Bolero, grudzień i pora deszczowa

Za oknem szaro, ponuro, mokro… Nie znoszę śniegu i zimy, ale mimo wszystko pod tą szerokością geograficzną powinna być to rzecz normalna. Śnieg, mróz, zima, białe święta.

A tymczasem – jest wietrznie, zimno, ponuro i mokro.

Jako, że dzisiaj uparcie hoduję lenia, to mam czas na wędrówki po necie. I w ten sposób trafiłam na stronę z nagraniami mojego ulubionego Andre Rieu.

A tam znalazłam –  TO 🙂

I natychmiast przypomniała mi się pewna pora deszczowa w Nigerii, taka, że nawet  „najstarsi górale” nie pamiętali…

Deszcz lał non stop, ulice – jak to się potocznie mawia – zamieniły się w rwące potoki.

No i w taki właśnie poranek, ledwo widoczny zza ściany deszczu, usłyszałam właśnie TO

Magicznie hipnotyzująca muzyka dochodziła od sąsiadów, zza buszu rozdzielającego posesje.

Nie wiem co bardziej podziałało na moją wyobraźnię. Czy ten miarowy łomot deszczu o dach, czy muzyka z oddali, czy może odrealniony w tych dźwiękach krajobraz… A może wszystko na raz.

Dość na tym, że każdy ulewny deszcz kojarzy mi się od tamtego poranka zawsze i nieodmiennie z „Bolero” Maurycego Ravela.

🙂

Published in: on 17 grudnia 2011 at 14:58  Comments (1)  

Spóźniony sztorm

Prognoza pogody zapowiadała sztorm na Bałtyku. Od dwóch dni trąbili o tym w każdych wiadomościach. Miało wiać w granicach około 11 B.

Pojechaliśmy więc za Wisłę. Na Mierzeję, a raczej nad morze, oglądać sztorm. Ja zaś bardziej szukać badyli na biżuterię. A tę od lat robi mi wspaniałą i niepowtarzalną Bogdan K.

Zajechaliśmy do Mikoszewa. Wysiedliśmy z samochodu. Cisza. Mało powiedziane… Absolutna cisza.

Doszliśmy do morza – a tu… gładź stołowa niemal 😀

Obie z D., w kaloszach – weszłyśmy do tej spokojnej wody, bo nieczęsto się zdarza taka okazja o tej porze roku…

Przy sposobności dokonałam przeglądu badyli wyrzuconych na brzeg i między nimi znalazłam malowniczego buta. Czegóż to nie ma w tym morzu …

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Kiedy tak przegarniałam drewno wszelkiej maści i autoramentu leżące na brzegu,  przypomniał mi się Lord L. Dość postawny, wiekowy, bardzo angielski, i bardzo wzruszony.

Stanął na molo w Krynicy z zaciśniętą dłonią. Patrzył na Zalew. Jakby kogoś szukał w niemal idealnie gładkiej toni.

Była taka sama jesień, spokojne morze i bezwietrzna niemal pogoda. I także zapowiadany na noc sztorm. On uparł się, żebym go zawiozła nad morze. Właśnie do Krynicy Morskiej. Najpierw nad morze, potem nad Zalew.

Po parodniowym zwiedzaniu terenów dokoła Pasłęka, i Wiadomego Zamku  a także po odpoczynku w Wiadomej Restauracji, ostatniego dnia pojechaliśmy w końcu do Krynicy. Ciekawa byłam, dlaczego tak bardzo mu na tym zależało…

Pierwszy spacer – nad morze. Stał na brzegu wpatrzony w horyzont i mamrotał coś do siebie, wciąż zaciskając dłoń. Obserwowałam go zastanawiając się w jakim jest wieku i co takiego się tu zdarzyło, że tak bardzo chciał tu stanąć. Dokładnie tu.

W pewnym momencie odwrócił się do mnie i zapytał czy chcę poznać jego historię. Też pytanie!

Wtedy dowiedziałam się o ucieczce. Ponownie usłyszałam o tym, co tak dobrze znałam z opowieści z dzieciństwa. Tym razem jednak usłyszałam o cudzie. Jego matka, przyjaciółka jednego ze znanych i szanowanych obywateli Prus Wschodnich, z małym dzieckiem uciekła z piekła. Lakoniczne stwierdzenie zawierające niezmiernie dużo treści…

Jednak zanim zapytałam, jak przeżył gehennę, powiedział, że jego matka zdecydowała się nie płynąć Gustloffem. Bała się morza. Jej mąż zginął na morzu. Przyjaciel matki postarał się o wóz i konia. Zapakowali dobytek, tyle ile się zmieściło. Zabrali służbę i ruszyli. Przez lód wozem. Z okolic dzisiejszego Braniewa.

Zamilkł.

Staliśmy tak wpatrzeni w gładką taflę wody, każde myśląc o czym innym. I o innym czasie w historii. W końcu westchnął i powiedział:

„Utonęła, gdzieś tu…  na Zalewie”. wskazał ręką przed siebie. „na wysokości Frauenburga. Pamiętam wzgórze z katedrą”. dokończył.

Staliśmy na końcu molo, gdzie tak niedawno przybijał statek popularnie zwany „Barką na wungel” i gdzie dostałam przezwisko Szuwarek. Z daleka widać było masyw Wzgórza Katedralnego. Zalew tego jesiennego dnia był spokojny, i tylko drobne falki przy szuwarach załamywały odbijające się promienie zachodzącego słońca.

Zapytał, czy często tu przyjeżdżam, odparłam, że wolę tamtą stronę i wskazałam Frombork. „To moje miejsce” powiedziałam.

„I Kopernika” dodał z uśmiechem.

W końcu rozprostował dłoń, w której trzymał zwinięty, bardzo wypłowiały i zupełnie nieczytelny kawałek papieru.

„To mój – nasz – bilet na statek” powiedział, drąc go na strzępki i rozrzucając dokoła.

Kiedy opowiedział mi historię swojego życia, pomyślałam, że wystarczyłoby na parę scenariuszy. Zmarł niedawno. Dostałam zawiadomienie od znajomych.

*    /    *

Choćby dla takich chwil nie zamieniłabym tej pracy na żadną inną. Takich historii Stąd i z Wtedy mam wiele, opowiedzianych przez ludzi Stamtąd i z Wtedy. Niektórzy jak pan M. zapisali się bardzo niedobrze w pamięci historii, mimo wszystko zachowując życie i zmieniając tożsamość… Inni jak Lord L. całkiem inaczej. Nigdy nie miałam odwagi zapytać jak i gdzie zginął na morzu mąż jego matki… Zresztą, czy to ważne?

Czasem przy sposobności zupełnie niewinnych wypadów na wycieczki – myślę o takich wątkach małej historii. Odpryskach tej Wielkiej, jaka się tędy przetoczyła.

Published in: on 30 listopada 2011 at 00:33  Comments (1)  

Oczy – epilog epilogu

Nie – nie dałam Duchowi w pysk, i nie poszłam 🙂

Przepraszam, ale to odpowiedź na krysiny komentarz do mojego nagłego zniknięcia z FB… Ot, nie samym netem człowiek żyje.

Ale wracam by zamieścić dwa zdjęcia. A właściwie jedno w dwóch wersjach.

Krysia „namazała” postaci na moim zdjęciu Kaplicy w tonacji szarości.

Zamieszczam oba, z przypomnieniem, że często na zdjęciach pojawiają się również białe „kropki” rozmazane i duże. Takie widziałam na zdjęciach z kręgów kamiennych (bodaj w Węsiorach), pokazywanych przez pewnego bioenergoterapeutę. Sama mam takie jedno – zrobione kiedyś tam w Wieliczce (obiektyw czyściutki, aparat sprawny). Że nie wspomnę o słynnym już zdjęciu Ducha z płn-zachodniego narożnika Zamku Średniego…

No i niestety nie miałam aparatu przy sobie na nocnym, kiedy wszyscy – to znaczy tak ja, jak i cała moja grupa – ujrzeliśmy piorun kulisty. Zanim jednak do nas doszło CO widzimy, zrobiło nam się wszystkim bardzo dziwnie…

I mimo racjonalnego wytłumaczenia – i tak wiemy swoje 🙂

Wszystko to jest oczywiście wytłumaczalne naukowo. I teoretycznie wszyscy wiemy, że NIE MA DUCHÓW. Tylko dlaczego wszyscy (choć nie każdy się do tego przyzna) trwożliwie oglądamy się za siebie w ciemnościach 🙂

Kiedyś spędziłam w Zamku parę ładnych godzin z pewnym Słynnym Fizykiem – który wszystko mi pięknie i naukowo wyjaśnił. Czyli wyłożył mi sprawę od przysłowiowego pieca, i przy sposobności dowiedziałam się, że my – ludzie – mamy oczy stereoskopowe… i tak dalej. Wszystko jest do znalezienia w necie, więc nie będę się wygłupiała z opisem. Wykład na temat tzw. aury i powidoków też przeżyłam i nawet kiwałam głową, tu akurat wiedząc, o czym pan mówi…

A potem… weszliśmy do Kaplicy Św. Anny.

Było późne letnie popołudnie, upalne i bardzo ciche. Nawet ptaki zamilkły, zmęczone gorącem falującym dokoła.

Kaplica przywitała nas półmrokiem i ciszą. Zamilkłam, bo w Kaplicy po prostu trzeba choć chwilę pomilczeć…

I nagle Słynny Fizyk podniósł palec wskazujący, nasłuchując ze zmarszczonymi brwiami. Ja też usłyszałam odgłosy, ale udawałam, że nie wiem, o co chodzi 🙂 w półmroku i tak nie widział wyrazu mojej twarzy… Ale dałabym głowę, że Chłopaki w tym momencie mieli równie jadowite i pełne satysfakcji uśmiechy na twarzach, co ja… Oczywiście, jeśli ktoś wierzy w duchy 🙂

Dodam, że te odgłosy w Kaplicy są zupełnie racjonalnie „wytłumaczalne”, ale my i tak wiemy swoje 🙂

Oczy, struś, balanga i Pasternak do kotleta

Krysia zmusiła mnie do koncentracji.

Poszło o moje fotograficzne migawki z Zamku, jakie zmieściłam na Facebook’u 30 października. Wśród zdjęć było (jest) zdjęcie kaplicy św. Anny w tonacji szarości.

Szarość zdjęcia spotęgowała odczucie nastroju, ale też sprowokowała wspomnienia. Wspomnienia pewnego osobliwego snu. Snu z pogranicza absurdu.

Otóż czas jakiś temu dwie osoby w dwóch różnych częściach Polski i nieznające się zupełnie, miały sen o tej samej tematyce. Mało tego, obie osoby znajdowały się w tym śnie w tym samym czasie i tym samym miejscu.

Tymi osobami byłam ja i Ojciec Krysi. W życiu nie widzieliśmy się na oczy i w życiu słowa ze sobą nie zamieniliśmy.

Mój sen mniej więcej wyglądał tak:

Skończyłam nocne, i poczułam głód.

fot. Jagoda S.

Jak zwykle zresztą – bowiem podczas oprowadzania nie czuję ani głodu ani zimna. Emocje dopiero potem opadają. Musiałam coś zjeść, ale Mistrz Gałązka miał już zamknięte. Zamek w ogóle pogrążony był już w ciemnościach. Jedynie z dziedzińczyka sączyło się światło.

zamek nocą - fot. K.Cz.

Kiedy spojrzałam uważniej, dostrzegłam postać, wydawało mi się znajomą, idącą w stronę dziedzińczyka. W ciemnościach i bez okularów to myślę, że nawet gdyby to był Shrek we własnej osobie, to pewnie i tak bym go nie poznała. 😉

Ale to, że owa jakaś znajoma postać kiwnęła na mnie – to zauważyłam.

Podeszłam bliżej i już miałam zadać tradycyjne pytanie z nocnego (którym to pytaniem od prawie 10 lat doprowadzam do rozpaczy JS): „przez kuchnię czy głównym wejściem?” No więc, już miałam zadać to nieśmiertelne pytanie, kiedy nagle drzwi do Wielkiego Refektarza uchyliły się i znalazłam się w kręgu światła i gwaru dochodzącego ze środka. Gwar był nie byle jaki. Jazgot raczej. Muzyka zdecydowanie średniowiecznej proweniencji i do tego różnojęzyczny gwar głosów, spowodowało, że z ciekawością zajrzałam do środka pomieszczenia, które przecież tak dobrze znam od dzieciństwa.

N.B. To właśnie TO pomieszczenie Geoffrey Chaucer umieścił w swoich Opowieściach Kanterberyjskich… Nie wszyscy o tym wiedzą, a warto o tym pamiętać. Bo NIE było większego pomieszczenia dla „balang” w średniowiecznej Europie.

Coś, a może raczej ktoś mnie wepchnął do środka, dość na tym, ze znalazłam się w samym centrum gwaru i rejwachu niesłychanego. Nie wiedziałam, że kręcili film w Zamku!

Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że to nie film, a ja z XXI wieku zostałam żywcem przeniesiona do średniowiecza. Nie wiem, jak i co spowodowało tę pewność, ale nagle skurczyłam się… w sobie. O ile to w ogóle możliwe przy żywej wadze 80 kilo. Tyle akurat wtedy ważyłam – a więc byłam grubą babą (to stwierdzenie jest ważne, a raczej okaże się ważne potem).

Skurczyłam się w sobie, bo zdałam sobie sprawę z tego, ze przecież jestem w męskim stroju i mam krótkie włosy, i na dodatek jestem ubrana nieprzepisowo. Mam klamerki u ciżem, i na dodatek pierścionki na palcach i… o zgrozo! Czerwone paznokcie!

Taka wewnętrznie skurczona i starając się być niemal niewidoczna przycupnęłam w rogu długiego stołu nieopodal drzwi. Stół był znacznie dłuższy niż te w refektarzu konwentu, i uginał się pod ciężarem jadła wszelakiego. Wszyscy jedli, sięgając po jedzenie przeze mnie, ponad mną i spoza mnie… Miałam wrażenie że w Refektarzu są same ręce, tłuste i ruchliwe.

Nagle kątem oka nieopodal mnie zauważyłam postać mężczyzny, skuloną jak ja i z przerażeniem w oczach obserwującego otoczenie. Nasze oczy się spotkały na chwilę, ale żadne z nas nie wyniosło z tego otuchy, bowiem nagle ku mnie dosłownie wionął postawny Krzyżak. Nie pamiętam jak wyglądał, nawet nie jestem w stanie przywołać w pamięci jego stroju. Chyba miał na sobie płaszcz. Biały, a raczej kremowy. Ale na pewno miał na głowie kaptur.

I oczy!

Oczy miał niedobre; patrzące we mnie i przez mnie. Widział wszystko. I wiedział, że nie należę do jego czasu i jego otoczenia. A jednak nagle zza siebie wyjął talerz z ogromnym – wręcz monstrualnym udkiem kurczaka. Rzucił tym talerzem dosłownie przede mną. Zdałam sobie sprawę z dwóch faktów: talerz był drewniany, z ornamentem. Dokładnie taki sam, jaki znaleziono lata temu w wychodku u gdańskich dominikanów… zaś udko nie było kurze a strusie. Przez głowę przeleciało mi powiedzenie mojego Ojca, że tu Krzyżak na strusiu jechał wtedy to a wtedy… Biedny struś.

Rzuciwszy talerz ku mnie, Krzyżak o gorejącym spojrzeniu odezwał się a raczej warknął: „naa – żryj!”

Zdusiłam w sobie odruch buntu na brak taktu wobec kobiety. Nie tu i nie teraz!

I zerknęłam znowu kątem oka na tego skulonego faceta nieopodal. Też dostał talerz. I też Krzyżak mu kazał jeść. Gdzież on to wszystko trzymał? I jak do nas podszedł? Wionął. Tak, to najstosowniejsze określenie. Zupełnie, jakby płynął nad ziemią.

A tak na marginesie – jeśli mi ktokolwiek powie, że Pasternak NIE grał do kotleta, to niech się przeniesie tam i wtedy!!! Może nie do kotleta, a do udka strusiego – ale efekt ten sam.

Siedząc tam w tym średniwiecznym rejwachu, wśród postaci, które przecież znam z historii, z kursu i choćby z lektury „Organizacji…” Zdałam sobie nagle sprawę, że z wrażenia gadam tak do siebie jak i do każdego, kto koło mnie się pojawił. Nie pamiętam czy ktokolwiek mi odpowiedział, ale pamiętam, że wszyscy mieli na ustach temat jakiegoś polowania.

W momencie, kiedy ujrzałam znowu tego z niedobrymi oczami, i chciałam mu zadać najważniejsze pytanie:  kim jest? – zadzwonił budzik.

Usiadłam na łóżku w nagłej ciszy poranka, jeszcze ogłuszona rejwachem ze snu, zastanawiając się, co u licha takiego to było???

Jakaś niesłychana kompilacja zdarzeń i przeżyć, nagle w jednym śnie. I ten siedzący półgębkiem facet – co to trafił tam tak jak, ja przez przypadek.

Jednak to ten Krzyżak z oczami gorejącymi nie dawał mi spokoju. Nie potrafiłam sobie przypomnieć jego twarzy. Ani tego czy w ogóle miał jakąś twarz. Wciąż jednak pamiętałam te oczy. Niesłychanie okrutne i płonące. Prześladowały mnie potem czas jakiś. Co ciekawe bardziej wyraziste stają się do dzisiaj, kiedy przekraczam próg Kaplicy Św. Anny. Świadomość istnienia owych oczu nigdzie nie jest tak dojmująca jak właśnie tam.

Po długim czasie – nie wiem, miesiąc po tym dziwnym śnie, a może pół roku, opowiedziałam go Krysi.

Krysia zaś w odpowiedzi opowiedziała mi sen swojego Ojca…

Otóż…

Ojciec był na jakiejś uczcie w Wielkim Refektarzu. Rzecz działa się w średniowieczu i znalazł się tam jakoś dziwnie, niby zaproszony, ale nie bardzo pasując do całości… Mówił też, że na sali była jedna baba, dość gruba, gadająca dość dużo. Siedziała przy końcu stołu. Ojciec Krysi twierdził, że mimo zaproszenia – czuł się tam bardzo nieswojo. No ja myślę, że nieswojo! Jeśli go tak samo zaproszono jak mnie, czyli za kołnierz i do środka, to nie dziwota! 😉

Najważniejsze jednak było to, że i do niego podszedł, a raczej „wionął” czy jak kto woli: „podpłynął” ten z oczami, rzucając mu niemal talerz ze strusiem. Jednak do niego odezwał się nieco taktowniej: „masz, poobgryzaj sobie”.  Ojciec Krysi twierdził, że posiadacz strasznych oczu wyglądał jakby był nieżywy, i że się go niesłychanie wystraszył. Wręcz przeraził. Krysia twierdzi, że Ojciec zbladł nawet opowiadając sen, wiec przypuszczam, że sen musiał na nim zrobić kolosalne wrażenie.

Obie zamilkłyśmy na chwilę porażone niemal zbieżnością faktów i czasu.

Ja rozumiem swój sen, ale ja w Zamku bywam stale i nocne mam często, no i jestem bardzo z Zamkiem związana emocjonalnie od dziecka… Ale Ojciec Krysi? I to, że byliśmy tam w tym samym czasie i przy tym samym stole!

Prosiłam Krysię – by to narysowała. Bo w suchą opowieść nikt przecież nie uwierzy…

Oto ON:

rys. Krystyna Jarosławska

Kiedy stałam parę dni temu w Kaplicy, ten sen właśnie mi się przypomniał.

Zamek w ogóle wyzwala tzw. inną płaszczyznę – czy kto chce czy nie. Ale tylko wśród ludzi wrażliwych i rozumiejących specyfikę miejsca. Nie zapomnę, jak M.S. kazał nam na kursie iść i słuchać cegieł. Niektórzy zareagowali zdumieniem. Inni rozbiegli się po Zamku szukając swoich miejsc. I z tych wszystkich słuchających murów, tylko parę osób oprowadza dzisiaj po tej Największej Kupie Cegieł na świecie. Ale oprowadzając wydobywają z tych cegieł ich duszę…

Aby chociaż nieco zrozumieć, co mam na myśli, trzeba koniecznie przeczytać książkę Marka Stokowskiego pt. „Błazen”, a na deser „Noc Tajemnic”…

epilog

Na FB trwała ożywiona korespondencja i konwersacja między mną a Krysią w sprawie OCZU. No, bo w końcu to ja widziałam postać, a Krysia niczym ekspert śledczy – tworzy portret pamięciowy 😉

I w końcu miała wenę, czas i siłę, i posłała mi oczy emailem.

Zameldowała na FB, że: „oczy poszły” 😀

I po chwili napisała:

Ej. Taki głos, jakby kto chciał wejść i pociągnął za klamkę do domu. Pies też usłyszał i szczeka. Zeszłam, bo myślałam, że siostra nie może znaleźć klucza i dzwonek znowu nie działa. Otwieram drzwi a tam… Nikogo. Nawet furtka zamknięta. Wassup??”

Komentarz pojawił się natychmiast, to P., czujny jak zwykle: Ktoś sie po oczy zgłosił 😉

Poniżej wklejam konwersację między P. a Krysią 😀

Krystyna Jarosławska       weź…! przestań bo uwierzę

Krystyna Jarosławska       bo to było jak się wysyłały……… 🙂

Katarzyna Czaykowska    to MOJE drugie ja się dobijało :))) po oczy:))

Krystyna Jarosławska      albo właściciel oczu 😛 możesz dopisać to jako epilog…

P.                                    To teraz u Kaśka będzie klupać do dźwierzy;-)))))

Katarzyna Czaykowska    tyle, że Kasiek ma to w … kwidzyniu:)

P.                                    Dlatego do Cię Go wysłałem;-))))))

Dla niezorientowanych: mieć coś w kwidzyniu – to tyle samo co mieć coś w d… bo jak wiadomo mieszkać w Kwidzynie! A nie w Kwidzyniu, tak samo jak mieć coś w d..ie, a nie w d..iu 😀

To tyle w kwestii oczu i balangi ze „strusiem” w tle 😀

Wiosna – przerywnik

Dokoła wiosna, i to tzw. pełną gębą.

Wiosna - uchwycona na poziomie trawnika w parku oliwskim.

To nic, że jeszcze dokoła szaro i chłodno, i że od czasu do czasu wieje chłodny wiaterek.

Wiosna i już.

Za moimi oknami – gdzieś w pobliżu – kos codziennie nadaje wiosenne wiadomości.

Zaczyna o 4:20 i kończy o 5:20 – jakby miał stoper. Punktualnie 20 po czwartej zaczyna i to tak głośno i czysto w ciszy poranka, że aż mnie budzi – przez zamknięte okna 😉

A potem – milknie – równie punktualnie – o 5:20….

Dzisiaj jednak w jego poranny przekaz wiosennej radości „wcięły” się wróble. Na jodle przed moim domem załatwiały – jak zwykle zresztą – jakieś ważne sprawy rodzinne. Awantura, a może raczej głośne i żywiołowe rodzinne dyskusje – czy może spory międzypokoleniowe – rozstrzygają się tutaj zawsze na najwyższych gałęziach jodły. Na te obrady – zlatują się wróble co najmniej z połowy dzielnicy. Coś niezmiernie ważnego musiało się w ich społeczności tym razem wydarzyć, bo faktycznie jodła cała była rozćwierkana, i trzęsła się w takt wróblego stroszenia skrzydełek w dyskusji.

Jak to bywa, taka głośna dyskusja zwabiła postronnego słuchacza.

Przyleciała sroka. Usiadła na poręczy balkonu i raz jednym, raz drugim okiem przyglądała się tej rozćwierkanej i rozskrzydlonej jodle. Jednocześnie zerkała mi w okno, bo na moim parapecie leży błyszczący długopis. Do długopisu dzisiaj doszły koty, też zwabione rabanem za oknem.

Sroka nie ograniczyła się do biernego uczestnictwa w dyskusji, wtrąciła się skrzecząc brzydko. No i … nie dość, że koty mi zdenerwowała, to jeszcze wróble.

No i podniósł się jeszcze większy raban. Tak po wewnętrznej jak i po zewnętrznej stornie okna. A ponieważ dominującym dźwiękiem było owo zdenerwowane ćwierkanie wróbli, moje koty szybko się do tego dostosowały. Więc po chwili po obu stronach szyby okiennej słychać było … ćwierkanie…

Sroka odleciała, bo wiadomo, że od wariatów należy się trzymać z dala… Po chwili odleciały także wróble. Na parapecie pozostały zawiedzione nagłą ciszą koty.

Published in: on 25 marca 2010 at 08:45  Dodaj komentarz  

Osioł wigilijny (c.d. osła ogrodowego)

W kościele u Ojca O’Hennerthy, zbierali się wszyscy mieszkańcy dzielnicy, bez względu na wyznanie. Każdy przynosił krzesełko, czy fotelik, po czym rozstawiano to wszystko na dziedzińcu kościelnym, według wyznań. Znacznie późnij w życiu odkryłam, że to był prawdziwy ekumenizm.

Pasterkę świętowali wszyscy, w tym wszelka żywina. Ojciec O’Hennerthy zapraszał bowiem na pasterkę nie tylko ludzi, ale także ich zwierzęta. W ten sposób dowiedziałam się, że Arab (wspomniany w I części opowiadania pt. Osioł)  ma oprócz osła także i wielbłąda. Dostojny dromader spokojnie pałaszował liście księżowskiego żywopłotu, za nic sobie mając całą polkę z pasterką.

Dzięki pomysłom Ojca O’Hennerthy zgromadzeni licznie wierni tudzież niewierni, a także ciekawscy mieli okazję podziwiać jedyną w świecie walkę psów w kościele. I to walkę bezkrwawą.

Otóż Ojciec O’Hennerthy miał psa, wyżła ostrowłosego. Pies zawsze był obecny. Na każdej mszy układał się pod ołtarzem, którym był stół z przepięknie, ręcznie haftowanym obrusem. Ten obrus haftowały przedstawicielki każdej nacji, jaka kiedykolwiek przekroczyła progi kościoła.  Pięknie wyglądał obrus w osty szkockie, hafty góralskie spod Zakopanego, czy inne wzory narodowe a także … sury z Koranu.

My też mieliśmy psa, boxera o imieniu Kajtek, który dla odmiany łaził z nami, a raczej ze mną wszędzie, jako moja obstawa i opiekun. I co tu dużo mówić, jako ten, co z nas dwojga … myślał…

Na owej pamiętnej pasterce byli obaj – i mój pies i wyżeł Ojca O’Hennerthy. Wyżeł wystawił kawałek mordy spod obrusa i warknął na Kajtka. Kajtek zignorował go zupełnie, godnie sadowiąc się obok mnie. W końcu był na pasterce, a takt miał wrodzony. Wyżeł nie dał za wygraną i trącił łapą naszego żółwia, który właśnie się ocknął i ruszył na zwiedzanie posadzki kościoła. Tego Kajtek, mimo swej kultury i uduchowienia, nie mógł darować. Naszych biją… Błyskawicznie zerwał się z pozycji leżącej i wpadł pod stół-ołtarz. Po chwili drodzy wierni, niewierni, a także inni licznie zebrani, usłyszeli spod stołu odgłosy psiej walki. Tłum w kościele znieruchomiał, ksiądz zamilkł, nawet świerszcze urwały koncert. Wszyscy spoglądali na ołtarz. Żona Lota przy nas wszystkich okazałaby się niesłychanie ruchliwą istotą… Po chwili psy wypadły spod stołu, ciągnąc za sobą obrus. Oddychać chyba wszyscy przestaliśmy, jak na komendę. Za to głos dały wszystkie inne żywiny obecne w kościele. Harmider pewnie słyszalny był na Księżycu…

Pierwszy spadł na podłogę kielich, po nim niebezpiecznie przechyliła się monstrancja. Księga, z której ksiądz czytał listy i żywoty świętych, plasnęła z hukiem o podłogę.

W tym momencie stojący w kącie duży zegar z wahadłem wybił północ, i z zewnątrz, zza otwartych na oścież drzwi, z ciemności afrykańskiej nocy, odezwał się osioł. Jego głos, przeraźliwy, metaliczny ryk, poraził wszystkich. Wszyscy znieruchomieli. A ponieważ dotyczyło to również psów, ksiądz z moim Ojcem rzucili się by je rozdzielić. Psy nic sobie na szczęście nawzajem nie zrobiły, poza tym, że Kajtek (jak to bywa u bokserów) przeokropnie obślinił wyżła.

Po krótkim koncercie, osioł zamilkł. Ojciec O’Hennerthy wraz z moim Tatą, szorując kolanami po posadzce, pozbierali w niesamowitej ciszy wszystko, co z ołtarza spadło, po czym wstali i uścisnęli sobie dłonie.

Mój Tato wrócił na miejsce, zaś Ojciec O’Hennerthy, otrzepawszy strój liturgiczny – za ołtarz i odezwał się do zgromadzonych: „Podziękujmy Panu za mądrość osła i sprawność zegara, a także podziękujmy za bezkrwawą walkę tych dwóch szlachetnych zwierząt,” wskazał na, trzymane za obroże przez mojego Tatę, oba psy, niespokojnie łypiące na siebie oczami i jeszcze dyszące po starciu. –„Podziękujmy także Panu za obdarowanie rozsądkiem pozostałych naszych braci mniejszych” – Ciągnął dalej potężny Irlandczyk:-„Dzięki temu możemy oddać się radości, to wspaniałe świętowanie narodzin Pana…”- W kościele zerwały się oklaski. Osioł wszedł do środka, zwabiony ogólną wesołością, na co jakoś nikt nie zwrócił uwagi. Wielbłąd, pozazdrościwszy wokalu swemu towarzyszowi, dał popis solo, na głos z chrypką.

Po chwili nikt już nikogo nie słyszał.

Żółw w dalszym ciągu spokojnie maszerował po posadzce, przysypiając co parę kroków.

Piwny galop po Mierzei

Mierzeja Wiślana jest miejscem magicznym…

Dla mojego Starszego Młodego Pokolenia była także miejscem zamieszkania, kiedy był rybakiem w Piaskach.

A że wtedy – czyli ładnych parę lat temu  – w Piaskach było (i niestety wciąż jest) niewiele do roboty po zakończonych połowach, toteż chadzał z rówieśnikami do Krynicy Morskiej na piwko… No, i –  potem trzeba było jakoś wrócić…

Wracali zazwyczaj całą grupą, przez las. Spotykali po drodze zwierzaki, jako że Mierzeja to przecież niemal raj – także dla zwierząt. Więc spotykali a to sarenki, a to liski… Także dziki. Nasze, tzn. te rozpieszczone z Piasków, przemykały z kwikiem, czasem tylko sprawdzając, czy też te rozgaworzone postaci z ogolonymi łepetynami, nie mają czegoś do jedzenia (a zazwyczaj mieli).

Którejś nocy wszakże – młodzieńcy – rozgadani i roześmiani, wracali wieczorem z Krynicy do Piasków (spory kawałek, by piwko zdążyło wywietrzeć z głów), kiedy usłyszeli tętent za sobą. Przekonani byli, iż ktoś w nocy jedzie konno.

Kawaleria chyba, mruknął któryś z chłopaków. Odwracali się, co i raz, a nuż to okoliczne, miejscowe biesy pędzą za nimi.

Trzeba by się pospieszyć… Tak też i uczynili: przyspieszyli kroków.

Już nieco mniej rozgadani, a na pewno mniej roześmiani. Piwo wietrzało coraz szybciej…

Za nimi tez coraz głośniejsze były odgłosy pogoni, i to niezmiernie tłumnej.

Ki czort? – Zapytał niespokojnie jeden z obecnych. Faktycznie, w ciemnościach parnych i rozświerszczonych, niedoświetlonych księżycem przez zarośla przedzierała się jakaś wataha, niczym stado diabłów z baśni.

I nagle dotąd dumni z siebie, wytrenowani w sportach przeróżnych młodzi chłopcy jak jeden mąż rzucili się przed siebie.

Na oślep, byle do domu!!! Ku światłu!!!!

Pędzili przez las, trzaskający od suszy letniej, duszny od zapachów lipcowych, gonieni przez coraz bliższą pogoń.

Nie wiadomo, który dał hasło: „Padnij”. Dość na tym, że wszyscy padli na twarze, kuląc się i zasłaniają twarze, i ochraniając karki.

Galop i niesłychany zgiełk przetoczył się po nich, koło nich i wokoło nich… Apokalipsa jakowaś… I nagle wszystko ucichło…

I tylko pojedynczy delikatny kwik kazał im spojrzeć wokoło. Nad jednym z chojraków piwnych stał młody dzik i obwąchał go z wyraźnym zaciekawieniem, po czym odstąpił od niego (widać piwne opary nie wywietrzały dokładnie) i pognał świńskim truchcikiem za resztą pobratymców, które już znikły nie tylko z zasięgu wzroku, ale i ucha…

To były dziki z rosyjskiej strony, czymś niesłychanie przestraszone, wracały na noc do siebie… A nasi młodzieńcy biegli we wschodnich stylach walki, zyskali jeszcze jedną biegłość…

W bieganiu 🙂

Gazda z PKS-u

Lata 70-te. PKS relacji Nowy Targ – Zakopane. Oczywiście, jak to w owych czasach – zapchany do niemożności. Baby z targu w Nowym Targu  (czwartek to był), z koszami pełnymi dobra wszelkiego. Jakieś prosię w tyle autobusu kwiczało niesamowicie, komuś kura zniosła jajko na spódnicę, słowem dzień powszedni z życia wyjęty.

A pośród tego wszystkiego – moja Matka – Etykieta Dworu Hiszpańskiego, kobieta o klasycznej urodzie, i klasycznym stylu, dystyngowana (ale o południowej proweniencji). Zdecydowanie przedarła się przez to rozgdakane, rozkwiczane i rozgadane towarzystwo na jedyne wolne jeszcze miejsca, ciągnąc mnie za sobą.

Za nami usiadła nadgabarytowa gaździna z koszem na kolanach. Z kosza łeb wystawiła gęś i gęgając zatopiła dziób w koku mojej dystyngowanej Matki. Mama uchyliła głowę, co jednak nic nie dało – jako że gęsi posiadają długie szyje. Po raz nie wiadomo który, przekonałam się, że jednak krótkie włosy są praktyczniejsze 😉 …

Obok nadgabarytowej gaździny usiadł chudy jak szczapa gazda. Portki cyfrowane opadły mu prawie na biodra, „kłosula no-iron nieco przyblakła tyz” – słowem biéda straśna.

Autobus ruszył.

Gęś gaździny podskubywała koka mojej Mamy z wyraźnym zadowoleniem. Ja usiłowałam nie okazywać jaką to u mnie wywoływało wesołość. Autobus gęgał, gdakał, kwiczał… i nagle gazda zakasłał. Walnął się pięścią żylastą w piersi, aż zadudniło: ”Ech… Cosim dzisio nieaktualny, bedzie dysc”, powiedział słabym głosem, kaszląc na potęgę i waląc się w tę chudą zapadłą pierś.

[Gęś skubnęła koka Mamy ponownie wyciągając zeń jedną harnadlę (harnadla to taka długa spinka używana do spięcia koka).]

Na to gaździna, zaplótłszy ręce pod ogromnym biustem, spojrzała na sąsiada uważnie i poprawiwszy ten swój biust wylewający się zewsząd, odparła spokojnie: ”Zdałoby sie wom gazdo świstoce sadło”.  Cała reszta pasażerów – pomrukiem pełnym aprobaty – potwierdziła diagnozę.

„Oj zdałoby się, zdało…” – odparł kaszląc gazda i tłukąc się w piersi. Gęś spokojnie zajęła się kolczykami mojej Mamy. Mama spokojnie na odlew strzeliła gęś w dziób. Gęś przeniosła zainteresowanie z powrotem na maminego koka. Ja taktownie zaś zajęłam się obserwacją krajobrazu, by nie być świadkiem gwałtownie detronizowanej dostojności mojej Matki.

Gaździna spojrzała na gazdę krytycznie raz jeszcze i unosząc zarówno tak brew jak i ogromny biust, dodała: „E, i niedźwiedzie sadło tyz by dało”… Mrucząca aprobata  tłumu dała się ponownie słyszeć…

„Oj dałoby dało…” – odparł gazda pokasłując dalej, a oczy miał zupełnie jak zbity pies. Moja Matka wsunęła wyciągniętą harnadlę z powrotem na miejsce, gęś tę harnadlę znowu wyciągnęła. Spoważniałam, spiorunowana spojrzeniem Etykiety Dworu Hiszpańskiego. Zabawa trwała.

Gaździna spojrzała na gazdę krytycznie i poprawiwszy biuścisko pod serdakiem, palnęła na cały autobus: ”E, gazdo wom to i gzybki w łoccie tyz bedom dobre”.

Na takie dictum, rozległ się gromki śmiech stłoczonych znajomych i nieznajomych. I niósł się chyba „aż do samiuśkich Tater…”

Niestety całą zabawę popsuła moja Matka, bowiem na jednym z ostatnich przystanków przed wyjazdem z Nowego Targu – po prostu zaordynowała naszą ewakuację – pozostawiając w zatłoczonym autobusie tak scenkę z gazdą, jak i gęś (z harnadlą w dziobie)…

Published in: on 21 października 2009 at 23:15  Dodaj komentarz  
Tags: , , , , , , , , , , , , ,

Jak powstały Żuławy, Kociewie i Kaszuby…

Niedawno Kolega przesłał mi książkę p.t. „Gotyckie zabytki sakralne na terenie Gminy Miłoradz” ks. Andrzeja Starczewskiego.

Zabrałam się ochoczo do czytania, jako, że to moje ulubione tereny i na dodatek nader często przez mnie odwiedzane. Zwłaszcza, że prowadzę tamtędy wycieczki.

Ciekawa książka, i pożyteczna bardzo. Warto ją kupić, i wziąć ze sobą na wyprawę. Tym bardziej, że niestety zabytki Żuław giną bezpowrotnie.

Ks. Starczewski opisał zabytki sakralne, w tym niezwykłe, bo jedyne w swoim rodzaju ossuarium. Ale ileż domów żuławskich ginie bezpowrotnie!!! Zaiste potrafimy niszczyć – dlaczego nie umiemy zachować tego, co kiedyś stworzono? Nie chcę tu jednak pisać o tym, jak bardzo denerwuje podejście do zabytków, i to nie tylko na Żuławach…

Napiszę o tym, jak bardzo się zdziwiłam czytając wstęp do książki ks. Starczewskiego.

Otóż na wstępie jest strawestowana legenda o tym,  jak to Pan Bóg stworzył Żuławy… w odnośniku zapisano adres internetowy, z którego wzięto legendę.

No i ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że to jest legenda, którą niegdyś napisałam do spółki z Koleżanką. Siedząc w niezmiernie nudnej pracy nad kolejnym pozbawionym sensu projektem, obie się rozmarzyłyśmy. A że czas był przedurlopowy, każdą z nas ciągnęło na łono natury, tak powstała owa legenda….

Zamieszczam ją poniżej….

Lubię ją, tak jak lubię Żuławy.

Cieszy mnie niezmiernie, że i Wielebnemu przypadła do serca.

„Jak powstały Żuławy, Kociewie i Kaszuby…”

Kiedyś, Pan Bóg bardzo zmęczony tworzeniem świata, przycupnął sobie na chwilkę. Chciał odpocząć przed generalną lustracją swego dzieła. Gdy tak sobie siedział, jego wzrok padł na totalny bałagan na północnym krańcu świata. Tam, gdzie Wielka Rzeka uchodzi do Małego Morza.

Zmarszczył brwi. Czyżby coś zaniedbał? Wyciągnął z przepastnych fałdów szaty swoje notatki, pióro pięknie zaostrzone zza ucha i jął przeszukiwać zapiski – co tam miało być.

Zdumiał się, bowiem własnoręczne zapiski Jego Boskiego Majestatu mówiły wyraźnie:

„Najpiękniejsze 3 miejsce na ziemi. Kojące oko i duszę, ale wzmagające apetyt na przygodę, a także budzące ciekawość i fascynację.”

Zadumał się Pan Bóg.

Jak to pogodzić, trzy tak różne potrzeby…

I nagle, niczym natchniony artysta, porwał się z miejsca.

„Wiem!” – zakrzyknął, aż zadudniło na świecie.

Pochylił się i położył ciężką, spracowaną dłoń na tym bałaganie. Wygładzał, wyrównywał, głaskał tę ziemię z uśmiechem tajemniczym na twarzy, ale i z zadumą…

Powstały z tego Żuławy. Kraina płaska, wygładzona ręką boską, z tajemniczymi mgłami, pogodnymi zachodami słońca, z zadumaniem wśród wierzb płaczących.

Krajobraz zulawski w Jeziorze

Krajobraz żuławski - Jezioro (fot. A.S. - dziękuję)

Ziemię, którą zgarnął stamtąd, Bóg rozsypał następnie po lewej stronie Wielkiej Rzeki. Ale rozsypał nierówno, tu troszkę pozgarniał, tam troszkę wypiętrzył, tu kapnął wodą, tam posypał lasem…

Uniósł brwi i podrapał się po brodzie, poczuł zadowolenie, oto bowiem stworzył coś innego. Nieznanego. Ciekawego…

Tak powstało Kociewie. Kraina nie płaska a nie górzysta, z ogromnymi połaciami pól pofałdowanych z jeziorami – niespodziankami. Zaproszenie do przygody.

Teraz pozostało tylko rozrzucić gdzieś tę pozostałą część ziemi i coś trzeba było zrobić z tym zapasem wody w garściach….

No i zepchnął Pan Bóg ziemię nogą na bok, upchnął ją kawałek dalej. Tak mocno, jak się dało ją poupychał, w tym jedynym wolnym miejscu na świecie. Bawił się, jak dziecko, usypując pagórki, wzniesienia, ba! góry niemal. Strzepnął wodę z rąk, przeciągając ją palcami z miejsca na miejsce, jak nieregularne plamy rozlanego atramentu. Nad brzegiem Małego Morza usypał wydmy z lotnego piasku, wygładził przepiękne plaże, wybielając słońcem pokrywającą je ziemię. W końcu sypnął lasami z rękawa. Czuł radość i niepokój tworzenia.

W końcu zmęczony westchnął w zachwycie: ”Ależ to piękne!”….

I tak powstały Kaszuby.

Pan Bóg, schodząc na odpoczynek, klasnął jeszcze w dłonie i spośród splotów jego brody rozleciały się na te przepiękne tereny skowronki, jaskółki, bociany, i inne ptactwo by zasiedlić i rozśpiewać łąki i lasy.
I w ten sposób mamy 3 najpiękniejsze regiony na ziemi: nostalgiczne, zadumane Żuławy, grzybne Kociewie, wielobarwne Kaszuby. Miejsca pełne maków, chabrów i skowronków.

Do Akademii Rzygaczy napisały: wirt. prof. Kasia i wirt. prof. Pętelka

Ze wspomnień urlopowiczki…

Kiedyś pracowałam na tzw. posadzie… No i od czasu do czasu miewałam urlop. Hołdowałam zasadzie, że w czasie urlopu należy się ewakuować z domu, by uniknąć najazdów rodziny dalszej czy bliższej. Wszystko jedno jakiej, nie pałałam chęcią i już. Wiec zaraz nazajutrz po zaistnieniu faktu urlopowego, całą rodziną pakowaliśmy się do Garbiego i trzasnąwszy drzwiami – wyjeżdżaliśmy won… Najlepiej w góry. W Gorce. Do Przyjaciół. Za ich wiedzą i absolutnym przyzwoleniem.

Mój upór w kwestii trasy przejazdu na południe Polski owocował zawsze w różnorakie doznania.

Przede wszystkim nasza Polska ma z północy na południe ponad 1200 km, a nie jak oficjalnie podano ok. 800. Nasza Polska, to Polska bocznych dróg od dróg bocznych. Niekiedy kończy nam się w oborze.

Jechaliśmy kiedyś na skróty z Kamienicy koło Szczawy do Nowego Sącza. Nasz skrót wiódł przez Zubrzycę Górną. Mamy stary atlas samochodowy Polski, jeszcze z czasów włóczęg z moim śp. Ojcem, który też przemieszkiwał w Polsce bocznych dróg…

Korzystamy z tego atlasu, mimo nowych wydawnictw i wcale nam to nie przeszkadza. Nanosimy na niego poprawki, jak wtedy pod oborą…

Bo skrót między polami skończył nam się u krowy. Krasula spokojnie przeżuwając trawę, spojrzała na nasz samochód z wyrazem tak bezgranicznego zdumienia, jakiego nie widziałam nigdy dotąd. Właściciel gospodarstwa poinformował nas życzliwie i z wielką łagodnością, że droga, owszem była, ale lat temu może z dwadzieścia, nigdy nie była oficjalna, bo biegła miedzą a samochód to mógł tędy przejechać, ale wojskowy łazik, nie zaś osobowy… Zawróciliśmy więc pośród skowronków rozszalałych na niebie, chabrów, maków i margaretek na polach.

Słońce, błękit nieba i te skowronki…

Drugi raz taki teatr natury wdziałam i słyszałam, kiedy Dziecko Starsze wiozło mnie do Malborka – swoimi skrótami, przez samo serce Żuław Gdańskich, jakimiś polnymi duktami…. „ Matka, chcesz skowronki i chabry, to zaraz je będziesz miała” – powiedział i nagle zatrzymał samochód pośród „łąk malowanych”.  Wysiadłam i oniemiałam. Chabry, maki, margaretki…. Skowronki…. Słońce, i parę białych chmurek na niebie… Zrywałam te polne kwiaty, niepomna na fakt, iż nigdy długo w domu się nie trzymają i z takim naręczem dojechałam do Malborka, do Przyjaciółki. Trzymała te kwiaty w wiadrze, twierdząc potem, że stały nad wyraz długo, a jej zdawało się, że słyszy te skowronki.

Wracając do meritum….

Jechaliśmy znowu na południe Polski do Przyjaciół w Gorce. Tym razem nam się spieszyło. Mieliśmy być u nich na obiedzie. Przyjaciółka gorczańska wyliczyła, że jak wyjedziemy z Gdańska o 4 nad ranem, to nawet jadąc zakolami, dojedziemy akurat na obiad. Nie wzięła pod uwagę Świętego Krzyża. Ani Chęcin. Ani Wiśnicza. Nie wzięła pod uwagę moje podzielnej uwagi…

Dziecko Starsze podało mi mapę i z troską w głosie powiedział: ”Matka, proszę Cię, skróć trasę.”

Skróciłam. Wyszło 1000 km.

Zabraliśmy syna Przyjaciół z Malborka i zapakowaliśmy się do Garbiego. Dziecko Starsze wiozło gitarę, bo przeżywało fascynację instrumentem. Sam nauczył  się grać i chciał  przy ognisku umilać nam życie. Bagażnik Garbiego zapakowany był do imentu. Gitara wylądowała u chłopaków na kolanach. Siedzieli w trojkę z tyłu: dwa Wojciechy i jeden  Konrad. Mąż obok mnie, jako pilot. To jego pilotowanie zupełnie mi przypomina pilotowanie mojej śp. Matki, kiedy tak Ojcem pokierowała, że zamiast w Krakowie, wylądowaliśmy w Kielcach. Bo to też na „K”.

Ruszyliśmy o 4:00. Domem miała opiekować się Śliczna ze swoim aktualnym chłopakiem. Nie pamiętam imienia chłopaka, grunt, że zwierzęta były bezpieczne. Zwierzęta, tzn. Stefan i Fufa. No i rybki. Stefan – papug nimfa, lub papuga, nigdy jakoś nie odkryliśmy jego płci, ani specjalnie się tym nie interesowaliśmy. Mąż nazwał go Stefanem i tak zostało.

Tak więc – wracając do ewakuacji na wakacje, rodzina wyjechała.

Po drodze smród benzyny kazał nam zatrzymać się w Gniewie, bo okazało  się, że wąż od baku był źle zamocowany. W atmosferze nerwowości, mąż dokonał poprawnego mocowania i ruszyliśmy dalej. Z trudem mi wyperswadowali chęć „zahaczenia” o Pelplin, trasa na szczęście – dla nich – wiedzie obok miasta, nie zaś przez miasto…

Św. Krzyż, a raczej parking u podnóża, przywitał nas pogodą piękną, słoneczną i w miarę upalną. Jakoś od paru lat nie mamy szczęścia do pięknej pogody na urlopach, więc ucieszyliśmy się nadzwyczajnie. Wysiedliśmy i piechotką poszliśmy na górę. Na wszelki wypadek – wzięliśmy swetry, bo wiadomo, Łysa Góra, i czarownice różne psikusy mogą płatać turystom.

Doszliśmy na szczyt i nagle, od strony Gołoborza, usłyszałam świst, w naszym kierunku posuwały się obłoczki mgiełki. Kropelki omiotły nas, przenikliwe zimno zburzyło nam pogodny nastrój. Dwa mgliste obłoczki zderzyły się nad naszymi głowami i rozpłynęły się. Wyszło słońce, ale już nie było ciepło, a po chwili nadciągnęły chmury i pojawiła się mżawka. Do dzisiaj uważam, że byliśmy świadkami przelotu czarownic…

W krypcie u JOX Jaremy spędziłam długą chwilę dumając nad domniemanymi szczątkami Księcia. Zawsze podziwiam jego dłonie. Piękne, o długich palcach. Owszem, wiem, że w naturze wyglądały inaczej… ale nieodmiennie podziwiam jego postać – musiał być „rasowy”. Fakt, że mam geny jego matki, a raczej jednej z jej sióstr – znacznie zmienia mój punkt widzenia. Jakoś nie umiem o nim myśleć jako o Strasznym Jaremie…

Nieodmiennie też moją zadumę wywołuje postać bezimiennego powstańca z roku 1863.. Ktoś na niego pewnie czekał, w jakiejś rodzinie pewnie do dzisiaj opowiada się historię o jakiejś matce czekającej na syna powstańca, o narzeczonej może czekającej bez skutku na swojego ukochanego. W mojej rodzinie też jest taka opowieść. Jakaś moja ciocia-prababcia nigdy nie wyszła za mąż, a na palcu do końca życia nosiła pierścionek zaręczynowy po swoim narzeczonym, który poszedł do powstania. Teraz ten pierścionek noszę ja. Skromny, z cienkiego paska złota, pierścionek z 4 rubinkami. Ile łez wylała, ile razy biegła do okna, gdy pod dwór zajeżdżały konie…

Kiedy w końcu dojechaliśmy w te Gorce, z drogi nad leśniczówką zaczęłam trąbić… Dość charakterystyczny klakson miał Garbi i do tego głośny. W samochodzie wiec odbyła się szybka debata nad tym, czy w otulinie Parku Narodowego można używać klaksonu, czy też nie. Zajechaliśmy tacy roztrąbieni pod sam dom. Zdumieni, że nikt nas nie wita załomotaliśmy do drzwi. Przyjaciele wypadli z domu i wśród ochów i achów, uścisków i radości, padł zarzut “czemu nie trąbiliście z góry?”

No jak to, nie trąbiliśmy!!!

Spróbowałam raz jeszcze… No tjaaaa.

Klakson słyszeliśmy my w Garbim. Zaś na zewnątrz nikt.

Bowiem – zapomniałam, ze przed wyjazdem prosiłam mechanika, by podczas przeglądu autka – zmienił położenie klaksonu. Chciałam by go wsadził do bagażnika, tak by nie zamakał przy każdej kałuży… Mechanik polecenie wykonał. I w ten sposób debata o trąbieniu w otulinie Parku Narodowego stałą się bezprzedmiotowa. Nas po prostu nie było słychać. A już na pewno nie wtedy – gdy bagażnik załadowany był po klapę….