Kafle

Kafle Krysi Jarosławskiej

Published in: on 2 kwietnia 2010 at 00:04  Dodaj komentarz  
Tags: , , , , , , , ,

Nathaniel Mateusz Wolf

Patrząc na Biskupią Górkę, widzimy wieżę i zabudowania dawnego schroniska młodzieżowego, obecnie zaanektowanego przez policję.

Tylko tyle.

Nie zdajemy sobie sprawy, pędząc do lub z pracy, że tam – w roku 1781 – powstała “dostrzegalnia gwiazd”. I że stała do roku 1818. Nie wiemy też często o tym, że tam też, jeszcze czas jakiś po II wojnie światowej (co opisał prof. Jan Kilarski), znajdował się grób tego, dla którego ową dostrzegalnię zbudowano.

Nataniel Mateusz Wolf.

Astronom Wolfhttp://www.astrotczew.org/?q=node/208

Ekscentryk i oryginał, noszący własne włosy – ufryzowane i z harcapem (wtedy jeszcze nie całkiem popularnym). Astronom. Lekarz. Znany i szanowany w mieście, do którego przeniósł się po I rozbiorze Polski, by nie być poddanym pruskim. Prekursor stosowania surowicy do szczepień przeciwko ospie.

Lekarz nadworny marszałka wielkiego koronnego, Stanisława Lubomirskiego, a także generalnego starosty ziem podolskich – Adama Kazimierza Czartoryskiego. Po mianowaniu tegoż na komendanta Korpusu Kadetów, Wolf został generalnym lekarzem wojsk polskich.

Wolf – niegdyś znany i uznany.

Dzisiaj – zapomniany i nieupamiętniony.

Był synem chojnickiego aptekarza. Urodził się w Chojnicach w roku 1724, zmarł w Gdańsku w roku 1784, podczas epidemii grypy.

Ale zanim nastał rok 1784 – były lata wytężonej pracy nad sobą i dla innych.
Ojca stracił wcześnie, i byłby pewnie przejął po nim aptekę, gdyby nie głód wiedzy. Pociągała go medycyna, filozofia, matematyka i astronomia. Studiował w Jenie, w Lipsku, potem w Halle. Nienajlepsza kondycja finansowa, w jakiej się początkowo znajdował, odbiła się na jego zdrowiu. Zachorował na gruźlicę, wtedy nazywaną suchotami. Dopiero stypendium ufundowane przez biskupa warmińskiego Adama Grabowskiego, pomogło mu przetrwać studia. W Erfurcie uzyskał dyplom uniwersytecki.

Po raz pierwszy pojawił się w Gdańsku w roku 1749. Duża konkurencja i niechęć środowiska lekarskiego, a także brak stosownych znajomości (skąd my to znamy?)spowodowały, że długo tu nie zabawił. Chyba jednak urodził się był pod szczęśliwą gwiazdą, bowiem dostał posadę nadwornego lekarza Stanisława Lubomirskiego. Marszałek wielki koronny był chory na gruźlicę, zaś od dziecka słabowity. Potrzebował więc stałej opieki lekarskiej. Nataniel zaś, jako człowiek z natury życzliwy i dobry, z całym oddaniem tę opiekę sprawował.

Praca dla tak znamienitego pacjenta zaowocowała zarówno stabilizacją finansową, jak i popularnością, która sięgnęła aż na dwór szwedzki.
Doktor Wolf, po rozstaniu z Lubomirskim w roku 1761, został lekarzem nadwornym Adama Kazimierza Czartoryskiego. Pan generalny starosta ziem podolskich pochodził ze zdrowej rodziny, a ponadto był o 10 lat młodszy od swego medyka.

Prowadził dom otwarty, należał do twórców Teatru Narodowego, parał się zarówno teorią jak i krytyką literatury. U księcia bywało wiele znanych nazwisk epoki. Ba! Nawet sam Casanova (który n.b. o doktorze Wolfie wyrażał się per “kreatura” – a to za sprawą pewnego paskudnego żartu doktora).

Król Stanisław August Poniatowski, sam będąc również pacjentem Nataniela, nobilitował go w roku 1768. Akt nobilitacji przywiązał syna chojnickiego aptekarza do Polski bardzo szczerze i do końca życia.

Wolf, wraz ze swoimi chlebodawcami podróżował, bywał. Swoboda finansowa, jakiej doświadczył, a także doskonałe zdrowie księcia Adama, pozwoliły mu na zajęcie się swoja pasją. A tą była astronomia.

Kiedy książę Czartoryski został komendantem Korpusu Kadetów, Nataniel objął tam stanowisko generalnego lekarza wojsk polskich.

W roku 1769 jednak – Wolf opuścił Warszawę. Podobno zmusiła go do tego choroba. Dość, że trochę podróżował, m.in.. do Anglii, by wreszcie osiąść w …Tczewie. Przypuszcza się, iż miał tam rodzinę. No, bo jakież inne względy mogły zagnać znanego lekarza do prowincjonalnego miasta. A może pragnienie ciszy i spokoju dla kontynuowania swoich ukochanych badań astronomicznych… Tego się już pewnie niestety nie dowiemy.

Rok 1772, a więc rok pierwszego rozbioru Polski, wygonił go z sennego Tczewa, zagarniętego przez Prusy. Szczerze oddany Polsce, w której przecież zrobił karierę i odniósł sukcesy, wyjechał do Gdańska, wtedy jeszcze pozostającego przy Polsce. Tutaj z listami polecającymi trafił pod łaskawą i życzliwą opiekę opata cystersów oliwskich, Jacka Rybińskiego. Jemu też zawdzięczał pierwsze i całkiem wygodne lokum w Gdańsku. Na drugim piętrze domu na rogu ulicy Garncarskiej i Targu Drzewnego. Dom ten w latach 1436 – 1831 był własnością cystersów oliwskich. Tutaj w narożnym pokoju doktor Wolf urządził sobie obserwatorium, sprowadzając do niego nowoczesne przyrządy astronomiczne.

Wciąż żądny wiedzy i wymiany doświadczeń – związał się z Gdańskim Towarzystwem Przyrodniczym (utworzonym przez Daniela Gralatha). Został powołany na członka Royal Society w Londynie. Publikował, badał, leczył, dokształcał się.

W mieście dał się poznać, jako dobry i nowoczesny lekarz, i stał się popularny. Zajmował się nie tylko leczeniem i swoją ukochaną astronomią, ale też systematyką roślin, a także kolekcjonowaniem rzadkich okazów muszli i minerałów.

W tym też czasie, Towarzystwo Przyrodnicze zakupiło na Biskupiej Górce miejsce pod budowę obserwatorium, które Nataniel był gotów tak sfinansować, jak i wyposażyć.

Kiedy w Gdańsku zaczęto mówić o pierwszych szczepieniach przeciwko ospie – dokonywanych w zachodniej Europie, dr Wolf stał się gorącym ich zwolennikiem. W końcu Rada, w dniu 27 maja 1774 wydała zezwolenie na szczepienia, ale wyłącznie poza miastem (ze względów bezpieczeństwa).
Napisałam “w końcu”, bowiem w mieście rozgorzała prawdziwa dyskusja nad celowością i bezpieczeństwem szczepień. Jedni odwodzili iż to wręcz zbrodnia, drudzy ostrzegali przed gniewem bożym, inni zaś z lubością cytowali zagraniczne pisma donoszące o sukcesach szczepień. Wbrew jednak stanowisku środowiska lekarskiego, które generalnie było przeciwne szczepieniom, nieufne wobec nowinek, pomysł wzbudził zainteresowanie. Ospa była w tych czasach jedną z najgroźniejszych chorób, pojawiała się co kilka lat i powodowała ogromną śmiertelność, zwłaszcza wśród dzieci.

Bogate mieszczaństwo gdańskie, obyte i wykształcone, okazało się podatne na nowinki medyczne, i coraz częściej dopytywało o szczepienia dla swoich dzieci.

Pierwszym, który zdecydował się na eksperyment, był Christian Henryk Trosiener. Kazał zaszczepić swoje trzy córki. Jedynym lekarzem, który gotów był to szczepienie przeprowadzić, był Nataniel Wolf.

Wiadomość o tym, jak technicznie przebiegało owo szczepienie i na czym polegało, zawdzięczamy pamiętnikowi jednej z panien Trosiener, Joannie (od 1785 roku pani Schopenhauer, przyszłej matce filozofa). “Gdańskie Wspomnienia Młodości” – zawierają wiele informacji zarówno o życiu w mieście, jak i o ekscentrycznym lekarzu. Są ciepłe i pełne nostalgii.

Wracając do naszego doktora Wolfa, szczepienie się “przyjęło” i dziewczynki Trosienerów stały się przykładem dla innych. To wzmocniło prestiż lekarza oraz jego popularność w kręgach bogatego mieszczaństwa.

W 1781 roku powstała na Biskupiej Górce “dostrzegalnia gwiazd” a Nataniel wyposażył ją w sprzęt, jakbyśmy dzisiaj to nazwali – najnowszej generacji.
Niestety, nie dane było panu Wolfowi cieszyć się długo swoją “dostrzegalnią”. Zmarł podczas epidemii grypy w grudniu 1784, niosąc cały czas pomoc chorym i potrzebującym. Prawdopodobnie, organizm osłabiony gruźlicą, nie wytrzymał choroby.

To jednak nie koniec opowieści o doktorze z harcapem.

Otóż, prawdopodobnie, czując swój koniec, zawczasu przygotował się do podróży stąd do wieczności. Miastu zapisał obserwatorium wraz z wyposażeniem oraz kwotę 4 tysięcy dukatów, na funkcjonowanie tegoż. Stworzył tym samym fundację do badań astronomicznych w Gdańsku. Sam zaś zażyczył sobie spocząć w specjalnej dębowej kapsule, wypełnionej roztworem o składzie “podobnym do formaliny”, co miało zmumifikować zwłoki. Pochować się kazał koło ukochanego obserwatorium. Testamentem zezwolił na otwarcie grobu po 100 latach.

Niestety, w roku 1813, generał Rapp – podczas oblężenia Gdańska nakazał rozebranie obserwatorium. Zarówno grób Wolfa, jak i pomnik na nim, choć uszkodzone, ocalały z oblężenia. Jednak kiedy zdecydowano się już w roku 1869 otworzyć grób lekarza i astronoma, stwierdzono iż, w kapsule-trumnie zachowały się same kości. Najprawdopodobniej podczas oblężenia 1813 roku wyciekł z uszkodzonej trumny płyn konserwujący…

Zanim pochowano szczątki w miejscu poprzedniego grobu, wykonano gipsowy odlew czaszki lekarza i przekazano Towarzystwu Przyrodniczemu. To zaś, po otrzymaniu odszkodowania za zniszczone na Biskupiej Górce obserwatorium, – w roku 1845 – przeniosło się do domu, zakupionego przy ulicy Mariackiej, i tam otworzyło nowe obserwatorium, które działało do ostatniej wojny. Teraz, w tym budynku mieści się Muzeum Archeologiczne.
Zaś po grobie Mateusza Wolfa, poza krótka notatką profesora Jana Kilarskiego, nie pozostał ślad.

I próżno szukać jakiegokolwiek tropu na Biskupiej Górce, która stała się dzielnicą zupełnie nie przystającą do marzeń doktora.

Tekst jest mojego autorstwa – zamieszczony czas jakiś temu na stronach Akademii Rzygaczy.

wykorzystałam:

1. Gdańskie wspomnienia młodości – Joanny Schopenhauer

2. Wielka Księga Miasta Gdańska

3. notatki mojego Taty – Wojciecha Czaykowskiego

Garbate szczęście

Ten wpis powstał na gorąco parę ładnych lat temu – kiedy jeszcze jeździłam poprzednim Garbatym – tzw. Brazylią.

Kiedy to pisałam, akurat zaszło parę faktów, które spowodowały, że omal nie udusiłam się ze złości. Ja w zasadzie spokojna osoba jestem, ale do czasu… i wtedy właśnie to Do Czasu nastąpiło…

Głównym powodem mojej furii było pomylenie przez naszą kochaną Władzę Ludu Miast i Wsi, mojego ukochanego Garbiego z VW Golfem. Kiedy to usłyszałam, poczułam się osobiście obrażona. Jako „bywszy” kurator dla nieletnich, zawsze czułam do policji ogromny sentyment połączony z przemożną sympatią, ale po numerze, jaki mi wykręcili z samochodem, chyba zmodyfikowałam moje uczucia.

A było tak…..

Jeden z moich poprzednich mechaników, po raz któryś z rzędu zrobił mnie „w trąbę”, dużą koncertową, niklowaną trąbę Jerychońską. Oszukiwał podobno zresztą nie tylko mnie, ale i innych garbusiarzy. Za namową znajomych, zmieniłam więc mechanika. Nieco go znałam, bo parę razy grzebał przy Garbatym i wszystko grało. Tak więc kiedy mi zakomunikował, że jeśli nie zrobię wreszcie podłogi, to zgubię pasażerów, zgodziłam się oddać mu mój skarb pod opiekę. Podłoga była ”padnięta” dzięki poprzedniemu mechanikowi, który zmieniając mi opony, nie wzmocnił przedniego zawieszenia… (ech… to w owych czasach zawsze była cała epopeja – dostać dobrego i … uczciwego mechanika). Tak więc oddałam moje garbate szczęście Złotej Rączce pod opiekę.

Kiedy po jakimś czasie zadzwoniłam, aby zapytać o stan Garba, dowiedziałam się, że mój „lekarz” wyjechał do Niemiec i wróci na początku sierpnia. Początek sierpnia minął i znowu zadzwoniłam, tym razem by usłyszeć, że mojego Garba zabrała policja do wyjaśnień, bo albo został skradziony, albo okradziony, albo to ja ukradłam, albo mnie okradli… Wszystko jedno. W końcu liczył się efekt końcowy, że Garba mi zabrano…

Wkurzyłam się (mówiąc delikatnie i ujmując sprawę subtelnie). Obdzwoniłam wszystkie komendy w mieście, nikt nic nie wiedział. Przy sposobności wpadłam w podziw nad indolencją i lekceważeniem tzw. petenta przez „władzę”.

Jednakże jako, że nie ważne kim się jest – ważne KOGO się zna… udało mi się pewne fakty ustalić dzięki życzliwym ludziom ;). Ponieważ wtedy jeszcze pracowałam na tzw. posadzie (czyli w tzw. hodowli hemoroidów) – natychmiast po pracy pognałam na komendę, która okazała się być odpowiedzialną za zamieszanie, by osobiście spojrzeć faktom w oczy. A tu okazało się, że tzw. czeski film: nikt nic nie wie.

Samochodu nikt nie widział, nikt nic nie słyszał, i nikt nic nie wie. Grób, mogiła, katakumby. W końcu jakiś rozchełstany przedstawiciel władzy, w cywilu (a więc incognito), wyjaśnił mi, że owszem jest afera, bo albo ja komuś ukradłam samochód, albo mnie ktoś skradł samochód, ale na pewno to moja wina… i że teraz to ja się nie wypłacę, bo zaaresztowany wehikuł, stoi na parkingu policyjnym o tam – tu osobnik machnął ręką w ścianę, gdzieś w kierunku Holandii a może Grenlandii, a parking policyjny to kosztuje, że ho ho… A w ogóle, to on się tą sprawą nie zajmuje, więc on nic nie wie i mam przyjść jutro między 8:00 a 15:00. Świetnie, akurat w godzinach pracy, kiedy wiadomo, że wszyscy zazwyczaj mają wolne i mogą się „szwendać” po urzędach…

Na szczęście w pracy – jako, że wszyscy czynnie brali udział w moich zmaganiach z realiami – dostałam wolne bez żadnego problemu… No i nazajutrz rano karnie stanęłam przed oficerem dyżurnym i zameldowałam cel wizyty u Naczelnika Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego. Oficer dyżurny potraktował mnie jak rozhisteryzowaną wariatkę planującą wysadzenie komendy w powietrze (może miał trochę racji). Po długich deliberacjach udało mi się wreszcie wtargnąć do Naczelnika, który też nic nie wiedział. Siedzieliśmy sobie tak razem w jego pokoju, gremialnie nic nie wiedząc, kiedy w końcu zdecydował się przeglądnąć rejestr spraw. Po długiej, prawie 300 lat trwającej lekturze, znalazł numer rejestracyjny garbatego i zameldował mi, że mój VW Golf jest zapisany jako samochód do wyjaśnienia – bo albo skradziony, albo porzucony. I zapytał, czy na pewno jestem pewna, że szukam garbusa, bo on tu ma, że to Golf.

Uniosło mnie z fotela. Mnie nie wolno się denerwować, bo ja choleryk jestem 😉 ale ów pan tego nie wiedział ….

-”Jaki Golf, na miłość boską? Pod tymi tablicami ukryty jest garbus. Wypraszam sobie Golfa!” wykrzyknęłam. – „Panie, czy ja wyglądam na właściciela Golfa??”-

Naczelnik przyjrzał mi się z uwagą.

-” Fakt, nie wygląda pani.”- przyznał szczerze.

Po dłuższych deliberacjach udało mi się faceta przekonać, że to naprawdę Garbus (z Golfa to on miał wyłącznie światła), a ja jestem jego na wpół oszalałą z tęsknoty właścicielką.

Pojawił się w tzw. międzyczasie prowadzący sprawę. Ucieszył się na mój widok niesłychanie, ja na jego widok też okazałam radość i po wymianie ochów i achów tudzież innych uprzejmości – przystąpiliśmy do meritum.

-”Wie pani, to pomyłka policji.”- wyjaśnił spokojnie

-”To doskonale.”- ucieszyłam się, gryząc się w język – bo to akurat było jasne, jak słońce…  Starając się zachować spokój, wyjaśniłam, że samochód stał na podwórku mojego mechanika i na pewno nie pozostał przeze mnie porzucony, bo szybciej porzuciłabym własne dzieci… (dzieci moje kochane – wybaczcie)…

-”Ale ja muszę wszystko tu z panią wyjaśnić, i przesłuchać panią, bo taka jest procedura.”- oznajmił z niezmąconym spokojem.

-”A może mi pan teraz wyjaśnić, co to za numer z tym ukradłam, ukradziono mi, i co to znaczy, że na moich rejestracjach jeździ jakiś golf.”- chciałam wszystko wiedzieć.

-”Moi koledzy po fachu pomylili garbusa z golfem, który istotnie w jednej z dzielnic Gdańska został skradziony. Tyle, że golfa nie znaleziono, ale pojawił się garbus, i żeby bilans wyszedł na zero, napisali, że porzucony…”- stoicyzm mojego interlokutora wzbudzał we mnie mordercze instynkty. Wiedzieli jednak parę lat temu, dlaczego nie wydali mi pozwolenia na broń. Przewidujący ludzie…

-” Faktycznie, „- mruknęłam -” Łatwo pomylić Garba z golfem.”-

-”Taaaak,”- filozoficznie przyznał funkcjonariusz -”W sumie mieli odholować jakiś samochód, to zaholowali, i na dodatek też marki VW, a to że nie golf a garbus, to drobiazg, grunt, że inicjały się zgadzały…”-

Na dodatek musiałam się wyspowiadać, czy mam prawdo do Garbieńkiego, na jakiej podstawie, czy może powinnam raczej dobrowolnie iść do więzienia… Mogłam, ale za ewentualne naruszenie cudzej nietykalności osobistej, do której było mi w tym momencie nadzwyczaj blisko 😉

W toku pokojowych rozmów ustaliliśmy, że koszty parkingu i holowania na ów parking pokrywa policja, bo to ich wina, ale koszty holowania z parkingu, to już moja działka. To nic, że ja się na ten parking nie pchałam i że bezprawnie mi zarekwirowali bogu ducha winny samochód. Mam sobie sama zabrać samochód i to zaraz dzisiaj, bo inaczej dalszym postój będę bulić jakieś spore pieniądze za dobę… (jak na owe czasy – pamiętam, że to było sporo, ale i tak dla mnie liczył się sam fakt).

Szlag jasny haftowany mnie trafił. Nie obraziłam funkcjonariusz na służbie tylko dlatego, że nie miałam przy sobie szczoteczki do zębów i bielizny na zmianę, gdyby mnie zamknęli. Wydobyłam z siebie całe pokłady taktu i dobrego wychowania, jakie przez lata moja śp. Matka usiłowała we mnie wtłoczyć. Wśród takiego wersalu pożegnaliśmy się niemal w pląsach.

Po południu oczywiście pognaliśmy z mężem na Parking Interwencyjny, gdzie pośród jakiejś hołoty kradzionej i po wypadkach, tudzież innych porzuconych wraków – stał mój biedny porzucony (?) Garbaty. Jedynie obecność strażnika powstrzymała mnie przed przypadnięciem mojemu skarbowi do maski i okryciem go gradem pocałunków. Kiedy do niego wsiadłam, zrobiło mi się ciepło na sercu.

-”Jestem już Garbieńki i nie dam ci zrobić krzywdy…”- wymamrotałam, nie zwracając uwagi na zdziwiony wzrok strażnika.

-”Wygląda pani, jakby pani odzyskała utracony skarb”- powiedział

-”Każdy garbusiarz ma w sobie coś z wariata”- odparłam-” Nie słyszał pan o tym?”-

-”Słyszałem, ale się jeszcze z tym nie spotkałem”- powiedział w zadumie…

W czasie, kiedy Mąż mocował hol, ja obmacawszy mojego odzyskanego ukochanego Garbusa, zaglądnęłam do silnika, pogmerałam w nim (z miną znawcy i niepewnością w sercu) i samochód odpalił. Rozczulił mnie tym, to dopiero niezawodność. Ujechałam jednak może z 200 metrów i koniec. Zdechło. Tak więc mąż powrócił do mocowania holu… W tzw. międzyczasie zaczął lać potężny deszcz, jak na zamówienie. Jakby niebo się otwarło. Natychmiast zmokliśmy jak przysłowiowe kury. Kiedy siadłam do Garbiego – z miejsca fiknęłam kozła do tyłu… Siadłam bowiem na „gibającym” się siedzeniu zastępczym (moje zostały wyciągnięte z samochodu „na okoliczność” remontu). Jako że siedzenie nie było przymocowane i nie pasowało do garbusa, czułam się jak na fotelu bujanym…

Zanim mnie mąż doholował do domu, hol zdążył nam się zerwać ze dwa razy, parę razy gibnęłam się na nieprzymocowanym siedzeniu do tyłu, nakrywając się nogami i spódnicą, raz omal nie umarłam ze strachu na skrzyżowaniu, widząc pędzącego na mnie TIR-a… A wszystko przez jakiegoś….(i tu następuje cenzura wypowiedzi) urzędnika, który nie potrafi odróżnić VW Garbusa od VW Golfa, a któremu statystyka musiała się zgadzać.

No i zresztą KTO mógł TAKI samochód pomylić z jakimś … golfem??

Garbaty po przeżyciach parkingowych – w drodze na kolejny Zlot 😉