W biegu – z trasy – po drodze

Sezon „jeżdżony i biegany”.

No i nie da rady pisać. Może by i dało, ale do „robienia” trasy ustalonej dochodzi robienie trasy swojej, na tzw. „zaś”. No i przygotowywanie się każdorazowe do każdej wycieczki…

I nagle okazuje się, że brakuje czasu na czytanie dla siebie i na pisanie z sensem 😉

A tymczasem – nazbierało się wrażeń, oj nazbierało… Daruję sobie te prywatne i złośliwe, a skoncentruję się raczej na uwagach z trasy.

Przede wszystkim – Bristol. Wielki zawód. To zdecydowanie i na pewno już nie ta klasa z opowiadań o babcinych wizytach. No i to nawet już nie ten hotel z dzieciństwa, kiedy pachniał luksusem i wyjątkowością przy każdej wizycie w Polsce. Wtedy nie każdego było na niego stać, nie każdy też mógł tam mieszkać… A dzisiaj? hm… praktycznie żadna różnica (poza cenową) między tym, a innymi dobrymi hotelami. A śniadania? słynne śniadania? są niestety takie same, jak gdziekolwiek indziej. Chociaż – bekon mają bardziej spalony 😉

Co do reszty – zdecydowanie miłe zaskoczenie w gdańskiej Brovarni. Chyba zmieniono tam szefa kuchni, bowiem ryba wreszcie ma smak. I wreszcie nie jest wyprana. Ale aby ugruntować wrażenie – muszę zabrać tam jeszcze parę grup 😉

Częstochowa… Hm… no cóż, może kiedyś doczeka się hotelu z prawdziwego zdarzenia. Ale, tu również zmiana na lepsze 😉 zeszłoroczny raban i pismo do centrali dał widać efekt… Miasto też zaczyna robić coraz lepsze wrażenie, jest coraz ładniejsze.

A co do całej reszty trasy – hm… Kraków jak zwykle tłumny i powala na kolana, Warszawa kolorowa i pełna ciekawostek, Toruń – jak zwykle zachwycający.

A jak na tle tych wielkomiejskich atrakcji wypada mój ukochany  Frombork?

Świetnie!

Kawa i ciastko w Wieży Wodnej, w miłej atmosferze, i z widokiem na Wzgórze Katedralne. To wszystko powoduje, że wszystkie moje grupy, bez wyjątku, są zachwycone Fromborkiem. Pomijam już samą katedrę czy muzeum, które ma świetną ekspozycję (wielka zmiana na PLUS). Tu całość (łącznie z Tolkmickiem, Suchaczem czy Kadynami) sprawia, że to tutaj moje grupy (i ja) znajdują odpoczynek. I co ważniejsze, to tutaj w końcu naprawdę rozumieją życie Doktora Mikołaja K. Ale też i tutaj łatwiej tłumaczyć sens roku 1945. A także to, co wydarzyło się potem.

To tyle… Następny raport z trasy – nie wiem kiedy 🙂

Zdjęcia zamieściłam  TUTAJ – bo na blogu zabrakło już miejsca 🙂

Galińskie Bociany – refleksje wiosenne

Na nieśmiertelnym – a tak kiedyś przez mnie krytykowanym Facebook-u [no cóż… tylko krowa nie zmienia poglądów ;)] pojawił się nowy wpis w profilu zaprzyjaźnionego Pałacu w Galinach.

Wpis dotyczył powrotu boćków do gniazda na dachu stajni galińskiej… Napisałam więc – że wiosna niniejszym odtrąbiona. Zresztą – teraz wszędzie same boćki, bo w końcu to czas najwyższy na składanie przez nich jaj, i niedługo zacznie się wysiadywanie…

Ale odpowiedź z Pałacu mnie zastanowiła i skłoniła do refleksji.

Dowiedziałam się bowiem, że czas jakiś temu zginął bociek z pary rezydującej na stajni. Od tego czasu gniazdo pozostawało puste przez parę lat. Jednakże za każdym razem – każdego sezonu bronione było zaciekle przez pojedynczego bociana. Jak można się dowiedzieć ze strony bocianopedia.pl – notki z dawnych Prusach Wschodnich – mówiły, że:

na 8853 gniazd – walki obserwowano w 2660 z nich, co stanowi 30%

Tym razem jednak walka została wygrana przez nowych lokatorów. I obecnie trwa naprawa a także rozbudowa gniazda. A więc w ruch poszły dzioby, i z okolicy zbierane są przez pracowitą parę gałązki i źdźbła trawy, także wszystko, co może być użyte do wymoszczenia gniazda.

W budowę gniazda, a zwłaszcza w znoszenie materiału zaangażowane są przede wszystkim samce. Ale już za aranżację całości mieszkania odpowiedzialna jest samica. W końcu kobieca ręka, (a raczej dziób i stopa) to jest to, co pieleszom domowym jest zawsze potrzebne.

Ciekawa jest konstrukcja gniazda. Nawet, jeśli platformy przygotowywane są w kształcie prostokątów czy kwadratów, gniazdo i tak przybierze kształt pierścienia, czasem elipsy. Wewnątrz gniazdo wyściełane jest słomą, sianem, szmatami, czasem papierem czy kawałkami folii… lub co bardziej niebezpieczne, ba! wręcz zabójcze – sznurkami.

Jako, że gniazdo co roku jest modernizowane, a więc nadbudowywane – czasem osiąga taki ciężar, że trzeba je ucinać w połowie, by nie zawalił się pod nim dach, czy gzyms, czy szczyt budynku (np. jak fromborskie „3 Krowy Na Gzymsie”). Średnica gniazda waha się od 90 cm do około 1,50m ale bywają i szersze. Natomiast wysokość i waga takiego gniazda czasem bywa niewyobrażalna. Znowu odwołam się do fromborskich 3 Krów na Gzymsie – ważącego około 1,5 tony.

To tyle danych technicznych 😉

Jako, że składanie jaj rozpoczyna się mniej więcej około drugiej połowy kwietnia, to myślę, że boćki Galińskie już powinny zaraz, za momencik zaczynać znosić jaja…

Więcej o bocianach – można znaleźć na interesującej bocianopedii, wiec daruję sobie resztę szczegółów. Dodam tylko, że żałuję, iż kiedyś nie było takiego kompendium wiedzy o boćkach, jak na owej stronie.

Kiedy zaczynałam liczyć boćki 23 lata temu – wszystkiego musiałam uczyć się sama. A liczę bociany z reguły na moich żuławskich trasach, jako że te akurat najczęściej odwiedzam. I niezmiennie i od zawsze te wielkie i piękne ptaszyska wzbudzają moją sympatię.

Trzymam więc kciuki za Galińską bocianią rodzinę i mam nadzieję, że do kompletu zdjęć jakie tu zamieszczam, dołączą niedługo zdjęcia łebków „smarkaczy” bocianich siedzących w gnieździe 🙂

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Bardzo dziękuję Zespołowi Pałacowemu w Galinach za udostępnienie pięknych zdjęć.

Tak w ogóle, kto zobaczy lecącego boćka, ten będzie podróżował 😉  a kto widzi bociana w gnieździe powinien policzyć do trzech, lub odczekać 3 sekundy zanim przeniesie wzrok gdzie indziej. To daje następne 3 lata w szczęściu i zdrowiu, radości i samym dobrym.

Noooo, coś w tym jest – gapię się na boćki od 23 lat 🙂

Ostre Bardo

Właśnie w internecie obejrzałam Panoramę Gdańską, gdzie wspomniano o Akcji Wisła (tutaj także informacja). Wreszcie mówi się o tej tragedii, i to coraz bardziej otwarcie. I mam wrażenie, że coraz więcej prawdy jest w informacjach o tym kawałki naszej historii. Wspólnej.

Czemu o tym piszę? I czemu akurat dzisiaj?

Otóż dzisiaj jest wigilia u Grekokatolików i Prawosławnych.

A drugim powodem jest to, że nie tak dawno – bo w listopadzie – odwiedziliśmy z Dionizym Ostre Bardo (do 1945 roku: Klingenberg).

Miejsce urokliwe, położone na krańcach Polski. I chyba pod każdym względem na jej krańcach…

Prowadzi tu droga nr 512 z Bartoszyc przez Szczurkowo. A raczej – nie wjeżdżając do Szczurkowa należy skręcić w prawo… Dalej – jedzie się około 6 czy 7 kilometrów – częściowo wzdłuż granicy z Rosją.

Daruję sobie opis, jakim przeżyciem dla mnie było ujrzenie na tzw. własne oczy TEJ granicy!!

no i tak się jedzie wzdłuż granicy, mając ją po swojej lewej stronie....

... aż minie się tablicę z nazwą wsi.

Jadąc dalej – trafi się przed zadbany teren, na którym stoi piękny kościół. Obok bocianie gniazdo i dalej widok na przestrzeń…

Wieś w latach międzywojennych leżała w obrębie tzw. Trójkąta Lidzbarskiego. A właściwie na jego granicy. Jako, że Niemców tu, na terenach Prus Wschodnich nie obowiązywały ograniczenia traktatu wersalskiego mogli wznosić umocnienia. Ten interesujący kawałek historii – dla miłośników fortyfikacji czyni z tego terenu miejsce ciekawe i warte odwiedzenia.

Po wojnie wieś, już nie Klingenberg a Ostre Bardo, została najpierw wysiedlona, a w roku 1947 całkowicie zasiedlona w trakcie Akcji Wisła dopiero. Ludzi zwieziono aż spod Przemyśla. Dopiero jednak w roku 1957 zaczęto odprawiać tam pierwsze msze. Wtedy to wieś zyskała pierwszego duszpasterza w osobie o. Bazylego Oszczypko, zwolnionego z zesłania w okolicach Irkucka. Oficjalnie greckokatolicką parafię w Ostrym Bardzie ustanowił ks. prymas Stefan Wyszyński 17 października 1958 roku.

Dzisiaj msze odbywają się w pięknym kościele z XVI wieku (tym z gniazdem bocianim obok).

Obecnie jest to Cerkiew parafialna p.w. Narodzenia NMP, należąca do Dekanu Olsztyńskiego Archidiecezji Przemysko-Warszawskiej. W latach 1985-1989 wikariuszem samodzielnym w parafii Ostre Bardo był Włodzimierz R. Juszczak, dzisiaj Ksiądz Biskup, Ordynariusz Eparchii Wrocławsko – Gdańskiej (tę informację znaleźć można na stronie serwisu Diecezji Wrocławsko-Gdańskiej Cerkwi greckokatolickiej w Polsce – http://www.cerkiew.net.pl)

Nieopodal wsi przepływa rzeka Łyna. Za nic sobie mając sztuczny powojenny podział tych ziem, przekracza granicę niedaleko wsi. Można tu dopłynąć kajakiem z Lidzbarka Warmińskiego szlakiem podzielonym na 7 etapów.

Dla tych, co mają czas i lubią takie wyzwania z pewnością taka trasa pozostanie niezapomnianym przeżyciem.

A więc – trawestując popularne powiedzenie – dla każdego znajdzie się coś ciekawego…

Ale to dzisiaj, a kiedyś?

Stojąc przed cerkwią i spoglądając w stronę granicy, zastanawiałam się jak ciężkie musiało być życie ludzi tutaj tuż po osiedleniu. Tym bardziej, że Wydział III SB Komendy Wojewódzkiej MO w Olsztynie nader czynnie zajmował się nadzorem nad mniejszościami narodowymi. Skutkowało to różnymi prowokacjami a także częstym „nachodzeniem” ludzi w domach czy w miejscu pracy. Do dzisiaj przecież tu i ówdzie można przeczytać enuncjacje IPN-u o wyimaginowanych czy prawdziwych współpracownikach SB. O tym, że i tutaj nie odpuszczono (a może tym bardziej tutaj) w czasach tzw.  komuny – można się przekonać, czytając choćby liczne publikacje na ten temat.

Jako, że Ostre Bardo jest wciąż wsią przygraniczną, tu podaję link do ciekawego dokumentu „… o uproszczonym trybie przekraczania granicy państwowej przez obywateli zamieszkałych w miejscowościach przygranicznych…”. Dokument podpisano w Moskwie 14 maja 1985 r.  Warto zwrócić uwagę na nazwisko podpisującego ze strony polskiej.

Ostre Bardo jawi mi się, w pewnym sensie, jako miejsce skrzywdzone. Może na takie postrzeganie wpływ miała jesienna pogoda, a może znajomość losów tych ziem po 1945 roku…

Jak wielkie jednak poczucie krzywdy musiało tkwić w ludziach Stamtąd nagle rzuconych Tu, skoro wieś długo porozumiewała się wyłącznie językiem ukraińskim. Wspomina o tym pan Miron Sycz (Poseł na Sejm RP VI kadencji). Tutaj link do ciekawego artykułu o tym, jak żyło się w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej człowiekowi ze wsi tęskniącej za ojczyzną.

Dzisiaj Ostre Bardo wciąż jest na krańcach świata, ale świat czasem tu zagląda. Jak na przykład w roku 2006 kiedy tu wystąpił zespół „Berkut” w roku 2006.

Folk-rockowa grupa „BERKUT” powstała  w 2004 r. w stolicy Warmii i Mazur Olsztynie. Nazwa zespołu pochodzi od gatunku orła, który zamieszkuje góry Karpaty. Członkami zespołu są Polacy i Ukraińcy, których połączyła wspólna pasja tworzenia muzyki inspirowanej folkiem ukraińskim. … Berkut to aktualnie jeden z najpopularniejszych i najbardziej rozpoznawalnych zespołów z solidną pozycją ukraińskiego folk-rocka w Polsce. Ich muzyka jest łatwa w odbiorze, melodyjna, rytmiczna, doskonale nadająca się do słuchania i zabawy, rozgrzewa publiczność swoją wyjątkowością. Niepowtarzalny charakter i umiejętności muzyków gwarantują wspaniałe przeżycia, które na długo po koncercie pozostają w pamięci widzów i słuchaczy.

Ze strony zespołu: http://www.berkut.com.pl

Wrócimy do Ostrego Bardo w lecie – bo koniecznie chcę zobaczyć, czy gniazdo bocianie jest zamieszkałe.

Chcę też dowiedzieć się czegoś więcej o historii wsi do roku 1945…

P.S. Banał stary jak świat mówi, że życie plecie się znacznie ciekawiej niż jakakolwiek opowieść. I to prawda. Pośród Miłych Czytelników tego co tu piszę jest Pan TP (za cenne wskazówki raz jeszcze bardzo dziękuję i zawsze na nie czekam).

Przesłał mi LINKA, który dotyka tematu tzw. współistnienia i poczucia krzywdy…

Wciąż się o tej części polskiej historii mówi zbyt mało. Wciąż to temat tabu, umiejętnie jednak wykorzystywany tu i ówdzie. Dlatego też każda publikacja odsłaniająca złożoność jakichkolwiek relacji na terenie dzisiejszej Rzeczypospolitej wywołuje takie emocje, jak choćby merkantylna książka Grossa.

Migawki fromborskie cz.1

Właśnie wróciłam z dwudniowego doładowywania akumulatorów psychicznych we Fromborku.

TUTAJ parę zdjęć z tego wypadu 🙂

Od paru lat – co jakiś czas (bez względu na to, czy to szczyt sezonu, czy tuż po nim) pakujemy się z Dziewczynami na weekend (częściej jednak jesienią lub wiosną, niż latem) do tego urokliwego miasteczka nad Zalewem Wiślanym.

„Zamieszkałem na końcu świata” – tak napisał Mikołaj Kopernik, kiedy osiadł we Fromborku.

Zawsze jeździmy w tym samym składzie – 4, czasem 5 bab – same Przewodniczki – szalone na punkcie cegły, palców i dziur. A nadto zauroczone Świętą Warmią. Tak też i było tym razem – zapakowałyśmy bety i toboły, jakbyśmy jechały co najmniej na tydzień, i wyruszyłyśmy w sobotę rano. Po drodze, jak to mamy w zwyczaju – zajechałyśmy do Kadyn na wspaniałe ciastko czekoladowe w Hotelu Kadyny.

Niestety pałac cesarski, tuż obok, nie robi dobrego wrażenia i należy się obawiać, że tradycyjnie następny zabytek zniknie z powierzchni ziemi przez tradycyjne i przysłowiowe już niemal zaniedbanie… A wszystko w majestacie niemocy – odpowiednich acz nieodpowiedzialnych służb…

Ale ciastko i kawa w hotelu Kadyny Country Club (www.kadyny.com.pl) przednie – niezmiennie i obsługa niezmiennie sympatyczna. Od lat ta sama dobra, sprawdzona jakość.

No i w końcu Frombork… Ale tym razem poświęciłyśmy też czas na odwiedzenie Szpitala Św. Ducha. Wycieczki rzadko tam zaglądają. Nie wiem, czy dlatego że miejsce na uboczu – poniżej Wzgórza Katedralnego. Czy dlatego może, że tradycja każe przede wszystkim wejść do muzeum i na wieżę, a także obowiązkowo do katedry będącej wciąż kopalnią piękna, mimo ewidentnego (aczkolwiek niestety wciąż bezkarnego!) zaniedbania.

No więc – Szpital Św. Ducha we Fromborku – miejsce warte odwiedzenia ze wszech miar!!! Wokoło szpitala założono ogród przyszpitalny (herbarium) – cudny wiosną i latem bogactwem barw i form. Jako, że szpitale średniowieczne samowystarczalne były pod względem zaopatrzenia w leki (a przynajmniej powinny) – to i tutaj postarano się o to, byśmy mogli spacerując pośród roślin (znanych nam bądź z przepisów kulinarnych, bądź to jako przyprawy) – zrozumieć potęgę zielarstwa. A przy sposobności można pochylić się nad dzisiejszą dość powszechną niewiedzą zielarską… Zapatrzeni w chemiczne leki – zapominamy, że żyjąc wśród ziół i regularnie je pijąc czy zjadając – chronimy się przed chorobami i przypadłościami (wszelkimi). Ale z drugiej strony – nieumiejętnie stosując zioła – możemy na choroby różne i przypadłości zapaść….

Nie dziwota więc, że tak bano się zielarek wszelkich i znachorstwa kiedyś. A i dzisiaj niechętnym okiem patrzą lekarze wszelkiej maści i autoramentu na leczenie tzw. „niekonwencjonalne”… Ale nie o tym autoramencie miałam pisać… Zresztą o tym, co się dzieje w dzisiejszej niezdrowej służbie (o tym, że są właśnie SŁUŻBĄ zapomnieli chyba już wszyscy)  – wszyscy wiemy, więc szkoda nerwów.

Wróćmy do Fromborka i jego Szpitala Św. Ducha – są tam przecież osławione „trzy krowy na gzymsie”!!! Absolutna rewelacja. Gniazdo bocianie – które „obcinane” było już parokrotnie, tak by nie zawaliło się samo, a też by nie pociągnęło za sobą szczytu wschodniego, na którym jest zbudowane.

Wnętrze szpitala ukazuje świetną ekspozycję związaną z lecznictwem i medycyną w ogóle. W nawach bocznych – znajdowało się 12 cel dla chorych (ślady po ściankach działowych zaznaczone są w podłodze), a dzisiaj prezentowane są różne narzędzia medyczne i księgi. Szpitale warmińskie pod wezwaniem Św. Ducha istniały w takich miastach jak Dobre Miasto, Orneta, Braniewo, Lidzbark Warmiński, Olsztyn, Reszel no i ten we Fromborku. Wszystkie proweniencji średniowiecznej – XIV w. (Komentarze Fromborskie – zeszyt 4, – art. T.Piaskowskiego/J.Poklewskiego). Lokowane były poza bramami miejskimi, nad wodą (tak, tak… we Fromborku kiedyś płynął kanał Baudy, ale niestety, cały dorobek wieków przeszłych zaprzepaszczono po wojnie), czy w pobliżu mostów.