Hotel Krasicki wśród najlepszych na świecie

Oto, co napisał o jednym z moich ulubionych miejsc w Polsce portal mojemazury.pl (wklejam w całości, żeby nie uronić żadnej kropki, ani przecinka):

Hotel Krasicki w Lidzbarku Warmińskim otrzymał statuetkę Best Luxury Historical jako laureat międzynarodowego konkursu World Luxury Hotel Award 2013.

Jest jedynym polskim hotelem w historii, który otrzymał tę prestiżową nagrodę.

Katarzyna Grabińska, dyrektor Działu Marketingu i Sprzedaży Hotelu Krasicki, odebrała prestiżową statuetkę podczas gali w hotelu Indigo Pearl Resort w Tajlandii

Katarzyna Grabińska (po prawej), dyrektor Działu Marketingu i Sprzedaży Hotelu Krasicki, odebrała prestiżową statuetkę podczas gali w hotelu Indigo Pearl Resort w Tajlandii  Autor: www.hotelkrasicki.pl

Hotel Krasicki rywalizował o prestiżowy tytuł z ponad tysiącem innych obiektów z całego świata. Międzynarodowe jury wyłoniło zwycięzców spośród obiektów, które w plebiscycie on-line, trwającym od 24 czerwca do 26 lipca 2013 roku, otrzymały najwięcej głosów. Hotel Krasicki był jedynym polskim hotelem, który znalazł się w prestiżowym gronie zwycięzców i otrzymał tytuł Best Luxury Historical Hotel.

Statuetki wręczono podczas uroczystej gali, która odbyła się 1 listopada 2013 roku w Indigo Pearl Resort w Tajlandii – hotelu, który w ubiegłym roku wygrał ten plebiscyt. Prestiżową statuetkę odebrała Katarzyna Grabińska, dyrektor Działu Marketingu i Sprzedaży.
– To wyróżnienie, a także liczba odwiedzających nas osób potwierdzają, że przeprowadzona przez nas rewitalizacja i adaptacja przedzamcza była strzałem w dziesiątkę. W ciągu dwóch i pół roku gościliśmy tu ponad 36 tysięcy podróżnych z całego świata – mówi Andrzej Dowgiałło, prezes Grupy Anders, do której należy Hotel Krasicki.

Prestiżowe nagrody World Luxury Hotel Award, przyznane już po raz siódmy, potwierdzają, że zwycięskie hotele oferują najwyższy standard jakości, obsługi klienta oraz troskę o komfortowy wypoczynek gości.

Hotel Krasicki jest pierwszym polskim obiektem, wyróżnionym w całej historii tego międzynarodowego konkursu. (podkreślenie moje K.C.)

Warto dodać, że to nie pierwsza międzynarodowa nagroda, otrzymana przez Hotel Krasicki. Architekturę Hotelu Krasicki doceniono między innymi w 2011 roku w konkursie International Hotel Award, w kategorii Best New Hotel Construction and Design. W tym samym roku obiekt otrzymał pierwszą nagrodę w konkursie miesięcznika Hotelarz – Hotel z Pomysłem.

Hotel Krasicki należy do polskiej Grupy Anders, w skład której wchodzi łącznie pięć obiektów hotelowych: Hotel Anders Resort & SPA w Starych Jabłonkach, Hotel Zamek Ryn, Hotel Miłomłyn Zdrój Medical SPA & Vitality oraz Bajkowy Zakątek w Guzowym Piecu.

Przeczytaj cały tekst: Hotel Krasicki z prestiżową nagrodą – Moje Mazury http://mojemazury.pl/178017,Hotel-Krasicki-z-prestizowa-nagroda.html#ixzz2k4EoJftO

Z cyklu Ciekawe – Lech Słodownik o Szwajcarach w Elblągu

I kolejny ciekawy artykuł Lecha Słodownika – jaki w całości kopiuję z portalu NaszElbląg.pl

Wprawdzie od zarania dziejów Elbląga przeważającą część jego mieszkańców stanowili Niemcy, tym niemniej w mieście osiedlali się również przedstawiciele innych nacji, by wymienić wypędzonych Hugenotów z Francji, Szkotów i Anglików, mennonitów, protestantów wypędzonych z Salzburga w Austrii, Żydów, Polaków oraz Szwajcarów. 



Hotel Dwór Królewski na rogu ul. Krótkiej i Placu Słowiańskiego. Na prawo – wejście do pierwszej siedziby konsulatu Szwajcarii w Elblągu - Autor: archiwum Lecha Słodownika

Elbląg stanowił swoisty tygiel narodowościowy i kulturowy – ale w dobrym tego słowa znaczeniu. W dziejach miasta nie odnotowano jakiś głośnych waśni, animozji narodowościowych czy religijnych, a wręcz przeciwnie – wszyscy czuli się tutaj dobrze i na ogół szybko asymilowali się z miejscowymi. Po I wojnie światowej była w Elblągu krótko Agencja Polska (przejęta później przez Konsulat Polski w Kwidzynie) oraz działały konsulaty Danii, Estonii, Szwecji, Holandii i Szwajcarii.

W nowożytnych dziejach Elbląga Szwajcarzy odegrali niepoślednią rolę, więc parę słów na ten temat. Przed II wojną światową na terenie Niemiec mieszkało prawie 54 tys. Szwajcarów, z czego na terenie Prus Zachodnich i Wschodnich ok. 2 tys. Osadnictwo szwajcarskie w Elblągu, na Żuławach i innych terenach miało w większości charakter gospodarczy. Wg danych statystycznych ok. 60 % osadników szwajcarskich zaangażowanych było w produkcji serów, 30 % w przemyśle mleczarskim a ok. 10 % w innych dziedzinach gospodarki. Z tego powodu już w 1879 r. został otwarty w Królewcu pierwszy konsulat szwajcarski, który w 1920 r. został przeniesiony do Elbląga i był w tamtym czasie siódmym przedstawicielstwem Szwajcarii na terenie Niemiec.

Od 1.04.1939 r. konsulat w Elblągu reprezentował interesy Szwajcarów również z terenu Wolnego Miasta Gdańska oraz z Okręgu Kłajpedy. 
Do dzisiaj w bliższej i dalszej okolicy Elbląga zachowało się wiele mleczarni i serowni, które przed 1945 r. prowadzili z dużymi sukcesami Szwajcarzy. W Elblągu dużą serownię i skład serów szwajcarskich oraz tylżyckich prowadził przy Mühlendamm 52 i 53 (obecnie R. Traugutta) Heinrich Wüthrich, który miał ponadto zakłady w Adamowie, Wikrowie, Nowakowie, Nogatowie, we wsi Stobiec oraz na terenie Wolnego Miasta Gdańska.

Spośród elbląskich Szwajcarów kilku było elektromechanikami, inżynierami a nawet kaznodziejami. Wymienić trzeba m.in. wybitnego inżyniera Theodora Müllera, który był bliskim współpracownikiem F. Schichaua i K. Ziese. W Malborku i Królewcu działały stowarzyszenia skupiające Szwajcarów.


Pierwszym konsulem honorowym Szwajcarii w Elblągu został 10.12.1920 r. Ernst Stucki, który urzędował początkowo w biurze przy Placu Fryderyka Wilhelma 18 (obecnie Plac Słowiański) obok hotelu „Dwór Królewski”, a następnie przy Alei Grunwaldzkiej 45, w masywnym, secesyjnym budynku z przełomu XIX/XX w. Z początkiem września 1943 r. został przemianowany w konsulat zawodowy. Po 1945 r. znajdowała się tutaj pierwsza siedziba elbląskiego starostwa powiatowego.


Konsul E. Stucki będąc już dosyć nobliwym wieku, poślubił latem 1944 r. w kościele NMP młodą elblążanką, swoją gosposię i na początku 1945 r. wyjechał do Szwajcarii. Zastępował go wicekonsul Karl Brandenburger, którego wspomnienia z walk o Elbląg i pierwszych powojennych miesięcy 1945 roku stanowią niezwykle cenne źródło historyczne do poznania tamtego ponurego i tragicznego okresu. Elbląscy Szwajcarzy kierowali się wówczas dosyć naiwnym przekonaniem, że ich ta wojna nie dotyczy a czerwonoarmiści uszanują szwajcarskie paszporty. Wkrótce okazało się, że „wsypani do jednego wora” z Niemcami byli podobnie traktowani. Obrabowano ich z wszelkiego dobytku, paszporty oraz listy ochronne porwano (ZSRR nie miał wówczas żadnych kontaktów dyplomatycznych ze Szwajcarią) i internowano w piwnicy budynku przy Lessingstraße (w latach 1975 – 1999 siedziba Urzędu Wojewódzkiego).

Stopień ich naiwności obrazowały m.in. takie fakty jak wywieszane na domach flagi Szwajcarii lub zamieszczane napisy w rodzaju: „Ten dom jest własnością obywatela Szwajcarii. Pod groźbą kary zabronione jest jakiekolwiek jego uszkadzanie lub niszczenie”. Szwajcarzy nie zdawali sobie sprawy, że dla sowieckich kul, bomb oraz krasnoarmiejców jest to wszystko ganz egal /wsio rawno! Nie polepszyła ich losu także bezpośrednia rozmowa K. Brandenburgera z sowieckim generałem G. I. Anisimowem.

Czy obecnie są jakieś ślady pobytu pracowitych i zaradnych Szwajcarów w Elblągu i okolicy? Oczywiście tak. Jest to zachowany budynek konsulatu, zabudowania nieczynnych już serowni, mleczarni oraz funkcjonujące wśród starszych ludzi takie określenia słowne jak „szwajcar”, „ober-szwajcar”, czy „wyglądasz jak szwajcar” etc. Odnoszą się one do nie istniejącego już zawodu mleczarza zajmującego się udojem krów, obrządkiem przy świniach, który nie zawsze schludnie wyglądał i niezbyt zachęcająco „pachniał”. W Elblągu przy ul. Sadowej/Bema znajduje się stosunkowo dobrze zachowany cmentarz, gdzie chowano Szwajcarów z miejscowej protestanckiej gminy reformowanej. Już kilkanaście lat mieszka w naszym mieście Brigida Strazzer-Gawron, która znalazła tutaj swoją drugą – szczęśliwą ojczyznę i jest powszechnie akceptowana przez tubylców.

Niestety, nie ma już żadnych przedstawicielstw dyplomatycznych, chociaż… niektórzy mówią, że naprzeciwko dawnego konsulatu Szwajcarii przy Alei Grunwaldzkiej 45 mamy od 1995 r. amerykańską ambasadę, czyli… restaurację McDonalds!

Lech Słodownik



Frombork na dobry początek – czyli mroźnie i medycznie z Garbusem nad Zatoką Świeżą

No i po weekendzie.

Niezwyczajny weekend to był, bo spędzony na Końcu Świata. Na NASZYM ulubionym Końcu Świata 🙂

Od lat, na początku każdego roku – spędzamy weekend na Wzgórzu Katedralnym. My – czyli tzw. Desant Gdański (tym razem wszakże w niepełnym składzie). Doładowujemy akumulatory psychiczne, uczymy się do kolejnych egzaminów, szkolimy z nowości. Rozpoczynamy Nowy Sezon. Ale nade wszystko chłoniemy atmosferę tego wyjątkowego miejsca, jakim dla nas jest Frombork. Tak więc i tym razem nasze Przytulisko z widokiem na Katedrę czekało na nas, kiedy zajechałyśmy w mroźne sobotnie przedpołudnie. Przytulisko i Jagoda S, niezmiennie serdeczna od lat. Cierpliwie odpowiadająca na miliardy pytań, jakie mamy do Niej podczas naszego wyjątkowego corocznego i zupełnie ekskluzywnego, prywatnego szkolenia.

Udało nam się „załapać” na zwiedzanie ciekawej wystawy i fascynującą opowieść Jagody tak o przygotowaniach, jak i szczegółach kwerendy przed wystawą. Przy sposobności oczywiście wspomniałyśmy słynny zeszłoroczny cytat ze świetnej książki Jowity Jagli pod tym samym, co wystawa tytułem „Boska Medycyna i Niebiescy Uzdrowiciele„… Cytat źle przeczytany w zapadającym zmroku. Zresztą trudno było się nie pomylić czytając tekst przy słabym świetle lampki. A chodziło o Wita i podglądającego go Hiliasa… To, co usłyszałyśmy brzmiało ni mniej ni więcej tak:

(…)Wit modlił się do Boga, prosząc o pomoc, wtedy Bóg zesłał mu siedem aniołów, które go otoczyły. Scenę tę podejrzał Hilias, zmarł ze strachu i natychmiast oślepł.

Oczywiście powinno być ZAMARŁ… ale wtedy, rok temu – zmęczone trasą i sezonem, który trwał wyjątkowo długo – nie wpadłyśmy na to, żeby przeczytać fragment raz jeszcze 🙂 Dzisiaj ten cytat jest naszym hasłem na wszelkiego rodzaju zasłyszane bzdurne wypowiedzi.

Wracając do mijającego weekendu – z chęcią obejrzałyśmy wystawę, o której w zeszłym roku tylko słyszałyśmy. A na dodatek – chodzenie po wystawie z Jagodą, jako przewodnikiem – dało nam niesłychanie dużo wiedzy, niedostępnej nigdzie indziej.

A tak przy sposobności – warto odwiedzić Jej bloga, gdzie opisuje (wspólne z p. Weroniką Wojnowską) piecowe peregrynacje.

Załączam nieco zdjęć ze wspomnianej wystawy i mroźnego Fromborka.

A co z tytułowym Garbusem?

Otóż, każde miejsce o długiej i nierzadko burzliwej historii ma swoich strażników. Takiego strażnika ma też i fromborskie Wzgórze Katedralne. Widmo człowieka, o zdeformowanej sylwetce, przywodzącego na myśl Quasimodo, w milczeniu obchodzi teren Wzgórza nocą. Pojawia się zza Kamienia Biskupiego i zapada za niego ponownie w całkowitych ciemnościach, już po wygaszeniu reflektorów oświetlających Katedrę. Postać Garbusa, jak go nazwano, widziana bywała przez wiele osób; a to kątem oka, a to gdzieś w tzw. przelocie,  niedaleko dawnej studni, a to nieopodal wejścia na północne międzymurze. Czasem Garbus spotykany był w okolicach Kapitularza. Widywali go także uczestnicy badań archeologicznych, prowadzonych czas jakiś temu na Wzgórzu. Kiedy więc wykopano w okolicach Kamienia szczątki ludzkie ze zdeformowanym kręgosłupem, dla niektórych był to szok. Dla niektórych jednak było to także potwierdzenie ich słów, w które nie wszyscy przedtem wierzyli. Zadecydowano o wywiezieniu szczątków do Warszawy by je zbadać. Samochód wiozący je psuł się ponoć parę razy, zanim wreszcie wyjechał przez bramę.

Czy Garbusy znalazł spokój w dalekim dużym mieście, którego nie było, gdy tutaj tętniło życie kapitulne? Czy przestał się pojawiać na Wzgórzu Katedralnym? Na te pytania odpowiem kiedy indziej, bo … duuuuuuużo by pisać 🙂

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Elbląskie to i owo – a zwłaszcza owo.

Chrzcielnica Mistrza Bernhusera to wyjątkowe dzieło średniowiecznego odlewnictwa. I wszyscy, którzy zaglądną do Świętego Mikołaja choć na chwilę, zatrzymują się przed nią na dłużej. Ma w sobie moc przyciągania wzroku. 😉 Nadto jest szalenie fotogeniczna i wzbudza zasłużony zachwyt każdej kolejnej mojej grupy.

Zdecydowanie zaprzeczam, kiedy słyszę głosy, że Elbląg nie ma nic do zaoferowania, że tu nic nie ma. I że to miasto nie istnieje. Istnieje i ma mnóstwo do pokazania, tylko trzeba umieć patrzeć. Elbląg zawsze był mi bliski. Obecnie powoli i z mozołem zaczyna się odbudowywać po zniszczeniach wojennych. A mnie pozostaje żałować, że jego przedwojenne piękno znam tylko z opowiadań rodzinnych. Na szczęście dzisiaj to, co się proponuje w ramach odbudowy miasta (retrowersja) – napawa optymizmem (przy zupełnym pesymizmie w tej kwestii w przypadku Gdańska).

Po długoletnich wykopaliskach w centrum Starego Miasta (będących największym poligonem archeologicznym w Europie – a zupełnie nie nagłośnionym mimo rewelacyjnych znalezisk!!) – zabrano się za jego systematyczną odbudowę.

Już odbudowano między innymi Dom Królów z przeznaczeniem na hotel. Nadto odrestaurowano (wreszcie) słynną kamienicę przy Wigilijnej. Jednak za otwory drzwiowe i okienne a także za skrzynkę gazową, tak inwestor jak i konserwator – razem powinni dostać Nobla za bezmyślność. Moim marzeniem jest jeszcze zobaczyć odbudowany Dom pod Wielbłądem. Natomiast dom Joosta van Kampen (czy, jak kto woli Josta von Kampen) prezentuje się całkiem, całkiem… No i Muzeum z bardzo ciekawymi ekspozycjami (szczególnie Truso i Goci !). Słowem – Elbląg na pewno by ucieszył mojego Ojca. Bo zaczyna „powracać”.

Niestety są także i minusy. Otóż uczucie zawodu i wielkie zniesmaczenie wywołuje aranżacja u Dominikanów. W krużgankach zorganizowano niby klubo-kawiarnię, sprawiającą raczej wrażenie poczekalni dworcowej. A są tam przecież cenne epitafia i płyty nagrobne. A już szczytem braku dobrego smaku było pomalowanie na czerwono ust Martinowi Michaelowi na jego epitafium. Czegóż to miała być demonstracja? I czy autor coś takiego „wyczyniłby” na portrecie nagrobnym swojego bliskiego? Zresztą trudno doszukiwać się sztuki w całym zmasakrowanym wnętrzu podominikańskim. No – oczywiście poza gotyckimi murami, które same w sobie są sztuką. Ale mimo zdecydowanie krytycznych uwag o wykorzystaniu krużganków i o całej koncepcji Galerii, to jednak dobrze, że w ogóle dawny kościół klasztorny został zaadaptowany. Inaczej, przy powszechnym w Polsce nastawieniu do wszystkiego, co niezabezpieczone (vide rozkradany Most Tczewski) pewnie dawno by „poszedł na cegły”.

Skoro wytykam minusy jednemu z moich ulubionych miast, to „leci” następny: brak ludzi. Stare Miasto nie żyje. Jest niemal puste. Dlaczego? Ta pustka uderza wszystkich przyjezdnych. Każdego lata systematycznie bywam w Elblągu z moimi grupami, większymi lub mniejszymi. I wszyscy jednogłośnie twierdzą, że Stare Miasto jest pustynią. Czy to wina czynszów zbyt wysokich na kieszeń przeciętnego inwestora? Czy też braku pomysłu na ożywienie tej części miasta?

Ale mimo tych minusów, Elbląg to wyjątkowe miasto. I ma nie byle jaką historię! Cytując dr Monikę Jakubek-Raczkowską:

…to pierwsza pruska stolica Zakonu, aż do przeniesienia siedziby Wielkiego Mistrza do Malborka, tu siedział mistrz krajowy, tu znajdowała się (przejściowo wprawdzie, ale jednak) siedziba biskupa warmińskiego, tu znalazły się relikwie Krzyża Świętego, ofiarowane przez cesarza Fryderyka II, chcącego usankcjonować krzyżacką krucjatę w Prusach.

Elbląg wyróżniał się na tle Wielkich Miast Pruskich bardzo wysoką formacją intelektualną, i mimo późniejszego zepchnięcia go z tej pozycji przez Gdańsk i Toruń, zachował bardzo wysoki poziom artystyczny.

Właśnie żeby posłuchać wykładu pojechałyśmy do Elbląga w styczniowy piątek (skład jak zwykle taki sam: A.S., M.H., D.L. i ja). Już samo nazwisko wykładowców – czyli Państwa Moniki i Juliusza Raczkowskich dawało gwarancję jakości. No i nie zawiodłam się – 1,5 godziny minęło szybko, zbyt szybko. Ostatni raz tak mnie bolała ręka po pisaniu na pamiętnej konferencji w Bierzgłowie. Jakże znamienny jest ten poziom toruński…

Ale wracam do piątku w Muzeum. Spotkanie miało tytuł: Elementy średniowiecznego wystroju katedry św. Mikołaja – jako dzieła sztuki i obraz dawnej duchowości elblążan. I traktowało między innymi o duchowości Elblążan, o podporządkowaniu religijności średniowiecznej zmysłom, o kondycji intelektualnej i finansowej Miasta, o elementach wystroju gotyckiego katedry Św. Mikołaja. I właśnie na tle opisu duchowości elbląskiej i sytuacji końca XIV i początku XV wieku, pojawiła się brązowa chrzcielnica ze Świętego Mikołaja.

Bo właśnie między innymi owa chrzcielnica mistrza Bernhusera jest takim niezbitym dowodem na wyjątkowość sztuki tego miasta. Stanowi jedno z nielicznych dzieł odlewnictwa w brązie na terenie państwa zakonnego, przy czym jest najwybitniejszym z nich.

Chrzcielnica to najważniejszy sprzęt kościelny. Związana z fundamentalnym znaczeniem chrztu, zawsze zajmowała stosowne miejsce w przestrzeni kościoła. Takie obiekty, mające znaczenie symboliczne, stawały się nośnikami tak formy, jak i kształtu i przekazu treściowego.

Dla omawianej chrzcielnicy znamy szczęśliwie tak datę powstania jak i twórcę, a także osoby związane z fundacją. Wiemy z inskrypcji na chrzcielnicy, że odlał ją Mistrz Bernhuser po Bożym Narodzeniu roku 1387 (za rok zakończono budowę Katedry we Fromborku). Znamy też nazwisko proboszcza, burmistrza i witryków. Witrycy – z reguły dwaj – zarządzali majątkiem kościoła, byli ( w uproszczeniu) niejako pośrednikami na linii: parafia – parafianie.

Bernhuser nie był artystą, był rzemieślnikiem. Ale rzemieślnikiem wysokiej klasy. I wykonał dzieło wyjątkowe, nie mające analogii na terenie Prus. Aczkolwiek moje angielskie grupy będą zachwycone, bo właśnie do Anglii powinien udać się tropiciel śladów i podobieństw bernhuserowego dzieła. I to nie jedyny związek Elbląga z Anglią (ale o tym kiedy indziej).

Także kształt chrzcielnicy jest wyjątkowy i niespotykany nigdzie indziej na terenie państwa zakonnego. To nie kadź (jak wszędzie), a oktogonalna czasza. Znaczenie ósemki z punktu widzenia średniowiecza jest niebagatelne. Oznacza szczęśliwy początek i odrodzenie duchowe. Jest to liczba chrztu świętego i zmartwychwstania. W tradycji żydowskiej obrzezanie odbywa się ósmego dnia po urodzeniu. Ósemka jest także symbolem Nowego Przymierza i szczęścia. Ósmego dnia zaczyna się nowy tydzień i nowa era. Według Ojców Kościoła to symbolika Zmartwychwstania Pańskiego oraz stworzenie na nowo przez chrzest święty. Dzisiejsza teologia widzi w ósemce symbolikę Ducha świętego. Treści zawarte na trzonie i czaszy wyjaśnione podczas wykładu – dały nam do myślenia, jak dużej wiedzy teologicznej musiał być zleceniodawca. To akurat nie dziwi przy wysokim poziomie nauczania w średniowiecznym Elblągu, i licznych studiach zagranicznych Elblążan.

Teraz przekazywanie treści dzieła Mistrza Bernhusera przyjdzie mi znacznie łatwiej. A cała reszta niezmiernie ciekawych informacji o pozostałych (cudem ocalałych z hekatomby 1945 roku) zabytkach też mi pomoże przy oprowadzaniu. Do tego jeszcze należy dodać specyficzne cechy snycerstwa elbląskiego, no i owe związki z Anglią, a także plejada nazwisk o tym świadcząca! Wszystko to pozwala łatwo wyprowadzić grupę w wyjątkową atmosferę Elbląga. I to nie tylko grupę angielską, ale też polską. Bo zmienia się widzenie tego miasta, wciąż niedocenianego wśród turystów i większości biur podróży.

Na szczęście niezmiernie lubię Elbląg, lubię też po nim oprowadzać. Toteż opracowując plany wycieczek dla moich grup, często wplatam w program chociaż krótką wizytę tutaj. Mam do tego miejsca zupełnie osobisty stosunek (może także dzięki plotkom rodzinnym). Toteż wiem, jak „czytać” to miasto, a moje grupy wyjeżdżają zachwycone tak miastem jak i jego historią. Podoba im się też i jego dzień dzisiejszy. I to mimo owej wspomnianej wcześniej pustki na Starym Mieście…

Na zakończenie – galeria zdjęć elbląskich z różnych moich wizyt w mieście. Bo mimo, że wciąż niedokończony – jest Elbląg bardzo fotogeniczny.

Gdańsk – wieczornie

I tak sobie szłam przez Miasto Moje Wieczorne i zachwycałam się nim od nowa… Jakiś księżyc nad Św. Jerzym, a do tego Brama Długouliczna, i widok na Ratusz. Wszystko to aż pchało mi się w obiektyw. I do ucha – bo akurat „grał” Ratusz.

A przy sposobności oczy przyciągnęła, po raz nie wiem który, Brama.

Kiedyś stała tu średniowieczna brama – taka ceglana 🙂 zwykła, jak to brama. Aż w XVII wieku nadszedł czas zmian. Ależ musiano narzekać (a może nie) na bałagan i rozbabrane miasto podczas licznych przebudów w tym czasie. Z Bramą (i nie tylko z nią) nieodłącznie związana jest postać Ambrahama van den Blocke’a (van den Block, lub van den Blocke, bo spotykamy się z różną pisownią jego nazwiska). Figury na balustradzie gzymsu koronującego odkute zostały przez Piotra Ringeringa jakieś 30 lat po powstaniu Bramy w obecnym kształcie. Usunięto je jednak w drugiej połowie XIX wieku. I dlatego, gdy po wojennych zniszczeniach odbudowywano Miasto i przy sposobności zdecydowano się odtworzyć brakujące figury na Bramie – trzeba było posłużyć się ceramicznymi kopiami z roku 1878. Mówiąc o zniszczeniach wojennych – mam tu głównie na myśli marzec 1945 roku – miesiąc śmierci Miasta, błędnie często nazywany „wyzwoleniem”.

Patrząc dzisiaj na Bramę Długouliczną, zwaną popularnie Złotą, widzimy ją po restauracji, czy do końca udanej – można by dyskutować.  Ale i tak mimo wszystko skupiamy się na przekazie, jaki niesie – starając się nie zauważać niedociągnięć dokoła.

I tak stojąc w niezmiennym zachwycie przed świetnie oświetloną Bramą, patrzyłam na figury, usiłując je zmieścić w obiektywie aparatu i zastanawiając się nad głębią treści i ideologią sprzed wieków. Może i sprzed wieków, ale jakże wciąż aktualną… Bo cała Brama mówi, opisuje Miasto, daje wskazówki jak je postrzegać.

A więc mamy od zachodniej strony figury przedstawiające: Pokój, z gałązką palmową i laską oplecioną laurem; to triumf i zwycięstwo. Pokój zazwyczaj depcze alegorię wojny z zarzewiem (głowa żeńska z pochodnią). Zaraz obok, po sąsiedzku stoi Wolność z kapeluszem i kodeksem prawnym. Kapelusz – a właściwie pileus – był znakiem wolności, bo nakładano go na ogoloną głowę świeżo wyzwolonego niewolnika. Dalej stoi Obfitość – tłumaczona jako Bogactwo. I tu nie trzeba nic wyjaśniać – dzierży Róg Obfitości. No i czwarta figura to Sława. Trzyma trąbę (to jej nieodłączny atrybut) i tarczę słoneczną oznaczającą blask wiecznej światłości, a depcze Zawiść (Zazdrość).

Od wschodu zaś (czyli od strony ulicy Długiej) widać Roztropność z lunetą i zegarem. To może bardziej Umiarkowanie – bo zegar to regularny i wstrzemięźliwy rytm życia, a luneta – to dalekowzroczność. Dalej, wznosząc oczy ku niebu stoi Pobożność z Pismem Świętym a zaraz obok niej Sprawiedliwość z wagą i prętem mierniczym w jednej, a gałązką oliwną i mieczem w drugiej ręce. Ten pręt mierniczy pojawia się potem jeszcze na plafonie w Letniej Sali rady ratusza Prawego Miasta. A wziął się z Ewangelii ” odmierzam wam bowiem taką miarą jaką wy mierzycie” Łk 6:38. No i najbliżej Dworu Bractwa Św. Jerzego stoi Zgoda. Trzyma pęk ciasno związanych strzał, ale w drugiej dłoni ma jedną strzałę, złamaną. I tu na myśl przychodzi historia Skilurosa, władcy Krymu, i słowa „jednością silni”. A raczej – zgodnie z inskrypcją na Bramie, maksyma mówiąca, że „zgodą małe państwa rosną, niezgodą duże upadają”.

I to wcale jeszcze nie koniec czytania Bramy Długoulicznej. Ale najlepiej stanąć przed nią, czy to od zachodu, czy od strony ulicy Długiej i samemu wsłuchać się w to, co chce powiedzieć o ambicjach mieszkańców. I o pozycji Miasta – Wtedy.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Herb Prus Królewskich

Piękny to herb i wyjątkowy w heraldyce ziem polskich.

Od lat go pokazuję moim grupom podczas podróży po ziemiach dawnych Prus Królewskich. Tłumaczę jego znaczenie, bo jest raczej nieznany tzw. szerszemu ogółowi. Od lat też staram się przekonać kolejne pokolenia kursantów, że jest to naprawdę wyjątkowy i piękny herb. Nie tylko zwyczajną urodą wizualną – ale też urodą znaczenia.

A ponieważ znalazłam w przepastnym archiwum opis herbu, jaki kiedyś zamieścił na swojej stronie Pan Bogdan Możdżeń, pozwalam sobie wkleić ów opis (z drobnymi skrótami). Niestety strona nie istnieje, a szkoda. Dzięki życzliwości Pana Bogdana lata temu łatwiej mi było zdać egzamin 🙂

Przy sposobności – dobrze by było, aby w szkołach na terenach byłych Prus Królewskich, nauczyciele wyjaśnili uczniom, co to za herb… tak bym pytając moich młodych wycieczkowiczów, nie słyszała jak dotychczas: „a to jakiś niemiecki herb”.

Jak ma być kształtowana tzw. świadomość tych ziem, tzw. lokalny patriotyzm, skoro nie zna się TAK podstawowych znaczeń!!!

Żeby zrozumieć historię tego wyjątkowego w polskiej heraldyce herbu, trzeba pamiętać o specyfice Prus Królewskich na tle dziejów Rzeczpospolitej.

Terytorialnie interesujący nas herb obejmuje niedawno zlikwidowane województwa: elbląskie, gdańskie, toruńskie i północną, pomorską część województwa bydgoskiego.

Herb pozostawał w użyciu od 1454, w tym nieprzerwanie w całym okresie istnienia Prus Królewskich, czyli w latach 1466-1772.

Od początku do końca istnienia Prus Królewskich herb prowincji był także herbem dwóch spośród jej trzech województw: chełmińskiego i malborskiego. Trzecie województwo, województwo pomorskie, posiadało własny symbol, czerwonego, koronowanego gryfa.

Herb prowincji miał jednak znaczenie spajające i nadrzędne. Znajdowało to wyraz przede wszystkim w rysunku pieczęci Prus Królewskich, jak również w powszechnym zastosowaniu herbu w symbolice mieszczańskiej i szlacheckiej.

W okresie rozbiorowym herb Prus Królewskich przejęła prowincja Prusy Zachodnie, stanowiąca część składową Królestwa Prus i zarazem Rzeszy Niemieckiej. Trwało to do 1920 roku.

Przyjmuje się, że herb Prus Królewskich ustanowił i nadał stanom pruskim król Kazimierz Jagiellończyk w roku 1454, w bardzo ważnej historycznie chwili, kiedy zbuntowane przeciwko Zakonowi Krzyżackiemu społeczeństwo pruskie zwróciło się do króla Polski o roztoczenie nad Prusami panowania i opieki. Jak jeszcze będzie o tym mowa, geneza herbu pozostaje w najściślejszym symbolicznym, prawnym i politycznym związku z inkorporacją Prus. Było to zdarzenie, które ze względu na jego znaczenie i historyczną trwałość zalicza się do najświetniejszych osiągnięć w dziejach Polski.

(…)

Herb Prus Królewskich ustanowiony przez Kazimierza Jagiellończyka przedstawiał czarnego orła z koroną na szyi lub tułowiu, ze zbrojnym ramieniem w srebrnym, czyli w białym polu.

Interpretację heraldyczną godła Prus Królewskich dał w roku 1928 Sylwiusz Mikucki przeciwstawiający się ówczesnym twierdzeniom nauki niemieckiej, jakoby czarny herb Prus Królewskich wyrażał wyłącznie niemieckość naszego regionu.

Przeciwnie, Mikucki dowodził, że czarny orzeł mieczowy wywodzi się z aktu ustanawiającego polskiego króla i że wyraża ogromnie ważny dla Polski program polityczny.

Według S. Mikuckiego, od roku 1308, od czasu zaboru Pomorza Gdańskiego przez Krzyżaków, żaden z królów polskich nie zaniechał w swojej tytulaturze tytułu dziedzica Pomorza. Dlatego z chwilą, kiedy rycerstwo i mieszczaństwo Prus w 1454 roku dobrowolnie zwróciło się do króla Polski o opiekę, Kazimierz Jagiellończyk przybrał tytuł pana już nie tylko Pomorza Gdańskiego, lecz pana całych Prus.

6 marca 1454 roku król Kazimierz Jagiellończyk wydał akt inkorporacji Prus do państwa polskiego. Na dobrowolne i usilne prośby stanów pruskich król wcielił do Polski nie tylko Pomorze Gdańskie, utracone 150 latach wcześniej, ale też Ziemię Chełmińską oraz terytoria, które wcześniej nigdy do Polski nie należały: obszar Elbląga, obszar Królewca i całe pozostałe Prusy.

Zdaniem S. Mikuckiego, ustanowiony przez Kazimierza Jagiellończyka herb, czarny orzeł mieczowy, jest wyrazem tego właśnie stanu prawnego, który wyrażał nie tylko żądanie zwrotu zagarniętego przez Krzyżaków Pomorza, lecz również zgłaszał pretensje do całych Prus, żądanie, przypomnijmy, poparte dobrowolnie wyrażoną prośbą miejscowego rycerstwa i mieszczan.

Na wyrażenie praw i pretensji do ziem pruskich Kazimierz Jagiellończyk potrzebował wyrazu heraldycznego.
Prusy pod panowaniem zakonnym nie posiadały innego herbu, jak tylko dobrze wszystkim znane godło wielkiego mistrza: w polu srebrnym krzyż złoty obwiedziony na czarno, z tarczą złotą na przecięciu się jego ramion, w której mieścił się cesarski orzeł czarny.

Król mógł zatem przyjąć wyłącznie ten herb, ale nie w postaci pełnej. Kazimierz Jagiellończyk w dziedzinie czysto zakonnej, kościelnej, nie rościł sobie żadnych praw do Krzyżaków, pozostawiając je papieżowi. Król nie rościł sobie także praw do wszystkich posiadłości Zakonu Krzyżackiego, rozsianych po całej Europie, lecz tylko do ich części pruskiej, która wypowiedziała Zakonowi posłuszeństwo.

Wobec tego król przyjął herb krzyżacki, ale z pewnymi ważnymi zmianami.

Odrzucił krzyż jako godło zakonne, znak instytucji religijnej, zachował natomiast orła mistrzów krzyżackich oraz jego czarny kolor.

By jednak wyraźnie zaznaczyć, że jest to herb dawnych ziem zakonnych, które obecnie weszły w skład Korony Polskiej i znalazły się pod opieką dynastii Jagiellonów, Kazimierz Jagiellończyk dodał do herbu koronę na szyi orła i opancerzoną rękę z mieczem.

Korona wyraża opiekę i władzę króla polskiego nad Prusami, stanowi w terminologii heraldycznej tzw. udostojnienie herbu. Jest to w całej pełni symbol polityczny: symbol Korony Polskiej, Corona Regni Poloniae.

Zbrojne ramię pochodzi z herbu litewskiego Pogoń i wyraża opiekę roztoczoną nad Prusami przez dynastię Jagiellonów.

Zdarza się, że współcześnie czarny kolor orła w wyniku uprzedzeń i resentymentów przeszkadza Polakom w zrozumieniu sensu heraldycznego herbu Prus Królewskich.

Przykładowo w dyskusji o herbie województwa toruńskiego w 1995 roku zadecydowało stanowisko, że czarna barwa herbu nie zostanie przyjęta przez opinię publiczną.

Dlatego zacytuję Sylwiusza Mikuckiego dosłownie, przytoczę pogląd wypowiedziany 70 lat temu. Mikucki pisze:

„Tak tedy widzimy, że herb ziem pruskich wywodzi się bezpośrednio od herbu państwa zakonnego i bynajmniej nie usiłuje zatrzeć swego rodowodu. Jedynie bowiem przez jak najdobitniejsze zaznaczenie swego pochodzenia mógł on w całej pełni jasno i zrozumiale dla wszystkich wyrazić to, dla czego został stworzony i co miał symbolizować. Mimo jednak tego, że pochodzi w prostej linii od herbu krzyżackiego, nie był symbolem niemieckości tych terytoriów, do których się odnosił, lecz stał się wyrazem praw i pretensji króla polskiego do ziem pruskich, poprzednio pod panowaniem Zakonu pozostających, łączył się nie ze sprawą narodowościową, lecz ówczesnymi stosunkami prawno-publicznymi i jedynie na tle tych ostatnich można należycie znaczenie jego zrozumieć i wyjaśnić.

(…) nie można żadną miarą łączyć genezy herbu z jakimkolwiek momentem narodowościowym, co zgadza się najzupełniej z faktem, że w powstaniu miast i stanów pruskich przeciw Zakonowi, które wspólnie złączyło żywioł polski i niemiecki, czynnik narodowościowy nie odgrywał żadnej roli, główną zaś podstawą wyzwoleńczych dążeń związkowych pruskich były przyczyny natury polityczno-społecznej”. (koniec cytatu)

Tak więc trzeba z całą mocą podkreślić, że herb Prus Królewskich, czarny orzeł mieczowy, chociaż bezpośrednio pochodzi z herbu mistrzów krzyżackich, z racji jagiellońskiego nadania w pełni i bez jakichkolwiek zastrzeżeń należy do 500-letniej polskiej tradycji heraldycznej.

Nie ma żadnych obaw o akceptację tego symbolu, o ile wyjaśni się ludziom genezę i treść herbu.

(…)

Trzeba również przypomnieć, że czarny orzeł nie jest w polskiej tradycji czymś wyjątkowym. Motyw czarnego orła występuje w piastowskim herbie Śląska, w herbach staropolskich województw płockiego i rawskiego oraz w herbie woj. sieradzkiego.

Bardzo wcześnie herb Prus Królewskich występuje na polskich pieczęciach królewskich. Zjawia się po raz pierwszy na majestatycznej pieczęci króla Kazimierza Jagiellończyka.

Już za czasów Kazimierza Jagiellończyka orzeł mieczowy wprowadzono również na stempel miejscowej monety pruskiej. Na monetach gdańskich herb mieczowy przetrwał do XVIII w.

Prusy Królewskie posiadały własną pieczęć z godłem prowincji. Do 1480 roku była to pieczęć gubernatora Prus, następnie, po wygaśnięciu tego urzędu, była to pieczęć nazywana w języku polskim pieczęcią krajową ziem pruskich, w języku łacińskim Sigillum Terrarum Prussiae, w języku niemieckim Landessiegel. Jako ciekawostkę podam, że z biegiem czasu kilkakrotnie zmieniano wzór tej pieczęci. Jedną ze zmian wprowadzono podczas obrad sejmiku generalnego Prus Królewskich w Grudziądzu w styczniu 1614 roku. Nowa pieczęć, podobnie jak wszystkie poprzednie i wszystkie następne, nosiła wizerunek orła z koroną i mieczem.

Prawdopodobnie najstarsze znane barwne przedstawienie herbu, pochodzące sprzed 1480, znajdowało się w kościele w miejscowości Próchnik (niem. Doerbeck) pod Elblągiem. Na ścianie chóru obok siebie widniały królewski biało-czerwony herb Polski oraz czarny orzeł prowincji pruskiej z koroną i uzbrojonym ramieniem. Kościół przyozdobiono herbami z polecenia gubernatora Prus Królewskich, Ścibora Bażyńskiego.

Odtąd na przestrzeni wieków XV, XVI, XVII i XVIII wizerunek czarnego orła mieczowego spotykamy powszechnie w dokumentach źródłowych, zabytkach materialnych i na najważniejszych budowlach Prus Królewskich, zwłaszcza w Gdańsku, w Elblągu i w Toruniu.

Spośród wielu dostępnych przekazów wymienię najważniejsze:

  • Czarne orły mieczowe w czasach Rzeczpospolitej zdobiły ratusze Starego Miasta i Głównego Miasta w Gdańsku, najważniejsze bramy miejskie Gdańska, dom gdańskiego burmistrza Konstantego Ferbera oraz zabytki zgromadzone w Dworze Artusa. Barwne przedstawienia czarnego orła Prus Królewskich w triadzie z biało-czerwonym orłem Polski i herbem Gdańska przedstawiają dzieła gdańskiej sztuki malarskiej:

– obraz Okręt Kościoła z r. 1500

– wizerunek ratusza gdańskiego A. Mollera z r. 1601

– plafonowa panorama Gdańska pędzla Izaaka van den Blocke z 1608 (Alegoria handlu gdańskiego)

  • Czarny orzeł mieczowy nadany przez Kazimierza Jagiellończyka głęboko wrósł w tradycję Torunia i całej Ziemi Chełmińskiej.
  • Polska i polonizująca się szlachta województwa chełmińskiego umieściła czarnego orła na chorągwi ziemskiej swojego województwa. Oryginalny egzemplarz tej chorągwi pochodzący z XVI w. zachował się w z zbiorach Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie.
  • Istnieje również zachowana chorągiew tzw. kwatery chełmińskiej z wieku XVIII. I ona nosi znak Prus Królewskich.
  • Wizerunek herbu województwa chełmińskiego i Prus Królewskich dał Jan Karol Dachnowski. Ten żyjący w I połowie XVII w. sekretarz miasta Chełmna w swoim „Herbarzu szlachty Prus Królewskich” przedstawił herb Prus Królewskich w rysunku czarno-białym.
  • Szlachta województwa chełmińskiego posiadała własną pieczęć ziemską, której wizerunek z XVII wieku jest znany. Nosi ona godło Prus Królewskich.
  • Czarny orzeł mieczowy zdobi kartę tytułową dzieła z 1684 roku, Historia Prus starych i nowożytnych, pióra Krzysztofa Hartknocha, historyka i znawcy Prus, człowieka związanego całe życie z Prusami i 10 lat z Toruniem.
  • W 1740 roku powstał album rysunków Jerzego Fryderyka Steinera, zaliczany do najważniejszych osiągnięć ikonografii Torunia w całej historii miasta. Jeden z kolorowych rysunków przedstawia toruński Dwór Artusa, a na nim, po bokach portalu głównego, widzimy medaliony z biało-czerwonym orłem Polski i czarnym orłem Prus Królewskich i woj. chełmińskiego.
  • Katedra św.św. Janów w Toruniu, główna świątynia diecezji toruńskiej: na epitafium Mikołaja Kopernika połączonym z epitafium uwielbianego przez średniowiecznych torunian króla Polski Jana Olbrachta, trzy metry od miejsca, gdzie spoczywa serce króla, widnieje udany w kompozycji czarny herb Prus Królewskich. Obok niego koronowany orzeł Polski. Herb pochodzi z roku 1589. W 1733 roku epitafium i herb odnowił Jakub Kazimierz Rubinkowski (…).
  • Motyw czarnego orła do dziś zachował się w herbie Wąbrzeźna.
  • Herb Prus Królewskich od początku jego funkcjonowania rejestrowały źródła heraldyczne i historyczne powstałe poza Prusami, czyli, jak się wtedy mawiało, w Koronie.

Listę tych źródeł trzeba rozpocząć od Jana Długosza. W przypisywanej mu pracy zatytułowanej „Klejnoty” znajdujemy charakterystykę naszego herbu. Długosz opisuje ten herb jako, cytuję: „w polu srebrnym orzeł czarny z koroną złotą na szyi, z ramieniem zbrojnym wyrastającym ze skrzydła”.

Inne źródła to:

Wieniec herbów ziem i województw Królestwa Polskiego w Statucie Łaskiego z 1506 roku (Commune incliti regni Poloniae privilegium).

Zestaw herbów ziem i lenn Rzeczypospolitej w herbarzu polskim „Arma Regni Poloniae” Marka Ambrożego z Nysy.

Bartosz Paprocki, w dziele „Herby rycerstwa polskiego” z 1584 roku podaje herb Prus Królewskich jako czarny orzeł w białym polu.

Wizerunki czarnych orłów naszej części Rzeczpospolitej zawiera Kronika Polska Joachima Bielskiego z 1597 roku.
Wieniec herbów ziem i województw polskich w winiecie tytułowej Konstytucji Sejmu Walnego Koronnego w Warszawie, 1601.

Herb Prus Królewskich w Kaplicy Królewskiej w katedrze w Płocku.

Bardzo udany wizerunek herbu Prus Królewskich i woj. chełmińskiego znajdziemy w katedrze w Sandomierzu.

Na uwagę zasługuje fakt, że po roku 1772, po rozbiorach Polski, państwo pruskie uszanowało stary symbol i przejęło go jako herb prowincji Prusy Zachodnie, w których składzie do r. 1920 znajdowały się ziemia chełmińska i Grudziądz. Chociaż Prusacy doskonale wiedzieli, kto ustanowił herb i w jakich okolicznościach to nastąpiło, elementy heraldyczne związane z Polską zostały zachowane.

Po 1920 społeczeństwo Pomorza skłaniało się bardziej ku godłu pomorskiego gryfa, czarny orzeł mieczowy zanadto kojarzył się z dopiero co zakończonym okresem niewoli i na pewien czas wyszedł z użycia.

Co jednak niezwykle ciekawe, im bliżej wybuchu II wojny światowej, im bardziej napięte stawały się stosunki polsko-niemieckie, tym dojrzalej i bardziej obiektywnie spoglądano na prawdę historyczną w naszej regionalnej heraldyce.

W 1938 roku herb Prus Królewskich znalazł się w kompozycji heraldycznej herbu sugerowanego przez toruński dwumiesięcznik Teka Pomorska dla powiększonego w tym czasie województwa pomorskiego.

Być może ostatnie wydawnictwo z dziedziny heraldycznej w niepodległej Polsce, wydane w 1939 roku „Herby miast i ziem polskich” Antoniego Chomickiego, praca opublikowana przez Wydawnictwo warszawskiego czasopisma „Archiwum Heraldyczne”, podaje dla woj. chełmińskiego i całych Prus Polskich herb czarno-biały.

W 1962 roku, już w zupełnie nowych warunkach politycznych, znany badacz pieczęci i herbów, prof. Marian Gumowski, poproszony o opinię na temat projektowanego herbu województwa bydgoskiego, zaproponował połączenie w jednym symbolu herbów Kujaw, ziemi dobrzyńskiej i czarnego herbu Prus Królewskich.

W Polskich herbach ziemskich Stefana K. Kuczyńskiego z 1993 roku, czarnemu herbowi Prus Królewskich został poświęcony odrębny rozdział, wyczerpująco podbudowany licznymi przekazami źródłowymi.

Niedawno w gdańskim Dworze Artusa zrekonstruowano słynny piec, jeden z największych zabytków w świecie tego typu. Na jego kaflowym oblicowaniu konserwatorzy sztuki odtworzyli herby Królestwa Polskiego, Gdańska i oczywiście czarnego orła mieczowego Prus Królewskich.

Tyle Pan Bogdan.

Od siebie dodam, że trzymaczami herbu są jednorożce. Oto co pisze o symbolice jednorożca prof. St. Kobielus w swoim „Bestiarium chrześcijańskim”:

(…) jednorożec jest symbolem Chrystusa i Jego Wcielenia, czystości, dziewictwa, duchowej płodności, siły, dzikości, pychy, wyniosłości, czujności a jego róg probierzem trucizn… W wielu przypadkach wyobrażeń jednorożca używano do alegorycznych personifikacji Czystości (…)

Wikipedia idzie na skróty i mówi:

(…) Starożytni autorzy przypisywali mu dobroć, odwagę, moc i cnotę. Późniejsze wersje mówiły o nim jako o zwierzęciu groźnym i dzikim, symbolizującym siłę rycerską. Według legendy może być schwytany i oswojony tylko przez dziewicę. Z tej racji symbolizuje także czystość i dziewictwo. W Chinach, jednorożca nazywano qilin. Stanowił tam godło monarchy, symbolizując przede wszystkim sprawiedliwość. Legenda mówi, że miał ukazywać się na rozprawach sądowych, by zabić winnych i uwolnić niewinnych (…)

Miłego korzystania 🙂

A tak na marginesie – czy ktokolwiek kiedykolwiek pokusił się o policzenie ile razy można spotkać ten piękny herb na ziemiach dawnych Prus Królewskich ?

Krakowskie reminiscencje…

Pojechałam do Krakowa… Nic nowego, bo jeżdżę tam bardzo często głównie z wycieczkami… I to mimo znacznej odległości i powolności tzw. środka masowego rażenia, na jaki jestem skazana. Za każdym razem wracam stamtąd chora. Chora z zazdrości. Do szału zawiści doprowadza mnie między innymi to, że TAM muzea czynne są długo, mimo, że teraz to przecież nie sezon!!!

Ale do rzeczy:

Pojechałam i trafiłam na cudowną pogodę. Słońce i lekka mgiełka, chłodek ale wcale nie przerażający.

I tłumy!

Kiedyś była taka reklama w TVP, mówiąca o tym, że Kraków nigdy nie zasypia. I to prawda. Bez względu na porę roku, dnia czy nocy – tam stale są ludzie 🙂

No i ja też postanowiłam być.

Przede wszystkim poszłam wreszcie do Barbakanu (nazwa dziwna i nikt nie wie skąd się wzięła, ale funkcjonuje i wszyscy jej używają).

Zachłysnęłam się tam nie tylko widokami, ale przede wszystkim cudnymi palcóweczkami …

Ponieważ bateria w aparacie uparcie dawała mi do zrozumienia, że chce doładowania, sama postanowiłam także się „doładować” w ulubionym miejscu 😉

A potem znowu ruszyłam na „polowanie”.

I tak trafiłam do krypt u Reformatów. Po raz pierwszy w życiu zresztą, bo od dawna były zamknięte ze względu na niekorzystne zmiany klimatyczne wewnątrz. Nadto posadzka była stale wilgotna, i całość wymagała prac izolacyjnych i osuszających. Teraz, kiedy miejsce zostało uratowane po pracach zabezpieczających – nowy przełożony konwentu zadecydował o otwarciu krypt w każdą niedzielę po ostatniej mszy. A że ja akurat trafiłam tam w niedzielę i po mszy – pozwolono mi wejść, a raczej zejść.

Zeszłam, zrobiłam mnóstwo zdjęć, zadumałam się nad szczątkami panny Urszuli Morszkowskiej, zmarłej ponoć w dzień ślubu. Legenda mówi, że została otruta, tylko dlatego, że chciała popełnić mezalians. Ileż to mezaliansów (mentalnych przede wszystkim) popełnia się dzisiaj i NIC… Zahipnotyzowała mnie naprawdę smutna twarz Modrewiczówny, 12-latki zmarłej w XVIII wieku. Zastanowiła mnie Domicella Skalska, bo ja już przecież o niej słyszałam… Tylko KIEDY i w jakim kontekście ?

Przypomnieli mi się w tym miejscu tak konfederat barski (w butach Wehrmachtu) z Olsztyna pod Częstochową jak i powstaniec ze Świętego Krzyża, że nie wspomnę już o domniemanym Strasznym Jaremie

Kiedy w końcu wychynęłam na tzw. świeże powietrze (stale mając w myślach słynną trylogię Zbigniewa Święcha pt. „Klątwy, mikroby i uczeni”) , otworzyłam sążniste tomiszcze świetnego „Przewodnika po zabytkach Krakowa” autorstwa profesora Michała Rożka i udałam się dalej, zgodnie z sugestiami. Nie wszędzie udało mi się zajrzeć, nie wszystko zdążyłam zwiedzić.

Ale zaglądnęłam do Bernardynek na chwilkę, po to żeby nieco odpocząć od zgiełku… I nie zawiodłam się.

w przedsionku do… do nieba? spokoju? do siebie ?

Po drodze zaś weszłam do Świętego Wojciecha, by natknąć się na dołki ogniowe…

świętowojciechowe dołki ogniowe

No a potem już poszłam Grodzką, by chwilkę  nacieszyć się Świętoandrzejową ciszą… jak zawsze zresztą, kiedy tu jestem…

świętoandrzejowej ciszy ciąg dalszy

Oczywiście weszłam przy sposobności (co także jest moim zwyczajem) do Piotra i Pawła i trafiłam na próbę przed koncertem

No i poszłam na ulicę Św. Jana, do Pijarów. Nie, wciąż nie polubiłam baroku, ale mam do tego kościoła i tego zaułku szczególny stosunek i z sentymentem tam zachodzę.

kościół Pijarów

I tak chodziłam i chłonęłam atmosferę tego Wyjątkowego Miasta, aż w końcu nadeszła pora powrotu do domu… Aparat wprawdzie całkiem się zbuntował, ale zdążyłam zrobić jeszcze zdjęcie wieczorne. Jako, że wieczorami właśnie Kraków jest wspaniale oświetlony.

wieczorny Teatr Słowackiego

Jak zwykle – moja trasa wiodła obok Teatru Słowackiego, więc go ustrzeliłam przy sposobności wieczornie.

I jak zwykle dziób mi się rozjechał do śmiechu na sam widok pięknego gmaszyska… A to za sprawą pewnej anegdoty rodzinnej…

Otóż… onegdaj… moja galicyjska babcia zabrała którąś swoją pannę służącą do Słowackiego na jakieś przedstawienie 😉 w ramach „ukulturalniania” służby.

No i wróciła chmurna – dwór zamarł, łagodna zazwyczaj Pani się gniewała… Nie chciała powiedzieć co się stało. Nic nie chciała powiedzieć, zamknęła się w gabinecie i nie zeszła nazajutrz na śniadanie.

Jednakże panna służąca była bardziej rozmowna… W kuchni opowiedziała zgromadzonej reszcie służby, jak to pani dziedziczka zabrała ją do Krakowa do teatru:

” i naso pani wziena mie do tyjotru… cudo takie że yh! na podłogie wejszła tako inno paniusieńko ubrana co ino… i zaczeła tajcuwać… jedno nózko w góre i drugo nózko w góre… tak tajcuwała, i tajcuwała, co i rusz te nózki w góre, kazdo w inno strone… No i jo sie bała co sobie krzywdu zrobi, to i wychyliła ja się z tego balkonu co mnie naso pani usadziła i krzykła do tej co to tajcuwała – paniusieńko pikniusieńko, a uwazajciez bo se pizdu łozedracie”.

Ten cytat towarzyszył mi zawsze podczas odwiedzin u mojej krakowskiej gałęzi rodziny (wzbudzając oburzenie u starszego pokolenia) i nijak nie potrafię przejść koło pięknego gmachu z powagą stosowną…

Krakowa ciąg dalszy będzie za miesiąc…

Żuławskie zauroczenia

Pamiętam, jak kiedyś powiedziałam, że na Żuławach nie ma niczego ciekawego. Że płasko, pusto, nudno…

A potem… najpierw z rodzinnej historii wylazł mi jakiś pra-szczur na Żuławach, a następnie –  zostałam przewodnikiem…

😀

Konkludując – nigdy już tak nie powiem. Bo im więcej wiem o Żuławach i ich dawnych mieszkańcach, i im serdeczniejsze mam  z nimi kontakty, tym bardziej bliski staje mi się ten Niski Kraj nad Wisłą.

Znalazłam klucz do Ojczyzny dla Przybyszów (bo tak właśnie nazwał ten kawałek świata Peter J. Klassen).

Trudno słowami opisać piękno tego kawałka Polski, który obejmuje około 2,5 tysiąca kilometrów kwadratowych (piszę około, bo nigdy nie pamiętam, ile dokładnie).

A wszystko zaczęło się w latach 1540-tych, kiedy to dwie wielkie powodzie zniszczyły okolice w pobliżu bogatego Gdańska. Rada miejska postanowiła zaprosić ekspertów do pomocy przy zalanych gruntach, a zarazem przeprowadzić akcję osiedleńczą nagle wyludnionych terenów.

A któż mógł zrobić to lepiej niż ludzie z Niskich Krajów?

Tak więc, z ramienia Rady Miasta Gdańska do Niderlandów wybrał się Filip Edzema (sam był z pochodzenia Fryzyjczykiem), celem znalezienia chętnych do osiedlenia się w delcie Wisły –  na wschód i na południowy wschód od Gdańska.

I w ten sposób rozpoczęła się historia osadnictwa Mennonitów nad Wisłą.

Znalazłam w internecie niezmiernie ciekawą książkę Petera J. Klassena, którą bardzo polecam:  Mennonites in early modern Poland & Prussia.

Nie ma dobrych polskich książek dających pełny obraz życia tej grupy społecznej, poza jedną, jedyną rzetelnie napisaną pozycją.

Mam tu na myśli książkę profesora Edmunda Kizika pt. Menonici w Gdańsku, Elblągu i na Żuławach Wiślanych w drugiej połowie XVII i w XVIII wieku.

Chcąc dowiedzieć się więcej, i poznać prawdziwe informacje, należy sięgnąć do lektury książek pisanych przez samych Mennonitów.  A już najlepsze są z nimi spotkania. 🙂

Jestem wielką admiratorką Żuław i ich krajobrazów.

Powojenne władze i administracja (a często i wciąż sami mieszkańcy) robiły i robią wiele, by zupełnie zeszpecić te tereny, a poprzednich mieszkańców skazać na zapomnienie. Modne stało się nawet zaprzeczanie dorobku Menonitów.

Żuławy jednak wciąż zachwycają pięknem, spokojem i ponadczasową harmonią.

Azumini

W opowieści o Panu Jodło padła nazwa Azumini. Miasto,  jako ważny węzeł komunikacyjny spełniało zarazem od zawsze rolę miejsca targowego. I właśnie dlatego stało się jednym z wielu miejsc na mapie Afryki naznaczonym ciemną stroną historii, jaką były czasy niewolnictwa.

Nigdy nie zapomnę przewodnika w Fort Metal Cross  (Dixcove) w Ghanie. Opowiadał, że jako dziecko zdołał uciec z Korytarza Bez Powrotu. Tak nazywano w nadmorskich fortecach korytarze, którymi gnano ludzi na statki. Bo tak naprawdę, mimo, iż w roku 1926 Liga Narodów zakazała handlu niewolnikami, to trwał on w najlepsze aż połowy XX wieku.

Oblicza się, że od czasów, kiedy Admirał Sir John Hawkins wymyślił okrężną drogę przez Atlantyk, około 10 milionów ludzi zostało sprzedanych z Afryki w niewolę. A Zatoka Gwinejska zyskała miano Zatoki Niewolników (w jej skład wchodzą Zatoka Benin i Zatoka Bonny).

Wspomniałam Sir Hawkinsa. Otóż wymyślił trasę okrężną, głównie po to,  by wyeliminować pośrednictwo arabskie w handlu niewolnikami. W Anglii kupował towary i wiózł je do Afryki właśnie na zatokę Gwinejską. Tam wymieniał towary na niewolników, których przewoził za Ocean – do  Ameryki. Tam z kolei wymieniał ludzi na kolejny towar. Po powrocie do Anglii – ów kolejny towar sprzedawał, zbijając na tym niezły majątek… Anglicy pamiętają Hawkinsa głównie jako jednego z trzech kontradmirałów zasłużonych podczas bitwy z hiszpańską Armadą.

Wiele osób zapewne pamięta serial pt. „Niewolnica Izaura” jako nudnego tasiemca. Niewiele zaś zastanawiało się pewnie podczas jego emisji – skąd się ci niewolnicy wzięli. Otóż wielu miało korzenie właśnie w Nigerii. Do dzisiaj wielu Brazylijczyków i Kubańczyków ma pochodzenie Yoruba.

A ja mieszkałam w domu pokolonialnym.

Był piękny – ogromny, zbudowany z kamiennych ciosów. Do kuchni, tej oryginalnej, trzeba było przejść zadaszonym pasażem. A do kwater służby szło się nieco dalej – aż pod sam busz. Kwatery te, to były dawne kwatery niewolników –zaadaptowane na mieszkania.

Jak taka kwatera wyglądała?

Otóż był to kamienny baraczek z dwoma pomieszczeniami. Czasem tych pomieszczeń było trzy. Zależało to widać o zamożności właściciela domu. U nas było po dwa pomieszczenia w 3 baraczkach. Wielkość pomieszczeń?  Może z 3m x 3m. Nie więcej. Pamiętam, że było tam ciemno i ciasno. Kamienna rama w jednym z pomieszczeń wyznaczała miejsce na palenisko,  a  w drugim  kamienny podest wyznaczał miejsce na wyrko (coś podobnego można oglądać w jednej z cel w Zespole Przedbramia w Gdańsku). Wody w kwaterach nie było, tę się nosiło z pompy. Okropne i nieprzytulne miejsce. W zakolu buszu, dostatecznie daleko od domu, by nie przeszkadzało państwu, ale zarazem dostatecznie blisko, by można było zadzwonić na niewolnika.

Kiedy się wprowadziliśmy do Błękitnego Domu, a wraz z nami Akpan, mój Ojciec natychmiast przystąpił do modernizacji pomieszczeń dawnych kwater niewolników. Ale zanim to nastąpiło, musiał otrzymać zgodę od władz firmy. Dom bowiem był służbowy. I nie chodziło tu bynajmniej o ochronę zabytków! Chodziło o… niechęć do wydawania pieniędzy na poprawę bytu służby. Część więc wydatków Ojciec poniósł z własnej kieszeni. Jednakże przedtem pokazał mi i opowiedział, jak się tam mieszkało w czasach kolonialnych.

Na placyku nieopodal stał nawet pręgierz.

Może dlatego właśnie jakoś nigdy nie przepadałam za prze-egzaltowanymi bohaterami sienkiewiczowskiej opowieści o Afryce. Bo pomijając dość barwne opisy Afryki – Sienkiewicz wiedział figę… A jego punkt widzenie był li tylko kalką kolonialnych opisów.

Handel niewolnikami w Nigerii nie jest dobrze poznany. Badania  tej części historii kraju trwają dopiero od paru lat. W głównej mierze mówi się o niewolnikach z Gambii (Mandingo), Ghany, Togo, Beninu czy o słynnych  Senegalczykach. Dopiero zaczyna się mówić o niewolnikach Yoruba czy Igbo, albo Fulani czy Hausa. To wciąż tam drażliwy temat. Tym bardziej, że często rodzina sprzedawała w niewolę swoje dzieci, czy swoich nieprzyjaciół pojmanych w napadach. Częste w tych rejonach rytualne nacięcia twarzy potem nierzadko stosowano także i po to, by oszpecić twarz potencjalnego niewolnika. A i to nie zawsze pomagało.

Niedaleko Lagos znajduje się miasto Badagry. I to właśnie  to miasto położone malowniczo nad Zatoką Benin było centrum niewolnictwa nad zatoką, i to tutaj załadowywano niewolników na statki do Ameryki. Oblicza się, że nie mniej niż 550 tysięcy niewolników wysłano stąd do Ameryki w samym tylko roku l787. Poza tym, niewolnicy trafiali do Europy, Ameryki Południowej i na Karaiby.

A co ze wspomnianym Azumini ? Otóż tędy także biegł szlak niewolniczy. Z głębi dzisiejszej Nigerii pędzono ludzi do Azumini, i dalej – transportowano ich rzeką (Blue River) aż na Bonny i potem na Zatokę. Do dzisiaj zachowały się w mieście tak kwatery do przetrzymywania niewolników, jak i targ, na którym wstępnie dokonywano transakcji. Zachowała się też pozostałość tzw. świętego gaju, tuż obok targu.

Obecnie planowana jest w Azumini trasa turystyczna „śladami niewolników”. Można zastanowić się, czy to etyczne. Tym bardziej, że wciąż przecież w tamtych rejonach świata giną ludzie. Ale nie od dzisiaj wiadomo, że tzw. trasy martyrologiczne cieszą się niezmierną popularnością…

Olsztyńskie wariacje

Czas na Olsztyn, bo o nim tu jeszcze nie pisałam.

No, to teraz to czynię i to z chęcią. Nie będę podawała powodu, dla którego pojechałam tam wczoraj z AP – bo to można przeczytać tu. Dość, na tym, że mimo barbarzyńskiej godziny pobudki – i konferencji niekoniecznie rewelacyjnej – Olsztyn, jak zwykle, okazał się być urokliwy, śliczny, wart odwiedzenia… i co tam jeszcze mamy w słownictwie na opisanie miasta, które wciąż nie docenione – również samo niespecjalnie zdaje sobie sprawę ze swoich walorów i niezbyt umie je wykorzystać.

Napisałam „jak zwykle”, bo do Olsztyna po raz pierwszy trafiłam parę lat temu – podczas przygotowań do egzaminu warmińsko-mazurskiego. Od tego czasu zajeżdżam tu co jakiś czasy, niezmiennie zauroczona.

I gorąco polecam – kto jeszcze tam nie był – koniecznie należy odwiedzić to miasto.

A wszystko zaczęło się 31 października 1353r. Wtedy to dzisiejszy Olsztyn otrzymał prawa miejskie i nazwę Allenstein (Gród nad Łyną – dla Polaków Holstin, później wymawiano Olstyn). Mądre Głowy twierdzą, że nazwa pochodzi z języka pruskiego. No a skądże by miała pochodzić, skoro to ziemie pruskie! Przy okazji praw miejskich, pada imię zasadźcy i zarazem pierwszego burmistrza – Jana z Łajs. Pochodził z rodziny, którą często spotkać można w dokumentach dotyczących kolonizacji południowej Warmii.

Potem dla miasta nastały tak zwane ciekawe czasy.

Moja niezmienna od lat sympatia do miasta – jest tym  mocniejsza, że w latach 1516-1519 i 1520-1521 administratorem dóbr Kapituły Warmińskiej był Mikołaj Kopernik. Podczas swoich tu bytności mieszkał w zamku kapitulnym.  Do dzisiaj pokazuje się na murze krużganku tablicę wykreśloną ręką Doktora Mikołaja (nad wejściem do komnaty, w której przemieszkiwał). Tablicę wykreślił wprost na murze, i przypuszcza się, że służyła mu jako pomoc do obliczeń pozornego ruchu słońca – podczas równonocy tak jesiennej jak i wiosennej.  Nad tą funkcją pomocniczą naukowcy wciąż dyskutują, ale to najmniej ważne. Ważne, że to konkretna pamiątka po Doktorze Mikołaju!

No i nie bez znaczenia jest też iż to tutaj – w olsztyńskim zamku – Pan Administrator Dóbr Kapitulnych osobiście kierował przygotowaniami do obrony podczas wojny z  Zakonem Krzyżackim w latach 1519 – 1521.

A wracając do funkcji Administratora, jaką pełnił Kopernik – warto odnotować, że objąwszy ją – osiadł w Olsztynie 8 listopada 1516 roku. W czasie administrowania dobrami kapitulnymi – prowadził akcję zasiedlania (jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli) ziem opuszczonych głównie w wyniku wojen z krzyżakami.

W celu szczegółowego nadzoru nad osiedleniami – od roku 1481 prowadzono specjalne księgi ewidencjonujące zasiedlone ziemie pod zarządem administratorów. I wśród zapisków w Locationes mansorum desertorum (czyli:  Lokacjach Łanów Opuszczonych) można znaleźć 66 zapisów dokonanych ręką kanonika Mikołaja Kopernika. Z tego 37 dotyczy nowych zasiedleń.

A dalsza historia miasta?? Po tę odsyłam do kalendarium historii miasta.

Warto jeszcze odnotować Wielkiego Olsztynianina – a mianowicie Ericha  Mendelsohna. Bo to powód do wielkiej dumy miasta. Ilekroć bywam w okolicy z grupami – te nie mogą się nadziwić, że to tutaj taka postać przyszła na świat…

A propos bywania z grupami – niestety zbyt rzadko się to zdarza. Biura  podróży wciąż nie umieją na te tereny stworzyć oferty – podczas gdy nasze – indywidualne, przewodnickie pomysły jakoś się świetnie sprzedają 😉 .

Załączam parę zdjęć z Olsztyna. I serdecznie namawiam, by tu zajrzeć po drodze – albo wręcz specjalnie!

Olsztyn także stanowi znakomitą bazę wypadową w okolice.

Niestety zdjęcia są fatalnej jakości – ale na lepsze nie pozwolił aparat… Który zresztą definitywnie dokonał żywota. Może ktoś ma jakieś sugestie, co do sprzętu, jaki powinnam nabyć ??