Sątopy

Sątopy, To kolejna miejscowość, w której się zatrzymaliśmy na chwilkę, oczywiście, po to by zajrzeć do kościoła. Posadowiony na wzniesieniu, widoczny jest z daleka, poza tym – umiejscowiony jest prawie jak kapliczka na rozdrożu.

Znajdowała się tu niegdyś druga po Smolajnach letnia rezydencja biskupów warmińskich. A wieś lokowana została w lutym roku 1337. Tutaj – jak w wielu innych miejscach Dominium Warmińskiego – pojawia nam się wójt krajowy Henryk z Luter.
Kościół wzniesiony został w połowie wieku XIV, a w wieku XVI świątynia otrzymał ołtarz Św. Jodoka (pentaptyk). Niestety w roku 1930 (?) ołtarz zabrano ze świątyni i przekazano do Muzeum Warmińskiego w Lidzbarku (Warmińskim). W 1953 po konserwacji przekazany został do Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie.

Warto pamiętać (co nie przychodzi łatwo, zwłaszcza jak się pomyśli jak daleko to jest od tzw. wielkiego świata) że tutaj część swojej młodości spędził aktor Paul Wegener (nie mylić z Paulem Wegenerem, gauleiterem rejencji Weser-Ems).

Paul Wegener – aktor – znany jest głównie z reżyserii i głównej roli w Golemie (z roku 1915).

(dygresja!!!  mówiąc o Golemie, jak mantrę powtarza się Pragę, jako to miejsce, gdzie wszystko się rozgrywa. A tymczasem figa proszę Państwa, Golem to Chełm. I rabin Eliasz ben Aaron Jehuda. A cała historia jakoby rozegrała się w Chełmie właśnie, w drugiej połowie wieku XVI.  Proszę, oto odnośnik do stosownego – ciekawego artykułu pana Roberta Kuwałka.

Ale też pamięta się Wegenerowi grę w filmach propagandowych w czasach III Rzeszy, całkowicie zapominając o wsparciu finansowym jakiego udzielał opozycji anty-hitlerowskiej. Tuż po wojnie to on właśnie wskrzesił i był animatorem życia kulturalnego w Berlinie. W tzw. towarzystwie pamięta się jednak głównie o jego sześciu małżeństwach, z czego aż dwa z tą samą partnerką. Zadumani nad niegdysiejszym znaczeniem tych ziem, zastanawiając się, gdzie stał dom, w którym Wegener mieszkał, wdrapaliśmy się na wzniesienie, do kościoła p.w. Św. Jodoka.

Wystrój tej świątyni wprawia w zdumienie. I jest wart obejrzenia – zdecydowanie polecam!

A który to Jodok jest patronem kościoła – można znaleźć w ciekawym artykule Andrzeja Rzempołucha na stronie Muzeum w Olsztynie. Dość powiedzieć, że już 600 lat przed pojawieniem się Św. Franciszka, Jodok rozmawiał ze zwierzętami i uzdrawiał ludzi w swojej pustelni. Potem był autorem wielu cudów, i kiedy zmarł w swojej pustelni, w roku 668, na tym miejscu wybudowano klasztor. Niestety nie przetrwał do naszych czasów (klasztor, nie przetrwał), zniszczony podczas szaleństwa rewolucji. Ale w miejscowym kościele Św. Piotra, (w miejscowości Saint-Josse-sur-Mer) zachowały się relikwie świętego, a „szmatka” zwana całunem Świętego Jodoka, znajduje się w Luwrze, gdzie „pojechała” do konserwacji (znamy to także i z naszego, gdańskiego podwórka… jak choćby trójząb Neptuna przy Chlebnickiej, czy pęk kluczy u bezgłowego komendanta Katowni i Wieży Więziennej).

Święty Jodok okrzyknięty został patron pielgrzymów (do dzisiaj do jego relikwii odbywają się liczne pielgrzymki), także niewidomych, ale też i piekarzy i żeglarzy (to do niego modlą się Wilki Morskie podczas sztormów). Opiekuje się szpitalami i przytułkami. To do niego poiwnni się modlić małżonkowie a wieczną miłość małżeńską, i o potomstwo, bowiem jest patronem płodności (sam jednak wybrał życie pustelnika).  To Jodok strzegł od zarazy (podobniej jak Roch), chornił przed pożarem, pożaru, burzy i gradobicia.

Czczony głównie we Francji i Nadrenii; także w Hesji, Szwabii i Bawarii. Na ziemiach polskich kult Jodoka potwierdzony jest już w XIII w. na Śląsku, Pomorzu i w Prusach

(z postacią Św. Jodoka spotkamy się w innym miejscu na Warmii – we Fromborku. Wystarczy wejść do kruchty zachodniej i spojrzeć na wspaniały portal – prawa strona archiwolty – od strony zewnętrznej. Nad Pannami Głupimi Św. Jodok przedstawiony został w krótkiej tunice z kijem 3-sękowym)

Usprawiedliwienie…

Drodzy Wierni i Stali Czytelnicy, Drogie Panie i Panowie…
Zaczęłam górnolotnie, bo czuję się winna.
Właśnie dostałam uwagę, że pusto, że brak nowych wpisów.
PRZEPRASZAM
Jedyne, co mam na swoje wytłumaczenie, to sezon. A ten w tym roku jest szalony. Nie dający się porównać z żadnym z poprzednich. Dodatkowo – cała reszta moich zapasów energii poszła na grafomaństwo żuławskie. Termin miałam do połowy lipca, umowę podpisałam, przysłowiowa kobyłka rżała u płota…
Teraz zaś przygotowuję się do kolejnej wycieczki, jaką za parę dni będę pilotowała po Polsce…
Obiecuję jednak, że napiszę… Dam głos.
Mam parę fajnych tematów, które nie mogą zostać w szufladzie 😉
Pozdrawiam wszystkich – i dziękuję że tu zaglądacie…

Opublikowano przez WordPress dla Androida

Published in: on 29 lipca 2014 at 07:59  4 Komentarze  

Świątecznie i noworocznie :)

Ponieważ, mimo czasu przedświątecznego ja wciąż szlifuję bruki wszelkie, więc aby potem nie zapomnieć – składam wszystkim życzenia już, na zapas i z rozpędu także i na Nowy Rok:

Do wszystkich moich Miłych Gości sporadycznych i do Czytaczy wiernych,

już teraz składam życzenia najpiękniejszych Świąt:

z iskierką magii, i z radością, i z miłością, i z dziecięcym dreszczykiem na widok pakunków pod choinką, z wyśmienitym jedzeniem (bo co to za Święta bez objadania się ulubionymi potrawami).

Życzę tradycyjnie – stołu zawsze zastawionego, i chęci do spędzania przy nim czasu z ludźmi tego wartymi.

Życzę Wam też, aby każdy dzień Nowego, już 2014, roku był dniem świątecznym, i żeby każdy, bez wyjątku, był wart otwarcia rano oczu.

Życzę też na cały rok odporności na idiotyzmy codzienności, umysłu bez smutków i trosk, szaleństwa w sercu i duszy, ochoty na pomysły „odjechane”, i spotkań w gronie lubianym, podróży może niedalekich, ale za to ciekawych i wartych zapamiętania.

Pieniędzy ? a pewnie, tych też życzę – może jakiś totek się trafi…

Ale przede wszystkim – jak zwykle i jak zawsze – niezmiennie

ZDROWIA Wam życzę.

I pogody ducha…

🙂

i dedykuję moją ulubioną Carol Of The Bells

Published in: on 19 grudnia 2013 at 20:52  Comments (1)  

Rzemiennym dyszlem – kawałek Chełmna z czekoladą i Torunia z pierogami…

Wolne…

To słowo nauczyłam się smakować niczym najlepszą delicję. Tym bardziej, że jak mi się coś zdaje, mój sezon skończy się dopiero w styczniu.

No więc… wolne mieliśmy akurat w tym samym dniu i w niemal tym samym składzie. Ruszyliśmy rano. To znaczy – dobrze po 9:00 zdecydowaliśmy się ruszyć. Celem był Toruń, a po drodze Chełmno. Niestety – jako, że dni są bardzo krótkie (dzięki idiotycznej zmianie czasu na zimowy, która nic nie daje, poza właśnie wcześniejszym zmrokiem), a na dodatek – że zrezygnowaliśmy z jazdy autostradą – w Chełmnie weszliśmy tylko do Fary. Argumentem był brak czasu po drodze do Torunia. Bo przecież to Toruń był naszym celem…

Ale, to wcale nie znaczy, że odmówiliśmy sobie ciastka czekoladowego i szarlotki w Vanilla Cafe (mieszczącą się nad kwiaciarnią Jarzębina). Na to nam jakoś nie zabrakło czasu. 😉  Ale też Chełmno to miejsce na cały dzień. No bo jak tu spokojnie przejść obok detali na budynkach, które – choć wciąż czekają na lepsze czasy – mają swój urok. Jak tu nie „zapaść” się w kojącą ciszę kościołów, czy nie przespacerować się ulicami, wciąż tęskniącymi do starych dobrych czasów rentiersko-urzędniczych plotek u progu domów. Toteż, do Chełmna wrócimy wiosną, kiedy to nie będzie wiatru wciskającego się przejmującym zimnem pod kurtkę, i mżawki skutecznie zniechęcającej do aktywności fotograficznej.

Tak więc – obiecując sobie dłuższą wiosenną wizytę, ruszyliśmy do Torunia.

A tam… No cóż, jak zwykle – nieśpiesznie, i właściwie bez celu. No bo tak trudno zdecydować się na czym zawiesić oko najpierw. Czy na Krzywej Wieży, czy na Świętych Janach, a może na Jakubie, skąpanym w purpurowym zachodzie słońca, czy też może raczej na Ratuszu. Jak zwykle – skończyło się na Mariackim. No i na spacerze w zapadającym zmroku. Jako, że Toruń to także doskonałe pierogi, nie obeszło się bez wizyty w Leniwej przy Ślusarskiej. Niezmiennie pyszne. Tym razem rzuciliśmy się na te z fetą i szpinakiem i na mięso ze szpinakiem. No i mniam!

Tak z rękę na sercu mogę powiedzieć, że ta włóczęga była absolutnie bez celu i jakiegokolwiek programu. Ot, tak. Po prostu, dla samego bycia tam. A dlatego, że w Toruniu bywamy często i nie musimy czegoś konkretnego dotknąć, zobaczyć, zachwycić się czymś, by wiedzieć, że oto jesteśmy w Miejscu Wyjątkowym.

Upolowałam parę widoczków zacnych tak w Chełmnie, jak i w Toruniu.

Niestety OCZYWIŚCIE zapomniałam statywu. Przepraszam za niektóre rozmazane fotki…

🙂

Nie ma Joanny Chmielewskiej :(

Cytuję w całości za www.culture.pl

Odnośnik do oryginalnej wiadomości TUTAJ

Joanna Chmielewska nie żyje

Joanna Chmielewska, fot. Elżbieta Lempp
Joanna Chmielewska, fot. Elżbieta Lempp

Z wykształcenia była architektką. W Rosji uważa się ją za najpoczytniejszą pisarkę zagraniczną. Chmielewską przekładano także na czeski, słowacki, szwedzki. Zmarła 7 października.

Pisała przede wszystkim powieści kryminalne, choć takie stwierdzenie nie do końca oddaje bardzo specyficzny koloryt jej prozy. Rosjanie np. określają utwory Chmielewskiej trafnym mianem „kryminały ironiczne”. Intryga kryminalna, choć ważna i nieusuwalna, to tutaj zaledwie osnowa, na której rozpięta jest zawsze ściśle osadzona w realiach akcja, nad wszystkim góruje zaś humor. Autorka nie stroniła od efektów groteskowych. Narratorką bywała często bohaterka o imieniu Joanna, architekt i pisarka, posiadająca wyraźne cechy autorki. Komizm powieści Chmielewskiej wynikał z niezwykłych sytuacji, jakie stawały się udziałem roztrzepanej Joanny i galerii jej przyjaciół, a zwłaszcza mieszkającej w Danii przyjaciółki Alicji.

Czytelnicy i krytyka literacka do najlepszych w całym dorobku Joanny Chmielewskiej zgodnie zaliczają powieści „Lesio„, „Całe zdanie nieboszczyka” i „Wszystko czerwone”.

Joanna Chmielewska to pseudonim literacki Ireny Kuhn. Autorka „Lesia” urodziła się 2 kwietnia 1932 roku w Warszawie. W 1954 roku ukończyła Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej, pracowała jako architekt m.in. w Biurze Projektów Energetycznych, przy budowie warszawskiego Domu Chłopa, Biurze Projektów Stolica. Od 1970 roku zajmowała się wyłącznie twórczością literacką.

Była najpopularniejszą współczesną pisarką polską, autorką 42 tomów prozy, głównie dla dorosłych, lecz i dla młodzieży. Każda jej nowa książka prawie automatycznie wędrowała na szczyty polskich list bestsellerów i utrzymywała się tam długo. Łączny nakład utworów Joanny Chmielewskiej przekroczył w Polsce 5 milionów egzemparzy, a w Rosji – gdzie uważa się Chmielewską za najpoczytniejszą pisarkę zagraniczną – 8 milionów.

Wszystkie utwory powieściowe Joanny Chmielewskiej były wielokrotnie wznawiane, a niektóre adaptowane dla potrzeb filmu i telewizji.

Jej ostatnie powieści to „Porwanie” (2009), „Byczki w pomidorach” (2010) i „Gwałt” (2011).

Źródło: materiały własne, PAP, oprac. JHP

Published in: on 7 października 2013 at 18:34  Comments (1)  

Głos wołającego na puszczy

Wklejam tu w całości felieton Pana Marka Stokowskiego jaki ukazał się w Aktualnościach Turystycznych. I chciałam powstrzymać się od komentarza, ale nie da rady… Biedny to kraj, gdzie minister (nie)stosowny zapomina, że jest ministrem sportu ale także, a może przede wszystkim, TURYSTYKI. Sport krajowi nie przynosi ani splendoru ani tym bardziej profitów, zaś turystyka jak najbardziej. Ale tego na stołkach zbyt wysokich nie widać…

„Temu lobby turystyka nie sprosta”

Polska jest jednym za najbardziej zaśmieconych widokowo krajów Europy. Pełno u nas architektonicznego bałaganu, kamiennych potworów w rodzaju krakowskiego Szkieletoru, pełno po-peerelowskich ruder i nowobogackich pałaców z jarmarcznym urokiem balasków w tarasowych balustradach, z wieżyczkami dla księżniczek i cmentarną roślinnością.

Pod miastami dyżuruje masa domków letniskowych z blachy, dykty albo eternitu. Prawie wszędzie straszą wraki starych fabryk, martwe magazyny i kominy, jakieś betonowe płoty z gryzmołami, zardzewiałe kościotrupy maszyn, a do tego jeszcze śmieci w lasach, na miejskich podwórkach i wiejskich obejściach, jakże często przypominających magazyny złomu topionego w gnojowicy.

W tym zdumiewającym i przygnębiającym anturażu kryją się gdzieniegdzie skarby. Tutaj średniowieczny zamek, tam piękne jezioro i knieja, tu wyborny kościół barkowy, schludna wieś i fragment dzikiej, nieskalanej niczym rzeki, tam kawałek zadbanego miasta, ładny hotel, nowoczesny port lotniczy, pasmo urokliwych gór, cudowna plaża. Tylko że, gdy jedzie się w te miejsca z gośćmi, zwłaszcza z obcokrajowcami, to ma się ochotę zasłaniać im oczy i odsłaniać je dopiero po przyjeździe w Tatry, do katedry, zamku, puszczy pełnej żubrów czy nad złoty brzeg Bałtyku, bo, cholera, wstyd aż piecze, kiedy nasi podopieczni patrzą z okien autokaru i nie mogą w żaden sposób pojąć, jak tak można, jak tak można zapaskudzać własny kraj – dar niebios.

Odnoszę wrażenie, że enklawy piękna i porządku, te miejsca, gdzie człowiek nie niszczy bożego stworzenia, pozostawia je nietknięte lub dokłada doń coś wspaniałego, kurczą się w zastraszającym tempie. Mam poczucie oblężenia. Do wszystkich zakątków, z których Polak może być naprawdę dumny, podchodzi Las Birnam, ostatnio najczęściej w postaci wiatraków stawianych wokoło, jakby mało było nam ruder, szkieletorów, zardzewiałych dźwigów i kominów, które już paskudzą Polskę.

Elektrownie wiatrowe zachwalają same siebie jako szczyt współczesnej technologii i ekologicznej troski. Te twierdzenia są wątpliwe. Specjaliści spoza lobby, które kręci turbinami, dowodzą, że ów system wcale nie jest tak ekologiczny i ekonomiczny, jak uparcie nam się wmawia. Całościowe koszty inwestycji rzadko się spłacają podczas ich eksploatacji, produkcja urządzeń – materiało- i energochłonna – nie ma nic wspólnego z ekologią. Poza tym łopaty wirników generują szczególne wibracje i efekty akustyczne, w tym hałas niskoczęstotliwościowy i infradźwiękowy, powodujący u okolicznych mieszkańców tak zwany syndrom turbin wiatrowych, a potężne śmigi (do 50 m długości) bywają groźne dla ptaków i nietoperzy. Do tego dochodzą i inne problemy: niszczenie naturalnych siedlisk zwierząt, powstawanie aerozoli, zakłócenia komunikacji elektromagnetycznej i funkcjonowania radarów, wpływ na mikroklimat okolicy czy też nieprzewidywalne skutki możliwych awarii podczas pracy turbin. No i jeszcze jedno, chyba najważniejsze: farmy wiatrowe straszliwie ingerują w krajobrazy tych regionów, gdzie zostały zbudowane.

Mówi się, że elektrownie wiatrowe to ważna inwestycja przemysłowa, czyli – jak mawiano w PRL-u – nowoczesność w polu i zagrodzie. A ja pytam, czy to nie jest uderzenie w inny przemysł – prawdziwie ekologiczny! – w polską turystykę? Czy paskudzenie polskich pejzaży przez zgrupowania gigantycznych konstrukcji (sama wieża turbiny mierzy od 100 do 160 metrów wysokości plus długość łopat wirników) nie uderza w żywotne interesy tych wszystkich, którzy inwestują w rozwój przemysłu o wiele ważniejszego dla gospodarki naszej ojczyzny? Tak, trzeba o tym stale przypominać, że turystyka to dziś jedna z absolutnie wiodących gałęzi gospodarki w wymiarze globalnym, a zarazem lokalnym!

Ten, kto mieszka w pobliżu elektrowni wiatrowej wie, jak bezwzględnie i nieodwracalnie marnuje ona pejzaż. Są kraje, i to niekoniecznie bogatsze od naszego, gdzie ojczystą ziemię traktuje się jak świętość i jako bezcenny kapitał przyrodniczy i kulturowy. U nas wielu decydentów taki drobiazg jak krajobraz uznaje za głupstwo. Podpisują odpowiednie zgody, bo Polska jest na dorobku, więc trzeba coś poświęcić dla jej prędkiego rozwoju, a zniszczenie jakichś tam widoczków rzekomo nic nie kosztuje. Dlatego kolosy młócące powietrze śmigami przecinają coraz więcej korytarzy widokowych, degradując panoramy o ogromnej wartości naturalnej i historycznej.

Pracuję i mieszkam w jednym z najważniejszych miejsc zasługujących na obronę przed atakiem żelaznego Lasu Birnam. A on zbliżył się już tutaj od południa i zaraz nadciągnie z zachodu, bo znaczący obszar Żuław ma być wkrótce przesłonięty monstrualną ścianą turbin. Wpatruję się w przestrzeń wokół najniezwyklejszego i najpiękniejszego zamku świata, marząc o potężnym wietrze. Marzę, by pewnego dnia ten wiatr rozkręcił śmigi stalowych wiatraków tak mocno, ażeby uniosły się w górę i by odleciały wielkim stadem na południe, najlepiej w kierunku Sahary, bo tam, na jej środku, jest najlepsze dla nich miejsce.

Marek Stokowski

Nieco piękna „dzwonnego”

Znalazłam w sieci – zabrałam sobie, niech rozdzwoni ponury zimowy dzień 🙂

Supraskie dzwonienie 

Nagranie zrealizowane 8 kwietnia 2010 roku na dzwonnicy Supraskiego Monasteru. Realizacja wideo oraz audio – Roman Wasiluk. Dzwoni – Jan Makal, na największym dzwonie – Paweł Szymczuk

Published in: on 21 stycznia 2013 at 14:12  Dodaj komentarz  

Europa Jagellonica – reminiscencje poszkoleniowe

W listopadzie 2012 roku gruchnęła wieść o nowej dużej wystawie.

Wystawę zapowiedziano w dwóch warszawskich obiektach – Zamku Królewskim i Muzeum Narodowym. Ta wiadomość nas zelektryzowała, tym bardziej, że podróż do Warszawy znacznie się skróciła dzięki połączeniom autobusowym. Jako, że internet działa cuda – skrzyknęliśmy się, i z całej niemal Polski zjechaliśmy do Warszawy na szkolenie. To – specjalnie dla nas zorganizowała oczywiście Ewa. Po obu obiektach wystawowych oprowadzali nas specjaliści. A właściwie powinnam napisać Specjaliści. Perfekcyjnie poradzili sobie z garstką entuzjastów, odpowiadając na miliardy naszych pytań, uwag i supozycji. A także… ogarniając nasza niesubordynację i szał robienia zdjęć 😀

Poniżej wklejam z portalu historycznego dzieje.pl parę informacji o wystawie (całość można przeczytać tutaj):

(…) Na wystawie „Europa Jagellonica 1386-1572” zgromadzono 350 obiektów z epoki jagiellońskiej. Wśród nich znajdują się zabytki gotyckiego i renesansowego malarstwa, rzeźby i złotnictwa, elementy wystroju wnętrz królewskich i książęcych rezydencji, manuskrypty i iluminowane księgi. Zabytki przyjechały m.in.: z Czech, Węgier, Rumunii, Litwy, Ukrainy, Chorwacji i Niemiec (…)

(…) Wystawa „Europa Jagellonica 1386-1572” była już pokazywana w czeskiej Kutnej Horze, po prezentacji w dwóch warszawskich muzeach pojedzie do Poczdamu (…)

TUTAJ można posłuchać transmisji z konferencji prasowej, jaka odbyła się 7 listopada, tuż przed uroczystym otwarciem wystawy. Zasadniczym bowiem pytaniem jest DLACZEGO Wawel, tak przecież bardzo jagielloński, nie przyjął wystawy, tak bardzo jagiellońskiej ;)…

No cóż, pragniemy bardzo podziękować Wawelowi, że jednak tej wystawy nie chciał, bo my z Gdańska – mielibyśmy znacznie dalej na szkolenie 😀

Wystawa zorganizowana została z prawdziwym rozmachem, a obiekty tam zgromadzone mogą przyprawić o zawrót głowy. Rozmach wystawy może być porównany z jedną tylko wystawą w Polsce: z Imagines Potestatis, zorganizowaną na Zamku w Malborku w roku 2007.

Zapraszam do obejrzenia zdjęć, jakie robiłam podczas szkolenia. Podzieliłam je na trzy działy:

1. GALERIA MALARSTWA,

2. GALERIA RZEŹBY

3. GALERIA ZŁOTNICTWA.

Wszystkie zdjęcia zrobiłam w Muzeum Narodowym, gdyż w Zamku Królewskim nie wydano zgody na fotografowanie, stąd absolutnie rewelacyjny relikwiarz von Loricha mam z… Imagines Potestatis.

Niestety wystawa trwa tylko do końca stycznia b.r., a TUTAJ można znaleźc informacje praktyczne…

Styczniowe życzenia – plaża – reda i skim

Wiem, wiem, już kiedyś TUTAJ pisałam o pewnym styczniowym sztormie…

Dzisiaj nie było sztormu, ale noworocznie mnie wzięło na wspomnienia, kiedy fotografowałam Konrada inaugurującego 2013 rok kąpielą w wodzie mającej około +3⁰ C…

* / *

Dobrego 2013 roku wszystkim – aby każdy miał swój statek – święcący jasno i wyraźnie

😀

statek1

Wesołych Świąt i bardzo dobergo Nowego Roku :)

Jako, że Święta za tzw. pasem i nawet mnie ogarnęła gorączka przygotowań, nie będzie żadnych nowych wpisów do … następnego razu 🙂

Ale są za to Życzenia świąteczne dla Wszystkich Moich Drogich Czytaczy i Gości:

Drodzy Państwo – życzę Wam dobrych Świąt, z ciepłem rodzinnych spotkań, z dreszczem emocji podczas rozpakowywania prezentów, z dobrymi wspomnieniami przeszłych Świąt, i nadzieją na jeszcze wspanialsze przyszłe Święta… Życzę Wam pewności szczęścia codziennego i pogody nawet w najgorszą zawieruchę. Życzę byście zawsze z uśmiechem mogli podchodzić do wspólnego stołu, i by na tym stole zawsze było to, co najbardziej lubicie.

A na Nowy Rok – życzę Wam by „garnitur” Przyjaciół nigdy się nie skurczył, by zawsze było do kogo zadzwonić, z kim porozmawiać, by było z kim dzielić radości, by nie było miejsca na smutki, by każdego ranka mogli się Państwo budzić z uśmiechem. No i by zdrowie dopisywało 🙂

Jednym słowem – życzę Wam samego dobrego!

zyczenia

Published in: on 18 grudnia 2012 at 14:31  3 Komentarze