Śnieg – Wiadomy Zamek

Dzisiejszy nieco błękitno-szarawy odcień Żuław, Wiadomy Zamek przysypany śniegiem i cisza w powietrzu – to wszystko spowodowało, że nawet mi się ten kawałek zimy spodobał. A perspektywa 68 dni do wiosny i poworotu do wieloletniego liczenia boćków na trasie, wraz z mozolnym wypełnianiem ankiety – spowodowała, iż nawet zapomniałam zmarznąć 😉

Z cyklu Ciekawe – Lech Słodownik o Szwajcarach w Elblągu

I kolejny ciekawy artykuł Lecha Słodownika – jaki w całości kopiuję z portalu NaszElbląg.pl

Wprawdzie od zarania dziejów Elbląga przeważającą część jego mieszkańców stanowili Niemcy, tym niemniej w mieście osiedlali się również przedstawiciele innych nacji, by wymienić wypędzonych Hugenotów z Francji, Szkotów i Anglików, mennonitów, protestantów wypędzonych z Salzburga w Austrii, Żydów, Polaków oraz Szwajcarów. 



Hotel Dwór Królewski na rogu ul. Krótkiej i Placu Słowiańskiego. Na prawo – wejście do pierwszej siedziby konsulatu Szwajcarii w Elblągu - Autor: archiwum Lecha Słodownika

Elbląg stanowił swoisty tygiel narodowościowy i kulturowy – ale w dobrym tego słowa znaczeniu. W dziejach miasta nie odnotowano jakiś głośnych waśni, animozji narodowościowych czy religijnych, a wręcz przeciwnie – wszyscy czuli się tutaj dobrze i na ogół szybko asymilowali się z miejscowymi. Po I wojnie światowej była w Elblągu krótko Agencja Polska (przejęta później przez Konsulat Polski w Kwidzynie) oraz działały konsulaty Danii, Estonii, Szwecji, Holandii i Szwajcarii.

W nowożytnych dziejach Elbląga Szwajcarzy odegrali niepoślednią rolę, więc parę słów na ten temat. Przed II wojną światową na terenie Niemiec mieszkało prawie 54 tys. Szwajcarów, z czego na terenie Prus Zachodnich i Wschodnich ok. 2 tys. Osadnictwo szwajcarskie w Elblągu, na Żuławach i innych terenach miało w większości charakter gospodarczy. Wg danych statystycznych ok. 60 % osadników szwajcarskich zaangażowanych było w produkcji serów, 30 % w przemyśle mleczarskim a ok. 10 % w innych dziedzinach gospodarki. Z tego powodu już w 1879 r. został otwarty w Królewcu pierwszy konsulat szwajcarski, który w 1920 r. został przeniesiony do Elbląga i był w tamtym czasie siódmym przedstawicielstwem Szwajcarii na terenie Niemiec.

Od 1.04.1939 r. konsulat w Elblągu reprezentował interesy Szwajcarów również z terenu Wolnego Miasta Gdańska oraz z Okręgu Kłajpedy. 
Do dzisiaj w bliższej i dalszej okolicy Elbląga zachowało się wiele mleczarni i serowni, które przed 1945 r. prowadzili z dużymi sukcesami Szwajcarzy. W Elblągu dużą serownię i skład serów szwajcarskich oraz tylżyckich prowadził przy Mühlendamm 52 i 53 (obecnie R. Traugutta) Heinrich Wüthrich, który miał ponadto zakłady w Adamowie, Wikrowie, Nowakowie, Nogatowie, we wsi Stobiec oraz na terenie Wolnego Miasta Gdańska.

Spośród elbląskich Szwajcarów kilku było elektromechanikami, inżynierami a nawet kaznodziejami. Wymienić trzeba m.in. wybitnego inżyniera Theodora Müllera, który był bliskim współpracownikiem F. Schichaua i K. Ziese. W Malborku i Królewcu działały stowarzyszenia skupiające Szwajcarów.


Pierwszym konsulem honorowym Szwajcarii w Elblągu został 10.12.1920 r. Ernst Stucki, który urzędował początkowo w biurze przy Placu Fryderyka Wilhelma 18 (obecnie Plac Słowiański) obok hotelu „Dwór Królewski”, a następnie przy Alei Grunwaldzkiej 45, w masywnym, secesyjnym budynku z przełomu XIX/XX w. Z początkiem września 1943 r. został przemianowany w konsulat zawodowy. Po 1945 r. znajdowała się tutaj pierwsza siedziba elbląskiego starostwa powiatowego.


Konsul E. Stucki będąc już dosyć nobliwym wieku, poślubił latem 1944 r. w kościele NMP młodą elblążanką, swoją gosposię i na początku 1945 r. wyjechał do Szwajcarii. Zastępował go wicekonsul Karl Brandenburger, którego wspomnienia z walk o Elbląg i pierwszych powojennych miesięcy 1945 roku stanowią niezwykle cenne źródło historyczne do poznania tamtego ponurego i tragicznego okresu. Elbląscy Szwajcarzy kierowali się wówczas dosyć naiwnym przekonaniem, że ich ta wojna nie dotyczy a czerwonoarmiści uszanują szwajcarskie paszporty. Wkrótce okazało się, że „wsypani do jednego wora” z Niemcami byli podobnie traktowani. Obrabowano ich z wszelkiego dobytku, paszporty oraz listy ochronne porwano (ZSRR nie miał wówczas żadnych kontaktów dyplomatycznych ze Szwajcarią) i internowano w piwnicy budynku przy Lessingstraße (w latach 1975 – 1999 siedziba Urzędu Wojewódzkiego).

Stopień ich naiwności obrazowały m.in. takie fakty jak wywieszane na domach flagi Szwajcarii lub zamieszczane napisy w rodzaju: „Ten dom jest własnością obywatela Szwajcarii. Pod groźbą kary zabronione jest jakiekolwiek jego uszkadzanie lub niszczenie”. Szwajcarzy nie zdawali sobie sprawy, że dla sowieckich kul, bomb oraz krasnoarmiejców jest to wszystko ganz egal /wsio rawno! Nie polepszyła ich losu także bezpośrednia rozmowa K. Brandenburgera z sowieckim generałem G. I. Anisimowem.

Czy obecnie są jakieś ślady pobytu pracowitych i zaradnych Szwajcarów w Elblągu i okolicy? Oczywiście tak. Jest to zachowany budynek konsulatu, zabudowania nieczynnych już serowni, mleczarni oraz funkcjonujące wśród starszych ludzi takie określenia słowne jak „szwajcar”, „ober-szwajcar”, czy „wyglądasz jak szwajcar” etc. Odnoszą się one do nie istniejącego już zawodu mleczarza zajmującego się udojem krów, obrządkiem przy świniach, który nie zawsze schludnie wyglądał i niezbyt zachęcająco „pachniał”. W Elblągu przy ul. Sadowej/Bema znajduje się stosunkowo dobrze zachowany cmentarz, gdzie chowano Szwajcarów z miejscowej protestanckiej gminy reformowanej. Już kilkanaście lat mieszka w naszym mieście Brigida Strazzer-Gawron, która znalazła tutaj swoją drugą – szczęśliwą ojczyznę i jest powszechnie akceptowana przez tubylców.

Niestety, nie ma już żadnych przedstawicielstw dyplomatycznych, chociaż… niektórzy mówią, że naprzeciwko dawnego konsulatu Szwajcarii przy Alei Grunwaldzkiej 45 mamy od 1995 r. amerykańską ambasadę, czyli… restaurację McDonalds!

Lech Słodownik



Elbląskie to i owo – a zwłaszcza owo.

Chrzcielnica Mistrza Bernhusera to wyjątkowe dzieło średniowiecznego odlewnictwa. I wszyscy, którzy zaglądną do Świętego Mikołaja choć na chwilę, zatrzymują się przed nią na dłużej. Ma w sobie moc przyciągania wzroku. 😉 Nadto jest szalenie fotogeniczna i wzbudza zasłużony zachwyt każdej kolejnej mojej grupy.

Zdecydowanie zaprzeczam, kiedy słyszę głosy, że Elbląg nie ma nic do zaoferowania, że tu nic nie ma. I że to miasto nie istnieje. Istnieje i ma mnóstwo do pokazania, tylko trzeba umieć patrzeć. Elbląg zawsze był mi bliski. Obecnie powoli i z mozołem zaczyna się odbudowywać po zniszczeniach wojennych. A mnie pozostaje żałować, że jego przedwojenne piękno znam tylko z opowiadań rodzinnych. Na szczęście dzisiaj to, co się proponuje w ramach odbudowy miasta (retrowersja) – napawa optymizmem (przy zupełnym pesymizmie w tej kwestii w przypadku Gdańska).

Po długoletnich wykopaliskach w centrum Starego Miasta (będących największym poligonem archeologicznym w Europie – a zupełnie nie nagłośnionym mimo rewelacyjnych znalezisk!!) – zabrano się za jego systematyczną odbudowę.

Już odbudowano między innymi Dom Królów z przeznaczeniem na hotel. Nadto odrestaurowano (wreszcie) słynną kamienicę przy Wigilijnej. Jednak za otwory drzwiowe i okienne a także za skrzynkę gazową, tak inwestor jak i konserwator – razem powinni dostać Nobla za bezmyślność. Moim marzeniem jest jeszcze zobaczyć odbudowany Dom pod Wielbłądem. Natomiast dom Joosta van Kampen (czy, jak kto woli Josta von Kampen) prezentuje się całkiem, całkiem… No i Muzeum z bardzo ciekawymi ekspozycjami (szczególnie Truso i Goci !). Słowem – Elbląg na pewno by ucieszył mojego Ojca. Bo zaczyna „powracać”.

Niestety są także i minusy. Otóż uczucie zawodu i wielkie zniesmaczenie wywołuje aranżacja u Dominikanów. W krużgankach zorganizowano niby klubo-kawiarnię, sprawiającą raczej wrażenie poczekalni dworcowej. A są tam przecież cenne epitafia i płyty nagrobne. A już szczytem braku dobrego smaku było pomalowanie na czerwono ust Martinowi Michaelowi na jego epitafium. Czegóż to miała być demonstracja? I czy autor coś takiego „wyczyniłby” na portrecie nagrobnym swojego bliskiego? Zresztą trudno doszukiwać się sztuki w całym zmasakrowanym wnętrzu podominikańskim. No – oczywiście poza gotyckimi murami, które same w sobie są sztuką. Ale mimo zdecydowanie krytycznych uwag o wykorzystaniu krużganków i o całej koncepcji Galerii, to jednak dobrze, że w ogóle dawny kościół klasztorny został zaadaptowany. Inaczej, przy powszechnym w Polsce nastawieniu do wszystkiego, co niezabezpieczone (vide rozkradany Most Tczewski) pewnie dawno by „poszedł na cegły”.

Skoro wytykam minusy jednemu z moich ulubionych miast, to „leci” następny: brak ludzi. Stare Miasto nie żyje. Jest niemal puste. Dlaczego? Ta pustka uderza wszystkich przyjezdnych. Każdego lata systematycznie bywam w Elblągu z moimi grupami, większymi lub mniejszymi. I wszyscy jednogłośnie twierdzą, że Stare Miasto jest pustynią. Czy to wina czynszów zbyt wysokich na kieszeń przeciętnego inwestora? Czy też braku pomysłu na ożywienie tej części miasta?

Ale mimo tych minusów, Elbląg to wyjątkowe miasto. I ma nie byle jaką historię! Cytując dr Monikę Jakubek-Raczkowską:

…to pierwsza pruska stolica Zakonu, aż do przeniesienia siedziby Wielkiego Mistrza do Malborka, tu siedział mistrz krajowy, tu znajdowała się (przejściowo wprawdzie, ale jednak) siedziba biskupa warmińskiego, tu znalazły się relikwie Krzyża Świętego, ofiarowane przez cesarza Fryderyka II, chcącego usankcjonować krzyżacką krucjatę w Prusach.

Elbląg wyróżniał się na tle Wielkich Miast Pruskich bardzo wysoką formacją intelektualną, i mimo późniejszego zepchnięcia go z tej pozycji przez Gdańsk i Toruń, zachował bardzo wysoki poziom artystyczny.

Właśnie żeby posłuchać wykładu pojechałyśmy do Elbląga w styczniowy piątek (skład jak zwykle taki sam: A.S., M.H., D.L. i ja). Już samo nazwisko wykładowców – czyli Państwa Moniki i Juliusza Raczkowskich dawało gwarancję jakości. No i nie zawiodłam się – 1,5 godziny minęło szybko, zbyt szybko. Ostatni raz tak mnie bolała ręka po pisaniu na pamiętnej konferencji w Bierzgłowie. Jakże znamienny jest ten poziom toruński…

Ale wracam do piątku w Muzeum. Spotkanie miało tytuł: Elementy średniowiecznego wystroju katedry św. Mikołaja – jako dzieła sztuki i obraz dawnej duchowości elblążan. I traktowało między innymi o duchowości Elblążan, o podporządkowaniu religijności średniowiecznej zmysłom, o kondycji intelektualnej i finansowej Miasta, o elementach wystroju gotyckiego katedry Św. Mikołaja. I właśnie na tle opisu duchowości elbląskiej i sytuacji końca XIV i początku XV wieku, pojawiła się brązowa chrzcielnica ze Świętego Mikołaja.

Bo właśnie między innymi owa chrzcielnica mistrza Bernhusera jest takim niezbitym dowodem na wyjątkowość sztuki tego miasta. Stanowi jedno z nielicznych dzieł odlewnictwa w brązie na terenie państwa zakonnego, przy czym jest najwybitniejszym z nich.

Chrzcielnica to najważniejszy sprzęt kościelny. Związana z fundamentalnym znaczeniem chrztu, zawsze zajmowała stosowne miejsce w przestrzeni kościoła. Takie obiekty, mające znaczenie symboliczne, stawały się nośnikami tak formy, jak i kształtu i przekazu treściowego.

Dla omawianej chrzcielnicy znamy szczęśliwie tak datę powstania jak i twórcę, a także osoby związane z fundacją. Wiemy z inskrypcji na chrzcielnicy, że odlał ją Mistrz Bernhuser po Bożym Narodzeniu roku 1387 (za rok zakończono budowę Katedry we Fromborku). Znamy też nazwisko proboszcza, burmistrza i witryków. Witrycy – z reguły dwaj – zarządzali majątkiem kościoła, byli ( w uproszczeniu) niejako pośrednikami na linii: parafia – parafianie.

Bernhuser nie był artystą, był rzemieślnikiem. Ale rzemieślnikiem wysokiej klasy. I wykonał dzieło wyjątkowe, nie mające analogii na terenie Prus. Aczkolwiek moje angielskie grupy będą zachwycone, bo właśnie do Anglii powinien udać się tropiciel śladów i podobieństw bernhuserowego dzieła. I to nie jedyny związek Elbląga z Anglią (ale o tym kiedy indziej).

Także kształt chrzcielnicy jest wyjątkowy i niespotykany nigdzie indziej na terenie państwa zakonnego. To nie kadź (jak wszędzie), a oktogonalna czasza. Znaczenie ósemki z punktu widzenia średniowiecza jest niebagatelne. Oznacza szczęśliwy początek i odrodzenie duchowe. Jest to liczba chrztu świętego i zmartwychwstania. W tradycji żydowskiej obrzezanie odbywa się ósmego dnia po urodzeniu. Ósemka jest także symbolem Nowego Przymierza i szczęścia. Ósmego dnia zaczyna się nowy tydzień i nowa era. Według Ojców Kościoła to symbolika Zmartwychwstania Pańskiego oraz stworzenie na nowo przez chrzest święty. Dzisiejsza teologia widzi w ósemce symbolikę Ducha świętego. Treści zawarte na trzonie i czaszy wyjaśnione podczas wykładu – dały nam do myślenia, jak dużej wiedzy teologicznej musiał być zleceniodawca. To akurat nie dziwi przy wysokim poziomie nauczania w średniowiecznym Elblągu, i licznych studiach zagranicznych Elblążan.

Teraz przekazywanie treści dzieła Mistrza Bernhusera przyjdzie mi znacznie łatwiej. A cała reszta niezmiernie ciekawych informacji o pozostałych (cudem ocalałych z hekatomby 1945 roku) zabytkach też mi pomoże przy oprowadzaniu. Do tego jeszcze należy dodać specyficzne cechy snycerstwa elbląskiego, no i owe związki z Anglią, a także plejada nazwisk o tym świadcząca! Wszystko to pozwala łatwo wyprowadzić grupę w wyjątkową atmosferę Elbląga. I to nie tylko grupę angielską, ale też polską. Bo zmienia się widzenie tego miasta, wciąż niedocenianego wśród turystów i większości biur podróży.

Na szczęście niezmiernie lubię Elbląg, lubię też po nim oprowadzać. Toteż opracowując plany wycieczek dla moich grup, często wplatam w program chociaż krótką wizytę tutaj. Mam do tego miejsca zupełnie osobisty stosunek (może także dzięki plotkom rodzinnym). Toteż wiem, jak „czytać” to miasto, a moje grupy wyjeżdżają zachwycone tak miastem jak i jego historią. Podoba im się też i jego dzień dzisiejszy. I to mimo owej wspomnianej wcześniej pustki na Starym Mieście…

Na zakończenie – galeria zdjęć elbląskich z różnych moich wizyt w mieście. Bo mimo, że wciąż niedokończony – jest Elbląg bardzo fotogeniczny.

MITY GDAŃSKA – dla każdego gdańszczanina i Gdańszczanina

Marcin Kaleciński – MITY GDAŃSKA – Antyk w publicznej sztuce protestanckiej Res Publiki – Gdańsk 2011 – Słowo/obraz terytoria

„Gedania Artistica – seria poświęcona historii sztuki Gdańska wydawana we współpracy z Instytutem Historii Sztuki Uniwersytetu Gdańskiego pod redakcją Małgorzaty Omilanowskiej i Jacka Friedricha.”

 * / *

Książka słusznej grubości – wszystkiego 415 stron łącznie ze spisem ilustracji. Ale przede wszystkim – książka bardzo słusznej zawartości merytorycznej.

Pierwsza taka pozycja w Mieście o Mieście. Obala wiele błędnych a utrwalonych opisów i interpretacji na temat antyku w sztuce gdańskiej (m.in. L. Pisarskiej – i to przestroga dla kolejnych pokoleń słuchaczy kursów przewodnickich).

To istne kompendium wiedzy i zaiste przydałoby sie, by stała się owa książka lekturą obowiązkową nie tylko dla przewodników – ale przede wszystkim dla nauczycieli – bardzo często błędnie prowadzących lekcje w terenie !!!

Autor, jak nikt przed nim (mam tu na myśli czasy powojenne) wyłożył znaczenie niemal wszystkich postaci zdobiących fasady i szczyty budowli tej Złotej Bramy Rzeczypospolitej, jaką był Gdańsk do rozbiorów.

Jak mu się to udało, mimo, że, jak wielu piszących o Mieście – jest także „Importem” ??? Ano recepta na to jest tak prosta, że aż dziwi, że wielu współczesnych (także włodarzy i architektów) tego jeszcze nie odkryło!!

Proszę bardzo cytuję:

Gdy przed dwunastu laty przyjechałem do Gdańska z południa, nie tylko oznaczało to, że opuściłem mój ukochany Kraków, ale także w sposób metaforyczny określało moje muzeum wyobraźni, zakorzenione w Śródziemnomorzu, w szczególności Italii. Zamieszkałem w nieznanym, obcym, wietrznym mieście, które w dzieciństwie jawiło się jako egzotyczne i niemieckie. Odkąd jednak Gdańsk stał sie miejscem, gdzie czekają na mnie moi Najbliżsi, naturalną potrzebą stało się oswojenie miasta w sobie, tym razem po to, by najpierw zrozumieć, a potem pokochać.

Noooo, nic prostszego – prawda???

Skutek tego oswojenia – mam w swojej bibliotece od jakichś dwóch miesięcy. I przyznam, że mimo, iż ja nie jestem Importem – Autor otwiera oczy i pozwala wyrzucić do kosza bajdy, jakimi wciąż karmi się nas i wymaga od nas w imię jedynie słusznej interpretacji.

No i jeszcze jedno …

Autor rozprawił się też z dniem dzisiejszym Miasta…

W świetle tego, bardziej zrozumiałe staje się to, że wciąż spotykamy się z jakimiś dziwnymi grymasami i stałymi przeciwnościami losu… (vide wciąż nierozwiązana sprawa skromnej tabliczki poświęconej Nadburmistrzowi von Winterowi, że niby szyld sklepu przeszkadza… no… złej baletnicy WSZYSTKO przeszkadza…)

Ale wracając do książki. Ten fragment dedykuję tym, którzy wciąż wprowadzają do Miasta obce elementy tak historii jak i tradycji:

Po 1945 na zawsze zamknęła się księga miasta-utopii, najbardziej europejskiego spośród miast na ziemiach Sarmacji, na zawsze została zerwana ciągłość życia rodzin i rodów gdańskich. Jednocześnie rozpoczęła się nowa odsłona w dziejach psychomachii gdańskiej – brutalna walka o zawłaszczenie duszy miasta poprzez fałszowania pamięci historycznej, politykę kulturowych faktów dokonanych (polonizacja nazwisk, nazw ulic i tak dalej). Odbudowane Główne Miasto do dziś stwarza wrażenie atrapy, pozbawionej charme’u makiety, dekoracji do sztuki, której protagoniści na zawsze zamilkli.

I dalej:

…Co gorsza, za zrekonstruowanymi fasadami manierystycznych kamienic, niegdyś zamieszkiwanych przez elitę, wydzielono klitki (metraż zgodny z normami bierutowsko-gomułkowskimi), zaludnione w dużej mierze „zdrowym” elementem proletariackim, który generuje pokolenia o niezmąconej świadomości i potrzebach (do dziś gdańskie Główne Miasto wieczorem sprawia wrażenie wymarłego). Charakterystyczne dla pierwszych dziesięcioleci PRL próby zastąpienia ideologią socjalistyczną w treści, a narodową w formie gdańskiego etosu mieszczańskiego w mutacjach powracają do dzisiaj w żerujących na ksenofobii Polaków manipulacjach typu „dziadka z Wehrmachtu”. Mimo upływu przeszło półwiecza odbudowane w dobrej wierze, acz w kaleki sposób miasto nie spatynowało się, nie zabliźniły się architektoniczne rany, ba miasto systematycznie jest oszpecane prowincjonalną zapóźnioną sztampową architekturą współczesną.

Nooooo, wreszcie ktoś to napisał dosadnie i bez ogródek …

Cytuję dalej, bo czytając te słowa, czułam się, jakbym czytała moje wypowiedzi – uciszane, co i rusz przez bardziej lub mniej (raczej zawsze mniej) obeznanych ze specyfiką Miasta:

Jako akt barbarzyństwa należy zakwalifikować zrównanie z ziemią dawnych cmentarzy gdańszczan, podjęte w złudnym przekonaniu, że niwelując kamienne tablice, na zawsze zatrze się pamięć o niemieckojęzycznych mieszkańcach Gdańska. Schyłek XX wieku przyniósł proceder zawłaszczania przestrzeni przez coraz to wyższe pomniki, coraz bardziej ostentacyjne w narodowo-katolickiej, nachalnej retoryce.

No i ukoronowanie całej krytyki siermiężnej jednostronności egzystencji, w jaką wpadło Miasto po wojnie:

Mitologizowany Sierpień w stoczni gdańskiej, przemawiający do szerokiej publiczności przede wszystkim, jako plebejska egzaltacja religijna, w najlepszym razie, jako „mały romantyzm popularnych stereotypów i wzruszeń”, zdaniem Marii Janion nie przekształcił kultury emocjonalnej w kulturę intelektualną, Janion tropiąc kicz solidarnościowy stała się śmiertelnym wrogiem populistycznej władzy budującej na legendzie Solidarności spoistość narodową, ufundowaną na mitach heroicznych i mesjanistycznych”. Władzy niepotrafiącej zbudować poczucia wspólnoty na wartościach obywatelskich, lecz jedynie na wartościach mityczno-narodowych.

Jak to się dzieje, że ten, który tu przybył zaledwie przed 12 laty lepiej to rozumie, niż ci, którzy są dziećmi osadników tuż powojennych, od swojego urodzonego „zawsze” mieszkający tutaj i niestety wciąż nierozumiejący tego Miasta??? Rozumiem, że mówimy takie słowa my (niewiele jest nas jednak), z historią rodzinną od wieków związani z Miastem – dla nas to oczywiste. Jednakże to nie od nas zależy estetyka Miasta; od nas nie zależy ani jego przestrzeń, ani jego powolne umieranie…

Kiedy wypalam z kolejną krytyką traktowana jestem jak obcesowiec i „czepialska”, której nic się NIC nie podoba no, bo nie podoba!

Vide szmaty wiszące na Długiej, a nazywane dumnie banerami reklamowymi…

Vide niechlujnie wykonane drogowskazy do miejsc atrakcji turystycznych… Kiedy zwróciłam dość obcesowo uwagę stosownym służbom – zawierając wiele wykrzykników w mailu – skutek był taki, że się na mnie … obrażono … Gratulacje 🙂

Dlatego tym celniejsze wydają się być spostrzeżenia „outsidera, który stał się insiderem” (słowa Autora), równie złośliwe, co gorzkie. Bo prawdziwe…

Polecam pospieszyć się z kupnem książki, rozchodzi się jak ciepłe bułeczki – i może się zdarzyć tak, że nie zostanie wznowiona, lub zostanie okrojona 😉 (jak wypowiedź prof. Janion w podziemnym wydaniu Kongresu Kultury Polskiej z roku 1981)

Steblewo – dziur ciąg dalszy

Za oknem wieje. Sztorm na Bałtyku ma osiągnąć 10 do 11 st. B. No to dla odmiany – parę zdjęć z zieleniną w tle.

Zamieszczam zdjęcia dziur steblewskich. Nigdy dotychczas ich nie zauważyłam, ale też nigdy przedtem nie zapędzałam się w te okropne chaszcze obrastające ruinę…

Steblewo….

Steblewo (google maps)

Kiedyś bogata i znaczna wieś przewozowa (to znaczy, że funkcjonował tu prom na Wiśle do Palczewa), od której wzięły nazwę Żuławy po lewej stornie Wisły, od 1945 roku popada w marazm. Już sama sylweta ruiny kościoła, dumnej, mimo potwornego okaleczenia wojennego, pokazuje jak ważna to była wieś.

W średniowieczu – za czasów krzyżackich – wieś należała do komturii gdańskiej. I to w tym rejonie powstał tzw. stary wał. Ponoć już w XIII wieku. Natomiast wiadomo, że w wieku XIV właśnie w okolicach Steblewa Wisła wdarła się na Żuławy.

W ogóle historia Steblewa, to historia oddająca stosunki własnościowe na tych terenach od średniowiecza: od początku wieku XIV do wojny trzynastoletniej pozostawało w państwie krzyżackim (przypominam, to był obszar około 58 tys. km kwadratowych). Po Pokoju Toruńskim II – stało się własnością Gdańska.

Po 1792 stanowiło własność Prus, potem w czasach napoleońskich na 7 lat – wróciło w ręce Gdańska, po to by znowu wrócić do Prus. Po I wojnie światowej weszło w skład Wolnego Miasta Gdańska. Po 1945 roku – znalazło się w Polsce.

Wieś lokowano na prawie chełmińskim (Wlk. Mistrz Ludolf von Koenig) i wybudowano kościół. Salowy, na planie prostokąta, bez wydzielonego prezbiterium. Od północy dobudowano zakrystię a od zachodu dodano wieżę. W XVI wieku świątynia została przejęta przez protestantów.

Do dzisiaj we wsi opowiada się historię pastora Gabriela Ulricha, który odszedł ze stanowiska, kiedy jego żonę posądzano o czary… Tym czasem, Ulrichowa nie była żadną czarownicą – a zielarką. W owym czasie jednak nietrudno było zostać pomówionym o czary a co za tym idzie łatwo też było zostać skazanym, bez względu na winę, toteż pastor wolał opuścić te tereny… Ponoć Ulrichowa przed odejściem przeklęła tak Steblewo i mieszkańców.

Czy to przekleństwo ma moc do dzisiaj – pozwalając pięknym i unikatowym podcieniowym domom żuławskim popadać w coraz to gorszą ruinę niemal tuż pod okiem konserwatora zabytków?!

Tu podaję link do hasła konserwator zabytków – tak by wiadomo było CZYM powinien zajmować się taki urzędnik…

Już w roku 1407 Wielki Mistrz Konrad von Jungingen wydał prawo regulujące kwestie przeciwpowodziowe i co za tym idzie – powinności mieszkańców wsi na Żuławach (także Steblewskich).

Zarząd nad całością działań sprawowali zarządcy wałowi, w każdej części Żuław inny, wybierani przez mieszkańców. Przeważnie zarządcami zostawali sołtysi. Do pomocy mieli 5 przysiężnych wałowych i 12 przysiężnych kanałów. Mieszkańcy każdej wsi mieli przydzielony odcinek wałów i kanałów i mieli absolutny obowiązek pracy na nim. Każdy właściciel ziemi od 1 włóki (czyli ok. 16,8 ha) miał naprawiać 1 sznur wałów (czyli około 43,5 metra).

Zaniechanie było surowo karane.

Ech… wróćcie czasy kar surowych i nieuchronnych!

Wróćcie czasy ZROZUMIENIA tych ziem… że nie wspomnę o miłości do nich…

Powodzie zdarzały się bardzo często i tylko w wieku XVI wiemy o trzech wielkich powodziach (w samym wieku XVI powodzi i podtopień było ponad 30). Ta z roku 1540 zagroziła nawet Gdańskowi, bo doszła do Długich Ogrodów. I to od tego czasu właśnie  można mówić o planowym osadzaniu ludzi nowej wiary na terenach podmokłych… Tak  zaczyna się historia Mennonitów…

(ale to inna opowieść, opowieść o Rodzinie, której potomkowie przyjechali zobaczyć dom… Dam OCZYWIŚCIE nie istnieje, ale miejsce istnieje. Nawet terp się zachował… TYLKO terp się zachował).

W historii Żuław Steblewskich i Gdańska do dzisiaj wspomina się wielką powódź z kwietnia 1829 roku. Zima przełomu roku 1828 i 1829 była długa i bardzo mroźna, bo temperatury dochodziły do -30 st. C i na dodatek obficie sypało śniegiem. A potem w marcu nagle przyszła zmiana pogody i ocieplenie, najpierw w górnej Narwi i Wkrze. W związku z tym, w okolicach Warszawy wody gwałtownie się podniosły i dosłownie „runęły” w dół, ku ujściu. Jak niesłychany musiał być napór wód, skoro zawalił się most w Toruniu.

Dzisiaj się mówi, że w Gdańsku zlekceważono zagrożenie, licząc, że w razie czego woda zaleje Żuławy (skąd my to znamy…). Ówczesny mistrz wałowy J. Kossak postulował u władz gdańskich, aby przekopać ujście we wsi Górka, tak by w razie czego rozszalały żywioł miał ujście poza miastem. Władze nie zgodziły się, uznając to za zbędny wydatek (przypominam, że dzisiaj WCIĄŻ nie mamy porządnego zabezpieczenia przeciw powodziowego), uważając, że taka powódź zdarza się raz na … 100 lat.

Na dodatek znad zachodu nadciągnął nad Zatokę Gdańską niesłychanej siły orkan. Porywy wiatru dochodziły ponoć do 200km/h.

O nocy z 8 na 9 kwietnia 1829 r. do dzisiaj się mówi przy sposobności zwiedzania Żuław Steblewskich. Wody z morza wtargnęły do ujścia Wisły, hamując spływ lodów. Spiętrzone zatorem lodowym wody Wisły z kolei naparły na wały przerywając je na przestrzeni od Torunia po Tczew w około 80 miejscach. Nad ranem 9 kwietnia w dół delty Wisły runął żywioł, około 10 tys. m.sześć. wody na sekundę. To było średnio dwa razy więcej, niż Odra podczas tragicznej powodzi z 1997 r.

I to właśnie niedaleko Stebelewa na długości przeszło 300 metrów woda przerwała wał, rozlewając się po całym terenie. Na ścianie kościoła w niedalekich Trutnowach do dzisiaj zachował się kamień ze znakiem wysokiej wody…

wschodnia ściana kościoła w Trutnowach (zdj. Aga S.) dla porownania wysokości wody w 1829 - mój wzrost to 170 cm Bo ta na zdjęciu to ja 😉

Wieczorem wielka woda dotarła do samego Gdańska. Wiadomo, że rozerwane zostały wrota Kamiennej Śluzy. Najpierw woda wtargneła do Dolnego Miasta, poczem pojawiła się w Prawym Mieście. Kiedy burmistrz (Joachim H.Weickhmann) zwoływał naradę – woda podchodziła pod stopnie Ratusza… Wkrótce wysokość wody sięgnęła ponoć 3 metrów. Na Ołowiance, na jednym ze spichlerzy również zachował się znak wysokiej wody z tego okresu…

spichrze na Ołowiance

Przy sposobności trzeciej fali powodziowej woda zmiotła wioskę w Wisłoujściu, a w samej twierdzy dziedziniec został zalany do około metra.

Wielka woda utrzymywała się aż do 28 kwietnia.

Powołano specjalną komisję parlamentarną do oszacowania strat. Te wyniosły około 2 mln. talarów.

…11 tysięcy ludzi na Żuławach oraz 12 tysięcy mieszkańców Gdańska z liczącej 66 tysięcy ludności miasta zostało pozbawionych dachu nad głową. Straty ludzkie na Żuławach wynosiły ok.30 osób i byłyby bez wątpienia dużo większe, gdyby nie przekazywana przez pokolenia pamięć o tragicznej powodzi sprzed 300 lat, jaka pozbawiła tam życia blisko 5 tysięcy ludzi…

…Władze pruskie obciążyły urzędników gdańskich winą za katastrofalne skutki powodzi. Twierdzono nie bez racji, iż natychmiastowe przerwanie północnego odcinka wału, 10 km przed Gdańskiem, spowodowałoby, iż część wody opuściłaby Żuławy i wróciła do pierwotnego koryta rzeki”… A to, jak pamiętamy postulował przecież wspomniany już mistrz wałowy …

Opowiadali mi Mennonici, z którymi od lat jeżdżę po Żuławach, że zawsze trzymano w gospodarstwach łodzie, umożliwiające ewakuację tak ludzi jak i inwentarza. I że te łodzie (przynajmniej niektóre) przydały się potem tym, co przyszli w 1945 roku… Ale to też inna historia…

Jako ciekawostka - jeden z czterech domów po drodze do Giemlic - adaptacja zagrody typu holenderskiego (kompletnie nieudana zresztą) z roku 19

No i parę zdjęć końca potęgi kościoła steblewskiego…

Tematu nie wyczerpałam. I wcale nie było moją intencją go wyczerpać. Bo to niemożliwe. Od lat jeżdżę na Żuławy Steblewskie z grupami szkolnymi i za każdym razem odkrywam coś nowego.

Asuny

Miejscowość nieopodal granicy z Obwodem Kaliningradzkim (tylko pół kilometra). Kiedyś należała do powiatu gierdawskiego. Ale po 1945 roku, kiedy to Polsce dostał się jego południowy obszar – włączono ją do powiatu kętrzyńskiego. Gierdawy to dzisiaj Żeleznodorożnyj…

Tak na marginesie – Gierdawy lokował na prawie chełmińskim Ulrich v. J. (to informacja specjalnie dla Krysi J.)

Wracając do Asun (dawniej Assaunen)…

Na wjeździe przywitał nas znak zakazu wjazdu na mostek – przebywanie grozi śmiercią lub kalectwem czy coś w tym stylu…

Pod mostkiem płynie Omet, meandrując aż poza dzisiejszą granicę… Tuż obok solidniejszy most – po którym już bez obawy można przejechać.

Zaraz za zakrętem, po prawej, widać teren przykościelny.

Solidne średniowieczne mury niewielkiego kościółka z kuną przy kruchcie południowej i drewnianą wieżą z połowy XIX wieku.

W wieży skład drewna.

Czy to skład drewna był powodem pożaru w roku 1914, czy może raczej działania wojenne, które przecież nie ominęły Prus Wschodnich? Jaka by nie była przyczyna pożaru – kościół szybko odbudowano.

Dziś wystrój wnętrza jest barokowy. A od roku 1958 doszedł wystrój cerkiewny. Bowiem od tego roku kościół jest cerkwią obrządku greckokatolickiego pod wezwaniem Zaśnięcia Najświętszej Bogurodzicy.

W latach 80.XX wieku dodano cerkwi ikonostas.

Czemu taki finał historii?

Ano to wynik i efekt Akcji Wisła. Kiedy to rzucano Ukraińców po całej Polsce – jednocześnie zabraniając im używania miano Ukrainiec. Kazano nazywać siebie Wysiedleńcami z Akcji „Wisła”. Tu ciekawy przyczynek do historii osadnictwa ukraińskiego w dawnych Prusach Wschodnich…

Cały teren przycerkiewny jest bardzo zadbany i czysty, trawa pięknie przycięta, i wokoło panuje atmosfera spokoju. Spokoju, nie pełnego rezygnacji, jak w Ostrem Bardo – ale spokoju miejsca oswojonego.

Pierwsze, co rzuca się w oczy – to właśnie porządek i spokój.  Na stronie Ciekawe Mazury Tadeusz Plebański świetnie napisał:

„Ta piękna, zadbana, nadgraniczna wieś jest przykładem tego, jak przesiedlonym w ramach Akcji Wisła udało się wrosnąć w nowe środowisko z poszanowaniem dla jego dziedzictwa.”

Do tej dobrej atmosfery zdecydowanie przyczyniają się dwa gniazda bocianie na obu szczytach cerkwi. To szczęśliwe miejsce – według tradycji i przesądu odwiecznego. Nie wszędzie bowiem bocian chce zakładać gniazda. Tu są aż dwa. 😀

Nieopodal widać schludny budynek dawnej szkoły, w którym mieści się obecnie ukraińska izba pamięci i Ośrodek Kultury Ukraińskiej. Ośrodek stworzył i wiele lat mu przewodniczył Antoni Staruch. Warto pamiętać tę postać. Wiele mu zawdzięczamy w kwestii zmiany w powojennych i propagandowych wizjach „złego Ukraińca i dobrego Polaka”…

Spacerując wokoło kościoła, po północnej stronie natykamy się na kamienny pomnik nagrobny.

Przeniesiony tu został nie tak dawno ze zniszczonego cmentarza nieistniejącego już majątku Korcklack po drugiej stronie granicy.

Ten pomnik nagrobny to ślad po tragedii rodzinnej – upamiętnia 17 latka, który zginął na morzu.

A to było tak:

Otóż w roku 1843 w stoczni szczecińskiej zwodowano trzymasztową szkolną korwetę „Amazone”, dla Królewskiej Szkoły Nawigacyjnej w Gdańsku. W listopadzie roku 1861 jeden z wielu kolejnych rejsów ćwiczebnych odbywali kadeci z różnych roczników Szkoły. Wśród nich był syn dziedzica Asun i Korcklack – Carl Louis Friedrich Max Leo hrabia von Klinckowstroem. Korweta zatonęła nieopodal brzegów Holandii na Morzu Północnym. Rozmiar tragedii był ogromny bowiem na pokładzie było jak wspomniałam – kilka roczników przyszłych oficerów. W rezultacie katastrofy – drastycznie spadła atrakcyjność Szkoły Nawigacyjnej – w następnym roku kandydatów do szkoły było raptem trzech. Ciekawe spostrzeżenia na temat sił morskich, wyszkolenia i możliwości dają nam Wspomnienia Alfreda von Tirpitz .

Kim był Alfred v. Tirpitz???  Nazywany jest często Ojcem Floty Niemieckiej – Alfred Peter Friedrich Tirpitz (szlachectwo, wraz z przynależną partykułą von, nadał mu Wilhelm II za zasługi położone dla budowy niemieckiej floty wojennej) urodził się 19 marca 1849 r. w starej nadodrzańskiej twierdzy Kostrzyn (wówczas Kustrin)… – [za Wikipedią]

W swoich Wspomnieniach Tirpitz pisze, że po katastrofie „Amazone” obniżono wiek przyjmowanych do Szkoły Morskiej, który wcześniej wynosił 17 lat. Sam Tirpitz w chwili przyjęcia miał 16 lat.

Parę słów należy się rodzinie, z której wywodził się kadet upamiętniony pomnikiem….

Otóż:

Klinckowström, lub nawet Klinkowstrom, czy Klinckowstroem to nazwisko rodziny szlacheckiej ze Szwedzkiego Pomorza.

Linie tego rodu osiadły w Szwecji, Prusach i Austrii. Przodkowie domu tego (jakby napisał mój ulubiony plotkarz – Kacper N.) pisali się Klinkow albo Klinckow w Stralsundzie i prawdopodobnie wyszli z tego samego “domu” w Prenzlau.

Pierwsza wzmianka o rodzie Klinkow pochodzi z roku 1320, kiedy bracia Peter i Johann de Klinkow, mieszkańcy Prenzlau, ufundowali ołtarz do tamtejszego kościoła Św. Mikołaja. Czy byli mieszczanami, czy należeli do rycerstwa – czy też byli przybyszami ze Starej Marchii – nie wiadomo.

Po kilku wiekach – widzimy przedstawicieli rodu w wojskach całej niemal Europy. Dla Pomorzan ważne jest – że widać ich w czasie wojen szwedzkich w słynnych Starych Kolorowych Regimentach króla szwedzkiego

….

Czas przenieść się nieco bliżej interesujących nas terenów i czasów – Martin (1650-1717), Szambelan i Kapitan Straży w dniu 19 kwietnia 1678 roku wpisany jest pod nazwiskiem Klinkowstrom jako szwedzki szlachcic. Faktyczna nobilitacja nastąpiła 17 marca 1690 (czasy króla Karola XI). Bracia Thure Leonard, (Sekretarz i Szef Poczt w Stockholmie), i Gustav Thure Klinckowström, w roku 1759 otrzymali szwedzki tytuł barona.

Austriacka linia rodu została ustanowiona przez Fryderyka Augusta von Klinkowstrom (1778-1835).

W roku 1798 Karl Friedrich von Klinkowstrom dostał tytuł hrabiowski od króla Fryderyka Wilhelma III. Tym samym rozpoczęła się pruska linia rodu.

Nas interesuje właśnie linia pruska z Asun i Korcklack (odsyłam do SUPLEMENTU na końcu felietonu). Czyli linia Karla Friedricha Ludwiga von Klinckowström (1780–1844), dziedzica na Korcklack i Assaunen.

  • Leonhard Carl Ludwig Felix von Klinkowstroem (* 1818), starosta powiatu gierdawskiego
    • Carl Louis Friedrich Max Leo von Klinckowstroem (1844 – 1861 na morzu…)
    • Clemens Graf von Klinkowstroem (1846–1902), ziemianin pruski i polityk (był starostą Powiatu Gierdawskiego w latach 1887 – 1901, w 1898 roku został deputowanym z okręgu Rastenburg-Friedland do Reichstagu. Otrzymał Krzyża Żelazny drugiej klasy. Był także Kawalerem Maltańskim, a także honorowym obywatelem Gierdaw. 6 listopada 1872 odbył się jego ślub z Marthą hrabianką… Eulenburg w Galinach (urodzoną tam w roku 1855). Z tego małżeństwa urodziło się dwóch synów i dwie córki.
    • Carl Ludwig Friedrich Graf von Klinkowstroem(1848–1903), generał pruski

Najstarszy syn zginął na morzu, zaś dwaj pozostali weszli na stałe do historii Europy…

A mnie na dodatek Los znowu postawił na drodze Eulenburgów z Galin…

I pomyśleć, że nigdy bym nie poznała tej historii, gdybym tak bardzo nie chciała jechać wzdłuż granicy Europy, i gdybyśmy nie zajechali do Asun – teraz niemal na końcu świata.

z google maps

z google maps

Jak zwykle, to na pewno nie koniec opowieści rodzinnej. Bo jak zwykle Los podeśle mi ciąg dalszy 😉

Ale i tak wszystko zawsze zaczyna się przysłowiowego pieca, czyli od … Galin 😀

SUPLEMENT:

oto, jakie ciekawe informacje dostałam w komentarzu (dziękuję!)

Kościół w Asunach pochodzi z końca XIV w. Był rozbudowywany w XV i XVI w. W 1905 r. przebudowany wg. projektu Fritza Heitmanna. Asuny w czasie I wojny światowej doznały największych zniszczeń spośród miejscowości okręgu gierdawskiego. Spłonęły m. in. kościół, parafia i szkoła. Odbudowa trwała aż do 1916 r. W tym czasie wybudowano nowy kamienny most na Omecie, który służył przez kolejne 90 lat. W 2006 r. do rzeki runęła jego południowa część.

Budynek w którym obecnie mieści się Ośrodek Kultury Ukraińskiej wybudowany został na pocz. XVI w. Do 1945 r. nieprzerwanie mieściła się w nim karczma. W latach 30-tych jej właścicielem był Walter Hartwich. Szkoła przed wojną znajdowała się natomiast w budynku na przeciwko kościoła.

Dawny majątek Korcklack znajduje się tuż przed granicą po polskiej stronie, ok. 5 km na zach. od Asun. Po 1945 r. utworzono tam PGR Kurkławki.

Ostre Bardo

Właśnie w internecie obejrzałam Panoramę Gdańską, gdzie wspomniano o Akcji Wisła (tutaj także informacja). Wreszcie mówi się o tej tragedii, i to coraz bardziej otwarcie. I mam wrażenie, że coraz więcej prawdy jest w informacjach o tym kawałki naszej historii. Wspólnej.

Czemu o tym piszę? I czemu akurat dzisiaj?

Otóż dzisiaj jest wigilia u Grekokatolików i Prawosławnych.

A drugim powodem jest to, że nie tak dawno – bo w listopadzie – odwiedziliśmy z Dionizym Ostre Bardo (do 1945 roku: Klingenberg).

Miejsce urokliwe, położone na krańcach Polski. I chyba pod każdym względem na jej krańcach…

Prowadzi tu droga nr 512 z Bartoszyc przez Szczurkowo. A raczej – nie wjeżdżając do Szczurkowa należy skręcić w prawo… Dalej – jedzie się około 6 czy 7 kilometrów – częściowo wzdłuż granicy z Rosją.

Daruję sobie opis, jakim przeżyciem dla mnie było ujrzenie na tzw. własne oczy TEJ granicy!!

no i tak się jedzie wzdłuż granicy, mając ją po swojej lewej stronie....

... aż minie się tablicę z nazwą wsi.

Jadąc dalej – trafi się przed zadbany teren, na którym stoi piękny kościół. Obok bocianie gniazdo i dalej widok na przestrzeń…

Wieś w latach międzywojennych leżała w obrębie tzw. Trójkąta Lidzbarskiego. A właściwie na jego granicy. Jako, że Niemców tu, na terenach Prus Wschodnich nie obowiązywały ograniczenia traktatu wersalskiego mogli wznosić umocnienia. Ten interesujący kawałek historii – dla miłośników fortyfikacji czyni z tego terenu miejsce ciekawe i warte odwiedzenia.

Po wojnie wieś, już nie Klingenberg a Ostre Bardo, została najpierw wysiedlona, a w roku 1947 całkowicie zasiedlona w trakcie Akcji Wisła dopiero. Ludzi zwieziono aż spod Przemyśla. Dopiero jednak w roku 1957 zaczęto odprawiać tam pierwsze msze. Wtedy to wieś zyskała pierwszego duszpasterza w osobie o. Bazylego Oszczypko, zwolnionego z zesłania w okolicach Irkucka. Oficjalnie greckokatolicką parafię w Ostrym Bardzie ustanowił ks. prymas Stefan Wyszyński 17 października 1958 roku.

Dzisiaj msze odbywają się w pięknym kościele z XVI wieku (tym z gniazdem bocianim obok).

Obecnie jest to Cerkiew parafialna p.w. Narodzenia NMP, należąca do Dekanu Olsztyńskiego Archidiecezji Przemysko-Warszawskiej. W latach 1985-1989 wikariuszem samodzielnym w parafii Ostre Bardo był Włodzimierz R. Juszczak, dzisiaj Ksiądz Biskup, Ordynariusz Eparchii Wrocławsko – Gdańskiej (tę informację znaleźć można na stronie serwisu Diecezji Wrocławsko-Gdańskiej Cerkwi greckokatolickiej w Polsce – http://www.cerkiew.net.pl)

Nieopodal wsi przepływa rzeka Łyna. Za nic sobie mając sztuczny powojenny podział tych ziem, przekracza granicę niedaleko wsi. Można tu dopłynąć kajakiem z Lidzbarka Warmińskiego szlakiem podzielonym na 7 etapów.

Dla tych, co mają czas i lubią takie wyzwania z pewnością taka trasa pozostanie niezapomnianym przeżyciem.

A więc – trawestując popularne powiedzenie – dla każdego znajdzie się coś ciekawego…

Ale to dzisiaj, a kiedyś?

Stojąc przed cerkwią i spoglądając w stronę granicy, zastanawiałam się jak ciężkie musiało być życie ludzi tutaj tuż po osiedleniu. Tym bardziej, że Wydział III SB Komendy Wojewódzkiej MO w Olsztynie nader czynnie zajmował się nadzorem nad mniejszościami narodowymi. Skutkowało to różnymi prowokacjami a także częstym „nachodzeniem” ludzi w domach czy w miejscu pracy. Do dzisiaj przecież tu i ówdzie można przeczytać enuncjacje IPN-u o wyimaginowanych czy prawdziwych współpracownikach SB. O tym, że i tutaj nie odpuszczono (a może tym bardziej tutaj) w czasach tzw.  komuny – można się przekonać, czytając choćby liczne publikacje na ten temat.

Jako, że Ostre Bardo jest wciąż wsią przygraniczną, tu podaję link do ciekawego dokumentu „… o uproszczonym trybie przekraczania granicy państwowej przez obywateli zamieszkałych w miejscowościach przygranicznych…”. Dokument podpisano w Moskwie 14 maja 1985 r.  Warto zwrócić uwagę na nazwisko podpisującego ze strony polskiej.

Ostre Bardo jawi mi się, w pewnym sensie, jako miejsce skrzywdzone. Może na takie postrzeganie wpływ miała jesienna pogoda, a może znajomość losów tych ziem po 1945 roku…

Jak wielkie jednak poczucie krzywdy musiało tkwić w ludziach Stamtąd nagle rzuconych Tu, skoro wieś długo porozumiewała się wyłącznie językiem ukraińskim. Wspomina o tym pan Miron Sycz (Poseł na Sejm RP VI kadencji). Tutaj link do ciekawego artykułu o tym, jak żyło się w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej człowiekowi ze wsi tęskniącej za ojczyzną.

Dzisiaj Ostre Bardo wciąż jest na krańcach świata, ale świat czasem tu zagląda. Jak na przykład w roku 2006 kiedy tu wystąpił zespół „Berkut” w roku 2006.

Folk-rockowa grupa „BERKUT” powstała  w 2004 r. w stolicy Warmii i Mazur Olsztynie. Nazwa zespołu pochodzi od gatunku orła, który zamieszkuje góry Karpaty. Członkami zespołu są Polacy i Ukraińcy, których połączyła wspólna pasja tworzenia muzyki inspirowanej folkiem ukraińskim. … Berkut to aktualnie jeden z najpopularniejszych i najbardziej rozpoznawalnych zespołów z solidną pozycją ukraińskiego folk-rocka w Polsce. Ich muzyka jest łatwa w odbiorze, melodyjna, rytmiczna, doskonale nadająca się do słuchania i zabawy, rozgrzewa publiczność swoją wyjątkowością. Niepowtarzalny charakter i umiejętności muzyków gwarantują wspaniałe przeżycia, które na długo po koncercie pozostają w pamięci widzów i słuchaczy.

Ze strony zespołu: http://www.berkut.com.pl

Wrócimy do Ostrego Bardo w lecie – bo koniecznie chcę zobaczyć, czy gniazdo bocianie jest zamieszkałe.

Chcę też dowiedzieć się czegoś więcej o historii wsi do roku 1945…

P.S. Banał stary jak świat mówi, że życie plecie się znacznie ciekawiej niż jakakolwiek opowieść. I to prawda. Pośród Miłych Czytelników tego co tu piszę jest Pan TP (za cenne wskazówki raz jeszcze bardzo dziękuję i zawsze na nie czekam).

Przesłał mi LINKA, który dotyka tematu tzw. współistnienia i poczucia krzywdy…

Wciąż się o tej części polskiej historii mówi zbyt mało. Wciąż to temat tabu, umiejętnie jednak wykorzystywany tu i ówdzie. Dlatego też każda publikacja odsłaniająca złożoność jakichkolwiek relacji na terenie dzisiejszej Rzeczypospolitej wywołuje takie emocje, jak choćby merkantylna książka Grossa.

Azumini

W opowieści o Panu Jodło padła nazwa Azumini. Miasto,  jako ważny węzeł komunikacyjny spełniało zarazem od zawsze rolę miejsca targowego. I właśnie dlatego stało się jednym z wielu miejsc na mapie Afryki naznaczonym ciemną stroną historii, jaką były czasy niewolnictwa.

Nigdy nie zapomnę przewodnika w Fort Metal Cross  (Dixcove) w Ghanie. Opowiadał, że jako dziecko zdołał uciec z Korytarza Bez Powrotu. Tak nazywano w nadmorskich fortecach korytarze, którymi gnano ludzi na statki. Bo tak naprawdę, mimo, iż w roku 1926 Liga Narodów zakazała handlu niewolnikami, to trwał on w najlepsze aż połowy XX wieku.

Oblicza się, że od czasów, kiedy Admirał Sir John Hawkins wymyślił okrężną drogę przez Atlantyk, około 10 milionów ludzi zostało sprzedanych z Afryki w niewolę. A Zatoka Gwinejska zyskała miano Zatoki Niewolników (w jej skład wchodzą Zatoka Benin i Zatoka Bonny).

Wspomniałam Sir Hawkinsa. Otóż wymyślił trasę okrężną, głównie po to,  by wyeliminować pośrednictwo arabskie w handlu niewolnikami. W Anglii kupował towary i wiózł je do Afryki właśnie na zatokę Gwinejską. Tam wymieniał towary na niewolników, których przewoził za Ocean – do  Ameryki. Tam z kolei wymieniał ludzi na kolejny towar. Po powrocie do Anglii – ów kolejny towar sprzedawał, zbijając na tym niezły majątek… Anglicy pamiętają Hawkinsa głównie jako jednego z trzech kontradmirałów zasłużonych podczas bitwy z hiszpańską Armadą.

Wiele osób zapewne pamięta serial pt. „Niewolnica Izaura” jako nudnego tasiemca. Niewiele zaś zastanawiało się pewnie podczas jego emisji – skąd się ci niewolnicy wzięli. Otóż wielu miało korzenie właśnie w Nigerii. Do dzisiaj wielu Brazylijczyków i Kubańczyków ma pochodzenie Yoruba.

A ja mieszkałam w domu pokolonialnym.

Był piękny – ogromny, zbudowany z kamiennych ciosów. Do kuchni, tej oryginalnej, trzeba było przejść zadaszonym pasażem. A do kwater służby szło się nieco dalej – aż pod sam busz. Kwatery te, to były dawne kwatery niewolników –zaadaptowane na mieszkania.

Jak taka kwatera wyglądała?

Otóż był to kamienny baraczek z dwoma pomieszczeniami. Czasem tych pomieszczeń było trzy. Zależało to widać o zamożności właściciela domu. U nas było po dwa pomieszczenia w 3 baraczkach. Wielkość pomieszczeń?  Może z 3m x 3m. Nie więcej. Pamiętam, że było tam ciemno i ciasno. Kamienna rama w jednym z pomieszczeń wyznaczała miejsce na palenisko,  a  w drugim  kamienny podest wyznaczał miejsce na wyrko (coś podobnego można oglądać w jednej z cel w Zespole Przedbramia w Gdańsku). Wody w kwaterach nie było, tę się nosiło z pompy. Okropne i nieprzytulne miejsce. W zakolu buszu, dostatecznie daleko od domu, by nie przeszkadzało państwu, ale zarazem dostatecznie blisko, by można było zadzwonić na niewolnika.

Kiedy się wprowadziliśmy do Błękitnego Domu, a wraz z nami Akpan, mój Ojciec natychmiast przystąpił do modernizacji pomieszczeń dawnych kwater niewolników. Ale zanim to nastąpiło, musiał otrzymać zgodę od władz firmy. Dom bowiem był służbowy. I nie chodziło tu bynajmniej o ochronę zabytków! Chodziło o… niechęć do wydawania pieniędzy na poprawę bytu służby. Część więc wydatków Ojciec poniósł z własnej kieszeni. Jednakże przedtem pokazał mi i opowiedział, jak się tam mieszkało w czasach kolonialnych.

Na placyku nieopodal stał nawet pręgierz.

Może dlatego właśnie jakoś nigdy nie przepadałam za prze-egzaltowanymi bohaterami sienkiewiczowskiej opowieści o Afryce. Bo pomijając dość barwne opisy Afryki – Sienkiewicz wiedział figę… A jego punkt widzenie był li tylko kalką kolonialnych opisów.

Handel niewolnikami w Nigerii nie jest dobrze poznany. Badania  tej części historii kraju trwają dopiero od paru lat. W głównej mierze mówi się o niewolnikach z Gambii (Mandingo), Ghany, Togo, Beninu czy o słynnych  Senegalczykach. Dopiero zaczyna się mówić o niewolnikach Yoruba czy Igbo, albo Fulani czy Hausa. To wciąż tam drażliwy temat. Tym bardziej, że często rodzina sprzedawała w niewolę swoje dzieci, czy swoich nieprzyjaciół pojmanych w napadach. Częste w tych rejonach rytualne nacięcia twarzy potem nierzadko stosowano także i po to, by oszpecić twarz potencjalnego niewolnika. A i to nie zawsze pomagało.

Niedaleko Lagos znajduje się miasto Badagry. I to właśnie  to miasto położone malowniczo nad Zatoką Benin było centrum niewolnictwa nad zatoką, i to tutaj załadowywano niewolników na statki do Ameryki. Oblicza się, że nie mniej niż 550 tysięcy niewolników wysłano stąd do Ameryki w samym tylko roku l787. Poza tym, niewolnicy trafiali do Europy, Ameryki Południowej i na Karaiby.

A co ze wspomnianym Azumini ? Otóż tędy także biegł szlak niewolniczy. Z głębi dzisiejszej Nigerii pędzono ludzi do Azumini, i dalej – transportowano ich rzeką (Blue River) aż na Bonny i potem na Zatokę. Do dzisiaj zachowały się w mieście tak kwatery do przetrzymywania niewolników, jak i targ, na którym wstępnie dokonywano transakcji. Zachowała się też pozostałość tzw. świętego gaju, tuż obok targu.

Obecnie planowana jest w Azumini trasa turystyczna „śladami niewolników”. Można zastanowić się, czy to etyczne. Tym bardziej, że wciąż przecież w tamtych rejonach świata giną ludzie. Ale nie od dzisiaj wiadomo, że tzw. trasy martyrologiczne cieszą się niezmierną popularnością…

Pan Jodło

„Toć panie kapitanie, my tu dziewuszkę głodzili, a jodło było pod stołem”.

To zdanie towarzyszy mi od dzieciństwa. U nas w domu używa się go na określenie oczywistego braku spostrzegawczości.

Wypowiedziane zostało w buszu, nad rzeką, niedaleko Aby, w baraczku, z którego ekspediowano ryby do najbardziej snobistycznych akwarystów na świecie.

A wypowiedział je człowiek słynny w świecie akwarystycznym. Człowiek,  którego nazwisko jest częścią nazwy pewnej rybki: „Alestopetersius Smykalai” (jak przeczytałam, obecnie bardzo zagrożonej)

Tym człowiekiem był Pan Ewald Roman Smykała.

Ale od pieca:

Nigeria, jeszcze zanim stała się moim Domem, zawsze była na trasie. Na trasie rejsów mojego Ojca (kapitana Żeglugi Wielkiej). A jako, że szczęśliwie jestem jedynaczką, to towarzyszyłam ojcu w jego rejsach, odkąd skończyłam jakieś 3-4 lata… No i podczas jednego z takich rejsów M/S Świdnica (która wtedy była moim domem) – uległa poważnej awarii wału śrubowego.  Stało się to akurat na Bonny River.

Awaria wału śrubowego zdarzyła się już po wyjściu z Port Harcourt, i unieruchomiony statek właśnie na Bonny czekał na przypłynięcie z Polski holownika Koral.  Ten miał nas odholować do kraju…  A że trwało to długo…  tymczasem poznawaliśmy okolice.

Wszystko to działo się jeszcze przed wojną, a więc było bezpiecznie… A może mieliśmy po prostu szczęście?

Dość na tym, że wtedy nauczyłam się zapachów Afryki. Smaków Afryki. Dźwięków Afryki. Nie można wytłumaczyć ani opisać zgiełku nocy przechodzącego w ciszę przedranka, ani też nagłego wybuchu dnia… No i trudno przekazać słowem piękno wschodów i zachodów słońca. Bladobłękitnych albo bladoróżowych, zamglonych. Bo aby zrozumieć Afrykę, trzeba stać się jej częścią. Nie wpaść tam na chwilkę turystycznie, a właśnie mieszkać. Akpan kiedyś powiedział, że jak ktoś raz zostanie częścią Afryki, ta  zawsze się będzie o niego upominać… Hm… widać święta nastrajają tak właśnie, wspomnieniowo. Bo podczas którychś poprzednich świąt opisałam Osła Wigilijnego… teraz kolej na rybki Pana Jodło…

Ale wracając do tytułu…

Kimże był ów Pan Jodło? Był, bowiem zmarł parę lat temu.

Oto krótki życiorys Pana Jodło – ze strony Głosu Pszczyńskiego. Przy sposobności pomyślałam, że jakoś miałam szczęście w życiu do Ludzi Wielkich, a przy tym skromnych (nie mogę sobie przypomnieć nazwiska Księdza Misjonarza w Oyo!!).

Link do Głosu nie działa 😦 ale za to Pani Barbara Solarska napisała bardzo piękny artykuł wspomnieniowy o Panu Jodło TUTAJ.

 *   /   *

Do Państwa Smykałów trafiliśmy właśnie podczas postoju statku na Bonny. Zawieźli nas najpierw do swojego domu w Abie. Z tego pamiętam tylko poszukiwania aligatora, który gdzieś się zawieruszył… Jako, że się zawieruszył –  nie dane mi było dotknąć owego mitycznego zwierzaka,  😉 nad czym bardzo bolałam.

A potem pojechaliśmy za Abę – do Azumini – a raczej w okolice Azumini, do hodowli. Rzeka była czysta tak bardzo, że aż nieprawdziwa, i stanowiła niesłychany kontrast z Bonny. Tu przypomniało mi się, jak niemal doprowadziłam do zawału moją matkę, spokojnie jej oznajmiając, że woda w Bonny wcale nie jest gorzka, a słodkawa 😉 ale to zupełnie inna historia.

Teren hodowli rybek był jeszcze niedokończony – baraczek tzw. socjalny, owszem stał, ale o sanitariatach można było sobie pomarzyć gdzieś tam w buszu… nie było także kuchni. Pani Beryl (żona Pana Romana) przezornie wzięła z domu ogromną lodówkę turystyczną, wypchaną wszelkim dobrem. Z racji ówczesnych zainteresowań zawodowych moja matka bardzo chciała zwiedzić niedaleki szpital. Pani Beryl więc z chęcią podjęła się roli przewodniczki i kierowcy. Mnie udało się wyłgać – tylko dlatego, że jak zwykle w takich momentach, przezornie przepadłam gdzieś w buszu. Odnalazłam się cudownie tuż po odjeździe pań. Pan Roman pozwolił mi wejść do wody w hodowli, nawet wolno mi było karmić ryby (z uśmiechem wspominam, jakie to wtedy było dla mnie przeżycie).

Jako, że zdrowe dzieci zawsze są głodne – a ja byłam bardzo zdrowym dzieckiem – wkrótce zgłodniałam. Okazało się, że jeden baton Marsa nie jest w stanie ocalić mnie przed śmiercią głodową. Akurat pracownicy Pana Romana też nic nie mieli do jedzenia, a na obgryzanie przeze mnie darów natury w buszu, mój ojciec jakoś nie chciał przystać…

Głodna okropnie przebębniłam cały dzień prawie do zmroku, taplając się w wodzie, pływając łódką i szwendając się dokoła chatki. Kiedy w końcu obie panie wróciły zadowolone z wyprawy, panowie rzucili się do samochodu w poszukiwaniu wielkiej lodówy. Nie znaleźli jej ani wewnątrz, ani w bagażniku. Teraz wszyscy byli już głodni i mogłam spokojnie i publicznie manifestować swoją tęsknotę za pożywieniem. Pan Roman taktownie wypomniał żonie, że nie zostawiła jedzenia, a dziecko tutaj głodowało… Pani Beryl z prawdziwie angielskim spokojem zapytała, dlaczego po prostu nikt nie sięgnął pod stół, gdzie postawiła lodówkę, by nie zawadzała w pomieszczeniu. Zapadła cisza, po czym wszyscy zajrzeli pod ów stół. Lodówka stała spokojnie. Wielka, monstrualna wręcz – wypełniona jedzeniem 😀

Pan Roman wyprostował się pierwszy, i drapiąc się po głowie z zażenowaniem zwrócił się do mojego ojca słowami, jak na wstępie… 😉

(znalazłam zdjęcia z Wtedy, więc je tutaj wklejam!! bo każdemu się wydaje, że farma Pana Jodło to nie wiem co, a tymczasem w takich – jak na zdjęciach – warunkach rodziła się sława Pana Romana. Na jednym ze zdjęć jest także Pani Beryl, a poza tym moja Matka i ja. Tato był fotografem)

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Ilekroć potem bywaliśmy w Nigerii jeszcze w rejsach – zawsze odwiedzaliśmy Państwa Smykałów – nazywając ich wszakże już Państwem Jodło…

Potem stałam się częścią Afryki.

A potem wybuchła wojna.

Po wojnie Tato starał się odnaleźć Pana Jodło. Bez skutku. Podczas pobytu w Bonny odwiedził teren hodowli. Wszystko było zniszczone, a do Aby jechać wtedy jeszcze nie mógł.

Lata całe powiedzenie Pana Jodło krążyło w rodzinie.  Aż  parę lat temu, któregoś popołudnia  zadzwonił telefon.  Głos w słuchawce dochodził słabo, ale jednak usłyszałam:

„Czy to dziewuszka Kasia?”

Nooooooo, tylko jeden człowiek na całym świecie tak mnie nazywał. Kiedy odparłam że tak… (wprawdzie kiedy telefon zadzwonił, dawno dziewuszką  już być przestałam 😉 ) głos powiedział:

„Tu pan Jodło”

Radość była wielka i równie wielkie było zdumienie.  Skąd znał mój numer telefonu? Otóż, czas jakiś wcześniej Towarzystwo Polsko-Nigeryjskie planowało wydanie książki o Polakach w Nigerii. Poproszono mnie, bym w zastępstwie moich zmarłych rodziców napisała wspomnienie z Nigerii. Krótką notkę. Napisałam – nie była tak krótka, jak chciałam. Ale opisałam najważniejsze z mojego punktu widzenia zdarzenia z mojego dzieciństwa. No i siłą rzeczy musiałam wspomnieć o Panu Jodło 🙂 Książka rozeszła się szybko, a że w notkach o autorach były nasze adresy – to i nie dziwota, że wiele osób odnalazło się po latach 🙂

I tak znalazł mnie Pan Smykała. Nasza korespondencja trwała parę lat… Dowiedziałam się o Pana-Jodłowych planach przenosin do Polski, o planach stworzenia fundacji akwarystycznej… Planowaliśmy się spotkać. Niestety  kontakt się urwał. Teraz już wiem czemu…

Pan Jodło pozostaje wciąż w moich wspomnieniach, bo jego powiedzenie wciąż funkcjonuje u nas w domu.

Znajomość z takimi ludźmi jak Państwo Smykałowie jawi mi się po latach jako swoiste  „ładowanie akumulatorów”.

🙂

Wiślany zachód słońca

Przedwczoraj jechałam do Zamku na nocne… rzemiennym dyszlem jechałam 😉 przeszło dwie godziny, bowiem zatrzymał mnie … zachód słońca nad Wisłą.

A potem moje Żuławy…

Aż w końcu dotarłam do Wiadomego Zamku 🙂

Tak sobie po drodze pomyślałam, że mieszkam w pięknym miejscu. I pomyśleć, że gdyby nie wybrano pewnego biskupa krakowskiego na papieża, to pewnie zostałabym w Nigerii…

I nigdy bym nie zdobyła Wiadomego Zamku, ani też nie zagubiłabym się na i w Świętej Warmii, nie uległabym też urokowi Oberlandu…

Ot, takie rozmyślania o zachodzie słońca w drodze na nocne 😉