W biegu – moja Lubeka

Zawsze chciałam odwiedzić Lubekę, to znaczy jej Stare Miasto. W końcu przecież ma dla Gdańska znaczenie historyczne i to nie byle jakie.

No i poleciałyśmy sobie – D.L. i ja.

Wysiadłyśmy z samolotu o 17:30, pośrodku Nigdzie, a jako że to przecież styczeń, ciemności panowały już całkiem wieczorne. Atmosfera zapomnienia, niczym na końcu świata, jacyś pasażerowie śpieszący na transport do Hamburga, bo to przecież niemal rzut przysłowiowym beretem, i zero informacji, skąd odjeżdża autobus nr 6 do centrum Lubeki. Pani w informacji lotniskowej bardzo łamaną angielszczyzną wytłumaczyła mi w końcu gdzie jest przystanek. W tzw. międzyczasie rzeczona szóstka zwiała nam sprzed nosów, i na następną musiałyśmy poczekać pół godziny. 🙂

I tak zaczęła się nasza wizyta w Hanzeatyckim Mieście Lubece.

Dojechałyśmy do hotelu, z zupełnie innej strony niż zakładałyśmy – i kiedy nagle za oknami autobusu pojawiła się Brama Holsztyńska naprawdę zwątpiłyśmy w nasz zmysł orientacji. Bety-graty zostawiłyśmy w hotelu, i poszłyśmy do miasta. Na rekonesans, ustalić marszrutę na następny dzień. Zaczęłyśmy od Katedry, a skończyłyśmy na Bramie Zamkowej. Zeszłyśmy Stare Miasto wzdłuż i wszerz. I zabrało nam to 4 godziny. Przewodnicy mają to do siebie, że łażą. Łażą. Łażą…

Rano zaspałyśmy, bo żadna z nas nie nastawiła budzika. Ruszyłyśmy więc natychmiast po szybkim śniadaniu i plan zwiedzania wykonałyśmy.

A plan obejmował: przede wszystkim Katedrę – a tam absolutnie doskonały Krzyż Tryumfalny, którego autorem jest Bernt Notke (ten od słynnej Grupy Św. Jerzego w sztokholmskim Św. Mikołaju). Następny w kolejności był Kościół Mariacki, choćby po to by pogłaskać mysz na obramieniu XVI-wiecznej wspaniałej Ostatniej Wieczerzy Brabendera, a potem rewelacyjny Szpital Św. Ducha (wewnątrz nakręciłam krótki filmik, który TUTAJ). Wstąpiłyśmy też do Ratusza, gdzie „załapałyśmy” się na sympatyczne zwiedzanie z przewodnikiem (strażnikiem ratuszowym)… Dużo czasu spędziłyśmy też u Św. Jakuba. Wjechałyśmy na wieżę świętopiotrową, ale silny wiatr mało nam głów nie urwał. Następne było muzeum Św. Anny. Niestety nie wolno tam robić zdjęć… Ale TUTAJ widzę, że komuś się udało, więc można obejrzeć parę migawek. Dla tych, którzy się tam wybierają – informacja, że na szczęście przed ołtarzem Memlinga można usiąść. 🙂 W ogóle Św. Anna, to muzeum na parę godzin. Zbiory rewelacyjne! Za to Dom Buddenbrooków nas rozczarował i to bardzo! Chyba powinni przyjechać do Gdańska by nauczyć się w Domu Uphagena, JAK można pięknie zrekonstruować wnętrze mieszczańskie. Kto oglądał film Buddenbrookowie z 2008 roku, niech nacieszy oko wnętrzami, bo już ich nie ma. Samo muzeum też … takie sobie. Dom Gunthera Grassa opuściłyśmy, wychodząc z założenia, że on i tak jest gdański, a nie lubecki (nie lubię jego twórczości, więc z czystym sercem odpuściłam), zaś koło Domu Gdańskiego tylko przeszłyśmy. Ale za to weszłyśmy do budynku Gildii Żeglarzy (czy, jak kto woli Szyprów), w którym mieści się restauracja, jeszcze przed otwarciem, tak by zrobić zdjęcia wnętrza. Warto! No i oczywiście zwiedziłyśmy bardzo zaaranżowaną ekspozycję w Bramie Holsztyńskiej. Nie ma szału, ale opisy ciekawe i pewnie dla kogoś, kto nie ma pojęcia o Hanzie może być ciekawe. Nam spodobała się makieta dawnej Lubeki. Zacnie wykonana…

A skoro o zdjęciach mowa, to TUTAJ zdjęcia a TUTAJ w wersji składanki na youtube.

Nie wspomniałam nic o słynnych lubeckich marcepanach. Otóż, nie są to żadne rewelacje. Jadałam smaczniejsze. Ale – to moja subiektywna opinia, bo wiadomo, że nie lubię słodyczy. Ale że marcepany akurat lubię, toteż byłam bardzo zawiedziona wizytą w Cafe Niederegger. Natomiast zdecydowanie nie polecam pączków w owej słynnej marcepanowej „centrali” – mają się nijak do słynnych pączków w Gdyni. 😉

Parę informacji praktycznych:

Otóż w Lubece nie jest drogo, czego czasem obawiają się Podróżujący. Hotel najlepiej rezerwować przez booking.com. Bilet autobusowy (owa szóstka) kosztuje 3 Euro – kupowany u kierowcy.

Cena kawy zaczyna się już od 1,5 Euro, zaś najeść się można już za 4 Euro. Myśmy akurat przysiadły na chwilę w Campus Suite (duża bagietka, na życzenie przygotowana na ciepło, do tego herbata w pokaźnym kubeczku).

Wstępy do kościołów i muzeów wahają się od 3 do 6 Euro. * Kościół Mariacki – 3 Euro (nie wydają paragonu 😉 ), * Ratusz – 4 Euro (oprowadzanie o 11:00, 12:00, i 13:00, po niemiecku, ale można wypożyczyć anglojęzyczne opracowanie), * Muzeum Św. Anny to kwota 6 Euro. * Brama Holsztyńska 4 Euro, * wieża u Św. Piotra 3 Euro (wyłącznie winda). Szpital Św. Ducha jest bezpłatny, tak jak i kościół Św. Jakuba. Niestety nie pamiętam ile zapłaciłam za Katedrę.

W każdym muzeum w Lubece warto zapytać o bilet na dwa muzea. Wtedy za drugie płaci się pół ceny. Niestety o to trzeba samemu zapytać, bo nikt tego nie zaproponuje. Warto wstąpić do Welcome Center, nieopodal Bramy Holsztyńskiej, by dowiedzieć się wszystkiego. Ale tutaj – może przez to, że to nie sezon, musiałam dość długo czekać na to, by ktokolwiek się pojawił za kontuarem. Ale jak już się doczekałam, informację otrzymałam rzeczową.

Lubeka spełniła moje oczekiwania, nie zachwyciła jakoś nadzwyczajnie, ale spodobała mi się. Znalazłam nawet ślady paluchów na cegłach w Bramie Holsztyńskiej 😉 wiem też, skąd czerpały inspiracje autorki lwów w gdańskiej Fontannie Czterech Kwartałów (są niemal kopiami lwów lubeckich sprzed właśnie Bramy Holsztyńskiej).

Jednak , gdyby mnie ktoś zapytał czy tam chcę wrócić, to odpowiedź brzmi – nie. Jedyne miasto, do którego chcę i muszę wrócić, to Stockholm 🙂

Europa Jagellonica – reminiscencje poszkoleniowe

W listopadzie 2012 roku gruchnęła wieść o nowej dużej wystawie.

Wystawę zapowiedziano w dwóch warszawskich obiektach – Zamku Królewskim i Muzeum Narodowym. Ta wiadomość nas zelektryzowała, tym bardziej, że podróż do Warszawy znacznie się skróciła dzięki połączeniom autobusowym. Jako, że internet działa cuda – skrzyknęliśmy się, i z całej niemal Polski zjechaliśmy do Warszawy na szkolenie. To – specjalnie dla nas zorganizowała oczywiście Ewa. Po obu obiektach wystawowych oprowadzali nas specjaliści. A właściwie powinnam napisać Specjaliści. Perfekcyjnie poradzili sobie z garstką entuzjastów, odpowiadając na miliardy naszych pytań, uwag i supozycji. A także… ogarniając nasza niesubordynację i szał robienia zdjęć 😀

Poniżej wklejam z portalu historycznego dzieje.pl parę informacji o wystawie (całość można przeczytać tutaj):

(…) Na wystawie „Europa Jagellonica 1386-1572” zgromadzono 350 obiektów z epoki jagiellońskiej. Wśród nich znajdują się zabytki gotyckiego i renesansowego malarstwa, rzeźby i złotnictwa, elementy wystroju wnętrz królewskich i książęcych rezydencji, manuskrypty i iluminowane księgi. Zabytki przyjechały m.in.: z Czech, Węgier, Rumunii, Litwy, Ukrainy, Chorwacji i Niemiec (…)

(…) Wystawa „Europa Jagellonica 1386-1572” była już pokazywana w czeskiej Kutnej Horze, po prezentacji w dwóch warszawskich muzeach pojedzie do Poczdamu (…)

TUTAJ można posłuchać transmisji z konferencji prasowej, jaka odbyła się 7 listopada, tuż przed uroczystym otwarciem wystawy. Zasadniczym bowiem pytaniem jest DLACZEGO Wawel, tak przecież bardzo jagielloński, nie przyjął wystawy, tak bardzo jagiellońskiej ;)…

No cóż, pragniemy bardzo podziękować Wawelowi, że jednak tej wystawy nie chciał, bo my z Gdańska – mielibyśmy znacznie dalej na szkolenie 😀

Wystawa zorganizowana została z prawdziwym rozmachem, a obiekty tam zgromadzone mogą przyprawić o zawrót głowy. Rozmach wystawy może być porównany z jedną tylko wystawą w Polsce: z Imagines Potestatis, zorganizowaną na Zamku w Malborku w roku 2007.

Zapraszam do obejrzenia zdjęć, jakie robiłam podczas szkolenia. Podzieliłam je na trzy działy:

1. GALERIA MALARSTWA,

2. GALERIA RZEŹBY

3. GALERIA ZŁOTNICTWA.

Wszystkie zdjęcia zrobiłam w Muzeum Narodowym, gdyż w Zamku Królewskim nie wydano zgody na fotografowanie, stąd absolutnie rewelacyjny relikwiarz von Loricha mam z… Imagines Potestatis.

Niestety wystawa trwa tylko do końca stycznia b.r., a TUTAJ można znaleźc informacje praktyczne…

Nie jestem z Torunia…

Hasło na Facebook’u – dotyczyło polubienia czy dopisania, za co się lubi swoje miasto – w tym wypadku dotyczyło to Torunia.

Nie jestem z Torunia, a moje toruńskie związki rodzinne sięgają tak daleko w przeszłość, że w żaden sposób nie mogę mówić, że to jest powodem mojego toruńskiego „bzika”.

Tak więc, w żaden sposób nie czuję się z miastem związana – poza obiektywnymi związkami emocjonalnymi… Bo to, że parę lat temu „zrobiłam” uprawnienia na Toruń wynikało nie z kalkulacji finansowej, ani też z żadnych rodzinnych konotacji, a z zauroczenia tym wyjątkowym tworem urbanistyczno-socjologicznym 😉

No i – nie mogłam się powstrzymać przed wpisem pod zdjęciem pod tematem.  To zaś, co napisałam – zamieszczam poniżej – bo to właściwie kwintesencja Torunia.

A przy sposobności: TUTAJ odnośnik do tego, co skleciłam z moich fotograficznych zauroczeń, bo tak w ogóle, to Toruń jest miastem detali 😉

A więc:

Nie jestem z Torunia, ale LUBIĘ…

  • za klimat Starego i Nowego Miasta,
  • za pierogi,
  • za Jakuba i Janów,
  • za ciszę w Mariackim,
  • za echo na dziedzińcu ratuszowym,
  • za skarb ze Skrwilna,
  • za śliskie schody w Muzeum,
  • za szafę w Domu Kopernika,
  • za zapach pierników,
  • za Aleję gmerków,
  • za cegłę (niejedną) –
  • za wszystko

Prosto z Wiadomej Restauracji – z Wiadomego Zamku

Znalazłam taką wiadomość – wpisaną przez Bogdana Gałązkę na nieśmiertelnym (?) Facebooku:

Z Gothic Cafe nikt nie wychodzi głodny, ale jeśli macie ochotę zabrać ze sobą odrobinę naszych smaków lub podzielić się nimi z kimś, kto nie mógł akurat nas odwiedzić – mamy dla Was pyszne rozwiązanie.
Dla tych, którzy mają do nas chwilowo za daleko, lub nie mogą doczekać się odwiedzin w Malborku, przygotowujemy właśnie możliwość zamówienia sobie naszych łakoci w paczce, prosto do domu.

Nooooooooooooo, to dopiero rewelacyjna informacja!!!

Teraz można będzie zamówić do domu – między innymi – choćby owe słynne i absolutnie niebiańskie PRALINY Mistrza Gałązki !!

Na elegancki prezent!!!

Na każdą okazję 🙂

Ach, i te ich konfitury o smaku zupełnie domowym – jak u przysłowiowej babci…. Mniam…

W niedzielę wiozę grupkę na Zamek – więc na pewno wpadnę na lunch i … PRALINKĘ 😉

Wiadomy Zamek styczniowo – górnolotnie

Był tam ów RYCERZ – człek zacny niezmiernie –
Co od swej pierwszej wyprawy strzegł wiernie
Cnót kurtuazji rycerskiej przygody,
Prawdę był cenił, honor i swobody,
Brał w pana swego wojnach udział czynny;
W krajach odległych bywał, jak nikt inny
Znał chrześcijańskie i pogańskie włości.
Wszędzie gdzie walczył, swej dowiódł bitności.
Był w Aleksandrii, kiedy ta upadła,
Na szczytnym miejscu zasiadał do jadła
Ponad innymi narodami w Prusach,
Bił się na Litwie, tępił miecz na Rusach.
Mało chrześcijan znajdziesz jego miary.

(za stroną http://tlumacz-literatury.pl, Przekład: Jarek Zawadzki, Studio Przekładu Literackiego)

Ten właśnie cytat z Opowieści Kanterberyjskich przychodzi mi do głowy, ilekroć wchodzę na Zamek.

Dlaczego akurat ten?

Malbork – zazwyczaj niemal pusty zimą – wciąż nie może się jakoś przebić w świadomości jako miejsce, które było jeśli nie NAJ, to jednym z NAJważniejszych średniowiecznego świata rycerskiego. Ośrodek władzy. Największa kupa cegieł średniowiecznej Europy, z największą w owej Europie salą, zdolną pomieścić 400 osób. I to właśnie tę salę wspomniał Geoffrey C. w zacytowanym wyżej urywku prologu do swoich Opowieści Kanterberyjskich… Nie musiał wymieniać Malborka – wszyscy, którzy się w owym czasie liczyli dla „świata”, wiedzieli GDZIE to jest i co to jest za miejsce.

Dla mnie Zamek zawsze był Miejscem Szczególnym (dlatego też MUSIAŁAM zostać tu przewodnikiem).

A więc – Malbork raz jeszcze wpadł mi w obiektyw. Zawsze mi wpada – za każdym razem inaczej. 🙂

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Elbląskie to i owo – a zwłaszcza owo.

Chrzcielnica Mistrza Bernhusera to wyjątkowe dzieło średniowiecznego odlewnictwa. I wszyscy, którzy zaglądną do Świętego Mikołaja choć na chwilę, zatrzymują się przed nią na dłużej. Ma w sobie moc przyciągania wzroku. 😉 Nadto jest szalenie fotogeniczna i wzbudza zasłużony zachwyt każdej kolejnej mojej grupy.

Zdecydowanie zaprzeczam, kiedy słyszę głosy, że Elbląg nie ma nic do zaoferowania, że tu nic nie ma. I że to miasto nie istnieje. Istnieje i ma mnóstwo do pokazania, tylko trzeba umieć patrzeć. Elbląg zawsze był mi bliski. Obecnie powoli i z mozołem zaczyna się odbudowywać po zniszczeniach wojennych. A mnie pozostaje żałować, że jego przedwojenne piękno znam tylko z opowiadań rodzinnych. Na szczęście dzisiaj to, co się proponuje w ramach odbudowy miasta (retrowersja) – napawa optymizmem (przy zupełnym pesymizmie w tej kwestii w przypadku Gdańska).

Po długoletnich wykopaliskach w centrum Starego Miasta (będących największym poligonem archeologicznym w Europie – a zupełnie nie nagłośnionym mimo rewelacyjnych znalezisk!!) – zabrano się za jego systematyczną odbudowę.

Już odbudowano między innymi Dom Królów z przeznaczeniem na hotel. Nadto odrestaurowano (wreszcie) słynną kamienicę przy Wigilijnej. Jednak za otwory drzwiowe i okienne a także za skrzynkę gazową, tak inwestor jak i konserwator – razem powinni dostać Nobla za bezmyślność. Moim marzeniem jest jeszcze zobaczyć odbudowany Dom pod Wielbłądem. Natomiast dom Joosta van Kampen (czy, jak kto woli Josta von Kampen) prezentuje się całkiem, całkiem… No i Muzeum z bardzo ciekawymi ekspozycjami (szczególnie Truso i Goci !). Słowem – Elbląg na pewno by ucieszył mojego Ojca. Bo zaczyna „powracać”.

Niestety są także i minusy. Otóż uczucie zawodu i wielkie zniesmaczenie wywołuje aranżacja u Dominikanów. W krużgankach zorganizowano niby klubo-kawiarnię, sprawiającą raczej wrażenie poczekalni dworcowej. A są tam przecież cenne epitafia i płyty nagrobne. A już szczytem braku dobrego smaku było pomalowanie na czerwono ust Martinowi Michaelowi na jego epitafium. Czegóż to miała być demonstracja? I czy autor coś takiego „wyczyniłby” na portrecie nagrobnym swojego bliskiego? Zresztą trudno doszukiwać się sztuki w całym zmasakrowanym wnętrzu podominikańskim. No – oczywiście poza gotyckimi murami, które same w sobie są sztuką. Ale mimo zdecydowanie krytycznych uwag o wykorzystaniu krużganków i o całej koncepcji Galerii, to jednak dobrze, że w ogóle dawny kościół klasztorny został zaadaptowany. Inaczej, przy powszechnym w Polsce nastawieniu do wszystkiego, co niezabezpieczone (vide rozkradany Most Tczewski) pewnie dawno by „poszedł na cegły”.

Skoro wytykam minusy jednemu z moich ulubionych miast, to „leci” następny: brak ludzi. Stare Miasto nie żyje. Jest niemal puste. Dlaczego? Ta pustka uderza wszystkich przyjezdnych. Każdego lata systematycznie bywam w Elblągu z moimi grupami, większymi lub mniejszymi. I wszyscy jednogłośnie twierdzą, że Stare Miasto jest pustynią. Czy to wina czynszów zbyt wysokich na kieszeń przeciętnego inwestora? Czy też braku pomysłu na ożywienie tej części miasta?

Ale mimo tych minusów, Elbląg to wyjątkowe miasto. I ma nie byle jaką historię! Cytując dr Monikę Jakubek-Raczkowską:

…to pierwsza pruska stolica Zakonu, aż do przeniesienia siedziby Wielkiego Mistrza do Malborka, tu siedział mistrz krajowy, tu znajdowała się (przejściowo wprawdzie, ale jednak) siedziba biskupa warmińskiego, tu znalazły się relikwie Krzyża Świętego, ofiarowane przez cesarza Fryderyka II, chcącego usankcjonować krzyżacką krucjatę w Prusach.

Elbląg wyróżniał się na tle Wielkich Miast Pruskich bardzo wysoką formacją intelektualną, i mimo późniejszego zepchnięcia go z tej pozycji przez Gdańsk i Toruń, zachował bardzo wysoki poziom artystyczny.

Właśnie żeby posłuchać wykładu pojechałyśmy do Elbląga w styczniowy piątek (skład jak zwykle taki sam: A.S., M.H., D.L. i ja). Już samo nazwisko wykładowców – czyli Państwa Moniki i Juliusza Raczkowskich dawało gwarancję jakości. No i nie zawiodłam się – 1,5 godziny minęło szybko, zbyt szybko. Ostatni raz tak mnie bolała ręka po pisaniu na pamiętnej konferencji w Bierzgłowie. Jakże znamienny jest ten poziom toruński…

Ale wracam do piątku w Muzeum. Spotkanie miało tytuł: Elementy średniowiecznego wystroju katedry św. Mikołaja – jako dzieła sztuki i obraz dawnej duchowości elblążan. I traktowało między innymi o duchowości Elblążan, o podporządkowaniu religijności średniowiecznej zmysłom, o kondycji intelektualnej i finansowej Miasta, o elementach wystroju gotyckiego katedry Św. Mikołaja. I właśnie na tle opisu duchowości elbląskiej i sytuacji końca XIV i początku XV wieku, pojawiła się brązowa chrzcielnica ze Świętego Mikołaja.

Bo właśnie między innymi owa chrzcielnica mistrza Bernhusera jest takim niezbitym dowodem na wyjątkowość sztuki tego miasta. Stanowi jedno z nielicznych dzieł odlewnictwa w brązie na terenie państwa zakonnego, przy czym jest najwybitniejszym z nich.

Chrzcielnica to najważniejszy sprzęt kościelny. Związana z fundamentalnym znaczeniem chrztu, zawsze zajmowała stosowne miejsce w przestrzeni kościoła. Takie obiekty, mające znaczenie symboliczne, stawały się nośnikami tak formy, jak i kształtu i przekazu treściowego.

Dla omawianej chrzcielnicy znamy szczęśliwie tak datę powstania jak i twórcę, a także osoby związane z fundacją. Wiemy z inskrypcji na chrzcielnicy, że odlał ją Mistrz Bernhuser po Bożym Narodzeniu roku 1387 (za rok zakończono budowę Katedry we Fromborku). Znamy też nazwisko proboszcza, burmistrza i witryków. Witrycy – z reguły dwaj – zarządzali majątkiem kościoła, byli ( w uproszczeniu) niejako pośrednikami na linii: parafia – parafianie.

Bernhuser nie był artystą, był rzemieślnikiem. Ale rzemieślnikiem wysokiej klasy. I wykonał dzieło wyjątkowe, nie mające analogii na terenie Prus. Aczkolwiek moje angielskie grupy będą zachwycone, bo właśnie do Anglii powinien udać się tropiciel śladów i podobieństw bernhuserowego dzieła. I to nie jedyny związek Elbląga z Anglią (ale o tym kiedy indziej).

Także kształt chrzcielnicy jest wyjątkowy i niespotykany nigdzie indziej na terenie państwa zakonnego. To nie kadź (jak wszędzie), a oktogonalna czasza. Znaczenie ósemki z punktu widzenia średniowiecza jest niebagatelne. Oznacza szczęśliwy początek i odrodzenie duchowe. Jest to liczba chrztu świętego i zmartwychwstania. W tradycji żydowskiej obrzezanie odbywa się ósmego dnia po urodzeniu. Ósemka jest także symbolem Nowego Przymierza i szczęścia. Ósmego dnia zaczyna się nowy tydzień i nowa era. Według Ojców Kościoła to symbolika Zmartwychwstania Pańskiego oraz stworzenie na nowo przez chrzest święty. Dzisiejsza teologia widzi w ósemce symbolikę Ducha świętego. Treści zawarte na trzonie i czaszy wyjaśnione podczas wykładu – dały nam do myślenia, jak dużej wiedzy teologicznej musiał być zleceniodawca. To akurat nie dziwi przy wysokim poziomie nauczania w średniowiecznym Elblągu, i licznych studiach zagranicznych Elblążan.

Teraz przekazywanie treści dzieła Mistrza Bernhusera przyjdzie mi znacznie łatwiej. A cała reszta niezmiernie ciekawych informacji o pozostałych (cudem ocalałych z hekatomby 1945 roku) zabytkach też mi pomoże przy oprowadzaniu. Do tego jeszcze należy dodać specyficzne cechy snycerstwa elbląskiego, no i owe związki z Anglią, a także plejada nazwisk o tym świadcząca! Wszystko to pozwala łatwo wyprowadzić grupę w wyjątkową atmosferę Elbląga. I to nie tylko grupę angielską, ale też polską. Bo zmienia się widzenie tego miasta, wciąż niedocenianego wśród turystów i większości biur podróży.

Na szczęście niezmiernie lubię Elbląg, lubię też po nim oprowadzać. Toteż opracowując plany wycieczek dla moich grup, często wplatam w program chociaż krótką wizytę tutaj. Mam do tego miejsca zupełnie osobisty stosunek (może także dzięki plotkom rodzinnym). Toteż wiem, jak „czytać” to miasto, a moje grupy wyjeżdżają zachwycone tak miastem jak i jego historią. Podoba im się też i jego dzień dzisiejszy. I to mimo owej wspomnianej wcześniej pustki na Starym Mieście…

Na zakończenie – galeria zdjęć elbląskich z różnych moich wizyt w mieście. Bo mimo, że wciąż niedokończony – jest Elbląg bardzo fotogeniczny.

Malbork: poezja smaku – smak gotyku

Druga połowa 2011 roku upłynęła pod znakiem polskiej prezydencji w Unii Europejskiej. I w pewnym momencie, pod przewodnictwem Pana Jana Tombińskiego, Pomorze odwiedzili ambasadorowie akredytowani przy Unii.

Ponieważ miałam wielką przyjemność opiekować się ową zacną Grupą podczas wizyty, wiem, co i gdzie nasi Goście jedli.

I tu zdecydowanie warta jest wspomnienia wizyta w Malborku, jako że w pomorskim itinerarium grupy Ambasadorów znalazł się oczywiście Wiadomy Zamek.

A tam…

Bogdan Gałązka – Szef Gothic Cafe & Restaurant zgotował ucztę. Nie tylko dla podniebienia, ale także dla oczu. Zostało to zresztą docenione owacją na stojąco… Żałuję, że nie dysponuję zdjęciami z tej eleganckiej uczty…

Ale Gothic Cafe to nie tylko osobistości z pierwszych stron gazet, (a bywa ich tu sporo).

To także Akademia Kulinarna dla Dzieci i dla Dorosłych (frajda wielka, bo sama brałam w czymś takim udział), to obiady czy lunche dla gości tak Zamku, jak i Miasta Malborka (i nie tylko Malborka!). To wreszcie restauracja otwarta dla turystów odwiedzających Zamek tak w dzień jak i podczas nocnego zwiedzania Zamku. To także niezapomniane wesela. 🙂

A wszystkich – bez względu na ich status społeczny czy finansowy wita Bogdan. Z uśmiechem, serdecznie zapraszając do stołu. Bogdan jest Artystą, i jako taki czerpie radość z tego, że komuś się podoba aranżacja stołu, że smakuje danie, że ktoś docenia Jego starania. Starania Jego i Jego Zespołu.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

I niech nikt nie myśli, że ta restauracje jest okropnie droga. Oczywiście, jakość kosztuje, ale ceny są również na tzw. standardową kieszeń. A że podane to wszystko jest tak, jakby owa standardowa kieszeń należała do głowy koronowanej, to najlepszy dowód na to, że elegancko wcale nie znaczy rujnująco…

Menu przewiduje zaspokojenie wszelkiego rodzaju podniebień. Zarówno tych, dla których specjalna dieta jest wymogiem niemal ratującym życie, jak i tych, gdzie „zwykła fanaberia” pcha do poszukiwań coraz to nowych zestawień smakowych…

I jeszcze jedno – nie zdziwcie się, jak Bogdan „wyjedzie” z kuchni ze swoim słynny ciastkiem serowym… Wielkim jak cały Zamek… I jak oznajmi na widok Waszych wielkich oczu: „Phi, tu nie ma żadnych kalorii”… No bo nie ma… Według Bogdana – wyparowały, bo ciastko jest obcięte z czterech stron. I to tamtędy wyparowały kalorie 🙂

Od co najmniej 5 lat jadam Jego ciasta nie tylko serowe – BEZ kalorii – potwierdzam 🙂

(zdjęcia, jakie tu zamieściłam, a które powodują każdorazowo ślinotok – zostały zrobione przez Zespół Gothic Cafe & Restaurant)

Steblewo – dziur ciąg dalszy

Za oknem wieje. Sztorm na Bałtyku ma osiągnąć 10 do 11 st. B. No to dla odmiany – parę zdjęć z zieleniną w tle.

Zamieszczam zdjęcia dziur steblewskich. Nigdy dotychczas ich nie zauważyłam, ale też nigdy przedtem nie zapędzałam się w te okropne chaszcze obrastające ruinę…

Steblewo….

Steblewo (google maps)

Kiedyś bogata i znaczna wieś przewozowa (to znaczy, że funkcjonował tu prom na Wiśle do Palczewa), od której wzięły nazwę Żuławy po lewej stornie Wisły, od 1945 roku popada w marazm. Już sama sylweta ruiny kościoła, dumnej, mimo potwornego okaleczenia wojennego, pokazuje jak ważna to była wieś.

W średniowieczu – za czasów krzyżackich – wieś należała do komturii gdańskiej. I to w tym rejonie powstał tzw. stary wał. Ponoć już w XIII wieku. Natomiast wiadomo, że w wieku XIV właśnie w okolicach Steblewa Wisła wdarła się na Żuławy.

W ogóle historia Steblewa, to historia oddająca stosunki własnościowe na tych terenach od średniowiecza: od początku wieku XIV do wojny trzynastoletniej pozostawało w państwie krzyżackim (przypominam, to był obszar około 58 tys. km kwadratowych). Po Pokoju Toruńskim II – stało się własnością Gdańska.

Po 1792 stanowiło własność Prus, potem w czasach napoleońskich na 7 lat – wróciło w ręce Gdańska, po to by znowu wrócić do Prus. Po I wojnie światowej weszło w skład Wolnego Miasta Gdańska. Po 1945 roku – znalazło się w Polsce.

Wieś lokowano na prawie chełmińskim (Wlk. Mistrz Ludolf von Koenig) i wybudowano kościół. Salowy, na planie prostokąta, bez wydzielonego prezbiterium. Od północy dobudowano zakrystię a od zachodu dodano wieżę. W XVI wieku świątynia została przejęta przez protestantów.

Do dzisiaj we wsi opowiada się historię pastora Gabriela Ulricha, który odszedł ze stanowiska, kiedy jego żonę posądzano o czary… Tym czasem, Ulrichowa nie była żadną czarownicą – a zielarką. W owym czasie jednak nietrudno było zostać pomówionym o czary a co za tym idzie łatwo też było zostać skazanym, bez względu na winę, toteż pastor wolał opuścić te tereny… Ponoć Ulrichowa przed odejściem przeklęła tak Steblewo i mieszkańców.

Czy to przekleństwo ma moc do dzisiaj – pozwalając pięknym i unikatowym podcieniowym domom żuławskim popadać w coraz to gorszą ruinę niemal tuż pod okiem konserwatora zabytków?!

Tu podaję link do hasła konserwator zabytków – tak by wiadomo było CZYM powinien zajmować się taki urzędnik…

Już w roku 1407 Wielki Mistrz Konrad von Jungingen wydał prawo regulujące kwestie przeciwpowodziowe i co za tym idzie – powinności mieszkańców wsi na Żuławach (także Steblewskich).

Zarząd nad całością działań sprawowali zarządcy wałowi, w każdej części Żuław inny, wybierani przez mieszkańców. Przeważnie zarządcami zostawali sołtysi. Do pomocy mieli 5 przysiężnych wałowych i 12 przysiężnych kanałów. Mieszkańcy każdej wsi mieli przydzielony odcinek wałów i kanałów i mieli absolutny obowiązek pracy na nim. Każdy właściciel ziemi od 1 włóki (czyli ok. 16,8 ha) miał naprawiać 1 sznur wałów (czyli około 43,5 metra).

Zaniechanie było surowo karane.

Ech… wróćcie czasy kar surowych i nieuchronnych!

Wróćcie czasy ZROZUMIENIA tych ziem… że nie wspomnę o miłości do nich…

Powodzie zdarzały się bardzo często i tylko w wieku XVI wiemy o trzech wielkich powodziach (w samym wieku XVI powodzi i podtopień było ponad 30). Ta z roku 1540 zagroziła nawet Gdańskowi, bo doszła do Długich Ogrodów. I to od tego czasu właśnie  można mówić o planowym osadzaniu ludzi nowej wiary na terenach podmokłych… Tak  zaczyna się historia Mennonitów…

(ale to inna opowieść, opowieść o Rodzinie, której potomkowie przyjechali zobaczyć dom… Dam OCZYWIŚCIE nie istnieje, ale miejsce istnieje. Nawet terp się zachował… TYLKO terp się zachował).

W historii Żuław Steblewskich i Gdańska do dzisiaj wspomina się wielką powódź z kwietnia 1829 roku. Zima przełomu roku 1828 i 1829 była długa i bardzo mroźna, bo temperatury dochodziły do -30 st. C i na dodatek obficie sypało śniegiem. A potem w marcu nagle przyszła zmiana pogody i ocieplenie, najpierw w górnej Narwi i Wkrze. W związku z tym, w okolicach Warszawy wody gwałtownie się podniosły i dosłownie „runęły” w dół, ku ujściu. Jak niesłychany musiał być napór wód, skoro zawalił się most w Toruniu.

Dzisiaj się mówi, że w Gdańsku zlekceważono zagrożenie, licząc, że w razie czego woda zaleje Żuławy (skąd my to znamy…). Ówczesny mistrz wałowy J. Kossak postulował u władz gdańskich, aby przekopać ujście we wsi Górka, tak by w razie czego rozszalały żywioł miał ujście poza miastem. Władze nie zgodziły się, uznając to za zbędny wydatek (przypominam, że dzisiaj WCIĄŻ nie mamy porządnego zabezpieczenia przeciw powodziowego), uważając, że taka powódź zdarza się raz na … 100 lat.

Na dodatek znad zachodu nadciągnął nad Zatokę Gdańską niesłychanej siły orkan. Porywy wiatru dochodziły ponoć do 200km/h.

O nocy z 8 na 9 kwietnia 1829 r. do dzisiaj się mówi przy sposobności zwiedzania Żuław Steblewskich. Wody z morza wtargnęły do ujścia Wisły, hamując spływ lodów. Spiętrzone zatorem lodowym wody Wisły z kolei naparły na wały przerywając je na przestrzeni od Torunia po Tczew w około 80 miejscach. Nad ranem 9 kwietnia w dół delty Wisły runął żywioł, około 10 tys. m.sześć. wody na sekundę. To było średnio dwa razy więcej, niż Odra podczas tragicznej powodzi z 1997 r.

I to właśnie niedaleko Stebelewa na długości przeszło 300 metrów woda przerwała wał, rozlewając się po całym terenie. Na ścianie kościoła w niedalekich Trutnowach do dzisiaj zachował się kamień ze znakiem wysokiej wody…

wschodnia ściana kościoła w Trutnowach (zdj. Aga S.) dla porownania wysokości wody w 1829 - mój wzrost to 170 cm Bo ta na zdjęciu to ja 😉

Wieczorem wielka woda dotarła do samego Gdańska. Wiadomo, że rozerwane zostały wrota Kamiennej Śluzy. Najpierw woda wtargneła do Dolnego Miasta, poczem pojawiła się w Prawym Mieście. Kiedy burmistrz (Joachim H.Weickhmann) zwoływał naradę – woda podchodziła pod stopnie Ratusza… Wkrótce wysokość wody sięgnęła ponoć 3 metrów. Na Ołowiance, na jednym ze spichlerzy również zachował się znak wysokiej wody z tego okresu…

spichrze na Ołowiance

Przy sposobności trzeciej fali powodziowej woda zmiotła wioskę w Wisłoujściu, a w samej twierdzy dziedziniec został zalany do około metra.

Wielka woda utrzymywała się aż do 28 kwietnia.

Powołano specjalną komisję parlamentarną do oszacowania strat. Te wyniosły około 2 mln. talarów.

…11 tysięcy ludzi na Żuławach oraz 12 tysięcy mieszkańców Gdańska z liczącej 66 tysięcy ludności miasta zostało pozbawionych dachu nad głową. Straty ludzkie na Żuławach wynosiły ok.30 osób i byłyby bez wątpienia dużo większe, gdyby nie przekazywana przez pokolenia pamięć o tragicznej powodzi sprzed 300 lat, jaka pozbawiła tam życia blisko 5 tysięcy ludzi…

…Władze pruskie obciążyły urzędników gdańskich winą za katastrofalne skutki powodzi. Twierdzono nie bez racji, iż natychmiastowe przerwanie północnego odcinka wału, 10 km przed Gdańskiem, spowodowałoby, iż część wody opuściłaby Żuławy i wróciła do pierwotnego koryta rzeki”… A to, jak pamiętamy postulował przecież wspomniany już mistrz wałowy …

Opowiadali mi Mennonici, z którymi od lat jeżdżę po Żuławach, że zawsze trzymano w gospodarstwach łodzie, umożliwiające ewakuację tak ludzi jak i inwentarza. I że te łodzie (przynajmniej niektóre) przydały się potem tym, co przyszli w 1945 roku… Ale to też inna historia…

Jako ciekawostka - jeden z czterech domów po drodze do Giemlic - adaptacja zagrody typu holenderskiego (kompletnie nieudana zresztą) z roku 19

No i parę zdjęć końca potęgi kościoła steblewskiego…

Tematu nie wyczerpałam. I wcale nie było moją intencją go wyczerpać. Bo to niemożliwe. Od lat jeżdżę na Żuławy Steblewskie z grupami szkolnymi i za każdym razem odkrywam coś nowego.

Asuny

Miejscowość nieopodal granicy z Obwodem Kaliningradzkim (tylko pół kilometra). Kiedyś należała do powiatu gierdawskiego. Ale po 1945 roku, kiedy to Polsce dostał się jego południowy obszar – włączono ją do powiatu kętrzyńskiego. Gierdawy to dzisiaj Żeleznodorożnyj…

Tak na marginesie – Gierdawy lokował na prawie chełmińskim Ulrich v. J. (to informacja specjalnie dla Krysi J.)

Wracając do Asun (dawniej Assaunen)…

Na wjeździe przywitał nas znak zakazu wjazdu na mostek – przebywanie grozi śmiercią lub kalectwem czy coś w tym stylu…

Pod mostkiem płynie Omet, meandrując aż poza dzisiejszą granicę… Tuż obok solidniejszy most – po którym już bez obawy można przejechać.

Zaraz za zakrętem, po prawej, widać teren przykościelny.

Solidne średniowieczne mury niewielkiego kościółka z kuną przy kruchcie południowej i drewnianą wieżą z połowy XIX wieku.

W wieży skład drewna.

Czy to skład drewna był powodem pożaru w roku 1914, czy może raczej działania wojenne, które przecież nie ominęły Prus Wschodnich? Jaka by nie była przyczyna pożaru – kościół szybko odbudowano.

Dziś wystrój wnętrza jest barokowy. A od roku 1958 doszedł wystrój cerkiewny. Bowiem od tego roku kościół jest cerkwią obrządku greckokatolickiego pod wezwaniem Zaśnięcia Najświętszej Bogurodzicy.

W latach 80.XX wieku dodano cerkwi ikonostas.

Czemu taki finał historii?

Ano to wynik i efekt Akcji Wisła. Kiedy to rzucano Ukraińców po całej Polsce – jednocześnie zabraniając im używania miano Ukrainiec. Kazano nazywać siebie Wysiedleńcami z Akcji „Wisła”. Tu ciekawy przyczynek do historii osadnictwa ukraińskiego w dawnych Prusach Wschodnich…

Cały teren przycerkiewny jest bardzo zadbany i czysty, trawa pięknie przycięta, i wokoło panuje atmosfera spokoju. Spokoju, nie pełnego rezygnacji, jak w Ostrem Bardo – ale spokoju miejsca oswojonego.

Pierwsze, co rzuca się w oczy – to właśnie porządek i spokój.  Na stronie Ciekawe Mazury Tadeusz Plebański świetnie napisał:

„Ta piękna, zadbana, nadgraniczna wieś jest przykładem tego, jak przesiedlonym w ramach Akcji Wisła udało się wrosnąć w nowe środowisko z poszanowaniem dla jego dziedzictwa.”

Do tej dobrej atmosfery zdecydowanie przyczyniają się dwa gniazda bocianie na obu szczytach cerkwi. To szczęśliwe miejsce – według tradycji i przesądu odwiecznego. Nie wszędzie bowiem bocian chce zakładać gniazda. Tu są aż dwa. 😀

Nieopodal widać schludny budynek dawnej szkoły, w którym mieści się obecnie ukraińska izba pamięci i Ośrodek Kultury Ukraińskiej. Ośrodek stworzył i wiele lat mu przewodniczył Antoni Staruch. Warto pamiętać tę postać. Wiele mu zawdzięczamy w kwestii zmiany w powojennych i propagandowych wizjach „złego Ukraińca i dobrego Polaka”…

Spacerując wokoło kościoła, po północnej stronie natykamy się na kamienny pomnik nagrobny.

Przeniesiony tu został nie tak dawno ze zniszczonego cmentarza nieistniejącego już majątku Korcklack po drugiej stronie granicy.

Ten pomnik nagrobny to ślad po tragedii rodzinnej – upamiętnia 17 latka, który zginął na morzu.

A to było tak:

Otóż w roku 1843 w stoczni szczecińskiej zwodowano trzymasztową szkolną korwetę „Amazone”, dla Królewskiej Szkoły Nawigacyjnej w Gdańsku. W listopadzie roku 1861 jeden z wielu kolejnych rejsów ćwiczebnych odbywali kadeci z różnych roczników Szkoły. Wśród nich był syn dziedzica Asun i Korcklack – Carl Louis Friedrich Max Leo hrabia von Klinckowstroem. Korweta zatonęła nieopodal brzegów Holandii na Morzu Północnym. Rozmiar tragedii był ogromny bowiem na pokładzie było jak wspomniałam – kilka roczników przyszłych oficerów. W rezultacie katastrofy – drastycznie spadła atrakcyjność Szkoły Nawigacyjnej – w następnym roku kandydatów do szkoły było raptem trzech. Ciekawe spostrzeżenia na temat sił morskich, wyszkolenia i możliwości dają nam Wspomnienia Alfreda von Tirpitz .

Kim był Alfred v. Tirpitz???  Nazywany jest często Ojcem Floty Niemieckiej – Alfred Peter Friedrich Tirpitz (szlachectwo, wraz z przynależną partykułą von, nadał mu Wilhelm II za zasługi położone dla budowy niemieckiej floty wojennej) urodził się 19 marca 1849 r. w starej nadodrzańskiej twierdzy Kostrzyn (wówczas Kustrin)… – [za Wikipedią]

W swoich Wspomnieniach Tirpitz pisze, że po katastrofie „Amazone” obniżono wiek przyjmowanych do Szkoły Morskiej, który wcześniej wynosił 17 lat. Sam Tirpitz w chwili przyjęcia miał 16 lat.

Parę słów należy się rodzinie, z której wywodził się kadet upamiętniony pomnikiem….

Otóż:

Klinckowström, lub nawet Klinkowstrom, czy Klinckowstroem to nazwisko rodziny szlacheckiej ze Szwedzkiego Pomorza.

Linie tego rodu osiadły w Szwecji, Prusach i Austrii. Przodkowie domu tego (jakby napisał mój ulubiony plotkarz – Kacper N.) pisali się Klinkow albo Klinckow w Stralsundzie i prawdopodobnie wyszli z tego samego “domu” w Prenzlau.

Pierwsza wzmianka o rodzie Klinkow pochodzi z roku 1320, kiedy bracia Peter i Johann de Klinkow, mieszkańcy Prenzlau, ufundowali ołtarz do tamtejszego kościoła Św. Mikołaja. Czy byli mieszczanami, czy należeli do rycerstwa – czy też byli przybyszami ze Starej Marchii – nie wiadomo.

Po kilku wiekach – widzimy przedstawicieli rodu w wojskach całej niemal Europy. Dla Pomorzan ważne jest – że widać ich w czasie wojen szwedzkich w słynnych Starych Kolorowych Regimentach króla szwedzkiego

….

Czas przenieść się nieco bliżej interesujących nas terenów i czasów – Martin (1650-1717), Szambelan i Kapitan Straży w dniu 19 kwietnia 1678 roku wpisany jest pod nazwiskiem Klinkowstrom jako szwedzki szlachcic. Faktyczna nobilitacja nastąpiła 17 marca 1690 (czasy króla Karola XI). Bracia Thure Leonard, (Sekretarz i Szef Poczt w Stockholmie), i Gustav Thure Klinckowström, w roku 1759 otrzymali szwedzki tytuł barona.

Austriacka linia rodu została ustanowiona przez Fryderyka Augusta von Klinkowstrom (1778-1835).

W roku 1798 Karl Friedrich von Klinkowstrom dostał tytuł hrabiowski od króla Fryderyka Wilhelma III. Tym samym rozpoczęła się pruska linia rodu.

Nas interesuje właśnie linia pruska z Asun i Korcklack (odsyłam do SUPLEMENTU na końcu felietonu). Czyli linia Karla Friedricha Ludwiga von Klinckowström (1780–1844), dziedzica na Korcklack i Assaunen.

  • Leonhard Carl Ludwig Felix von Klinkowstroem (* 1818), starosta powiatu gierdawskiego
    • Carl Louis Friedrich Max Leo von Klinckowstroem (1844 – 1861 na morzu…)
    • Clemens Graf von Klinkowstroem (1846–1902), ziemianin pruski i polityk (był starostą Powiatu Gierdawskiego w latach 1887 – 1901, w 1898 roku został deputowanym z okręgu Rastenburg-Friedland do Reichstagu. Otrzymał Krzyża Żelazny drugiej klasy. Był także Kawalerem Maltańskim, a także honorowym obywatelem Gierdaw. 6 listopada 1872 odbył się jego ślub z Marthą hrabianką… Eulenburg w Galinach (urodzoną tam w roku 1855). Z tego małżeństwa urodziło się dwóch synów i dwie córki.
    • Carl Ludwig Friedrich Graf von Klinkowstroem(1848–1903), generał pruski

Najstarszy syn zginął na morzu, zaś dwaj pozostali weszli na stałe do historii Europy…

A mnie na dodatek Los znowu postawił na drodze Eulenburgów z Galin…

I pomyśleć, że nigdy bym nie poznała tej historii, gdybym tak bardzo nie chciała jechać wzdłuż granicy Europy, i gdybyśmy nie zajechali do Asun – teraz niemal na końcu świata.

z google maps

z google maps

Jak zwykle, to na pewno nie koniec opowieści rodzinnej. Bo jak zwykle Los podeśle mi ciąg dalszy 😉

Ale i tak wszystko zawsze zaczyna się przysłowiowego pieca, czyli od … Galin 😀

SUPLEMENT:

oto, jakie ciekawe informacje dostałam w komentarzu (dziękuję!)

Kościół w Asunach pochodzi z końca XIV w. Był rozbudowywany w XV i XVI w. W 1905 r. przebudowany wg. projektu Fritza Heitmanna. Asuny w czasie I wojny światowej doznały największych zniszczeń spośród miejscowości okręgu gierdawskiego. Spłonęły m. in. kościół, parafia i szkoła. Odbudowa trwała aż do 1916 r. W tym czasie wybudowano nowy kamienny most na Omecie, który służył przez kolejne 90 lat. W 2006 r. do rzeki runęła jego południowa część.

Budynek w którym obecnie mieści się Ośrodek Kultury Ukraińskiej wybudowany został na pocz. XVI w. Do 1945 r. nieprzerwanie mieściła się w nim karczma. W latach 30-tych jej właścicielem był Walter Hartwich. Szkoła przed wojną znajdowała się natomiast w budynku na przeciwko kościoła.

Dawny majątek Korcklack znajduje się tuż przed granicą po polskiej stronie, ok. 5 km na zach. od Asun. Po 1945 r. utworzono tam PGR Kurkławki.

Mołtajny i Arklity…

To jedno ze smutniejszych miejsc, jakie dotychczas odwiedziliśmy.

Nieopodal granicy z Obwodem Kaliningradzkim – wydaje się być zapomniane przez ludzi i Boga. Tak, bo tutaj nawet dom Boga – czyli Mołtajński kościół woła o energię, jakiej zastrzyku doświadcza choćby kościół wozławecki. Woła też o dofinansowanie, które by się nie „rozeszło po kościach”, o czym nam opowiedziano we wsi.

Niewątpliwie interesujące jest wnętrze kościoła, ale wrażenie jakie się odnosi po spacerze (i to mimo pogody zachęcającej do zwiedzania), to nade wszystko bezbrzeżny smutek miejsca. I zaniedbanie genezą sięgające roku 1945.

Na terenie przykościelnym – zniszczony pomnik nagrobny Egloffsteinów z XVIII wieku. Oczywiście pozbawiony tablic inskrypcyjnych i uszkodzony. Nie ma też już drzew okalających dawny cmentarz.

Zamiast gniazda rodowego Egloffsteinów w pobliskich Arklitach – jest ruina. I kartusz herbowy w muzeum Kętrzynie.

Pałac arklicki przetrwał finał II wojny światowej, ale nie przetrwał lat 1980., kiedy to „uległ pożarowi”… Jakże to znamienne dla tych terenów, pełnych niegdyś wspaniałych siedzib równie wspaniałych rodów – często znacznych dla historii Europy.

Obie miejscowości niegdyś niemal w centrum Prus Wschodnich – bezmyślnie i brutalnie przedzielone powojenną granicą, straciły znaczenie. Kolej wąskotorowa, łącząca Mołtajny z Rastenburgiem (Kętrzyn) i Gierdawami (Żeleznodorożnyj) – została rozebrana przez Rosjan tuż po wojnie a tory – wywiezione.

Sama wieś Mołtajny pamięta wiek XIV, kiedy to została lokowana. Kościół został zbudowany pod koniec XIV wieku. I nie był wcale tak na końcu świata jak dzisiaj, bowiem odbywały się tutaj pielgrzymki do cudownego obrazu Św. Anny (ponoć przechowywanego w wieży dzwonnej). Organy do kościoła mołtajńskiego fundował generał Albrecht Dietrich Gottfried von und zu Egloffstein, zamawiając ich budowę u organmistrza Karola Henryka Obucha z Morąga. Albrecht Dietrich – to ten od zniszczonego pomnika i pałacu arklickiego (i nie tylko). Hrabia był też gubernatorem Królewca i założycielem majoratu na Arklitach.

Niedaleko kościoła miał stać wspomniany pałac, może pokaźny dwór raczej… tak wyglądał – kiedyś… i zdjęcie znalezione w necie, a także plan jakiś (bodaj z bildarchiv-ostpreussen.de).

Legenda mówi (a raczej fama stugębna niesie), że z kościoła do pałacu wiódł tunel… A miejscowi opowiadają, że podczas wzmacniania wieży odchylającej się od pionu – beton wlewany dla wzmocnienia fundamentów – tajemniczo znikał pod ziemią 😉 Jakkolwiek było – to plotka o tunelu jest proweniencji znacznie starszej. A wiadomo, ze z legendą się nie walczy 😉

Czy pałac Egloffsteinów stał na miejscu strażnicy krzyżackiej, w której miał się w roku 1384 zatrzymać Wielki Marszałek Konrad von Wallenrod?

  *   /   *

Dzisiaj w Mołtajnach działa Mołtajńskie Stowarzyszenie Aktywności Lokalnej, z nastawieniem na tzw. rozruszanie społeczne mieszkańców. Ale też w nadziei na zmobilizowanie sił i środków na gruntowny remont wiekowej świątyni.

Bliskość Jeziora Arklickiego i granicy z Obwodem Kaliningradzkim powinny generować zyski z turystyki. Może otwarcie tzw. małego ruchu przygranicznego coś zmieni na lepsze…

Bo jest czym zainteresować ewentualnych przyjezdnych – nie tylko pięknem krajobrazu i historią osadnictwa powojennego, ale też tą starszą historią, sięgającą czasów krzyżackich…

Zanim zjawili się tu najpierw von Schliebenowie a potem w XVIII wieku Egloffsteinowie, a na końcu po 1945 roku nowi ludzie z własnym bagażem historii – był tu niewielki, ale murowany zamek, wzniesiony przez Panów Pruskich w końcu XIV wieku. Był to tzw. Zamek w Puszczy nad Jeziorem Arklickim, niemal w samym sercu Barcji. Wysepka na jeziorze – prawie na wysokości prezbiterium kościoła, według tradycji była znaczącym osiedlem Bartów z własną nekropolią.

Wieś Mołtajny lokowano w latach 70. XIV wieku, zaś sam zamek pełnił rolę strażnicy flankującej zamek w Barcianach. Janusz Bieszk w swojej książce pt: Zamki Państwa Krzyżackiego w Polsce, pisze, że…

„w zamku urzędował nadleśny lub komornik podległy prokuratorowi w Barcianach w ramach komturii w Brandenburgu (Pokarminie) a okresowo komturii w Rynie”.

Pisze też, iż brak jest jakiekolwiek informacji tak o wyglądzie jak i dziejach zamku, bowiem został zburzony jeszcze w średniowieczu podczas działań wojennych prawdopodobniej wojny 13-letniej. I tu pojawia się nam nazwisko właścicieli przeszło 7 wsi (m.in. Mołtajn, Arklit, Sorkwit, Warnikajm, Kraskowa, Miłuj) – nazwisko panów von Egloffstein.

Tak na dobrą sprawę na stałe osiedli tutaj wraz wieloma innymi (najemnikami) w czasie wojny trzynastoletniej.

Jak pisze profesor Janusz Małłek w swojej świetnej pozycji pt. USTAWA O RZĄDZIE (REGIMENTSNOTTEL) PRUS KSIĄŻĘCYCH Z ROKU 1542 STUDIUM Z DZIEJÓW PRZEMIAN SPOŁECZNYCH I POLITYCZNYCH W LENNIE PRUSKIM:

„…Dalszy intensywny napływ rycerstwa niemieckiego do Prus nastąpił w okresie wojny 13-letniej. Jak to wynika z zestawienia J. Voigta, przez kraj przewinęło się wówczas 390 dowódców i zaciężnych. Zakon nie mogąc ich spłacić, nadawał im dobra w Prusach, tak w dotychczasowych dobrach domenialnych, jak i opuszczonych lennach. Nie wszyscy chcieli tu zostać i wziąć wynagrodzenie w ziemi, pozostało ich tu sporo, mieszając się z rodzinami tubylczymi bądź też sprowadzając rodziny z Niemiec.

I tak osiadło w Prusach ponad 96 rodzin szlacheckich, a mianowicie:

(….) Dobeneck, (…), Dohna, (…), Egloffstein, Eylenburg, Falkenhayn, (…), Kanitz, (…), Küchmeister v. Sternberg, (…), Kunheim, (…), Pollentz, (…), Rautter, (…), Schlieben, (…), Tettau, Truchsess v. Wetzhausen, (…), Wallenrodt, (…), Wildenhayn, (…) itd.”

I dalej – znaczenie rodu można poznać po następującym cytacie:

„…Należało z kolei zbadać grunt w Prusach, gdzie od r. 1523 szerzyła się reformacja. W tym celu wysłał Albrecht Fryderyka Heydecka do wysondowania opinii stanów. Czynił on to od czerwca do grudnia 1524 r. Stany były w zasadzie przychylne sekularyzacji Prus z wyjątkiem miast. Na zebraniu przedstawicieli szlachty z przedstawicielami trzech miast Królewca w dniu 27 czerwca 1524 r. na zapytanie szlachty, reprezentowanej przez Botha Eulenburga, Jerzego Kunheima, Henryka Kitlitza, Dietricha Schliebena, Fabiana von Maulen, Melchiora Kreytzena, Piotra Kobersee, Kalksteyna i Egloffsteina, co by sądziły miasta o tym, jeśliby wielki mistrz ożenił się, miasta odpowiedziały na to negatywnie…”

Jak widać więc, znaczenie ród osiągnął nie byle jakie.

Ale nie tylko mężczyźni z tego rodu są znani w historii (także tej najnowszej). Otóż panie z tego rodu nie ograniczały się li tylko do pozycji „porcelanowej piękności milczącej u surduta męża”….

Dowód temu dała choćby Henriette Sophie Franziska Friederike Albertine Gräfin von Egloffstein. Za młodu protegowana samego J.G. Herdera (morążanina z urodzenia), podczas pobytu na dworze weimarskim, wydana za mąż wbrew swojej woli za kuzyna z Arklit – Leopolda von Egloffstein-Arklitten, musiała opuścić Weimar. Wróciła po rozwodzie i weszła w krąg osób związanych z Goethem… W 1804 roku wyszła ponownie za mąż (tym razem z miłości) za Carla von Beaulieu-Marconnay. Pomijam fakty z jej życia – długiego bardzo – bo zmarła w wieku 91 lat! Dla nas ważne jest, że pozostawiła barwny opis tzw. epoki w pamiętnikach pisanych dla córek.

Jedna z córek – Julia – była znaną malarką – między innymi namalowała portrety Ludwika I Bawarskiego i J.W. Goethego. Portret tego ostatniego wisiał ponoć w Arklitach do lat 30. XX wieku; co się z nim stało potem?

Mniej więcej w tym samym czasie inne panie von und zu Egloffstein dały poznać swój talent – Karolina, która była kompozytorką, i to dość wziętą i cenioną; i Augusta, która była podobnie jak Henrietta – pisarką.

Wiem, że tego nie wyczytamy w murach kościoła, ani tym bardziej w ruinach pałacu czy w chaszczach okalających jezioro.

Ale warto pamiętać, że te miejsca na końcu świata, dzisiaj niekochane, (czy może dopiero oswajane) – mają swoją niesłychaną historię i że to tutaj często to była Historia pisana z dużej litery.