełna podziwu. Zresztą tu nie o mój podziw chodzi, bo ja je zwyczajnie lubię. Ale ich wiedza o piecach jest tak szeroka, że służą pomocą innym, organizując odczyty, konferencje, wykłady. Zresztą w tej chwili już, po 15 latach zajmowania się piecami, są uznanymi autorytetami w tej dziedzinie. Współpracują z kwartalnikiem Świat Kominków, wchodząc w skład rady programowej pisma.

Od lat też niezmiennie boleją nad tym, iż nie powstało jeszcze muzeum pieców. Z powodzeniem obie mogłyby zainicjować taką placówkę – gdyby tylko znalazło się odpowiednie miejsce. Mają bowiem eksponatów do stworzenia muzeum aż nadto. Kto nie był jeszcze w Dzwonnicy we Fromborku – niech żałuje i nadrobi, póki jest. Można tam jeszcze oglądać ich wystawę. Dopracowana do najmniejszych szczegółów. Nie tylko wypełniła puste wnętrze jednego z pięter, ale też pozwala pochylić się nad pięknem pieców. Dzisiaj jest ich już coraz mniej. Niszczone są bezmyślnie podczas renowacji mieszkań, czy domów, lub zapadają w niepamięć, rozkradane z opuszczonych ruin dawnej świetności nieistniejącyh już Prus Wschodnich.

(N.B. w numerze 3(30)2011 Świata Kominków znajduje się bardzo ciekawy artykuł obu Pań pt. „Na tyłach historii”, traktujący o piecach kaflowych w pałacach i dworach Warmii i Mazur.)

I właściwie to tyle na dziś 🙂

Ja ogrzeję się w cieple ich opowieści już niedługo, w styczniu przyszłego roku. Bowiem od dawien dawna mamy w zwyczaju (stały skład) kończyć sezon przewodnicko-pilocki właśnie we Fromborku. Ładujemy akumulatory na następny, nie tak odległy już, sezon.

Frombork na dobry początek – czyli mroźnie i medycznie z Garbusem nad Zatoką Świeżą

No i po weekendzie.

Niezwyczajny weekend to był, bo spędzony na Końcu Świata. Na NASZYM ulubionym Końcu Świata 🙂

Od lat, na początku każdego roku – spędzamy weekend na Wzgórzu Katedralnym. My – czyli tzw. Desant Gdański (tym razem wszakże w niepełnym składzie). Doładowujemy akumulatory psychiczne, uczymy się do kolejnych egzaminów, szkolimy z nowości. Rozpoczynamy Nowy Sezon. Ale nade wszystko chłoniemy atmosferę tego wyjątkowego miejsca, jakim dla nas jest Frombork. Tak więc i tym razem nasze Przytulisko z widokiem na Katedrę czekało na nas, kiedy zajechałyśmy w mroźne sobotnie przedpołudnie. Przytulisko i Jagoda S, niezmiennie serdeczna od lat. Cierpliwie odpowiadająca na miliardy pytań, jakie mamy do Niej podczas naszego wyjątkowego corocznego i zupełnie ekskluzywnego, prywatnego szkolenia.

Udało nam się „załapać” na zwiedzanie ciekawej wystawy i fascynującą opowieść Jagody tak o przygotowaniach, jak i szczegółach kwerendy przed wystawą. Przy sposobności oczywiście wspomniałyśmy słynny zeszłoroczny cytat ze świetnej książki Jowity Jagli pod tym samym, co wystawa tytułem „Boska Medycyna i Niebiescy Uzdrowiciele„… Cytat źle przeczytany w zapadającym zmroku. Zresztą trudno było się nie pomylić czytając tekst przy słabym świetle lampki. A chodziło o Wita i podglądającego go Hiliasa… To, co usłyszałyśmy brzmiało ni mniej ni więcej tak:

(…)Wit modlił się do Boga, prosząc o pomoc, wtedy Bóg zesłał mu siedem aniołów, które go otoczyły. Scenę tę podejrzał Hilias, zmarł ze strachu i natychmiast oślepł.

Oczywiście powinno być ZAMARŁ… ale wtedy, rok temu – zmęczone trasą i sezonem, który trwał wyjątkowo długo – nie wpadłyśmy na to, żeby przeczytać fragment raz jeszcze 🙂 Dzisiaj ten cytat jest naszym hasłem na wszelkiego rodzaju zasłyszane bzdurne wypowiedzi.

Wracając do mijającego weekendu – z chęcią obejrzałyśmy wystawę, o której w zeszłym roku tylko słyszałyśmy. A na dodatek – chodzenie po wystawie z Jagodą, jako przewodnikiem – dało nam niesłychanie dużo wiedzy, niedostępnej nigdzie indziej.

A tak przy sposobności – warto odwiedzić Jej bloga, gdzie opisuje (wspólne z p. Weroniką Wojnowską) piecowe peregrynacje.

Załączam nieco zdjęć ze wspomnianej wystawy i mroźnego Fromborka.

A co z tytułowym Garbusem?

Otóż, każde miejsce o długiej i nierzadko burzliwej historii ma swoich strażników. Takiego strażnika ma też i fromborskie Wzgórze Katedralne. Widmo człowieka, o zdeformowanej sylwetce, przywodzącego na myśl Quasimodo, w milczeniu obchodzi teren Wzgórza nocą. Pojawia się zza Kamienia Biskupiego i zapada za niego ponownie w całkowitych ciemnościach, już po wygaszeniu reflektorów oświetlających Katedrę. Postać Garbusa, jak go nazwano, widziana bywała przez wiele osób; a to kątem oka, a to gdzieś w tzw. przelocie,  niedaleko dawnej studni, a to nieopodal wejścia na północne międzymurze. Czasem Garbus spotykany był w okolicach Kapitularza. Widywali go także uczestnicy badań archeologicznych, prowadzonych czas jakiś temu na Wzgórzu. Kiedy więc wykopano w okolicach Kamienia szczątki ludzkie ze zdeformowanym kręgosłupem, dla niektórych był to szok. Dla niektórych jednak było to także potwierdzenie ich słów, w które nie wszyscy przedtem wierzyli. Zadecydowano o wywiezieniu szczątków do Warszawy by je zbadać. Samochód wiozący je psuł się ponoć parę razy, zanim wreszcie wyjechał przez bramę.

Czy Garbusy znalazł spokój w dalekim dużym mieście, którego nie było, gdy tutaj tętniło życie kapitulne? Czy przestał się pojawiać na Wzgórzu Katedralnym? Na te pytania odpowiem kiedy indziej, bo … duuuuuuużo by pisać 🙂

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.