Wesołych Świąt i bardzo dobergo Nowego Roku :)

Jako, że Święta za tzw. pasem i nawet mnie ogarnęła gorączka przygotowań, nie będzie żadnych nowych wpisów do … następnego razu 🙂

Ale są za to Życzenia świąteczne dla Wszystkich Moich Drogich Czytaczy i Gości:

Drodzy Państwo – życzę Wam dobrych Świąt, z ciepłem rodzinnych spotkań, z dreszczem emocji podczas rozpakowywania prezentów, z dobrymi wspomnieniami przeszłych Świąt, i nadzieją na jeszcze wspanialsze przyszłe Święta… Życzę Wam pewności szczęścia codziennego i pogody nawet w najgorszą zawieruchę. Życzę byście zawsze z uśmiechem mogli podchodzić do wspólnego stołu, i by na tym stole zawsze było to, co najbardziej lubicie.

A na Nowy Rok – życzę Wam by „garnitur” Przyjaciół nigdy się nie skurczył, by zawsze było do kogo zadzwonić, z kim porozmawiać, by było z kim dzielić radości, by nie było miejsca na smutki, by każdego ranka mogli się Państwo budzić z uśmiechem. No i by zdrowie dopisywało 🙂

Jednym słowem – życzę Wam samego dobrego!

zyczenia

Published in: on 18 grudnia 2012 at 14:31  3 Komentarze  

Malucha

Malucha jest kotem.

A raczej Kotą.

Panną Kotą.

Wyjątkową Panną Kotą 🙂

Jej wyjątkowość (jak zresztą wszystkich kotów) polega na tym, że po prostu jest.

Pozwala się uwielbiać, i sama uwielbia… nas udeptywać. Jako swoje hektary posiadane na absolutną własność. Od czasu, kiedy została jedynaczką, zmieniła się bardzo. Zaczęła z nami rozmawiać, a może powinnam napisać raczej – że zaczęła nawet pyskować 😉

Liczy nas przy każdym powrocie do domu, i pokrzykuje, kiedy nie przywitamy się z nią natychmiast, rzucając wszystko w kąt by zająć się wyłącznie czarnym kocim pępkiem świata. Lubi nasze towarzystwo, i czasem nawet przychodzi kiedy ją zawołamy, tfu! zaprosimy 🙂

Umie doskonale wymusić wzrokiem odkręcenie kranu, bowiem najchętnie pija zimną wodę z kranu właśnie.

Ostatnio także zaczęła podkradać jedzenie.

No i taki moment udało mi się sfilmować.

Malucha zainteresowała się kubkiem z kaszą manną do picia, jaką sobie postawiłam podczas pracy przy komputerze. Od zainteresowania do zamoczenia pyszczka – tylko chwila… i natychmiast zaczęła mlaskać ze smakiem.

No i nie dość, że zdążyłam pobiec do pokoju po aparat, to na dodatek podczas filmowania Malucha zupełnie nie zwracała na mnie uwagi… Do momentu aż poziom grysiku w kubeczku nie obiżył się na tyle, że przestała sięgać językiem.

Wyjadła mi ponad połowę porcji.

🙂

Published in: on 21 listopada 2012 at 02:27  6 Komentarzy  

Dęby sztynorckie

Trasa przez Sztynort prowokuje refleksje zgoła niewesołe.

Stan, do jakiego dopuszczono i wciąż się dopuszcza tzw. dziedzictwo historyczne dawnych Prus Wschodnich – woła o pomstę. I na nic zdają się lata całe szukania wyjścia z impasu „restauracyjnego”. Zupełnie, jak w tym powiedzeniu, gdzie „krytyk i eunuch z jednej są parafii, każdy wie jak, żaden nie potrafi” 😦

Tak też jest własnie w siedzibie (niestety dawnej już i coraz dawniejszej, także pod względem stanu technicznego) rodu von LehndorffOstatnio jednak jakby coś drgnęło w tym miejscu – bo rok temu widziałam rusztowania na fasadzie pałacu… Ale żeby rusztowania zadziałały, dobrze by było, aby na nich ludzie uwijali się w pracy… Niestety – wiało pustką. Ale, jako, że postanowiłam sobie widzieć tylko plusy podczas tej wyprawy – nie będę opisywała lat zmagań z materią betonu (mentalnego).

Przejechaliśmy więc „mimo” zabudowań pałacowych i przy-pałacowych, zdążając do Harszu na nocleg. Jednakże przed przesmykiem przez jezioro przystanęliśmy zauroczeni urodą dębów. Nie, to nie ta słynna aleja (którą przecież zaczęto wycinać czas jakiś temu !!!).

Dęby jednakże mają tak niesłychaną urodę, że bez względu na wiek i miejsce – warte są obiektywu.

Drzewo magiczne.

W epoce brązu kojarzone z bóstwami gromowładnymi. Dziś wiemy, że cechuje go dobre przewodnictwo elektryczne, no i że ma głęboki system korzeniowy, a także że rośnie nad podziemnymi ciekami wodnymi.. Wtedy tego nie wiedziano…

A więc na terenach nadbałtyckich dąb poświęcony był bogowi Perkunowi (w skandynawii Thorowi, a w kulturze celtyckiej Taranisowi)… Dąb był także drzewem Zeusa gromowładnego.

Drzewo kojarzone z wojną, wiecami, a jego drewno używane było do budowy fortyfikacji, ale także do budowy okrętów wojennych… Dla tej akurat właściwości (między innymi) Anglia sprowadzała dęby m.in. z Królestwa Polskiego, i m.in. dlatego powołano Kompanię Wschodnią

Dąb… Drzewo niestety nie potrafi mówić, ale jak się tak dobrze przyjrzeć korze drzewa, gałęziom, czy otoczeniu – sami sobie potrafimy odpowiedzieć na pytanie: czego był świadkiem…

TUTAJ – zdjęcia dębów po drodze…

Published in: on 7 listopada 2012 at 12:14  Dodaj komentarz  

Woda – kolory wieczorne

Pusta niemal plaża i w oddali woda w zachodzącym słońcu…

Na redzie parę statków; z Gdańska wychodził prom do Szwecji, a do Gdyni właśnie stamtąd płynął …

Przypomniał mi się pewien styczeń, dawno temu. Ojciec nie mógł zejść ze statku, bo sztorm był niemożliwy. Wiedziałam, że jest na redzie, zresztą mieliśmy kontakt. Powiedział mi, że jak przyjdę nad morze – każe zapalić wszystkie reflektory i da sygnał syreną. Wzięłam więc psy i poszłam na plażę. Reda w owych czasach pełna była statków i naprawdę wyglądało to znakomicie. Zresztą wtedy port w Gdańsku jeszcze przynosił zysk, mimo systemu… Stanęłam na pustawej plaży, patrząc na wzburzone morze. Reda tym razem wydawała się daleka. Zadziwiające, jak zmienia się perspektywa podczas różnej pogody. Nagle przez huk sztormu przebił się dźwięk syreny i jeden ze statków stojących na gdańskiej redzie zabłysnął wszystkimi reflektorami. Statek znany mi z dzieciństwa, był bowiem moim domem przez długi czas…

….

Zawsze, kiedy jestem na plaży patrzę na redę i przypominam sobie tamten styczeń…

Tym razem jednak niewiele miałam czasu, bowiem moim zadaniem było filmowanie młodego skimowca. 😉

Ale to, co mi wpadło w obiektyw, ujęłam w krótki filmik i zamieszczam tutaj.

Published in: on 3 października 2012 at 22:32  3 Komentarze  

GŁOSOWANIE NA Mistrza Gałązkę i jego Gothic Cafe

Kochani przyjaciele Gothic Cafe.

W mieście trwa konkurs na najlepszy lokal Powiatu Malborksiego.

Każdy kto podziela opinię że GOTHIC CAFE jest NAJLEPSZA, niech wyśle SMS kod: lokaldm.6

na numer 72355

koszt 2,46 PLN brutto

Published in: on 15 września 2012 at 18:57  Dodaj komentarz  

Kuriozum…

Przepraszam wszystkie moje Grupy, którym obiecywałam wizytę we wspaniałym (jak  się wydawało) Muzeum (MHMG w Gdańsku) i ogladanie plafonu z poziomu podłogi…

Niestety – bezduszność i brak wyobraźni tzw. „stosownych” czynników spowodowały, iż jest to niemożliwe.

W zwiazku z tym – przygotowałam programy na inne obiekty, gdzie nie ma obostrzeń rodem z PRL-u.

Pozdrawiam z trasy i do zobaczenia 🙂

Published in: on 9 sierpnia 2012 at 21:23  Comments (1)  

Lato – sezon i cisza ;)

Jak co roku – i tym razem przepraszam moich Wiernych Czytaczy za ciszę 🙂

Nie mam kiedy sklecić wpisów, bowiem nie mam ani jednego dnia wolnego – aż do końca sierpnia. Wtedy siądę i posegreguję notatki ważne i najważniejsze, a także zdjęcia.

Ponieważ znacznie przekroczyłam limit zdjęć na blogu – muszę teraz je formować w prezentację filmową, a na to także potrzeba wolnej „chwili”. A tej akurat mi brakuje 😉

Obiecuję poprawę i … zapraszam do czytania poprzednich wpisów – a jest ich 271 🙂

Acha !! i oczywiście pozdrawiam wszystkich w biegu i z trasy 🙂

Published in: on 15 lipca 2012 at 21:23  2 Komentarze  

Inspiracje – migawki oliwskie

Zainspirowana ciekawym artykułem Radka Sikory o husarii w Oliwie – przyjrzałam się dokładniej nagrobkowi Kosów. Niestety, jakość zdjęć adekwatna do aparatu… Miałam ze sobą tylko „małpkę”.  Ale dobre i to 😉

Niezmiernie ciekawy jest ten nagrobek. I to nie tyle w kontekście zbroi czy – zestawu herbów na fryzie. Mnie bowiem najbardziej interesuje … człowiek. Stąd, od lat wpatruję się w twarz Justyny Kosowej (siostry opata Dawida Konarskiego) i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że za bardzo szczęśliwa to ona nie była. Czy była to pochodna jej dość trudnej (w percepcji) urody, czy też małżeństwa może niekoniecznie chcianego? A może tego dziecka klęczącego po jej stronie – czyli zmarłego w dzieciństwie? Czy też może to echo utraty obu starszych synów niemalże jednocześnie? Nie wiadomo i nawet niezawodny plotkarz Kacper Niesiecki – nic nie mówi o tej sferze jej życia…

On pisze tylko tyle:

Za Króla Stefana Batorego, trzej bracia rodzeni przy dworze jego kwitnęli: to jest Mikołaj sekretarz królewski, proboszcz i kanonik Warmiński, Kujawski i Warszawki kanonik; Stanisław, potem podkomorzy Wendeński, Lemselski i Wendzelski i starosta, pisarz polny pod czas expedycyi Inflantskiej, którego pamiętne SA rycerskie dzieła i odwagi. Trzeci  Floryan ten się różnemi wsławił poselstwy, człowiek wielkiej experyencyi, umarł w Warszawie, tamże w kościele Ś. Jana pochowany.

Mikołaj Kos, na nagrobku w Oliwie tę mu pochwałę dają, Pietate in Deum, in Ecclesias, Clerum, egentes, liberalitate, in Patriam fide, in amicos integritate, illustris, obiit 1599. eatat. 60. żona jego Justyna Konarska herbu Osoria, dwóch mu synów powiła, Felixa opata Pelplińskiego i generalnego zakonu Cystercyeńskiego przez Polskę komisarza, gruntu o który kontrowersja między nim a biskupem Kujawskim zachodziła, obadwa na kościół nasz Gdański nastąpili, prałat i ludzkości i szczodrobliwości nieporównanej, wizytując Oliwski klasztor tam koniec życia swego znalazł 1618. Wieku swego 48. Świadkiem jego tamże nagrobek z mosiądzu odlewany. Jędrzej brat jego rodzony za nim w tymże roku poszedł, o tym nagrobek jego w Oliwie tak mówi: Vera paternaepietatis et candoris imago, publice ac privatorum pacis studiosissimus, officio erga amicos Constantin, in suma exspectatione annum agens 38. febri virulenta absumptus est.

O samej Justynie Niesiecki pisze tak:

Jan Konarski z Zelisławskiej herbu Dąb spłodził pięć córek, jedna z nich Justyna wydana za Kossa Mikołaja , białogłowa i roztropnością i skromnością obyczajów zalecana , umarła w Oliwie 1631. Wieku swego 75. Na Opatowcu przy bracie swoim zostając, ołtarz Coronae Christi wystawiła i organy, jako jej nagrobek opowiada.

(cytaty z: Herbarz Polski Kaspra Niesickiego S.J. powiększony dodatkami z późniejszych autorów, rękopismów, dowodów urzędowych i wydany przez Jana Nep. Bobrowicza, tom V, w Lipsku nakładem i drukiem Breitkopfa i Haertela 1840)

I tyle… skromność obyczajów i roztropność – w domyśle: postępowania wedle zaleceń pana ojca i pani matki…

Pewnie więc jeszcze wiele lat nagrobek Kosów będzie wzbudzał zachwyt nie tyle bryłą, co doskonałym przedstawieniem postaci…

Szuwarki – wspomnieniowo

Nigdy nie lubiłam jezior. No, nie do końca tak… przestałam je lubić, kiedy odebrały mi Przyjaciela z dzieciństwa. Mimo tego, Tato zabrał mnie na tydzień na kajak. Przyjechaliśmy dopiero co na stałe do Polski, i tak naprawdę to nie bardzo miałam pojęcie gdzie jadę, kiedy wsiedliśmy do pociągu mającego zawieźć nas do Małdyt, skąd mieliśmy zacząć naszą kajakową włóczęgę. Nie przypominam sobie też, bym była jakoś specjalnie zachwycona widokami, czy tym bardziej perspektywą mieszkania w namiocie. Pamiętam jednak, jak Ojciec kazał mi wsiąść do kajaka i wypłynąć na jezioro aby się przywitać z wodą.

Wtedy liczył się tylko fakt, że mieliśmy tydzień dla siebie, na pogaduchy, na milczenie, na wiosłowanie w tzw. siną dal. Bez konwenansów, zastawy stołowej i „etykiety dworu hiszpańskiego”. Nie bardzo więc obchodziło mnie czy i gdzie zamieszkał Georg Jacob Steenke, przeszedłszy na zasłużoną emeryturę. W przysłowiowym nosie miałam informacje o niejakim Immanuelu Kancie w niedalekim Jarnołtowie, czy Zalewie, jak również wszystkie rodzinne wspominki z tzw. terenu…

Generalnie najważniejsze było, by wielki pająk gapiący się na mnie z dziobu kajaka nie zjadł mnie żywcem; by butelka piwa przywiązana sznurkiem do rufy kajaka znowu się nie urwała, bo musiałabym znowu po nią wskoczyć do wody; czy też by zdążyć na wyśmienitą jajecznicę do leśniczówki po drodze. A także by nie dać się Panu Kapitanowi, który rozparty w tyle kajaka palcami stóp na moich plecach wybijał rytm wiosłowaniu. Mojemu, rzecz jasna, wiosłowaniu. 😉

Pamiętam burzę okropną – na jeziorze. I swój strach, kiedy ledwo zdążyliśmy z Tatą schronić się na wyspie. I to, że zgubiłam po drodze wiosło. A potem że nas holowali jacyś rybacy – już po burzy – i że wiosło się znalazło. I że nagle zrozumiałam, że jezior już nigdy nie polubię, ale że przynajmniej zawarłam z nimi rozejm.

*   /   *

Po latach życie raz jeszcze mi udowodniło, że tylko krowa nie zmienia poglądów.

Polubiłam Szuwarki.

Lubię inny wymiar czasu, jakim posługuje się tamten świat, odległy od tzw. cywilizacji o raptem około 100 km. Zaczęłam częściej odwiedzać Krainę Magiczną, jaką niewątpliwie są dawne Prusy Wschodnie. Zdałam egzamin państwowy na przewodnika po województwie warmińsko-mazurskim. Najpierw głównie dla Warmii, ale potem też dla całej reszty dawnych Prus Wschodnich. I nagle okazało się, że kraina, która nie miała dla mnie nic w sobie, prócz wspomnienia z jedynych wakacji z Ojcem – stała mi się bliska. I to nie tylko wspomnieniami z tej wyprawy. Ale też opowieściami rodzinnymi sprzed wielkiego kataklizmu II wojny, nagle przypominanymi sobie przy okazji peregrynacji po Moich Prusach.

I tak naprawdę, to przede wszystkim dla własnej przyjemności od lat jeżdżę z grupami na Kanał Elbląski i na jeziora.

Płynęłam parokrotnie koło leśniczówki, zapamiętanej z przepysznej jajecznicy; koło gospodarstwa zapamiętanego z chleba świeżo upieczonego, a popijanego mlekiem prosto od krowy; a także koło wyspy – tej, z czasów burzy na kajaku z Tatą. Wciąż też pamiętam smak krupniku w jednym z barów w Ostródzie 🙂

Usprawiedliwienie

I znowu jak co roku – wpisuję usprawiedliwienie z sezonem w tle…

Dotychczas mogłam pisać chociażby w nocy, bo grupy miałam o tzw. przyzwoitej godzinie. Czyli po porannej kawie. Teraz już zaczynam „szlif bruków wszelkich” wcześnie – przed poranną kawą, więc chodzę spać niemal z kurami 🙂

Będę pisała albo nagrywała z tzw. marszu – ale na pewno nie regularnie – za co przepraszam …

Published in: on 7 Maj 2012 at 22:49  Dodaj komentarz