Styczniowe życzenia – plaża – reda i skim

Wiem, wiem, już kiedyś TUTAJ pisałam o pewnym styczniowym sztormie…

Dzisiaj nie było sztormu, ale noworocznie mnie wzięło na wspomnienia, kiedy fotografowałam Konrada inaugurującego 2013 rok kąpielą w wodzie mającej około +3⁰ C…

* / *

Dobrego 2013 roku wszystkim – aby każdy miał swój statek – święcący jasno i wyraźnie

😀

statek1

Frombork – smaczny obiad w hotelu

Czas jakiś temu, po odwiedzeniu wszystkich naszych ulubionych zakątków fromborskich – zgłodniałyśmy potężnie (jak zwykle stały „zestaw” – A.S., M.H., E.H. i ja). Na wszelki wypadek poszłyśmy do Hotelu Kopernik. Pamiętałam bowiem to miejsce z przyzwoitego jedzenia i równie przyzwoitych warunków bytowania podczas jednego z pobytów z grupą.

W hallu przywitał nas, jak zwykle, wielki owczarek alzacki. To pies właściciela, zupełnie niegroźny i wyjątkowo spokojny i sympatyczny. Obwąchawszy nas merdnął raz (słownie RAZ) ogonem i poszedł na zaplecze.

A my usiadłyśmy przy oknie z widokiem na pusty o tej porze roku Frombork, i zamówiłyśmy obiady. Ja – kotleta schabowego z surówkami, do tego mizerię i ziemniakami puree.

Dostałam to, co chciałam. Mizeria była prawdziwa. W takim sensie, że pachniała mizerią, a nie chemią, i była świeża. Puree ziemniaczane było gładkie i pachnące masłem. Zaś kotlet schabowy był chrupki. I wielki. Cena zestawu niewygórowana, podanie sprawne i sympatycznie, z uśmiechem.

Dla głodnych: warto tam zjeść. Ja tam wracam za każdym pobytem.

Przezmark – z uśmiechem

… Zajechaliśmy nad jezioro tuż pod słynnym zamkiem w Przezmarku. Zaparkowaliśmy nieopodal bramy.

„Nie wchodzimy” powiedziałam i dodałam: „bo i tak nas zaraz przegonią…” (przemawiały przeze mnie doświadczenia z wielu wypraw i spotkań z nierzadko niesympatycznymi obecnymi właścicielami dawnych posiadłości). Ale mimo tego wzięłam z auta aparat… Po czym weszliśmy jednak na teren prywatny (brama była szeroko otwarta), gotowi wycofać się w razie potrzeby.

Dokoła słychać było odgłosy trzepania dywanów, szczekanie psów i ptaki. Wszystko oświetlało listopadowe słońce i czuć było dymy ognisk i palone liście.

Podeszliśmy kawałek pod górę dość stromym podjazdem, i nagle zza zakrętu wyłonił się dziedziniec. Był dosłownie zalany serdecznością. Naprzeciwko nam wybiegł pies merdający radośnie ogonem, a za nim – szedł Gospodarz – ze szczerym uśmiechem i gościnnym gestem, jakbyśmy byli długo oczekiwanymi, cennymi gośćmi…

Taki początek miała nasza wizyta w tym Wyjątkowym Miejscu.

Była to nasza pierwsza wizyta – ale na pewno nie ostatnia. Bowiem mimo jesieni głębokiej – tam akurat powiało wiosną 🙂 a to – zawsze przyciąga. Pan Ryszard – jakbyśmy znali się ze sto lat – zaraz zabrał nas na wieżę. Jakby wiedział, że nas to właśnie interesuje.

Nooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo!!!!

Gawędziarzem jest przednim, wiedzę ma dużą i chętnie się nią dzieli, robiąc to z ogromną swadą. Nie chcieliśmy nadużywać gościnności Gospodarzy, a nadto mieliśmy przed sobą jeszcze sporo kilometrów. Więc nasza wizyta nie była długa. Ale na pewno tam wrócimy, bo nie da się tak szybko – w drodze zwiedzić wszystkiego.

Nie byliśmy w chaszczach, które kiedyś były częścią zamku, nie usiedliśmy na chwilę, by wysłuchać dokładnie o zmaganiach Państwa v. Pilachowskich z szarą rzeczywistością. W naszym kraju, bowiem nie jest łatwo być „pozytywnie zakręconym”… Zostali Państwo von Pilachowscy docenieni przez Marszałka Województwa Pomorskiego stosowną plakietą… Szkoda, że nie stosowną kasą, ale jak wiemy – to problem ogólnopolski i wszyscy prywatni właściciele zabytków mają „pod górkę” (nie tylko finansowo zresztą). Tym bardziej cenni są tacy Pasjonaci.

Na razie więc – ograniczyliśmy się do wejścia na wieżę i zachłyśnięcia się pięknem miejsca, jak i serdeczną gościnnością Gospodarzy. Następnym razem z chęcią oglądnę raz jeszcze cudne cegły z inskrypcjami i wysłucham dokładnie historii zauroczenia Miejscem. Ale też chętnie wysłucham historii rodzinnej. Bo czasem wydaje mi się, że niektóre Miejsca z Historią mają moc przyciągania Ludzi z Historią. I Sercem do tejże.

🙂

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

a TUTAJ można przeczytać legendę o Zamku w Przezmarku.

P.S. niemal każdy Zamek piszę z dużej litery – raz, bo tak mi się podoba 😉 a dwa – z szacunku i sympatii dla Historii w Cegłach Zawartej)

Osioł wigilijny (c.d. osła ogrodowego)

W kościele u Ojca O’Hennerthy, zbierali się wszyscy mieszkańcy dzielnicy, bez względu na wyznanie. Każdy przynosił krzesełko, czy fotelik, po czym rozstawiano to wszystko na dziedzińcu kościelnym, według wyznań. Znacznie późnij w życiu odkryłam, że to był prawdziwy ekumenizm.

Pasterkę świętowali wszyscy, w tym wszelka żywina. Ojciec O’Hennerthy zapraszał bowiem na pasterkę nie tylko ludzi, ale także ich zwierzęta. W ten sposób dowiedziałam się, że Arab (wspomniany w I części opowiadania pt. Osioł)  ma oprócz osła także i wielbłąda. Dostojny dromader spokojnie pałaszował liście księżowskiego żywopłotu, za nic sobie mając całą polkę z pasterką.

Dzięki pomysłom Ojca O’Hennerthy zgromadzeni licznie wierni tudzież niewierni, a także ciekawscy mieli okazję podziwiać jedyną w świecie walkę psów w kościele. I to walkę bezkrwawą.

Otóż Ojciec O’Hennerthy miał psa, wyżła ostrowłosego. Pies zawsze był obecny. Na każdej mszy układał się pod ołtarzem, którym był stół z przepięknie, ręcznie haftowanym obrusem. Ten obrus haftowały przedstawicielki każdej nacji, jaka kiedykolwiek przekroczyła progi kościoła.  Pięknie wyglądał obrus w osty szkockie, hafty góralskie spod Zakopanego, czy inne wzory narodowe a także … sury z Koranu.

My też mieliśmy psa, boxera o imieniu Kajtek, który dla odmiany łaził z nami, a raczej ze mną wszędzie, jako moja obstawa i opiekun. I co tu dużo mówić, jako ten, co z nas dwojga … myślał…

Na owej pamiętnej pasterce byli obaj – i mój pies i wyżeł Ojca O’Hennerthy. Wyżeł wystawił kawałek mordy spod obrusa i warknął na Kajtka. Kajtek zignorował go zupełnie, godnie sadowiąc się obok mnie. W końcu był na pasterce, a takt miał wrodzony. Wyżeł nie dał za wygraną i trącił łapą naszego żółwia, który właśnie się ocknął i ruszył na zwiedzanie posadzki kościoła. Tego Kajtek, mimo swej kultury i uduchowienia, nie mógł darować. Naszych biją… Błyskawicznie zerwał się z pozycji leżącej i wpadł pod stół-ołtarz. Po chwili drodzy wierni, niewierni, a także inni licznie zebrani, usłyszeli spod stołu odgłosy psiej walki. Tłum w kościele znieruchomiał, ksiądz zamilkł, nawet świerszcze urwały koncert. Wszyscy spoglądali na ołtarz. Żona Lota przy nas wszystkich okazałaby się niesłychanie ruchliwą istotą… Po chwili psy wypadły spod stołu, ciągnąc za sobą obrus. Oddychać chyba wszyscy przestaliśmy, jak na komendę. Za to głos dały wszystkie inne żywiny obecne w kościele. Harmider pewnie słyszalny był na Księżycu…

Pierwszy spadł na podłogę kielich, po nim niebezpiecznie przechyliła się monstrancja. Księga, z której ksiądz czytał listy i żywoty świętych, plasnęła z hukiem o podłogę.

W tym momencie stojący w kącie duży zegar z wahadłem wybił północ, i z zewnątrz, zza otwartych na oścież drzwi, z ciemności afrykańskiej nocy, odezwał się osioł. Jego głos, przeraźliwy, metaliczny ryk, poraził wszystkich. Wszyscy znieruchomieli. A ponieważ dotyczyło to również psów, ksiądz z moim Ojcem rzucili się by je rozdzielić. Psy nic sobie na szczęście nawzajem nie zrobiły, poza tym, że Kajtek (jak to bywa u bokserów) przeokropnie obślinił wyżła.

Po krótkim koncercie, osioł zamilkł. Ojciec O’Hennerthy wraz z moim Tatą, szorując kolanami po posadzce, pozbierali w niesamowitej ciszy wszystko, co z ołtarza spadło, po czym wstali i uścisnęli sobie dłonie.

Mój Tato wrócił na miejsce, zaś Ojciec O’Hennerthy, otrzepawszy strój liturgiczny – za ołtarz i odezwał się do zgromadzonych: „Podziękujmy Panu za mądrość osła i sprawność zegara, a także podziękujmy za bezkrwawą walkę tych dwóch szlachetnych zwierząt,” wskazał na, trzymane za obroże przez mojego Tatę, oba psy, niespokojnie łypiące na siebie oczami i jeszcze dyszące po starciu. –„Podziękujmy także Panu za obdarowanie rozsądkiem pozostałych naszych braci mniejszych” – Ciągnął dalej potężny Irlandczyk:-„Dzięki temu możemy oddać się radości, to wspaniałe świętowanie narodzin Pana…”- W kościele zerwały się oklaski. Osioł wszedł do środka, zwabiony ogólną wesołością, na co jakoś nikt nie zwrócił uwagi. Wielbłąd, pozazdrościwszy wokalu swemu towarzyszowi, dał popis solo, na głos z chrypką.

Po chwili nikt już nikogo nie słyszał.

Żółw w dalszym ciągu spokojnie maszerował po posadzce, przysypiając co parę kroków.