Ze wspomnień urlopowiczki…

Kiedyś pracowałam na tzw. posadzie… No i od czasu do czasu miewałam urlop. Hołdowałam zasadzie, że w czasie urlopu należy się ewakuować z domu, by uniknąć najazdów rodziny dalszej czy bliższej. Wszystko jedno jakiej, nie pałałam chęcią i już. Wiec zaraz nazajutrz po zaistnieniu faktu urlopowego, całą rodziną pakowaliśmy się do Garbiego i trzasnąwszy drzwiami – wyjeżdżaliśmy won… Najlepiej w góry. W Gorce. Do Przyjaciół. Za ich wiedzą i absolutnym przyzwoleniem.

Mój upór w kwestii trasy przejazdu na południe Polski owocował zawsze w różnorakie doznania.

Przede wszystkim nasza Polska ma z północy na południe ponad 1200 km, a nie jak oficjalnie podano ok. 800. Nasza Polska, to Polska bocznych dróg od dróg bocznych. Niekiedy kończy nam się w oborze.

Jechaliśmy kiedyś na skróty z Kamienicy koło Szczawy do Nowego Sącza. Nasz skrót wiódł przez Zubrzycę Górną. Mamy stary atlas samochodowy Polski, jeszcze z czasów włóczęg z moim śp. Ojcem, który też przemieszkiwał w Polsce bocznych dróg…

Korzystamy z tego atlasu, mimo nowych wydawnictw i wcale nam to nie przeszkadza. Nanosimy na niego poprawki, jak wtedy pod oborą…

Bo skrót między polami skończył nam się u krowy. Krasula spokojnie przeżuwając trawę, spojrzała na nasz samochód z wyrazem tak bezgranicznego zdumienia, jakiego nie widziałam nigdy dotąd. Właściciel gospodarstwa poinformował nas życzliwie i z wielką łagodnością, że droga, owszem była, ale lat temu może z dwadzieścia, nigdy nie była oficjalna, bo biegła miedzą a samochód to mógł tędy przejechać, ale wojskowy łazik, nie zaś osobowy… Zawróciliśmy więc pośród skowronków rozszalałych na niebie, chabrów, maków i margaretek na polach.

Słońce, błękit nieba i te skowronki…

Drugi raz taki teatr natury wdziałam i słyszałam, kiedy Dziecko Starsze wiozło mnie do Malborka – swoimi skrótami, przez samo serce Żuław Gdańskich, jakimiś polnymi duktami…. „ Matka, chcesz skowronki i chabry, to zaraz je będziesz miała” – powiedział i nagle zatrzymał samochód pośród „łąk malowanych”.  Wysiadłam i oniemiałam. Chabry, maki, margaretki…. Skowronki…. Słońce, i parę białych chmurek na niebie… Zrywałam te polne kwiaty, niepomna na fakt, iż nigdy długo w domu się nie trzymają i z takim naręczem dojechałam do Malborka, do Przyjaciółki. Trzymała te kwiaty w wiadrze, twierdząc potem, że stały nad wyraz długo, a jej zdawało się, że słyszy te skowronki.

Wracając do meritum….

Jechaliśmy znowu na południe Polski do Przyjaciół w Gorce. Tym razem nam się spieszyło. Mieliśmy być u nich na obiedzie. Przyjaciółka gorczańska wyliczyła, że jak wyjedziemy z Gdańska o 4 nad ranem, to nawet jadąc zakolami, dojedziemy akurat na obiad. Nie wzięła pod uwagę Świętego Krzyża. Ani Chęcin. Ani Wiśnicza. Nie wzięła pod uwagę moje podzielnej uwagi…

Dziecko Starsze podało mi mapę i z troską w głosie powiedział: ”Matka, proszę Cię, skróć trasę.”

Skróciłam. Wyszło 1000 km.

Zabraliśmy syna Przyjaciół z Malborka i zapakowaliśmy się do Garbiego. Dziecko Starsze wiozło gitarę, bo przeżywało fascynację instrumentem. Sam nauczył  się grać i chciał  przy ognisku umilać nam życie. Bagażnik Garbiego zapakowany był do imentu. Gitara wylądowała u chłopaków na kolanach. Siedzieli w trojkę z tyłu: dwa Wojciechy i jeden  Konrad. Mąż obok mnie, jako pilot. To jego pilotowanie zupełnie mi przypomina pilotowanie mojej śp. Matki, kiedy tak Ojcem pokierowała, że zamiast w Krakowie, wylądowaliśmy w Kielcach. Bo to też na „K”.

Ruszyliśmy o 4:00. Domem miała opiekować się Śliczna ze swoim aktualnym chłopakiem. Nie pamiętam imienia chłopaka, grunt, że zwierzęta były bezpieczne. Zwierzęta, tzn. Stefan i Fufa. No i rybki. Stefan – papug nimfa, lub papuga, nigdy jakoś nie odkryliśmy jego płci, ani specjalnie się tym nie interesowaliśmy. Mąż nazwał go Stefanem i tak zostało.

Tak więc – wracając do ewakuacji na wakacje, rodzina wyjechała.

Po drodze smród benzyny kazał nam zatrzymać się w Gniewie, bo okazało  się, że wąż od baku był źle zamocowany. W atmosferze nerwowości, mąż dokonał poprawnego mocowania i ruszyliśmy dalej. Z trudem mi wyperswadowali chęć „zahaczenia” o Pelplin, trasa na szczęście – dla nich – wiedzie obok miasta, nie zaś przez miasto…

Św. Krzyż, a raczej parking u podnóża, przywitał nas pogodą piękną, słoneczną i w miarę upalną. Jakoś od paru lat nie mamy szczęścia do pięknej pogody na urlopach, więc ucieszyliśmy się nadzwyczajnie. Wysiedliśmy i piechotką poszliśmy na górę. Na wszelki wypadek – wzięliśmy swetry, bo wiadomo, Łysa Góra, i czarownice różne psikusy mogą płatać turystom.

Doszliśmy na szczyt i nagle, od strony Gołoborza, usłyszałam świst, w naszym kierunku posuwały się obłoczki mgiełki. Kropelki omiotły nas, przenikliwe zimno zburzyło nam pogodny nastrój. Dwa mgliste obłoczki zderzyły się nad naszymi głowami i rozpłynęły się. Wyszło słońce, ale już nie było ciepło, a po chwili nadciągnęły chmury i pojawiła się mżawka. Do dzisiaj uważam, że byliśmy świadkami przelotu czarownic…

W krypcie u JOX Jaremy spędziłam długą chwilę dumając nad domniemanymi szczątkami Księcia. Zawsze podziwiam jego dłonie. Piękne, o długich palcach. Owszem, wiem, że w naturze wyglądały inaczej… ale nieodmiennie podziwiam jego postać – musiał być „rasowy”. Fakt, że mam geny jego matki, a raczej jednej z jej sióstr – znacznie zmienia mój punkt widzenia. Jakoś nie umiem o nim myśleć jako o Strasznym Jaremie…

Nieodmiennie też moją zadumę wywołuje postać bezimiennego powstańca z roku 1863.. Ktoś na niego pewnie czekał, w jakiejś rodzinie pewnie do dzisiaj opowiada się historię o jakiejś matce czekającej na syna powstańca, o narzeczonej może czekającej bez skutku na swojego ukochanego. W mojej rodzinie też jest taka opowieść. Jakaś moja ciocia-prababcia nigdy nie wyszła za mąż, a na palcu do końca życia nosiła pierścionek zaręczynowy po swoim narzeczonym, który poszedł do powstania. Teraz ten pierścionek noszę ja. Skromny, z cienkiego paska złota, pierścionek z 4 rubinkami. Ile łez wylała, ile razy biegła do okna, gdy pod dwór zajeżdżały konie…

Kiedy w końcu dojechaliśmy w te Gorce, z drogi nad leśniczówką zaczęłam trąbić… Dość charakterystyczny klakson miał Garbi i do tego głośny. W samochodzie wiec odbyła się szybka debata nad tym, czy w otulinie Parku Narodowego można używać klaksonu, czy też nie. Zajechaliśmy tacy roztrąbieni pod sam dom. Zdumieni, że nikt nas nie wita załomotaliśmy do drzwi. Przyjaciele wypadli z domu i wśród ochów i achów, uścisków i radości, padł zarzut “czemu nie trąbiliście z góry?”

No jak to, nie trąbiliśmy!!!

Spróbowałam raz jeszcze… No tjaaaa.

Klakson słyszeliśmy my w Garbim. Zaś na zewnątrz nikt.

Bowiem – zapomniałam, ze przed wyjazdem prosiłam mechanika, by podczas przeglądu autka – zmienił położenie klaksonu. Chciałam by go wsadził do bagażnika, tak by nie zamakał przy każdej kałuży… Mechanik polecenie wykonał. I w ten sposób debata o trąbieniu w otulinie Parku Narodowego stałą się bezprzedmiotowa. Nas po prostu nie było słychać. A już na pewno nie wtedy – gdy bagażnik załadowany był po klapę….

Garbate szczęście

Ten wpis powstał na gorąco parę ładnych lat temu – kiedy jeszcze jeździłam poprzednim Garbatym – tzw. Brazylią.

Kiedy to pisałam, akurat zaszło parę faktów, które spowodowały, że omal nie udusiłam się ze złości. Ja w zasadzie spokojna osoba jestem, ale do czasu… i wtedy właśnie to Do Czasu nastąpiło…

Głównym powodem mojej furii było pomylenie przez naszą kochaną Władzę Ludu Miast i Wsi, mojego ukochanego Garbiego z VW Golfem. Kiedy to usłyszałam, poczułam się osobiście obrażona. Jako „bywszy” kurator dla nieletnich, zawsze czułam do policji ogromny sentyment połączony z przemożną sympatią, ale po numerze, jaki mi wykręcili z samochodem, chyba zmodyfikowałam moje uczucia.

A było tak…..

Jeden z moich poprzednich mechaników, po raz któryś z rzędu zrobił mnie „w trąbę”, dużą koncertową, niklowaną trąbę Jerychońską. Oszukiwał podobno zresztą nie tylko mnie, ale i innych garbusiarzy. Za namową znajomych, zmieniłam więc mechanika. Nieco go znałam, bo parę razy grzebał przy Garbatym i wszystko grało. Tak więc kiedy mi zakomunikował, że jeśli nie zrobię wreszcie podłogi, to zgubię pasażerów, zgodziłam się oddać mu mój skarb pod opiekę. Podłoga była ”padnięta” dzięki poprzedniemu mechanikowi, który zmieniając mi opony, nie wzmocnił przedniego zawieszenia… (ech… to w owych czasach zawsze była cała epopeja – dostać dobrego i … uczciwego mechanika). Tak więc oddałam moje garbate szczęście Złotej Rączce pod opiekę.

Kiedy po jakimś czasie zadzwoniłam, aby zapytać o stan Garba, dowiedziałam się, że mój „lekarz” wyjechał do Niemiec i wróci na początku sierpnia. Początek sierpnia minął i znowu zadzwoniłam, tym razem by usłyszeć, że mojego Garba zabrała policja do wyjaśnień, bo albo został skradziony, albo okradziony, albo to ja ukradłam, albo mnie okradli… Wszystko jedno. W końcu liczył się efekt końcowy, że Garba mi zabrano…

Wkurzyłam się (mówiąc delikatnie i ujmując sprawę subtelnie). Obdzwoniłam wszystkie komendy w mieście, nikt nic nie wiedział. Przy sposobności wpadłam w podziw nad indolencją i lekceważeniem tzw. petenta przez „władzę”.

Jednakże jako, że nie ważne kim się jest – ważne KOGO się zna… udało mi się pewne fakty ustalić dzięki życzliwym ludziom ;). Ponieważ wtedy jeszcze pracowałam na tzw. posadzie (czyli w tzw. hodowli hemoroidów) – natychmiast po pracy pognałam na komendę, która okazała się być odpowiedzialną za zamieszanie, by osobiście spojrzeć faktom w oczy. A tu okazało się, że tzw. czeski film: nikt nic nie wie.

Samochodu nikt nie widział, nikt nic nie słyszał, i nikt nic nie wie. Grób, mogiła, katakumby. W końcu jakiś rozchełstany przedstawiciel władzy, w cywilu (a więc incognito), wyjaśnił mi, że owszem jest afera, bo albo ja komuś ukradłam samochód, albo mnie ktoś skradł samochód, ale na pewno to moja wina… i że teraz to ja się nie wypłacę, bo zaaresztowany wehikuł, stoi na parkingu policyjnym o tam – tu osobnik machnął ręką w ścianę, gdzieś w kierunku Holandii a może Grenlandii, a parking policyjny to kosztuje, że ho ho… A w ogóle, to on się tą sprawą nie zajmuje, więc on nic nie wie i mam przyjść jutro między 8:00 a 15:00. Świetnie, akurat w godzinach pracy, kiedy wiadomo, że wszyscy zazwyczaj mają wolne i mogą się „szwendać” po urzędach…

Na szczęście w pracy – jako, że wszyscy czynnie brali udział w moich zmaganiach z realiami – dostałam wolne bez żadnego problemu… No i nazajutrz rano karnie stanęłam przed oficerem dyżurnym i zameldowałam cel wizyty u Naczelnika Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego. Oficer dyżurny potraktował mnie jak rozhisteryzowaną wariatkę planującą wysadzenie komendy w powietrze (może miał trochę racji). Po długich deliberacjach udało mi się wreszcie wtargnąć do Naczelnika, który też nic nie wiedział. Siedzieliśmy sobie tak razem w jego pokoju, gremialnie nic nie wiedząc, kiedy w końcu zdecydował się przeglądnąć rejestr spraw. Po długiej, prawie 300 lat trwającej lekturze, znalazł numer rejestracyjny garbatego i zameldował mi, że mój VW Golf jest zapisany jako samochód do wyjaśnienia – bo albo skradziony, albo porzucony. I zapytał, czy na pewno jestem pewna, że szukam garbusa, bo on tu ma, że to Golf.

Uniosło mnie z fotela. Mnie nie wolno się denerwować, bo ja choleryk jestem 😉 ale ów pan tego nie wiedział ….

-”Jaki Golf, na miłość boską? Pod tymi tablicami ukryty jest garbus. Wypraszam sobie Golfa!” wykrzyknęłam. – „Panie, czy ja wyglądam na właściciela Golfa??”-

Naczelnik przyjrzał mi się z uwagą.

-” Fakt, nie wygląda pani.”- przyznał szczerze.

Po dłuższych deliberacjach udało mi się faceta przekonać, że to naprawdę Garbus (z Golfa to on miał wyłącznie światła), a ja jestem jego na wpół oszalałą z tęsknoty właścicielką.

Pojawił się w tzw. międzyczasie prowadzący sprawę. Ucieszył się na mój widok niesłychanie, ja na jego widok też okazałam radość i po wymianie ochów i achów tudzież innych uprzejmości – przystąpiliśmy do meritum.

-”Wie pani, to pomyłka policji.”- wyjaśnił spokojnie

-”To doskonale.”- ucieszyłam się, gryząc się w język – bo to akurat było jasne, jak słońce…  Starając się zachować spokój, wyjaśniłam, że samochód stał na podwórku mojego mechanika i na pewno nie pozostał przeze mnie porzucony, bo szybciej porzuciłabym własne dzieci… (dzieci moje kochane – wybaczcie)…

-”Ale ja muszę wszystko tu z panią wyjaśnić, i przesłuchać panią, bo taka jest procedura.”- oznajmił z niezmąconym spokojem.

-”A może mi pan teraz wyjaśnić, co to za numer z tym ukradłam, ukradziono mi, i co to znaczy, że na moich rejestracjach jeździ jakiś golf.”- chciałam wszystko wiedzieć.

-”Moi koledzy po fachu pomylili garbusa z golfem, który istotnie w jednej z dzielnic Gdańska został skradziony. Tyle, że golfa nie znaleziono, ale pojawił się garbus, i żeby bilans wyszedł na zero, napisali, że porzucony…”- stoicyzm mojego interlokutora wzbudzał we mnie mordercze instynkty. Wiedzieli jednak parę lat temu, dlaczego nie wydali mi pozwolenia na broń. Przewidujący ludzie…

-” Faktycznie, „- mruknęłam -” Łatwo pomylić Garba z golfem.”-

-”Taaaak,”- filozoficznie przyznał funkcjonariusz -”W sumie mieli odholować jakiś samochód, to zaholowali, i na dodatek też marki VW, a to że nie golf a garbus, to drobiazg, grunt, że inicjały się zgadzały…”-

Na dodatek musiałam się wyspowiadać, czy mam prawdo do Garbieńkiego, na jakiej podstawie, czy może powinnam raczej dobrowolnie iść do więzienia… Mogłam, ale za ewentualne naruszenie cudzej nietykalności osobistej, do której było mi w tym momencie nadzwyczaj blisko 😉

W toku pokojowych rozmów ustaliliśmy, że koszty parkingu i holowania na ów parking pokrywa policja, bo to ich wina, ale koszty holowania z parkingu, to już moja działka. To nic, że ja się na ten parking nie pchałam i że bezprawnie mi zarekwirowali bogu ducha winny samochód. Mam sobie sama zabrać samochód i to zaraz dzisiaj, bo inaczej dalszym postój będę bulić jakieś spore pieniądze za dobę… (jak na owe czasy – pamiętam, że to było sporo, ale i tak dla mnie liczył się sam fakt).

Szlag jasny haftowany mnie trafił. Nie obraziłam funkcjonariusz na służbie tylko dlatego, że nie miałam przy sobie szczoteczki do zębów i bielizny na zmianę, gdyby mnie zamknęli. Wydobyłam z siebie całe pokłady taktu i dobrego wychowania, jakie przez lata moja śp. Matka usiłowała we mnie wtłoczyć. Wśród takiego wersalu pożegnaliśmy się niemal w pląsach.

Po południu oczywiście pognaliśmy z mężem na Parking Interwencyjny, gdzie pośród jakiejś hołoty kradzionej i po wypadkach, tudzież innych porzuconych wraków – stał mój biedny porzucony (?) Garbaty. Jedynie obecność strażnika powstrzymała mnie przed przypadnięciem mojemu skarbowi do maski i okryciem go gradem pocałunków. Kiedy do niego wsiadłam, zrobiło mi się ciepło na sercu.

-”Jestem już Garbieńki i nie dam ci zrobić krzywdy…”- wymamrotałam, nie zwracając uwagi na zdziwiony wzrok strażnika.

-”Wygląda pani, jakby pani odzyskała utracony skarb”- powiedział

-”Każdy garbusiarz ma w sobie coś z wariata”- odparłam-” Nie słyszał pan o tym?”-

-”Słyszałem, ale się jeszcze z tym nie spotkałem”- powiedział w zadumie…

W czasie, kiedy Mąż mocował hol, ja obmacawszy mojego odzyskanego ukochanego Garbusa, zaglądnęłam do silnika, pogmerałam w nim (z miną znawcy i niepewnością w sercu) i samochód odpalił. Rozczulił mnie tym, to dopiero niezawodność. Ujechałam jednak może z 200 metrów i koniec. Zdechło. Tak więc mąż powrócił do mocowania holu… W tzw. międzyczasie zaczął lać potężny deszcz, jak na zamówienie. Jakby niebo się otwarło. Natychmiast zmokliśmy jak przysłowiowe kury. Kiedy siadłam do Garbiego – z miejsca fiknęłam kozła do tyłu… Siadłam bowiem na „gibającym” się siedzeniu zastępczym (moje zostały wyciągnięte z samochodu „na okoliczność” remontu). Jako że siedzenie nie było przymocowane i nie pasowało do garbusa, czułam się jak na fotelu bujanym…

Zanim mnie mąż doholował do domu, hol zdążył nam się zerwać ze dwa razy, parę razy gibnęłam się na nieprzymocowanym siedzeniu do tyłu, nakrywając się nogami i spódnicą, raz omal nie umarłam ze strachu na skrzyżowaniu, widząc pędzącego na mnie TIR-a… A wszystko przez jakiegoś….(i tu następuje cenzura wypowiedzi) urzędnika, który nie potrafi odróżnić VW Garbusa od VW Golfa, a któremu statystyka musiała się zgadzać.

No i zresztą KTO mógł TAKI samochód pomylić z jakimś … golfem??

Garbaty po przeżyciach parkingowych – w drodze na kolejny Zlot 😉

Świerszcz

W dzień 40 urodzin wyleciała mi z zęba korona – ta na tym zębie wybitym przez głupotę na basenie w Apapa Club…

(a przez którą to koronę P. K. nazwał mnie Kaśka-Słoniowy Ząbek 😉 )

Dostałam ataku śmiechu. Wyobraziłam sobie bowiem siebie w nader eleganckiej restauracji, i tego mojego nieszczęsnego zęba…. Kiedy spojrzałam na resztę mojego towarzystwa (pracowałam w owym czasie na tzw. posadzie), ujrzałam w ich oczach popłoch, ale reakcję mieli natychmiastową.

Znalazła się guma do żucia, koronę odnalazłam, przykleiłam i niczym Ciocia Izia, chodziłam z tą korona na gumę czas jakiś…

Ciocia Izia…

Muszę o niej napisać, bo aż się prosi wspomnieć o niej. Otóż Ciocia Izia była jedną z licznych koleżanek mojej Mamy. Nie wiem, skąd Matka brała takie koleżanki, ale faktem jest iż znacznie wzbogaciły moje dzieciństwo jak również świadomość tego, „jaka nie chcę być, jak dorosnę”.

Ciocia Izia była histeryczką i hipochondryczką. Głosem omdlewającym z boleści potrafiła opowiadać godzinami o swoich urojonych i nader licznych chorobach.

Ponadto, słynęła z zadawania interlokutorowi pytań, na które sama sobie odpowiadała, wyrabiając sobie w ten sposób swój obraz postaci, często jednak zadziwiająco przystający do prawdy.

Była generalnie sympatyczną postacią w moim życiorysie.

Miała swoiste poczucie rzeczywistości, i była życzliwym przystankiem w codziennej bieganinie.

A przy tym dostarczała nam wszystkim, nieświadomie oczywiście, żywej uciechy swoim zachowaniem. A że miała dużą dozę poczucia humoru, zwróconego również ku sobie samej, niektóre jej numery przejdą do historii.

Jak choćby świerszcz.

Otóż Ciocia Izia słyszała świerszcza.

Zamęczała wszystkich tym swoim świerszczem strasznie, w końcu poszła do lekarza. Po badaniach okazało się, że jest zdrowa jak przysłowiowa ryba (była sportsmenką), i o żadnych urojeniach nie ma mowy, pewnie ją przewiało. Ciocia Izia wróciła do domu, i znowu usłyszała świerszcza… Najgorsze było to, że tego świerszcza słyszała wtedy, gdy była w domu sama.

Mąż Cioci Izi w końcu dla świętego spokoju zerwał dywan (i całe szczęście, bo obrzydlistwo to było wyjątkowe, kupione jeszcze w czasach kryzysowych, kiedy niczego sensownego w sklepach nie było),  bowiem jego połowica upierała się, że świerszczy spod dywanu.

Wszyscy z zaciekawieniem czekali na efekt poszukiwań, bo w rodzinie i wśród zaprzyjaźnionych znajomych już zaczęto robić zakłady, co Wujek znajdzie zamiast świerszcza.

Jedna ze starszych cioć z mojego otoczenia…

DYGRESJA – wyjątkowo jakoś dużo tych cioć miałam w życiu i wujków także, z racji tej, że moja Matka była za młodu znaną sportsmenką, poza tym wojnę spędziła jako żołnierz AK, mając całe mnóstwo przyjaciół płci obojga)…. No więc tych cioć i wujków miałam sporo…. A miałam to szczęście, że dorastałam w czasach, kiedy wszystkie moje ciocie i wujkowie byli jeszcze sprawni. Słynny Dziadek Marusarz był samym życiem…  Mama zresztą nie doczekała jego śmierci. Odeszła jako jedna z pierwszych z tej listy….

Ale wracam do świerszcza Cioci Izi.

Wujek zdjął z podłogi ten okropny dywan i oczom licznie zgromadzonych znajomych tudzież rodziny ukazał się widok drewnianej podłogi będącej w niezłym stanie, tyle, że niedbale położonej.

Z pomiędzy desek wyskoczył świerszcz. Prawdziwy świerszcz.

Najprawdziwszy. Duży. Zdrowy. I pełen chęci do życia i … świerszczenia. Od razu też dał popis swoich muzycznych zdolności.

Ciocia Izia uniosła jedną brew, jak zawsze, kiedy miała zamiar wygłosić mowę. Tym razem jednak ograniczyła się do filozoficznego stwierdzenia: „oboje byliśmy więźniami”.

Do dzisiaj nie wiadomo, co tak naprawdę miała na myśli.

Najważniejsze jednak wydarzyło się zaraz po wypuszczeniu świerszcza do pobliskiego lasu. Otóż Wujek zdjąwszy cały dywan, zauważył luźną deskę, podniósł ją i oczom wszystkich ukazała się  biżuteria Cioci Izi. Biżuteria, o którą jakieś pół roku wstecz była straszna awantura.

Otóż do domu Cioci Izi i Wujka włamali się złodzieje. Zginęło wtedy Cioci i Wujkowi nieco drobiazgów, i właściwie nic poza tym. Telewizora nie wyniesiono, radio zostało na miejscu, zginął natomiast koniak z barku, jak również inne szlachetne trunki, zginęła kawa, którą mój Ojciec przywiózł Cioci Izi z Brazylii (była niesamowitą kawiarą i choćby przez sam ten fakt ją lubiłam). Widać było, że złodzieje czegoś w domu szukali, nie znalazłszy jednak zadowolili się dobrami deficytowymi (te wydarzenia miały miejsce w latach, kiedy półki w sklepach straszyły głównie kurzem).

Potem Ciocia Izia stwierdziła, że ukradli jej także biżuterię. Biżuteria Cioci Izi była wyjątkowa, bowiem pochodziła z Ameryki Południowej, gdzie się wychowała. Piękne sztuki, pierścionki, bransolety czy kolczyki, ażurowej roboty, wysadzane turkusami czy koralami. Stanowiły małe dzieła stuki, jeżeli już nie wartości materialnej, to na pewno wartości kulturowej i sentymentalnej.

No i to wszystko zniknęło. Teraz okazało się, że wcale nie znikło, po prostu Ciocia Izia zapomniała, gdzie to położyła, czy schowała… Jak zwał, tak zwał, grunt że złodzieje nie ukradli. Okazało się, że Ciocia Izia, sprzątając niegdyś cały dom, szukała odpowiedniej kryjówki dla swojej biżuterii, i wpadła na pomysł, żeby ją upchać pod obluzowaną deską podłogową. Miała powiedzieć o tym Wujkowi, ale zapomniała, bo pojawił się świerszcz i potem to już żyła moim nieudanym małżeństwem i całkiem jej wyleciało z głowy. Biżuterii nie nosiła, i do głowy by jej  nie wpadło jej szukać gdyby nie świerszcz…

Published in: on 27 sierpnia 2009 at 09:00  Dodaj komentarz  

Osioł ogrodowy

Osioł należał do mojego afrykańskiego dzieciństwa.

Pojawiał się w naszym ogrodzie regularnie – codziennie o tej samej porze. Zawsze około wpół do drugiej po południu. Stawał w ogrodzie pod balkonem, zupełnie jak Romeo i zamierał w bezruchu.

Był to dobrze utrzymany osioł, duży i płowy, o czarnej grzywie, wielkich, pięknych i rozmarzonych oczach i potężnych, stale smętnie opuszczonych, uszach.

Moja matka, która nigdy nie zaakceptowała mnogości i różnorodności afrykańskiej natury, osła zaakceptowała. Może dlatego iż ten pozwalał się adorować i podziwiać z daleka, absolutnie wszakże nie pragnąc spoufalenia. Po prostu nadchodził nie wiadomo skąd, zaszczycał nasz ogród swoją obecnością, odbywał medytacje pod naszym balkonem, po czym odchodził w niewiadomym kierunku. Zazwyczaj po paru chwilach nadbiegał wysoki, kostyczny arab w nieskazitelnie białej galabiji, każdego przepytywał o osła, a uzyskawszy informację – gnał w kierunku, gdzie nie tak dawno zniknął osioł.

Tak było przez długi czas. Taka była kolej rzeczy, do której wszyscy w dzielnicy przywykli, aż za sprawą mojej matki nastąpiła zmiana scenariusza.

Otóż osioł, jak zwykle, medytował pod naszym balkonem, kiedy wyszła moja mama. Z wysokości balkonu spojrzała na osła i zagadała do niego: „Czemu tak smutno stoisz? Chodź, dam ci chleba.” I przechyliła się przez poręcz, by mu ten chleb podać. Osioł nagle jakby się ocknął z zadumy, podniósł głowę, spojrzał na moją mamę z prawdziwym zaskoczeniem, i odrzuciwszy łeb do tyłu – dał głos. Matka zamarła w pół-przechyle, mój ojciec upuścił radio tranzystorowe, które usiłował od rana naprawić (z radia pozostał jedynie głośnik)… Monday, nasz steward, który przygotowywał posiłek w kuchni, strzelił talerzami – kolejna zastawa „się zdekompletowała”, ja zaś z wrażenia niemal utopiłam się w kąpieli.

Osioł wył.

Był to najbardziej niesamowity głos, jaki zdarzyło mi się usłyszeć. Zwierzę łeb miało zadarty ku górze, przymknięte oczy i darło się niemiłosiernie.

Po chwili do naszego ogrodu zbiegli się zaciekawieni sąsiedzi, TAKIEGO bowiem hałasu w naszej – tak spokojniej dotąd dzielnicy – nikt jeszcze nie słyszał.

To była sensacja.

Owszem, osioł był powodem licznych przerywników w sennej atmosferze ulic, zwłaszcza kiedy kładł się w poprzek wąskiej Dakar Road i zatapiał się w kontemplacji, za nic sobie mając sznur samochodów. Ale wszystkie jego dotychczasowe postępki popełniane były w milczeniu. Po raz pierwszy usłyszeliśmy jego głos… Toteż zainteresowanie było ogromne. Na liczne pytania, co się stało, mój Ojciec udzielał ze stoickim spokojem odpowiedzi: ”żona wyszła na balkon i osioł się jej przestraszył.” Mama, jako osoba, która nie skrzywdziłaby żadnego zwierzęcia, zdenerwowała się okropnie takimi bezsensownymi posądzeniami. Padały dalsze, mniej lub bardziej dowcipne posądzenia o powód odezwania się milczącego dotychczas zwierzęcia, a wszystko to przy akompaniamencie ryku osła, kiedy nagle zaległa cisza. Osioł zamilkł, otworzył oczy, spojrzał na moją mamę, i odwróciwszy się „na pięcie” pognał przed siebie, czyli tradycyjnie w nieznane, pozostawiając za sobą tuman kurzu.

Cisza, jaka zaległa po ulotnieniu się osła, trwała czas jakiś, dopóki nie zmącił jej arab, w tradycyjnie rozwianej galabiji. Wpadł do naszego ogrodu i zastopował w miejscu, zdumiony zbiorowym słupem soli, jaki zastał pod balkonem. „Pewnie szukasz swojego osła.” Pierwszy przerwał dzwoniącą w uszach ciszę mój Tato. „Tak,” Arab z ożywieniem zwrócił się ku niemu: ”Widziałeś go?”. „Tak”- Odparł Tato: ”Przed chwilą urządził tu koncert, a potem przestraszył się mojej żony i uciekł, tam, gdzie zwykle.” I machnął ręką w kierunku Badagry Creek. Arab zmarszczył brwi, spoglądając ukradkiem na moją mamę – „Dlaczego się przestraszył Madame?” zapytał w końcu. „Bo się nie uśmiechnęła.” Odparł spokojnie mój Ojciec. Arab kiwnął głową, i skierował się ku bramie – „Jakbyś Master spotkał mojego osła, to zadzwoń po mnie.” Poprosił i wręczył Ojcu wizytówkę…

Taka sytuacja, acz już bez przerywników wokalnych, powtarzała się przez cały rok, aż do dnia, a raczej wieczoru wigilijnego. Wtedy, w kościele u Ojca O’Hennerthy, zbierali się wszyscy mieszkańcy dzielnicy, bez względu na wyznanie.

Published in: on 26 sierpnia 2009 at 22:44  Dodaj komentarz  

Śmierdziel

„Przewróciło się, niech leży”…..

Elektryczne Gitary śpiewają hymn mojej rodziny – a właściwie mój…

Słowa – zwłaszcza te, że może coś wybuchnie… przypomniały mi… śmierdziela…

Śmierdziel, to inaczej zielony kurczak… to nowa odmiana kulinarna. Koniecznie musi być świeży, niepatroszony i schowany na dolnej półce w lodówce, i na dodatek – w worku foliowym.

Kurczaka takiego odkryłam kiedyś w swojej własnej lodówce, zmobilizowana telefonem mojego Taty. Zadzwonił z wczasów, na jakie szczęśliwie go wypchałam z Mamą i co samo w sobie było ewenementem na skalę światową.

No więc zadzwonił późnym wieczorem, wyraził uprzejme zdziwienie zastając mnie w domu (byłam wtedy studentką, a wiadomo, że studenci z zasady nie siedzą w domu), a następnie wyraził uprzejme zaciekawienie stanem zwłok w lodówce, a także moim stanem, po patroszeniu tychże.

Mnie też to zaciekawiło, zważywszy, że do lodówki nie zaglądałam od wyjazdu Rodziców. Co było … czas jakiś temu… Powód był prosty, otóż lato było przecudne, pogoda była niczym zaproszenie do życia, toteż, co rano brałam do samochodu Dyzia (to był pies bokser z chamską mordą i gołębim sercu, ale o tym ostatnim mało komu udawało się przekonać, bo porażało chamstwo, w postaci wyszczerzonych kłów i warkotu, gdzieś z dna brzucha). No więc brałam do samochodu Dyzia, tzw. suchy prowiant i…. wracaliśmy późnym wieczorem.

Potem szłam do wspaniałej knajpy niedaleko domu, gdzie w towarzystwie dawnych kolegów i koleżanek z podwórka wytańcowywałam kalorie. Lodówka nie była mi więc potrzebna. Żywiliśmy się byle jak, byle czym i byle gdzie.

Koniec dygresji.

Wracając do tematu: wyraziliśmy sobie z Tatą przez telefon różne zdziwienia na różne tematy, w tym na temat wytrzymałości psychicznej mojego Taty na owych wczasach z Mamą, a następnie przeszliśmy do tak zwanego meritum. Na pytanie jak tam kurczak, odparłam, że nie znam. No, bo nie znałam.

Tata pomilczał chwilę, chyba nie bardzo wierzył jeszcze w taką beztroskę swojej jedynaczki, poczym zapytał ostrożnie, kiedy ostatni raz zaglądałam do lodówki. Powiedziałam zgodnie z prawdą, że w dniu ich wyjazdu, co było tydzień temu. Po tamtej stronie słuchawki znów zapadła cisza. Następnie Tata poradził mi, żebym zajrzała teraz zaraz.

Położyłam słuchawkę na fotelu (to były czasy prehistoryczne, kiedy nikt jeszcze nie myślał o telefonach komórkowych. Telefony były stacjonarne i z kablem) i posłusznie udałam się do kuchni. Uchyliłam drzwi lodówki i poraziło mnie.

Widok był wstrząsający.

Na półce leżał temat rozmowy… Kurczak o nader intrygującym kolorze – zielono-sino–jesiennym (tzw. sino-koperkowy-róż), i raczej mało przypominał produkt spożywczy. Zapach był jeszcze bardziej wstrząsający niż widok. Zamknęłam lodówkę, wróciłam do telefonu i zgodnie z prawdą zeznałam do słuchawki:

„Tato, tam faktycznie jest kurczak, tylko jakoś taki… Siny cały”

Tato  ze stoickim spokojem odrzekł:

„Zsiniał z zimna… Zrób coś z tym, zanim wrócimy, bo matka cię zabije.”  i rozłączył się. Już bez uprzejmości.

Mieli wrócić tak niedługo jakoś… Postanowiłam nie czekać. Odłożyłam słuchawkę i popadłam w zadumę. Kurczak wydzielał z siebie dość intensywną woń, powszechnie określaną jako „smród zabijający”.

Nie mogłam pozwolić, żeby nie daj boże, kurczak doczekał powrotu mojej Mamy. Wtedy, zgodnie z przewidywaniami Taty,  podzieliłabym niechybnie los kurczaka.

Ponieważ nie było koszmarnie późno, a i wódeczność jakaś była w domu, wzięłam pod pachę butelkę, i zeszłam do sąsiadki piętro niżej.

„Kicia, chodź, pomóż mi, bo mam trupi problem w domu.”

Kicia należała do osób, które chętnie pomagały sąsiadkom, a widok butelczyny w moich dłoniach, wyraźnie ją ożywił i spotęgował chęć niesienia pomocy. Kiedy raźno ruszyła ku moim drzwiom powstrzymałam ją :”Na trzeźwo nie przeżyjesz…” powiedziałam z przekonaniem podając jej butelkę.

„Znaczy jak przed atakiem na wojnie?” wzięła butelkę i odkręciła zakrętkę. Usiadłyśmy na schodach, pociągając po kolei z „gwinta”. Pokrótce zrelacjonowałam sytuację. Kicia słuchała spokojnie, w końcu odezwała się: „daj poniuchać tego trupa.”

Weszłyśmy do mieszkania i zaprezentowałam jej mój problem. Leżał spokojnie w lodówce, tam gdzie dotychczas, w tej samej pozycji, koloru także nie zmienił. Kicia gwałtownie zamknęła lodówkę. „No fakt, jest problem, pachnie też tak jakoś… problematycznie.”

Po opróżnieniu całej butelki alkoholu, problem właściwie przestał dla nas istnieć… Znalazłyśmy gumowe rękawiczki, otworzyłyśmy okno od strony podwórka. ”Dawaj trupa” – zarządziła Kicia „Rzucisz go za okno, ciemno i nikt nie zauważy. On się zneutralizuje… ekologicznie …”

Miałam siłę, bo jako córka lekkoatletki musiałam uprawiać sport. Kiedyś tego nie znosiłam, a teraz mi się miało przydać…

Przyniosłam więc inkryminowanego kuraka, uprzednio zatkawszy sobie nos chusteczką umoczoną w perfumach. Oczywiście perfumach mojej Mamy. „Reve d’or”. Zapach anielski, może jednak niekoniecznie w połączeniu z wonią nie patroszonego przez tydzień drobiu.

Zamachnęłam się mocno, (moja matka uczyła mnie kiedyś pchnięć kulą i rzutów dyskiem. Byłam w tym dobra…) i rzuciłam w ciemność, mgliście myśląc (no po tej ilości wlanej w siebie wódki, mogłam myśleć WYŁĄCZNIE mgliście…), że jakoś nie usłyszałam pacnięcia trupa na podwórku. A że teren do rzutów był taki mało rozległy, znowu wyłącznie mgliście pomyślałam, czy nie dorzuciłam na dach młyna, albo do Autoremontu za płotem (takie to ciekawe ssąsiedztwo mieliśmy: z jednej stony Autoremont, a z drugie – młyn raczący nas tak myszami, jak i odgłosami całonocnej pracy). Jako, że nasze sasiedztwo bylo nieodległe, zaciekawiło mnie to, ale znowu – wyłącznie mgliście… Niemniej jednak podzieliłam się myślami z Kicią, na co machnęła ręką : „Przecież i tak jest już za późno, a nie będziesz leciała go szukać… Jest ciemno”.

Rozstałyśmy się z Kicią w doskonałych humorach i dobrze na gazie, wyrażając wobec siebie nadzieje, że przecież śmierdziel jednak na pewno nie doleciał do Autoremontu, który był o tzw. rzut beretem. Tfu, raczej kurczakiem…

Nazajutrz, po spacerze z psem (bardziej biegu za psem, niż spacerze…), postanowiłam zatankować samochód i pojechać w  świat, który znowu nęcił prześlicznym porankiem.

Stacja benzynowa była pod domem (bardzo ekologicznie) i Autoremont też, więc ani z zatankowaniem  ani z  ustawieniem świateł nie było problemu.

No, tym razem był problem… Kiedy weszłam do Autoremontu, jeden z pracowników konfidencjonalnie odezwał się do mnie:  ”Pani Kaju, pani tam nie idzie, tam capi.”

„Co robi?” nie zrozumiałam

„Capi” powtórzył. „czyli śmierdzi. Jakieś ścierwo wyrzuciło na hałdę koksu śmierdzącego kurczaka i chłopaki powiedzieli, że w warunkach szkodliwych dla zdrowia nie będą pracować.”

Tak jakby samo sąsiedztwo stacji benzynowej nie było warunkiem szkodliwym, pomyślałam.

Wykazałam jednak święte oburzenie, po czym szybko się ulotniłam z miejsca zbrodni.

……

Do dzisiaj historia śmierdziela jest opowiadana przy różnych okazjach… Czaaem nawet trafia do mjie, jako historia egzotyczna. Nikomu nawet nie przeszło przez myśl, że to był po prostu wynik porządków w mojej lodówce…

Published in: on 26 sierpnia 2009 at 22:43  5 Komentarzy