Menu w Gothic Cafe & Restaurant

Nie ma drugiej takiej restauracji w Polsce, gdzie menu jest naprawdę dla wszystkich…

Tu widać jak niewiele potrzeba, by każdy gość czuł się Wyjątkowy i wyjątkowo.

Tutaj nie liczą się znajomości, czy tzw. plecy, tu jest zwykła i niezmiernie profesjonalna dbałość o każdego – bez względu na sławę czy jej brak 🙂

Prosto z Wiadomej Restauracji – z Wiadomego Zamku

Znalazłam taką wiadomość – wpisaną przez Bogdana Gałązkę na nieśmiertelnym (?) Facebooku:

Z Gothic Cafe nikt nie wychodzi głodny, ale jeśli macie ochotę zabrać ze sobą odrobinę naszych smaków lub podzielić się nimi z kimś, kto nie mógł akurat nas odwiedzić – mamy dla Was pyszne rozwiązanie.
Dla tych, którzy mają do nas chwilowo za daleko, lub nie mogą doczekać się odwiedzin w Malborku, przygotowujemy właśnie możliwość zamówienia sobie naszych łakoci w paczce, prosto do domu.

Nooooooooooooo, to dopiero rewelacyjna informacja!!!

Teraz można będzie zamówić do domu – między innymi – choćby owe słynne i absolutnie niebiańskie PRALINY Mistrza Gałązki !!

Na elegancki prezent!!!

Na każdą okazję 🙂

Ach, i te ich konfitury o smaku zupełnie domowym – jak u przysłowiowej babci…. Mniam…

W niedzielę wiozę grupkę na Zamek – więc na pewno wpadnę na lunch i … PRALINKĘ 😉

Kresowa Hawira – z serii smacznie i tanecznie

Nie wiedziałam – ani gdzie to jest, ani co oznacza drugie słowo w nazwie. Na szczęście, niezastąpiony A.W. wytłumaczył mi jak tam trafić. W czasie wolnym więc, kiedy grupa rozbiegła się po Warszawie, jak to mam w zwyczaju – poszłam sprawdzić. Sprawdzić wszystko: nie tylko położenie, ale też przygotowanie kuchni. Moja grupa bowiem składała się z samych tzw. trudnych diet… Diet, o których istnieniu ja, absolutnie wszystkożerna, przedtem nie miałam zielonego pojęcia…

Nie lubię, właściwie to za dużo powiedziane – ja nie ufam restauracjom „zrobionym” na ludowo… Nie wiem dlaczego, ot, po prostu zawsze boję się że to jakaś fasada czegoś, co miało zostać ukryte.

I tak też zareagowałam tutaj.

Bo Hawira jest mieszanką stylizowanej ludowości z wystrojem zwykłej chaty wiejskiej. Maitre d’, czyli pan który „dyryguje ruchem”, wskazał mi, gdzie będziemy siedzieć, i poinformował, że wiedzą o rozmaitych dietach jakie mają członkowie mojej grupy. Ale to akurat słyszałam wszędzie po drodze, ale nie wszędzie umiano sprostać moim, czy raczej naszym, wymaganiom i nie wszędzie rozumiano, CO oznaczają poszczególne rodzaje diet. 😦

Nie miałam kogo zapytać o wrażenia z Hawiry, bo nikt z moich znajomych tam nie był przede mną z grupą.

Na 18:00 niezawodny A.W. zawiózł nas niemal pod same drzwi. Ten sam maitre d’ nas przywitał, wskazał miejsca. Grupie natychmiast spodobało się wnętrze – zrobiło na nich wrażenie przytulności. Przypomniało dom zapomniany gdzieś w Polsce. Wszyscy bowiem mieli (no niemal wszyscy) polskie korzenie.

Z duszą na ramieniu podeszłam do kelnerki, która nas obsługiwała, przypominając o dietach. Zupełnie na niej to nie zrobiło wrażenia. Z uśmiechem odparła, że już mają wszystko przygotowane i tylko poproszą o wskazanie poszczególnych osób, kiedy będą podawać.

No i – podali. Dokładnie to, co i jak miało być podane przy tych niezmiernie skomplikowanych schorzeniach.

Ośmielona zadowolonymi minami mojej grupy, i ja zaryzykowałam – jak zwykle „gnieciuchy” czyli tutaj – pielmienie ruskie. Hołdując zasadzie, że jakość restauracji poznaje się po pierogach (jakkolwiek by je nazywać). I że jeśli te są dobrze zrobione, ugotowane i doprawione – to taka restauracja musi być „smaczna”.

I jest.

Każdym następnym razem próbowałam czegoś innego i z tym samy wnioskiem – będę tam wracała i będę ich polecała każdemu biuru organizującemu żywienie swoim grupom.  Do tego dochodzi żywa muzyka porywająca gości od stołu. Nawet z mojej grupy jeden z gości zapomniał, że chodzi o lasce i bardzo chciał iść tańczyć – gdyby go żona nie usadziła z powrotem, pewnie nie udałoby mi się grupy wyciągnąć z restauracji na czas. 🙂

Z czystym więc sercem polecam Kresową Hawirę.

Rydzyna – domowo

Jechałam z Gniezna do Wrocławia.

Po zwiedzaniu Katedry z przesympatyczną przewodniczką, czas było pomyśleć o jakimś jedzonku. Tym bardziej, że o śniadaniu w Toruniu wszyscy już zdążyli dawno zapomnieć 😉

Nie była to wtedy jeszcze „moja” trasa, więc nie bardzo wiedziałam, gdzie warto zjeść…

Ale – świetny Kierowca to doprawdy POŁOWA sukcesu wycieczki. I tym razem A. zaradził. Przypomniał sobie bowiem, że jadł kiedyś żurek w Rydzynie.

Na hasło żurek zawsze reaguję. Mimo, iż nie lubię żuru, jadam go czasem. Musi jednak być zrobiony znakomicie.

Natomiast wszędzie i zawsze jadam PIEROGI. Koniecznie z mięsem lub ruskie. I jeśli te są nie do zjedzenia, (jak w jednej ze znanych restauracji gdańskich, nb. ponoć specjalizującej się w pierogach 😦 ) to znaczy, że nic w danym miejscu nie będzie smaczne. I to z reguły się sprawdza.

No więc, jak A. wspomniał, że w zamku rydzyńskim podają również pierogi, zdecydowałam, że jedziemy. I tak było niemal po drodze. Dostałam od A. numer telefonu i zadzwoniłam do restauracji zamkowej. Natychmiast dostałam trzy propozycje menu. spisałam na gorąco, przetłumaczyłam i moja grupa wybrała, co kto chciał. Oddzwoniłam, podając czego ile zamawiam i kiedy dojechaliśmy do zamku, obiad już czekał.

Ceny za cały zestaw – były nader przystępne (od 25 do 35 zł). Oczywiście w tym roku pewnie nieco podskoczą, ale i tak warto się tam zatrzymać. Jedzonko bardzo smaczne – domowe. I podane bardzo ładnie. Między innymi szparagi robiły furorę, bo były wyśmienicie przyrządzone.

A dodać muszę, że z reguły mam tzw. trudne dietetycznie grupy. Często są to naprawdę takie wymagania i obostrzenia zdrowotne, o których mi się nawet nie śniło. I z tym – Restauracja Zamkowa doskonale sobie poradziła.

I jeszcze jedno – wnętrza są przytulne, Obsługa miła i pełna wyrozumiałej cierpliwości. Głębokie talerze są tam NAPRAWDĘ głębokie. A skwarki do pierogów są prawdziwe. 🙂

Niestety nie mam zdjęć jedzonka rydzyńskiego, ale mam parę zdjęć wnętrz restauracyjnych.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Dodać należy, że przed zamkiem jest parking zarówno dla autokarów (bezpłatny) jak i dla samochodów. Jest to miejsce przyjazne również dla osób niepełnosprawnych – mają windę, która zawiezie gości z hallu wprost do restauracji.

Będę tam wracała z kolejnymi grupami – jak tylko moja trasa będzie wiodła w pobliżu. I serdecznie polecam to miejsce.

Z ostatniej chwili

Niestety właśnie otrzymałam maila:

niniejszym chciałbym poinformować, że restauracja w zamku w Rydzynie jest już nieczynna.
Przy planowaniu wycieczek w bieżącym roku polecam naszą restaurację w Lesznie.
Więcej szczegółów oraz zdjęcia można zobaczyć na stronie
http://www.renoma-leszno.pl

WIELKA SZKODA, bo pałac w Rydzynie (jak i sama Rydzyna) miał niepowtarzalny klimat, a jedzonko tam było wyśmienite !!!

Malbork: poezja smaku – smak gotyku

Druga połowa 2011 roku upłynęła pod znakiem polskiej prezydencji w Unii Europejskiej. I w pewnym momencie, pod przewodnictwem Pana Jana Tombińskiego, Pomorze odwiedzili ambasadorowie akredytowani przy Unii.

Ponieważ miałam wielką przyjemność opiekować się ową zacną Grupą podczas wizyty, wiem, co i gdzie nasi Goście jedli.

I tu zdecydowanie warta jest wspomnienia wizyta w Malborku, jako że w pomorskim itinerarium grupy Ambasadorów znalazł się oczywiście Wiadomy Zamek.

A tam…

Bogdan Gałązka – Szef Gothic Cafe & Restaurant zgotował ucztę. Nie tylko dla podniebienia, ale także dla oczu. Zostało to zresztą docenione owacją na stojąco… Żałuję, że nie dysponuję zdjęciami z tej eleganckiej uczty…

Ale Gothic Cafe to nie tylko osobistości z pierwszych stron gazet, (a bywa ich tu sporo).

To także Akademia Kulinarna dla Dzieci i dla Dorosłych (frajda wielka, bo sama brałam w czymś takim udział), to obiady czy lunche dla gości tak Zamku, jak i Miasta Malborka (i nie tylko Malborka!). To wreszcie restauracja otwarta dla turystów odwiedzających Zamek tak w dzień jak i podczas nocnego zwiedzania Zamku. To także niezapomniane wesela. 🙂

A wszystkich – bez względu na ich status społeczny czy finansowy wita Bogdan. Z uśmiechem, serdecznie zapraszając do stołu. Bogdan jest Artystą, i jako taki czerpie radość z tego, że komuś się podoba aranżacja stołu, że smakuje danie, że ktoś docenia Jego starania. Starania Jego i Jego Zespołu.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

I niech nikt nie myśli, że ta restauracje jest okropnie droga. Oczywiście, jakość kosztuje, ale ceny są również na tzw. standardową kieszeń. A że podane to wszystko jest tak, jakby owa standardowa kieszeń należała do głowy koronowanej, to najlepszy dowód na to, że elegancko wcale nie znaczy rujnująco…

Menu przewiduje zaspokojenie wszelkiego rodzaju podniebień. Zarówno tych, dla których specjalna dieta jest wymogiem niemal ratującym życie, jak i tych, gdzie „zwykła fanaberia” pcha do poszukiwań coraz to nowych zestawień smakowych…

I jeszcze jedno – nie zdziwcie się, jak Bogdan „wyjedzie” z kuchni ze swoim słynny ciastkiem serowym… Wielkim jak cały Zamek… I jak oznajmi na widok Waszych wielkich oczu: „Phi, tu nie ma żadnych kalorii”… No bo nie ma… Według Bogdana – wyparowały, bo ciastko jest obcięte z czterech stron. I to tamtędy wyparowały kalorie 🙂

Od co najmniej 5 lat jadam Jego ciasta nie tylko serowe – BEZ kalorii – potwierdzam 🙂

(zdjęcia, jakie tu zamieściłam, a które powodują każdorazowo ślinotok – zostały zrobione przez Zespół Gothic Cafe & Restaurant)

Wozławki po raz kolejny…

Na skrzyżowaniu auto wiozące Wielebnego. Uśmiech zza szyby. Na dzień dobry.

Przed kościołem pusto, wiadomo – sobota. I na dodatek poranek oszroniony jeszcze i senny.

Chwytamy za klamkę kruchty i radosna niespodzianka – drzwi ustępują lekko… Wchodzimy dalej – sam kościół także stoi otworem.  Sprawa wyjaśnia się szybko – tuż prze ołtarzem stoją przygotowane mary – za pół godziny odbędzie się pogrzeb.

Skojarzenie z pogrzebem sprzed przeszło 300 lat. Graf Zu Eulenburg traci ukochaną żonę i dziecko (czy przypadkiem nie w czasie wielkiej zarazy 1709 roku???) i zostaje kanonikiem warmińskim. Daleko nie ma, wszak niemal za miedzą Stolica Biskupia.

A co mają do tego Wozławki?

Graf Zu Eulenburg funduje tu kaplicę i do kładzenia polichromii zatrudnia wziętego wówczas malarza – Maćka Mayera. Ten stworzył polichromie, wypełniając kaplicę świętą treścią.

Podczas poprzedniej wizyty w wozławeckim kościele nie udało mi się zrobić zdjęć, bowiem właśnie rozpoczynała się msza i głupio było ganiać z aparatem, pośród rozmodlonych ludzi.

Toteż teraz wielką radością wykorzystałam okazję, fotografując przede wszystkim zachwycający strop…,

… ale także ołtarz główny i kaplicę chrzcielną.

Spokojnie też mogłam obfotografować kruchtę i sprytnie rozwiązany pomysł na przeciwwagę drzwi oraz tablicę erekcyjną kaplicy.

 

Udał mi się też wejść do samej kaplicy… Stan polichromii, a także całej kaplicy sprowokował mój komentarz, niewiele różniący się od komentarza zeszłorocznego…

Ale – jako, że każda historia ma swoje ALE, także i tym razem się pojawiło. Otóż zagadnęłam jednego z parafian o wezwanie kościoła, bo … głupia sprawa – wyleciało mi z głowy 😉 Pan nie tylko udzielił mi odpowiedzi – ale też wprowadził na powrót do kaplicy opowiadając, jak to Wielebnemu udało się pozyskać fundusze na remont i restaurację kaplicy…

I oto kaplica będzie poddana kompleksowym pracom restauracyjnym. Już zostały wykonane wstępne pomiary a także badania próbek polichromii. Niebawem mają się rozpocząć prace, ale te widoczne, które dadzą efekt wizualny.

W przyszłym roku więc, kiedy znowu tu zaglądniemy, kaplica pewnie już odzyska dawny blask.

Prace restauracyjne możliwe stały się dzięki działaniom Wielebnego. Widać, nie tylko ciepły uśmiech ale i dużą energie ma Wielebny 😉

Trzymam kciuki za efekt prac i ODSZCZEKUJĘ to, co powiedziałam na załączonym filmiku

Ale odszczekuję wyłącznie w odniesieniu do kaplicy Św. Brunona w Wozławkach… Bo niestety jest wiele innych kościołów nie mających szczęścia do tak energicznych Proboszczów i tak zaangażowanych parafian

Eulenburgowie – szkice

Ród Eulenburg (Illeburg) wywodzi się z Saksonii (z okolic miejscowości Eilenburg nad Muldą)

Otto von Ileburg (1199 – 1234) jest uważany za protoplastę rodu. Rodu, dodajmy możnego i mocnego. W opracowaniach o tej rodzinie można przeczytać, iż byli właścicielami ponad 250 włości, oraz około 20 miejscowości tak w Łużycach, Saksonii, jak i w Czechach.

W średniowieczu ród Illeburg (Illenburg) – później znany w historii jako Eulenburg – rozsiadł się na tych terenach. Do nich należało i Sątoczno, i nieistniejące Wicken (czy jak kto woli Wyka a dzisiaj Klimowka po drugiej stronie granicy) i Prosna.

No właśnie… Prosna. Szokiem dla mnie było to, co zobaczyłam zamiast pałacu. I nie rozwłóczyli tego żołnierze armii zwycięskiej. To zrobiono już po czasach PGRów… Nie mogę napisać wprost i szczerze – bo to jednak strona za przeproszeniem … publiczna. Ale kiedy spojrzy się na takie obrazki to zdecydowanie trudno mieć choć nić sympatii dla „okolicznych”…

Ale wracam do Galin.

Kiedy pałac wraz z okolicznym folwarkiem już miał podzielić los innych rezydencji Prus Wschodnich, zjawili się Ludzie z Pasją.

Nie będę tu opisywała kłopotów z odtworzeniem tego co zostało zrabowane i rozwłóczone podczas powojennych lat… To można przeczytać tu i ówdzie w sieci. Jak choćby TUTAJ.

Historia siedliska galińskiego to wiek XV kiedy  to zbudowano tu warownię, przebudowaną na pałac (a raczej dwór obronny)  w zakolu Pisy i Łyny dla Botho Eulenburga. Jak głosi plotka, pod korytem rzeki aż do samego kościoła prowadził niegdyś tunel…

Któryś Botho Ileburg (Botho to niezmiernie często występujące imię w tej rodzinie) z dwoma innymi krewnymi walczył pod Grunwaldem w  1410.

Historia rodu w Prusach Wschodnich zaczyna się dwa pokolenia później, podczas Wojny Trzynastoletniej. Wtedy to Wend Eulenburg służył w wojskach Zakonu jako kapitan najemników. To on wraz z kapitanem Berndtem von Zinneberg wsparł burmistrza Blume w otwarciu bram miasta (Malborka) dla Zakonu (w nocy z 28 na 29 IX 1457 r.).

Wynagrodzeniem za służbę Zakonowi były nadania ziemskie…

Co dalej? to, co dalej napisałam wcześniej – że ród rozgościł się na tych terenach na parę setek lat. Z tych pary wieków mamy wiele informacji na temat koligacji rodzinnych i życia rodu (tu przeplatają się też nazwiska von Alvenslebenów, Lehndorffów, Doenhoffów-Friedrichstein, czy Dohna-Lauck). To nie miejsce jednak na detale 😉

Ale jakbyśmy chcieli śledzić tzw. plotki rodzinne, to należałoby jechać do Fromborka i wsłuchać się w „szept historii” przed epitafium kanonika Eulenburga we Fromborku.

Skąd tam Eulenburg?

To historia miłości i cierpienia. A wielkim skrócie: Gottfried Heinrich Zu Eulenburg (1670 – 1734) z Galin, po śmierci żony i dziecka przeszedł na katolicyzm i został kanonikiem we Fromborku (płyta epitafijna na północnej ścianie katedry). Ufundował też kaplicę przy kościele w Wozławkach (freskami ozdobił ją Maciej Meyer – stan fresków jest … zły 😦 ), bibliotekę przy kościele w rodowych Galinach (o czym tutaj) a także portret ojca Botho Heinricha zu Eulenburg (na blasze). Obraz na szczęście się zachował i znajduje się w muzeum w Kętrzynie.


W wieku XVIII Eulenburgowie otrzymali tytuł hrabiowski. A potem pełnili wiele tzw. zaszczytnych funkcji i stanowisk.

Botho zu Eulenburg-Wicken (Wicken to obecnie Klimowka obwód kaliningradzki) w XIX wieku był premierem Prus.

Friedrich Albrecht Graf zu Eulenburg (1815 – 1881) z Prosny był posłem a także prowadził tzw. Ekspedycję Eulenburga do Syjamu, Chin i Japonii. W latach 1862 – 78 był ministrem spraw wewnętrznych w rządzie Bismarcka.

Jego bratanek, Botho Wendt August Eulenburg (1831 – 1911) z Wicken sprawował po nim posadę ministra spraw wewnętrznych do 1881, a w latach 1892 – 1894 zastąpił Leo von Caprivi’ego na stanowisku premiera rządu pruskiego.

Jego brat August Graf zu Eulenburg  awansował na głównego marszałka dworu, głównego mistrza ceremonii domu Hohenzollernów.

Na przełomie XVIII i XIX wieku linia rodzinna Eulenburg podzieliła się na cztery linie.

Linia Friedricha z siedzibą w Perkunischken (dzisiaj Drosdowka w Obwodzie Kaliningradzkim),  linia Ernsta z Galin,  linia Heinricha z Wicken (obecnie Klimowka w Obwodzie Kaliningradzkim) i linia Wilhelma z Prassen-Leuneburg (majorat Prosna-Sątoczno).

Z linii Friedricha w roku 1867 poprzez małżeństwo i spadki wyszła linia Grafów zu Eulenburg und Hertefeld na północ od Berlina. Otóż Philip Graf zu Eulenburg poprzez spadek żony objął w posiadanie Hertefeldschen. Jego syn – Philip – był przyjacielem cesarza Wilhelma II. To ten Philip, który uwikłany został w słynną Aferę Eulenburga-Hardena… tutaj co-nieco o Hardenie i aferze.

Stąd śliczny dworzec w Budwitach – ale to już inna historia 😉

A tutaj Budwity kiedyś… A tak wygląda to cudo dzisiaj

Tutaj więcej i ciekawiej o podłożu afery (dla anglojęzycznych)

Warto pamiętać, że Libertas Schulze-Boysen (de domo Libertas Viktoria Haas-Heye) była wnuczką Philippa. Stracona została w Berlinie w roku 1942 za antyhitlerowską opozycję.

A co z panami na Galinach?

Ostatni Pan na Galinach Karl Ludwig Arthur Botho-Wendt Zu Eulenburg (urodzony w marcu 1883 roku) zmarł w transporcie na Syberię również w marcu … tyle, że 1945 roku. Żonaty był z Emilią baronówną von Stael-Holstein.

Tyle na razie – bo wciąż jestem w trakcie zbierania wiadomości o tym niesłychanie ciekawym rodzie 🙂


Fromborski Sąd Ostateczny

W poprzednich odcinkach (Migawki fromborskie1 i Migawki fromborskie2)  napisałam co-nieco o Fromborku – „miejscu na końcu świata” jak mawiał Kopernik…

Teraz czas na odrestaurowany Sąd Ostateczny w Szpitalu Św. Ducha. Jest jeśli nie rewelacyjny to z pewnością intrygujący!

Sąd Ostateczny w absydzie kaplicy szpitalnej

Podczas naszej tam wizyty poświęciłyśmy Sądowi sporo czasu – zawzięcie dyskutując nad przedstawieniami grzechów….

A te grzechy to:

  1. Pycha (superbia),
  2. Chciwość (avaritia),
  3. Nieczystość (rozpusta – luxuria),
  4. Zazdrość (invidia),
  5. Nieumiarkowanie w piciu i jedzeniu – czyli Obżarstwo i Opilstwo         (??? jak to jest ??? ktoś wie ???? GULA ???? ),
  6. Gniew (ira),
  7. Lenistwo (acedia) lub znużenie duchowe…

Dramatis personæ owego przedstawienia to:

  • Chrystus siedzący na łuku tęczy,
  • Matka Boska,
  • Św. Jan (Chrzciciel lub Ewangelista),
  • Archanioł Michał ważący dusze,
  • powstający z grobów,
  • diabły,
  • grzesznicy,
  • aniołowie dmący w trąby.

Przedstawienia Sądu Ostatecznego na ziemiach północnej Polski mamy nie tylko we Fromborku – ale też w Toruniu u Świętych Janów i u Świętego Jakuba (nie mam ani jednego zdjęcia! następnym razem muszę zrobić po parę dla porównania) , a także u Świętego Mateusza w Starogardzie Gdańskim

Ten fromborski jednak przedstawia sobą najprostszą kompozycję i niewprawną kreskę.

Autorstwo tej kompozycji, zajmującej całą absydę kaplicy przyszpitalnej, długo przypisywano Christophowi Blumenrothowi, fromborskiemu pisarzowi miejskiemu. Tę samą bowiem kreskę rozpoznano, jak się zdawało, w Biblii kanonika Friedricha von Salendorffa (tego samego, którego płyta nagrobna znajduje się w Muzeum). A wiadomo skądinąd, iż przepisał ją dla kanonika właśnie Blumenroth w roku 1434 (dla zainteresowanych – Biblia Salendorffa znajduje się w Szwecji…).

Podczas ostatniej konserwacji – badania wykazały jednak iż polichromie wykonane mogły zostać w pierwszym dwudziestoleciu XVI wieku.

Fromborski Sąd przeszedł trzy konserwacje w swoim istnieniu – pierwszą, na początku lat 30-tych XX wieku, drugą, w latach 1960-61, a trzecią teraz niedawno, w latach 2006-2008.

I dopiero teraz – widać co się dzieje na ścianie absydy…

Chrystus siedzi na podwójnym łuku tęczy – w mandorli, a za głową ma nimb krzyżowy. Na ramionach ma płaszcz – czerwony z zielonymi rękawami, z przodu otwarty – tak że widać rany, z których płynie krew. Obie ręce uniósł ku górze w geście błogosławieństwa (spierałyśmy się o to, i dopiero na zdjęciach widać, że to faktycznie gest a nie trzymanie lilii i miecza) Z ust wychodzą mu trzy lilie i miecz – w prawo (jego prawo) i lewo (jego lewo). Lilia (lub lilie) to strona zbawionych a miecz wręcz przeciwnie. Takie przedstawienie Chrystusa z widocznymi ranami – to Chrystus Odkupiciel, który świat zbawił odnosząc rany, cierpiąc za ogół.

Chrystus na podwójnym łuku tęczy i w mandorli

Po stronie zbawionych stoi Matka Boska Orędowniczka, tutaj – matka Boska Płaszcza Łaski – Miłosierna Pani. Po przeciwnej stronie – tam gdzie na Sądach jest piekło – widać Św. Jana (i to może być bądź Ewangelista, bądź Chrzciciel) Prawdę mówiąc nigdy jakoś nie zastanawiałam się że może być jedne lub drugi – zawsze myślałam, że to Ewangelista… Oboje – Maryja i Jan – spełniają rolę orędowników i jest to motyw ze sztuki bizantyjskiej. 4 Anioły dmą w trąby – dwa po lewej i dwa po prawej stronie Chrystusa.

W ogóle całe przedstawienie ma 4 poziomy i zawiera 19 scen.

Pod Świętym Janem Michał Archanioł waży dusze na wadze – trzymanej w ręku.

Waga…

Szale wagi według opisu w Komentarzach Fromborskich mają kształt łódek – aczkolwiek mnie skojarzyły się z uproszczonym rysunkiem koszy… Na szali prawej – niżej położonej – siedzi postać trzymająca w rękach coś dziwnego – w jednej trójkąt a w drugiej coś podobnego do kryształu, a może nie kryształ a nóż? A może to nie trójkąt, tylko jakieś (schematyczne ?) przedstawienie Trójcy Świętej, jak sugerowała Gosia?

Trójkąt i coś….

Na szali prawej siedzi postać z kołem młyńskim i tę postać usiłuje przeważyć diabeł. Sam diabeł dla dzisiejszego widza nie stanowi zagrożenia, bo jest zieloniutki i ma raczej sympatyczny pyszczek (nie wiem dlaczego, przede wszystkim pomyślałam o Toadie z Gumisiów). Wyobrażam sobie jednak, iż w czasach, gdy owo pouczające malowidło powstawało,wszystkie te diabły  musiały budzić respekt.

Jak się tak dobrze zastanowić, to diabeł nie usiłuje przeważyć szali, a mógł się tu pojawić by postać ściągnąć z szali – i powlec do Piekieł. Koło młyńskie może równie dobrze służyć do przeważenia (co się jak widać nie udało) ale też mogło być symbolem młynarza.

Tutaj przedstawienie duszy grzesznej – jako lekkiej. Zgodnie z augustyńską definicją. A jeśli polichromia powstała w początkach XVI wieku – to za czasów antonitów (antonianów), którzy żyli w myśl reguły Św. Augustyna… A więc jego spojrzenie na grzech i cnotę widać właśnie na szalach.

Natychmiast nam się to kojarzy ze słynnym Sądem Ostatecznym Hansa Memlinga – wszak i on podał nam augustiański Sąd Ostateczny.

Koło młyńskie i diabeł (zielony na dodatek)

Nie wiem, co mógł oznaczać zielony diabeł. Dlaczego zielony? Wszak rękawy płaszcza chrystusowego także są zielone. Czy więc wyłącznie dla wzmocnienia efektu wizualnego?

Dalej – widać też diabły z grzesznikami…

Jeden ciągnie na grubym sznurze lichwiarza a ten jeszcze wrzuca do kosza czy skrzyni pieniądze (czy to co ma u pasa, to różaniec??).

Uderzyło mnie to, że diabeł – szatan w ogóle, przedstawiany był jako CZARNY kogut (St. Kobielus “Bestiarium Chrześcijańskie” str. 143)

Może jednak restauracja została za którymś tam razem przeprowadzona niedokładnie i czarny kolor zrudział, tak jak to stało się z błędnie odrestaurowanymi herbami w Sieni Niskiej Pałacu Wielkich Mistrzów w zamku malborskim??

czarne zrudziało… Herby w Sieni Niskiej Pałacu Wlk. Mistrzów w Malborku

Wiadomo skądinąd – por. J. Trupinda  naże kolory zostały źle zinterpretowane i tym samym konserwacja malowidła zmieniła jego znaczenie.

Czy w takim razie nie mogło zdarzyć się coś takiego i tutaj, we Fromborku? I kogut – diabeł powinien być czarny…

Niżej jeszcze – niewiele ponad ogniem piekielnym – znajdują się dwie postaci – bogacz jakiś klęczy i wskazuje palcem na… no właśnie na co? Czy to poducha z krzyżem? Czy worek? W każdym razie za bogaczem stoi diabeł, nie pozostawiając wątpliwości, że ów bogaty to grzesznik… zaś vis a vis niego stoi młody jakiś ze skrzyżowanymi rękami na piersiach. Skromny z postawy i ubioru. Za nim – stoi anioł. Zacny więc ów młody musiał być, skoro ma takiego orędownika i opiekuna.

Co przedstawiają ci dwaj? Czy to Pycha wywyższa się nad Skromnością?

Jeden klęczy, drugi stoi w pozie pełnej pokory…

Nieco bliżej centrum całości Sądu – jest diabeł niosący w koszyku grzesznika z identycznym trójkątem w garści, jaki ma ten siedzący na szali wagi michałowej archaniołowej. A diabeł ma postać kosmatego misia – albo raczej niby-misia. Z kolana i pośladka wystają mu „odrażające mordy” – będące niejako powtórzeniem jego własnego pyska. Miało to jakoby potęgować odrażający wygląd i sugerować, iż grzechy upodobały sobie niskie pobudki… Dodatkowo, diabeł podpiera się kijem (?).

Niedźwiedź był atrybutem Obżarstwa (ale znalazłam też, że i Złości, Rozpusty, Lenistwa oraz Przemocy. Także personifikacje Nieczystości i Gniewu – często jadą na niedźwiedziu…). Czy więc ta postać z tajemniczym trójkątem w garści, to Obżarstwo, czy Gniew?

“brzydki” diabeł z koszem na plecach

Nieczystość zaś mamy po lewej stronie przedstawienia Sądu – otóż widać parę (małżeńską ?). Mężczyzna trzyma węzeł (małżeński?). Czy to może oznaczać iż on jest żonaty? A ona – trzyma pierścień (?) w ręku – czy zaręczynowy? Duży – niemal alegoryczny? A może mylnie odczytuję znaczenie. Dość na tym, że tak za mężczyzną jak i za kobietą stoją diabły.

nieczystość – rozpusta, a nad nimi napis Superbia

Co ciekawe – jeden z diabłów ma rogi, a drugi mordę niedźwiedzia  – czy jako symbol rozpusty ?  Nad tą parą napis Superbia (Pycha).

Tu, w tym miejscu?

Czy  ma oznaczać, że przedstawiono tu siedem grzechów głównych? Czy  też ma oznaczać, że trzeba niezwykłej pychy by występować przeciw świętym “węzłom” (małżeńskim także). Nie dowiemy się prawdopodobnie nigdy, bowiem z całego ciągu napisów – „ostał się” tylko ten…

Dalej spoglądając nieznacznie ku górze ujrzeć można zadowolonego diabła wiozącego na taczce chciwca dzierżącego w ręku pękatą sakwę.

Chciwość – Skąpstwo

A obok dwa diabły niosą na noszach pijanicę. Kielich w garści pijanicy czy szklanica, i beczka na noszach przed nim, nie pozostawiają wątpliwości co do rodzaju grzechu. Błędem jest przedstawienie drugiego diabła jako człowieka. Ewidentnie podczas którejś restauracji – zrobiono z diabła … noszowego, przydając mu nawet stosowną czapeczkę, jaką widujemy czasem na filmach przedwojennych.

Pijaństwo … i noszowy

Powyżej tego przedstawienia kroczy diabeł, niosący grzesznika na ramionach. Niczym worek przerzucił sobie go przez ramię, Co to za grzech??? Danusia sugeruje Lenistwo tutaj właśnie – dlatego, że postać “zwisa” leniwie z pleców diabła, nie wykonując żadnego ruchu, nie walczy, nie “zaistniała” jak inne postaci, leniwie się poddaje…

??? …. Według Dany L. to Lenistwo

Zabrakło mi pomysłów na odczytanie wszystkich grzechów.

Ale wrócę do tematu, bo ciekawy, jak wszystko, co związane z grzechem w średniowieczu.

A po prawej stronie – niejako na deser pojawił mi się Kulfon. Otóż jeden z dwóch diabłów niosących kosz pełen grzeszników – to Kulfon z bajki dla dzieci (taka żaba, bodaj Monika – brzydoty rzadkiej pacynka i Kulfon właśnie – stąd piosenka „Kulfon, Kulfon, co z ciebie wyrośnie”).

No sami zobaczcie:

Kulfon…

I na tym chyba na razie koniec…

Poza tym – jak zwykle “zdjęłyśmy” cegły na wschodniej ścianie Katedry…

paluchy fromborskie

Wracałyśmy z naszej oazy odpoczynku przez Nowakowo i promem w Kępinach Wielkich.

Sympatyczny jedno-psi komitet powitalny przed promem. Sunia wyraźnie odliczała pasażerów.

Prom w Kępinach działa cały rok – mieszczą się na nim może ze dwa samochody. Nastrój końca świata, albo nawet jeszcze dalej – za zakrętem tego końca świata. Cisza. I to zawsze – nawet latem. Wędka promowego wystawiona poza burtę. Wędkarze na Nogacie. Spokój. Nawet na wodzie.

Widok z promu w Kępinach Wielkich

Tam wciąż widać, że kraj plecami do wody odwrócony.

Krajobraz po wichurze i cofce październikowej wciąż przeraża. Widać też, że poza deklaracjami prasowo-telewizyjnymi – nic się nie dzieje.  I niestety – dłuuuuuuuuuugo dziać się nie będzie. To nie jest medialne miejsce. I znowu – po raz kolejny – wychodzi na to, że rację miał Jan Kochanowski (cytat z Pieśni o spustoszeniu Podola – V, ks. II):

Cieszy mię ten rym:

Polak mądr po szkodzie:

lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,

nową przypowieść Polak sobie kupi,

że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.”

–           *          –

A do Fromborka pojedziemy znowu za czas jakiś. Bo mimo, iż miejsce wciąż niemal na końcu świata, to przyciąga …