Wieczornie…

Od jakiegoś czasu w modzie jest nocne zwiedzanie…

Spacer ulicami w pięknym oświetleniu, nawet podczas chłodów, daje niezapomniane wrażenia (żeby posłużyć się wytartym sloganem reklamowym). Od lat niezmierną popularnością cieszy się nocny Wiadomy Zamek – i coraz częściej widać także zapotrzebowanie na nocny (czy raczej wieczorny) Gdańsk, Toruń czy Elbląg…

Jako dodatkową atrakcję takiego spaceru wieczornego po mieście, warto by poddać pod rozwagę kierownictwom muzeów udostępnienie danego obiektu podczas takiego spaceru. Każdy zabytek zyskuje niewątpliwie na atrakcyjności właśnie wieczorem. Niejednokrotnie prowadzę grupy do mojego Ulubionego Kościoła, gdzie w przytłumionym świetle, czasem podczas ćwiczeń głosowych rewelacyjnej organistki, mogą podziwiać ogrom budowli. Po latach wciąż wspominają te spacery, twierdząc, że dopiero wieczorem „usłyszeli” historię.

Zapraszam więc na spacer po wieczornym Gdańsku i do wieczornego zamglonego Torunia.

Nie jestem z Torunia…

Hasło na Facebook’u – dotyczyło polubienia czy dopisania, za co się lubi swoje miasto – w tym wypadku dotyczyło to Torunia.

Nie jestem z Torunia, a moje toruńskie związki rodzinne sięgają tak daleko w przeszłość, że w żaden sposób nie mogę mówić, że to jest powodem mojego toruńskiego „bzika”.

Tak więc, w żaden sposób nie czuję się z miastem związana – poza obiektywnymi związkami emocjonalnymi… Bo to, że parę lat temu „zrobiłam” uprawnienia na Toruń wynikało nie z kalkulacji finansowej, ani też z żadnych rodzinnych konotacji, a z zauroczenia tym wyjątkowym tworem urbanistyczno-socjologicznym 😉

No i – nie mogłam się powstrzymać przed wpisem pod zdjęciem pod tematem.  To zaś, co napisałam – zamieszczam poniżej – bo to właściwie kwintesencja Torunia.

A przy sposobności: TUTAJ odnośnik do tego, co skleciłam z moich fotograficznych zauroczeń, bo tak w ogóle, to Toruń jest miastem detali 😉

A więc:

Nie jestem z Torunia, ale LUBIĘ…

  • za klimat Starego i Nowego Miasta,
  • za pierogi,
  • za Jakuba i Janów,
  • za ciszę w Mariackim,
  • za echo na dziedzińcu ratuszowym,
  • za skarb ze Skrwilna,
  • za śliskie schody w Muzeum,
  • za szafę w Domu Kopernika,
  • za zapach pierników,
  • za Aleję gmerków,
  • za cegłę (niejedną) –
  • za wszystko

Przezmark – z uśmiechem

… Zajechaliśmy nad jezioro tuż pod słynnym zamkiem w Przezmarku. Zaparkowaliśmy nieopodal bramy.

„Nie wchodzimy” powiedziałam i dodałam: „bo i tak nas zaraz przegonią…” (przemawiały przeze mnie doświadczenia z wielu wypraw i spotkań z nierzadko niesympatycznymi obecnymi właścicielami dawnych posiadłości). Ale mimo tego wzięłam z auta aparat… Po czym weszliśmy jednak na teren prywatny (brama była szeroko otwarta), gotowi wycofać się w razie potrzeby.

Dokoła słychać było odgłosy trzepania dywanów, szczekanie psów i ptaki. Wszystko oświetlało listopadowe słońce i czuć było dymy ognisk i palone liście.

Podeszliśmy kawałek pod górę dość stromym podjazdem, i nagle zza zakrętu wyłonił się dziedziniec. Był dosłownie zalany serdecznością. Naprzeciwko nam wybiegł pies merdający radośnie ogonem, a za nim – szedł Gospodarz – ze szczerym uśmiechem i gościnnym gestem, jakbyśmy byli długo oczekiwanymi, cennymi gośćmi…

Taki początek miała nasza wizyta w tym Wyjątkowym Miejscu.

Była to nasza pierwsza wizyta – ale na pewno nie ostatnia. Bowiem mimo jesieni głębokiej – tam akurat powiało wiosną 🙂 a to – zawsze przyciąga. Pan Ryszard – jakbyśmy znali się ze sto lat – zaraz zabrał nas na wieżę. Jakby wiedział, że nas to właśnie interesuje.

Nooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo!!!!

Gawędziarzem jest przednim, wiedzę ma dużą i chętnie się nią dzieli, robiąc to z ogromną swadą. Nie chcieliśmy nadużywać gościnności Gospodarzy, a nadto mieliśmy przed sobą jeszcze sporo kilometrów. Więc nasza wizyta nie była długa. Ale na pewno tam wrócimy, bo nie da się tak szybko – w drodze zwiedzić wszystkiego.

Nie byliśmy w chaszczach, które kiedyś były częścią zamku, nie usiedliśmy na chwilę, by wysłuchać dokładnie o zmaganiach Państwa v. Pilachowskich z szarą rzeczywistością. W naszym kraju, bowiem nie jest łatwo być „pozytywnie zakręconym”… Zostali Państwo von Pilachowscy docenieni przez Marszałka Województwa Pomorskiego stosowną plakietą… Szkoda, że nie stosowną kasą, ale jak wiemy – to problem ogólnopolski i wszyscy prywatni właściciele zabytków mają „pod górkę” (nie tylko finansowo zresztą). Tym bardziej cenni są tacy Pasjonaci.

Na razie więc – ograniczyliśmy się do wejścia na wieżę i zachłyśnięcia się pięknem miejsca, jak i serdeczną gościnnością Gospodarzy. Następnym razem z chęcią oglądnę raz jeszcze cudne cegły z inskrypcjami i wysłucham dokładnie historii zauroczenia Miejscem. Ale też chętnie wysłucham historii rodzinnej. Bo czasem wydaje mi się, że niektóre Miejsca z Historią mają moc przyciągania Ludzi z Historią. I Sercem do tejże.

🙂

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

a TUTAJ można przeczytać legendę o Zamku w Przezmarku.

P.S. niemal każdy Zamek piszę z dużej litery – raz, bo tak mi się podoba 😉 a dwa – z szacunku i sympatii dla Historii w Cegłach Zawartej)

Jak powstały Żuławy, Kociewie i Kaszuby…

Niedawno Kolega przesłał mi książkę p.t. „Gotyckie zabytki sakralne na terenie Gminy Miłoradz” ks. Andrzeja Starczewskiego.

Zabrałam się ochoczo do czytania, jako, że to moje ulubione tereny i na dodatek nader często przez mnie odwiedzane. Zwłaszcza, że prowadzę tamtędy wycieczki.

Ciekawa książka, i pożyteczna bardzo. Warto ją kupić, i wziąć ze sobą na wyprawę. Tym bardziej, że niestety zabytki Żuław giną bezpowrotnie.

Ks. Starczewski opisał zabytki sakralne, w tym niezwykłe, bo jedyne w swoim rodzaju ossuarium. Ale ileż domów żuławskich ginie bezpowrotnie!!! Zaiste potrafimy niszczyć – dlaczego nie umiemy zachować tego, co kiedyś stworzono? Nie chcę tu jednak pisać o tym, jak bardzo denerwuje podejście do zabytków, i to nie tylko na Żuławach…

Napiszę o tym, jak bardzo się zdziwiłam czytając wstęp do książki ks. Starczewskiego.

Otóż na wstępie jest strawestowana legenda o tym,  jak to Pan Bóg stworzył Żuławy… w odnośniku zapisano adres internetowy, z którego wzięto legendę.

No i ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że to jest legenda, którą niegdyś napisałam do spółki z Koleżanką. Siedząc w niezmiernie nudnej pracy nad kolejnym pozbawionym sensu projektem, obie się rozmarzyłyśmy. A że czas był przedurlopowy, każdą z nas ciągnęło na łono natury, tak powstała owa legenda….

Zamieszczam ją poniżej….

Lubię ją, tak jak lubię Żuławy.

Cieszy mnie niezmiernie, że i Wielebnemu przypadła do serca.

„Jak powstały Żuławy, Kociewie i Kaszuby…”

Kiedyś, Pan Bóg bardzo zmęczony tworzeniem świata, przycupnął sobie na chwilkę. Chciał odpocząć przed generalną lustracją swego dzieła. Gdy tak sobie siedział, jego wzrok padł na totalny bałagan na północnym krańcu świata. Tam, gdzie Wielka Rzeka uchodzi do Małego Morza.

Zmarszczył brwi. Czyżby coś zaniedbał? Wyciągnął z przepastnych fałdów szaty swoje notatki, pióro pięknie zaostrzone zza ucha i jął przeszukiwać zapiski – co tam miało być.

Zdumiał się, bowiem własnoręczne zapiski Jego Boskiego Majestatu mówiły wyraźnie:

„Najpiękniejsze 3 miejsce na ziemi. Kojące oko i duszę, ale wzmagające apetyt na przygodę, a także budzące ciekawość i fascynację.”

Zadumał się Pan Bóg.

Jak to pogodzić, trzy tak różne potrzeby…

I nagle, niczym natchniony artysta, porwał się z miejsca.

„Wiem!” – zakrzyknął, aż zadudniło na świecie.

Pochylił się i położył ciężką, spracowaną dłoń na tym bałaganie. Wygładzał, wyrównywał, głaskał tę ziemię z uśmiechem tajemniczym na twarzy, ale i z zadumą…

Powstały z tego Żuławy. Kraina płaska, wygładzona ręką boską, z tajemniczymi mgłami, pogodnymi zachodami słońca, z zadumaniem wśród wierzb płaczących.

Krajobraz zulawski w Jeziorze

Krajobraz żuławski - Jezioro (fot. A.S. - dziękuję)

Ziemię, którą zgarnął stamtąd, Bóg rozsypał następnie po lewej stronie Wielkiej Rzeki. Ale rozsypał nierówno, tu troszkę pozgarniał, tam troszkę wypiętrzył, tu kapnął wodą, tam posypał lasem…

Uniósł brwi i podrapał się po brodzie, poczuł zadowolenie, oto bowiem stworzył coś innego. Nieznanego. Ciekawego…

Tak powstało Kociewie. Kraina nie płaska a nie górzysta, z ogromnymi połaciami pól pofałdowanych z jeziorami – niespodziankami. Zaproszenie do przygody.

Teraz pozostało tylko rozrzucić gdzieś tę pozostałą część ziemi i coś trzeba było zrobić z tym zapasem wody w garściach….

No i zepchnął Pan Bóg ziemię nogą na bok, upchnął ją kawałek dalej. Tak mocno, jak się dało ją poupychał, w tym jedynym wolnym miejscu na świecie. Bawił się, jak dziecko, usypując pagórki, wzniesienia, ba! góry niemal. Strzepnął wodę z rąk, przeciągając ją palcami z miejsca na miejsce, jak nieregularne plamy rozlanego atramentu. Nad brzegiem Małego Morza usypał wydmy z lotnego piasku, wygładził przepiękne plaże, wybielając słońcem pokrywającą je ziemię. W końcu sypnął lasami z rękawa. Czuł radość i niepokój tworzenia.

W końcu zmęczony westchnął w zachwycie: ”Ależ to piękne!”….

I tak powstały Kaszuby.

Pan Bóg, schodząc na odpoczynek, klasnął jeszcze w dłonie i spośród splotów jego brody rozleciały się na te przepiękne tereny skowronki, jaskółki, bociany, i inne ptactwo by zasiedlić i rozśpiewać łąki i lasy.
I w ten sposób mamy 3 najpiękniejsze regiony na ziemi: nostalgiczne, zadumane Żuławy, grzybne Kociewie, wielobarwne Kaszuby. Miejsca pełne maków, chabrów i skowronków.

Do Akademii Rzygaczy napisały: wirt. prof. Kasia i wirt. prof. Pętelka