Święta Lipka – suplement w nowym kolorze

Na śmierć zapomniałam!!!

Przecież jechałam niedawno przez Św. Lipkę! Wtedy to po długiej restauracji, i po zdjęciu wreszcie rusztowań, świątynia ukazała się w nowej szacie kolorystycznej. Taki kolor ponoć wyłonił się restauratorom spod warstw przemalowań, i konserwatorzy orzekli, iż taka musiała być „oryginalna” barwa elewacji świątyni. Niektórych ów kolor szokuje, i przyrównywany jest do kolorytu bielizny… Ale pragnę przypomnieć, że to czasy tzw. szarości powojennej – skutecznie zabiły w ludziach poczucie i wyczucie kolorów. Tzw. dawne czasy były kolorowe. To powojenna Polska zapadła w szarość i burość.

Acha, z tego, co wiem, to restauracja wcale się jeszcze w świętolipskiej świątyni nie skończyła.

I aż serce boli na myśl, że w tzw. międzyczasie moje ukochane Krosno koło Ornety może zniszczeć całkiem…

Ech…

Załączam tu zdjęcia Św. Lipki w nowym makijażu 🙂

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Elbląskie to i owo – a zwłaszcza owo.

Chrzcielnica Mistrza Bernhusera to wyjątkowe dzieło średniowiecznego odlewnictwa. I wszyscy, którzy zaglądną do Świętego Mikołaja choć na chwilę, zatrzymują się przed nią na dłużej. Ma w sobie moc przyciągania wzroku. 😉 Nadto jest szalenie fotogeniczna i wzbudza zasłużony zachwyt każdej kolejnej mojej grupy.

Zdecydowanie zaprzeczam, kiedy słyszę głosy, że Elbląg nie ma nic do zaoferowania, że tu nic nie ma. I że to miasto nie istnieje. Istnieje i ma mnóstwo do pokazania, tylko trzeba umieć patrzeć. Elbląg zawsze był mi bliski. Obecnie powoli i z mozołem zaczyna się odbudowywać po zniszczeniach wojennych. A mnie pozostaje żałować, że jego przedwojenne piękno znam tylko z opowiadań rodzinnych. Na szczęście dzisiaj to, co się proponuje w ramach odbudowy miasta (retrowersja) – napawa optymizmem (przy zupełnym pesymizmie w tej kwestii w przypadku Gdańska).

Po długoletnich wykopaliskach w centrum Starego Miasta (będących największym poligonem archeologicznym w Europie – a zupełnie nie nagłośnionym mimo rewelacyjnych znalezisk!!) – zabrano się za jego systematyczną odbudowę.

Już odbudowano między innymi Dom Królów z przeznaczeniem na hotel. Nadto odrestaurowano (wreszcie) słynną kamienicę przy Wigilijnej. Jednak za otwory drzwiowe i okienne a także za skrzynkę gazową, tak inwestor jak i konserwator – razem powinni dostać Nobla za bezmyślność. Moim marzeniem jest jeszcze zobaczyć odbudowany Dom pod Wielbłądem. Natomiast dom Joosta van Kampen (czy, jak kto woli Josta von Kampen) prezentuje się całkiem, całkiem… No i Muzeum z bardzo ciekawymi ekspozycjami (szczególnie Truso i Goci !). Słowem – Elbląg na pewno by ucieszył mojego Ojca. Bo zaczyna „powracać”.

Niestety są także i minusy. Otóż uczucie zawodu i wielkie zniesmaczenie wywołuje aranżacja u Dominikanów. W krużgankach zorganizowano niby klubo-kawiarnię, sprawiającą raczej wrażenie poczekalni dworcowej. A są tam przecież cenne epitafia i płyty nagrobne. A już szczytem braku dobrego smaku było pomalowanie na czerwono ust Martinowi Michaelowi na jego epitafium. Czegóż to miała być demonstracja? I czy autor coś takiego „wyczyniłby” na portrecie nagrobnym swojego bliskiego? Zresztą trudno doszukiwać się sztuki w całym zmasakrowanym wnętrzu podominikańskim. No – oczywiście poza gotyckimi murami, które same w sobie są sztuką. Ale mimo zdecydowanie krytycznych uwag o wykorzystaniu krużganków i o całej koncepcji Galerii, to jednak dobrze, że w ogóle dawny kościół klasztorny został zaadaptowany. Inaczej, przy powszechnym w Polsce nastawieniu do wszystkiego, co niezabezpieczone (vide rozkradany Most Tczewski) pewnie dawno by „poszedł na cegły”.

Skoro wytykam minusy jednemu z moich ulubionych miast, to „leci” następny: brak ludzi. Stare Miasto nie żyje. Jest niemal puste. Dlaczego? Ta pustka uderza wszystkich przyjezdnych. Każdego lata systematycznie bywam w Elblągu z moimi grupami, większymi lub mniejszymi. I wszyscy jednogłośnie twierdzą, że Stare Miasto jest pustynią. Czy to wina czynszów zbyt wysokich na kieszeń przeciętnego inwestora? Czy też braku pomysłu na ożywienie tej części miasta?

Ale mimo tych minusów, Elbląg to wyjątkowe miasto. I ma nie byle jaką historię! Cytując dr Monikę Jakubek-Raczkowską:

…to pierwsza pruska stolica Zakonu, aż do przeniesienia siedziby Wielkiego Mistrza do Malborka, tu siedział mistrz krajowy, tu znajdowała się (przejściowo wprawdzie, ale jednak) siedziba biskupa warmińskiego, tu znalazły się relikwie Krzyża Świętego, ofiarowane przez cesarza Fryderyka II, chcącego usankcjonować krzyżacką krucjatę w Prusach.

Elbląg wyróżniał się na tle Wielkich Miast Pruskich bardzo wysoką formacją intelektualną, i mimo późniejszego zepchnięcia go z tej pozycji przez Gdańsk i Toruń, zachował bardzo wysoki poziom artystyczny.

Właśnie żeby posłuchać wykładu pojechałyśmy do Elbląga w styczniowy piątek (skład jak zwykle taki sam: A.S., M.H., D.L. i ja). Już samo nazwisko wykładowców – czyli Państwa Moniki i Juliusza Raczkowskich dawało gwarancję jakości. No i nie zawiodłam się – 1,5 godziny minęło szybko, zbyt szybko. Ostatni raz tak mnie bolała ręka po pisaniu na pamiętnej konferencji w Bierzgłowie. Jakże znamienny jest ten poziom toruński…

Ale wracam do piątku w Muzeum. Spotkanie miało tytuł: Elementy średniowiecznego wystroju katedry św. Mikołaja – jako dzieła sztuki i obraz dawnej duchowości elblążan. I traktowało między innymi o duchowości Elblążan, o podporządkowaniu religijności średniowiecznej zmysłom, o kondycji intelektualnej i finansowej Miasta, o elementach wystroju gotyckiego katedry Św. Mikołaja. I właśnie na tle opisu duchowości elbląskiej i sytuacji końca XIV i początku XV wieku, pojawiła się brązowa chrzcielnica ze Świętego Mikołaja.

Bo właśnie między innymi owa chrzcielnica mistrza Bernhusera jest takim niezbitym dowodem na wyjątkowość sztuki tego miasta. Stanowi jedno z nielicznych dzieł odlewnictwa w brązie na terenie państwa zakonnego, przy czym jest najwybitniejszym z nich.

Chrzcielnica to najważniejszy sprzęt kościelny. Związana z fundamentalnym znaczeniem chrztu, zawsze zajmowała stosowne miejsce w przestrzeni kościoła. Takie obiekty, mające znaczenie symboliczne, stawały się nośnikami tak formy, jak i kształtu i przekazu treściowego.

Dla omawianej chrzcielnicy znamy szczęśliwie tak datę powstania jak i twórcę, a także osoby związane z fundacją. Wiemy z inskrypcji na chrzcielnicy, że odlał ją Mistrz Bernhuser po Bożym Narodzeniu roku 1387 (za rok zakończono budowę Katedry we Fromborku). Znamy też nazwisko proboszcza, burmistrza i witryków. Witrycy – z reguły dwaj – zarządzali majątkiem kościoła, byli ( w uproszczeniu) niejako pośrednikami na linii: parafia – parafianie.

Bernhuser nie był artystą, był rzemieślnikiem. Ale rzemieślnikiem wysokiej klasy. I wykonał dzieło wyjątkowe, nie mające analogii na terenie Prus. Aczkolwiek moje angielskie grupy będą zachwycone, bo właśnie do Anglii powinien udać się tropiciel śladów i podobieństw bernhuserowego dzieła. I to nie jedyny związek Elbląga z Anglią (ale o tym kiedy indziej).

Także kształt chrzcielnicy jest wyjątkowy i niespotykany nigdzie indziej na terenie państwa zakonnego. To nie kadź (jak wszędzie), a oktogonalna czasza. Znaczenie ósemki z punktu widzenia średniowiecza jest niebagatelne. Oznacza szczęśliwy początek i odrodzenie duchowe. Jest to liczba chrztu świętego i zmartwychwstania. W tradycji żydowskiej obrzezanie odbywa się ósmego dnia po urodzeniu. Ósemka jest także symbolem Nowego Przymierza i szczęścia. Ósmego dnia zaczyna się nowy tydzień i nowa era. Według Ojców Kościoła to symbolika Zmartwychwstania Pańskiego oraz stworzenie na nowo przez chrzest święty. Dzisiejsza teologia widzi w ósemce symbolikę Ducha świętego. Treści zawarte na trzonie i czaszy wyjaśnione podczas wykładu – dały nam do myślenia, jak dużej wiedzy teologicznej musiał być zleceniodawca. To akurat nie dziwi przy wysokim poziomie nauczania w średniowiecznym Elblągu, i licznych studiach zagranicznych Elblążan.

Teraz przekazywanie treści dzieła Mistrza Bernhusera przyjdzie mi znacznie łatwiej. A cała reszta niezmiernie ciekawych informacji o pozostałych (cudem ocalałych z hekatomby 1945 roku) zabytkach też mi pomoże przy oprowadzaniu. Do tego jeszcze należy dodać specyficzne cechy snycerstwa elbląskiego, no i owe związki z Anglią, a także plejada nazwisk o tym świadcząca! Wszystko to pozwala łatwo wyprowadzić grupę w wyjątkową atmosferę Elbląga. I to nie tylko grupę angielską, ale też polską. Bo zmienia się widzenie tego miasta, wciąż niedocenianego wśród turystów i większości biur podróży.

Na szczęście niezmiernie lubię Elbląg, lubię też po nim oprowadzać. Toteż opracowując plany wycieczek dla moich grup, często wplatam w program chociaż krótką wizytę tutaj. Mam do tego miejsca zupełnie osobisty stosunek (może także dzięki plotkom rodzinnym). Toteż wiem, jak „czytać” to miasto, a moje grupy wyjeżdżają zachwycone tak miastem jak i jego historią. Podoba im się też i jego dzień dzisiejszy. I to mimo owej wspomnianej wcześniej pustki na Starym Mieście…

Na zakończenie – galeria zdjęć elbląskich z różnych moich wizyt w mieście. Bo mimo, że wciąż niedokończony – jest Elbląg bardzo fotogeniczny.

Bach, Maciek Meyer, BHP i kwietniowa Święta Lipka

I znowu Święta Lipka.

Zawsze, nieodmiennie skojarzona z Reszlem i dwoma sąsiadami tam pochowanymi.

Skojarzona z Maćkiem Meyerem i jego niesłychanym talentem.

Skojarzona z bezpieczeństwem i higieną pracy.

Dlaczego akurat z tym?

No – bo Maciej Jan Meyer spadł z rusztowania podczas pracy w lipcu 1737 roku. W ten sposób Warmia, ba! Rzeczpospolita, straciła niezwykle utalentowanego malarza.

Maciek urodził się w Lidzbarku Warmińskim – stolicy biskupiej. A że Warmia miała szczęście do światłych włodarzy i do tego majętnych, nie dziwota, że kwitł mecenat.

Tak też i stało się w przypadku młodego Meyera. Zauważył go – dosłownie – Biskup Teodor Potocki. Wprawdzie mówiąc o biskupie często dodaje się epitet „fanatyk”, ale przyznać mu trzeba, iż za jego czasów niezmiernie dużo działo się w księstwie biskupim. Dużo, jeśli chodzi o renowacje, restauracje i fundacje. To jemu zawdzięczamy m.in. przepiękny i pełen elegancji kościół pielgrzymkowy w Krośnie koło Ornety, także rozbudowę założenia w Stoczku Klasztornym.

Ale wracając do Macieja Meyera. Biskup zauważył młodego człowieka, kiedy ten wykonywał malaturę w kościele parafialnym w niedalekim Kraszewie. Zdolności młody człowiek wykazywał wielkie, tylko kreskę miał „niewyrobioną”. Dla wyrobienia tejże, Biskup wysłał młodzieńca na studia do Włoch. Po powrocie z zagranicznych wojaży Meyer dokończył dekorację kraszewskiej świątyni.

W roku 1722 rozpoczął dekorowanie odnowionej (czy jak kto woli zmodernizowanej) świątyni w Świętej Lipce.

Mayerowi przypisuje się wprowadzenie do malarstwa polskiego quadratury (czyli malarstwa iluzjonistycznego naśladującego architekturę) w dekoracji sklepień, wprowadził także panoramiczną dekorację (figuralną).

próbka geniuszu Macieja Meyera w Św. Lipce

Wiemy (a raczej możemy się domyśleć) jak wyglądał artysta, bowiem w dwóch miejscach sanktuarium świętolipskiego pozostawił nam swój autoportret. Jeden na sklepieniu w rogu nad organami, a drugi na obrazie „Chrystus nauczający w świątyni”.

Maćkowe świętolipskie sklepienie

Ale Święta Lipka to nie wszytko, co pozostawił nam Maciej Jan. Spotkamy go w kaplicy św. Brunona w Wozławkach nieopodal Bisztynka. Tu pracował na zlecenie Gotfryda Henryka zu Eulenburg z Galin (proboszcza Wozławek).

wozławeckie polichromie Macieja Meyera

Spotkamy go także we Fromborku, gdzie wykonał malowidła w kaplicy Salwatora (Zbawiciela). Nad wejściem do tej wspaniałej kaplicy pozostawił swoją sygnaturę.

Teodor Potocki nie zapomniał o swoim protegowanym. Kiedy już został prymasem Polski, zamówił u Meyera wystrój swojej kaplicy grobowej w katedrze gnieźnieńskiej.

Prócz malowideł ściennych malował też obrazy olejne. Te jednak należą dzisiaj do rarytasów, i jeden taki znajduje się w Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie.

Ostatnimi pracami Meyera wykonywanymi w Św. Lipce w latach 1733-37 były malowidła na sklepieniu i ścianach w północnej części krużganka kościoła. Należą, jaka twierdzą znawcy, do najbardziej dojrzałych jego prac. Niestety pozostały niedokończone.

Dlaczego?

Otóż w lipcu roku 1737 Maciej Meyer malował na sklepieniach krużganka. Dla wygody tworzenia leżał na rusztowaniu. Tematem sceny była walka anioła z diabłem. Wtedy to właśnie zdarzył się straszny wypadek, bowiem malarz spadł z rusztowania. Kilka dni walczył ze śmiercią, ale niestety walkę przegrał. Jako, że związany był ze Świętą Lipką przez wiele lat, pochowano go w krypcie pod posadzką kościoła. A w drogę stąd do wieczności dano mu atrybuty… 3 pędzle, z którymi niemal się nie rozstawał za życia.

Niewątpliwie był Kimś Znacznym na artystycznej mapie osiemnastowiecznej Rzeczypospolitej.

No i nie byłabym sobą, gdybym nie wtrąciła holośników 🙂 A że świetny wykład dostałam na ich temat od Pana G.B. (jest akustykiem, i tropił  je zapamiętale, m.in. w gdańskiej farze Głównego Miasta) – to i teraz chwytają moje oczy, gdziekolwiek są…

holośniki

Na koniec urywek prezentacji organów, na którą „załapałam się” z moją grupą. Nie dzwoniłam do parafii przed wizytą, pomna niewiarygodnego szczęścia, jakie mi tam towarzyszy. Za każdym razem (mam na myśli czas poza sezonem) trafiam na zamówiony mini koncert. Tak też było i tym razem.I próbkę tego zamieszczam TUTAJ: do posłuchania Bacha a także do  obejrzenia geniuszu malarskiego Maćka Meyera.

A dla porównania TUTAJ próbka brzmienia innego zupełnie – organy fromborskie.