Szuwarki – wspomnieniowo

Nigdy nie lubiłam jezior. No, nie do końca tak… przestałam je lubić, kiedy odebrały mi Przyjaciela z dzieciństwa. Mimo tego, Tato zabrał mnie na tydzień na kajak. Przyjechaliśmy dopiero co na stałe do Polski, i tak naprawdę to nie bardzo miałam pojęcie gdzie jadę, kiedy wsiedliśmy do pociągu mającego zawieźć nas do Małdyt, skąd mieliśmy zacząć naszą kajakową włóczęgę. Nie przypominam sobie też, bym była jakoś specjalnie zachwycona widokami, czy tym bardziej perspektywą mieszkania w namiocie. Pamiętam jednak, jak Ojciec kazał mi wsiąść do kajaka i wypłynąć na jezioro aby się przywitać z wodą.

Wtedy liczył się tylko fakt, że mieliśmy tydzień dla siebie, na pogaduchy, na milczenie, na wiosłowanie w tzw. siną dal. Bez konwenansów, zastawy stołowej i „etykiety dworu hiszpańskiego”. Nie bardzo więc obchodziło mnie czy i gdzie zamieszkał Georg Jacob Steenke, przeszedłszy na zasłużoną emeryturę. W przysłowiowym nosie miałam informacje o niejakim Immanuelu Kancie w niedalekim Jarnołtowie, czy Zalewie, jak również wszystkie rodzinne wspominki z tzw. terenu…

Generalnie najważniejsze było, by wielki pająk gapiący się na mnie z dziobu kajaka nie zjadł mnie żywcem; by butelka piwa przywiązana sznurkiem do rufy kajaka znowu się nie urwała, bo musiałabym znowu po nią wskoczyć do wody; czy też by zdążyć na wyśmienitą jajecznicę do leśniczówki po drodze. A także by nie dać się Panu Kapitanowi, który rozparty w tyle kajaka palcami stóp na moich plecach wybijał rytm wiosłowaniu. Mojemu, rzecz jasna, wiosłowaniu. 😉

Pamiętam burzę okropną – na jeziorze. I swój strach, kiedy ledwo zdążyliśmy z Tatą schronić się na wyspie. I to, że zgubiłam po drodze wiosło. A potem że nas holowali jacyś rybacy – już po burzy – i że wiosło się znalazło. I że nagle zrozumiałam, że jezior już nigdy nie polubię, ale że przynajmniej zawarłam z nimi rozejm.

*   /   *

Po latach życie raz jeszcze mi udowodniło, że tylko krowa nie zmienia poglądów.

Polubiłam Szuwarki.

Lubię inny wymiar czasu, jakim posługuje się tamten świat, odległy od tzw. cywilizacji o raptem około 100 km. Zaczęłam częściej odwiedzać Krainę Magiczną, jaką niewątpliwie są dawne Prusy Wschodnie. Zdałam egzamin państwowy na przewodnika po województwie warmińsko-mazurskim. Najpierw głównie dla Warmii, ale potem też dla całej reszty dawnych Prus Wschodnich. I nagle okazało się, że kraina, która nie miała dla mnie nic w sobie, prócz wspomnienia z jedynych wakacji z Ojcem – stała mi się bliska. I to nie tylko wspomnieniami z tej wyprawy. Ale też opowieściami rodzinnymi sprzed wielkiego kataklizmu II wojny, nagle przypominanymi sobie przy okazji peregrynacji po Moich Prusach.

I tak naprawdę, to przede wszystkim dla własnej przyjemności od lat jeżdżę z grupami na Kanał Elbląski i na jeziora.

Płynęłam parokrotnie koło leśniczówki, zapamiętanej z przepysznej jajecznicy; koło gospodarstwa zapamiętanego z chleba świeżo upieczonego, a popijanego mlekiem prosto od krowy; a także koło wyspy – tej, z czasów burzy na kajaku z Tatą. Wciąż też pamiętam smak krupniku w jednym z barów w Ostródzie 🙂

Ostre Bardo

Właśnie w internecie obejrzałam Panoramę Gdańską, gdzie wspomniano o Akcji Wisła (tutaj także informacja). Wreszcie mówi się o tej tragedii, i to coraz bardziej otwarcie. I mam wrażenie, że coraz więcej prawdy jest w informacjach o tym kawałki naszej historii. Wspólnej.

Czemu o tym piszę? I czemu akurat dzisiaj?

Otóż dzisiaj jest wigilia u Grekokatolików i Prawosławnych.

A drugim powodem jest to, że nie tak dawno – bo w listopadzie – odwiedziliśmy z Dionizym Ostre Bardo (do 1945 roku: Klingenberg).

Miejsce urokliwe, położone na krańcach Polski. I chyba pod każdym względem na jej krańcach…

Prowadzi tu droga nr 512 z Bartoszyc przez Szczurkowo. A raczej – nie wjeżdżając do Szczurkowa należy skręcić w prawo… Dalej – jedzie się około 6 czy 7 kilometrów – częściowo wzdłuż granicy z Rosją.

Daruję sobie opis, jakim przeżyciem dla mnie było ujrzenie na tzw. własne oczy TEJ granicy!!

no i tak się jedzie wzdłuż granicy, mając ją po swojej lewej stronie....

... aż minie się tablicę z nazwą wsi.

Jadąc dalej – trafi się przed zadbany teren, na którym stoi piękny kościół. Obok bocianie gniazdo i dalej widok na przestrzeń…

Wieś w latach międzywojennych leżała w obrębie tzw. Trójkąta Lidzbarskiego. A właściwie na jego granicy. Jako, że Niemców tu, na terenach Prus Wschodnich nie obowiązywały ograniczenia traktatu wersalskiego mogli wznosić umocnienia. Ten interesujący kawałek historii – dla miłośników fortyfikacji czyni z tego terenu miejsce ciekawe i warte odwiedzenia.

Po wojnie wieś, już nie Klingenberg a Ostre Bardo, została najpierw wysiedlona, a w roku 1947 całkowicie zasiedlona w trakcie Akcji Wisła dopiero. Ludzi zwieziono aż spod Przemyśla. Dopiero jednak w roku 1957 zaczęto odprawiać tam pierwsze msze. Wtedy to wieś zyskała pierwszego duszpasterza w osobie o. Bazylego Oszczypko, zwolnionego z zesłania w okolicach Irkucka. Oficjalnie greckokatolicką parafię w Ostrym Bardzie ustanowił ks. prymas Stefan Wyszyński 17 października 1958 roku.

Dzisiaj msze odbywają się w pięknym kościele z XVI wieku (tym z gniazdem bocianim obok).

Obecnie jest to Cerkiew parafialna p.w. Narodzenia NMP, należąca do Dekanu Olsztyńskiego Archidiecezji Przemysko-Warszawskiej. W latach 1985-1989 wikariuszem samodzielnym w parafii Ostre Bardo był Włodzimierz R. Juszczak, dzisiaj Ksiądz Biskup, Ordynariusz Eparchii Wrocławsko – Gdańskiej (tę informację znaleźć można na stronie serwisu Diecezji Wrocławsko-Gdańskiej Cerkwi greckokatolickiej w Polsce – http://www.cerkiew.net.pl)

Nieopodal wsi przepływa rzeka Łyna. Za nic sobie mając sztuczny powojenny podział tych ziem, przekracza granicę niedaleko wsi. Można tu dopłynąć kajakiem z Lidzbarka Warmińskiego szlakiem podzielonym na 7 etapów.

Dla tych, co mają czas i lubią takie wyzwania z pewnością taka trasa pozostanie niezapomnianym przeżyciem.

A więc – trawestując popularne powiedzenie – dla każdego znajdzie się coś ciekawego…

Ale to dzisiaj, a kiedyś?

Stojąc przed cerkwią i spoglądając w stronę granicy, zastanawiałam się jak ciężkie musiało być życie ludzi tutaj tuż po osiedleniu. Tym bardziej, że Wydział III SB Komendy Wojewódzkiej MO w Olsztynie nader czynnie zajmował się nadzorem nad mniejszościami narodowymi. Skutkowało to różnymi prowokacjami a także częstym „nachodzeniem” ludzi w domach czy w miejscu pracy. Do dzisiaj przecież tu i ówdzie można przeczytać enuncjacje IPN-u o wyimaginowanych czy prawdziwych współpracownikach SB. O tym, że i tutaj nie odpuszczono (a może tym bardziej tutaj) w czasach tzw.  komuny – można się przekonać, czytając choćby liczne publikacje na ten temat.

Jako, że Ostre Bardo jest wciąż wsią przygraniczną, tu podaję link do ciekawego dokumentu „… o uproszczonym trybie przekraczania granicy państwowej przez obywateli zamieszkałych w miejscowościach przygranicznych…”. Dokument podpisano w Moskwie 14 maja 1985 r.  Warto zwrócić uwagę na nazwisko podpisującego ze strony polskiej.

Ostre Bardo jawi mi się, w pewnym sensie, jako miejsce skrzywdzone. Może na takie postrzeganie wpływ miała jesienna pogoda, a może znajomość losów tych ziem po 1945 roku…

Jak wielkie jednak poczucie krzywdy musiało tkwić w ludziach Stamtąd nagle rzuconych Tu, skoro wieś długo porozumiewała się wyłącznie językiem ukraińskim. Wspomina o tym pan Miron Sycz (Poseł na Sejm RP VI kadencji). Tutaj link do ciekawego artykułu o tym, jak żyło się w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej człowiekowi ze wsi tęskniącej za ojczyzną.

Dzisiaj Ostre Bardo wciąż jest na krańcach świata, ale świat czasem tu zagląda. Jak na przykład w roku 2006 kiedy tu wystąpił zespół „Berkut” w roku 2006.

Folk-rockowa grupa „BERKUT” powstała  w 2004 r. w stolicy Warmii i Mazur Olsztynie. Nazwa zespołu pochodzi od gatunku orła, który zamieszkuje góry Karpaty. Członkami zespołu są Polacy i Ukraińcy, których połączyła wspólna pasja tworzenia muzyki inspirowanej folkiem ukraińskim. … Berkut to aktualnie jeden z najpopularniejszych i najbardziej rozpoznawalnych zespołów z solidną pozycją ukraińskiego folk-rocka w Polsce. Ich muzyka jest łatwa w odbiorze, melodyjna, rytmiczna, doskonale nadająca się do słuchania i zabawy, rozgrzewa publiczność swoją wyjątkowością. Niepowtarzalny charakter i umiejętności muzyków gwarantują wspaniałe przeżycia, które na długo po koncercie pozostają w pamięci widzów i słuchaczy.

Ze strony zespołu: http://www.berkut.com.pl

Wrócimy do Ostrego Bardo w lecie – bo koniecznie chcę zobaczyć, czy gniazdo bocianie jest zamieszkałe.

Chcę też dowiedzieć się czegoś więcej o historii wsi do roku 1945…

P.S. Banał stary jak świat mówi, że życie plecie się znacznie ciekawiej niż jakakolwiek opowieść. I to prawda. Pośród Miłych Czytelników tego co tu piszę jest Pan TP (za cenne wskazówki raz jeszcze bardzo dziękuję i zawsze na nie czekam).

Przesłał mi LINKA, który dotyka tematu tzw. współistnienia i poczucia krzywdy…

Wciąż się o tej części polskiej historii mówi zbyt mało. Wciąż to temat tabu, umiejętnie jednak wykorzystywany tu i ówdzie. Dlatego też każda publikacja odsłaniająca złożoność jakichkolwiek relacji na terenie dzisiejszej Rzeczypospolitej wywołuje takie emocje, jak choćby merkantylna książka Grossa.