Z cyklu Zaproszenia – spacer śladami Von Wintera

Parę lat temu zainteresowałam się bardzo wyjątkową postacią w historii Gdańska. Chodzi o Leopolda von Wintera, nadburmistrza, czynnego w XIX wieku.

Nawiązując do mojego artykułu, zdecydowanie nie ma szans na to, by pojawiła się jakakolwiek tablica na budynku przy ul. Garbary, gdzie mieszkał. Oczywiście, ktoś zakrzyknie, że przecież ten prawdziwy budynek legł w gruzach w 1945 roku, jak i cały Gdańsk. Ale wypadałoby by odpowiednie agendy miasta WRESZCIE porozumiały się ze wspólnotą, czy też właścicielem sklepu, celem posadowienia na murze stosowanej tabliczki. Ciekawe, że w Toruniu jakoś potrafią…

Tłumaczenia, że von Winter Prusakiem był, i że lepiej poszukać jakichś polskich, słowiańskich bohaterów, a nie tych „Niemców polakożerców” (bo i takie infantylne maile także dostawałam po moim artykule!!!) – doprawdy są rodem z piaskownicy i dobitnie świadczą o poziomie wypowiadających się.

Tym bardziej więc cieszy, że Arek Zygmunt wymyślił, a Ewa Jaroszyńska rozpropagował, kolejny spacer.

Po sukcesie spaceru Primaaprilisowego, teraz kolej na świętowanie urodzin Leopolda.

A więc – trójmiejscy przewodnicy licencjonowani zapraszają na spacer w sobotę, 24 stycznia, o godzinie 11:00. Spotkanie w Gdańsku oczywiście, na skrzyżowaniu ulic Ogarnej i Garbary. 

Warto tam być, bo po prostu wypada 😉

Wypada złożyć hołd Człowiekowi, który wprowadził Gdańsk w nowoczesność. A o jego współpracowniku – Edwardzie Wiebe też będzie można się co nieco dowiedzieć 🙂

Dżuma w Gdańsku 1709

Słowo „dżuma” źle się kojarzy…

Do dzisiaj, o kimś nie uznawanym w towarzystwie, mawia się „zadżumiony”.

Wspominając tę straszną chorobę, przede wszystkim mamy na myśli „Dżumę” Camus’a; także „Czarną Śmierć” z połowy XIV wieku. Dzisiaj zdaje się być czymś bardzo odległym i już nieco dla nas nierealnym. Ale dżuma istnieje, jest i od czasu do czasu w prasie można znaleźć o niej wzmianki…

Dla Gdańszczan w swoim czasie to było jak najbardziej realne doświadczenie i dla bardzo wielu – ostatnie doświadczenie ich życia…

Życie ludzkie w przeszłości było niesłychanie nietrwałe. To niefortunne określenie, ale faktem jest, iż było tak niepewną „inwestycją”, że dzieci – tak często umierające w niemowlęctwie – nie były nawet ujmowane w annałach rodzinnych. Szkoda było inkaustu i miejsca na stronicach kronik.

Śmierć była wszechobecna.

O ile jednak godzono się ze śmiercią wynikającą ze starości, choroby, czy wojny, o tyle śmierć w wyniku zarazy była czymś niezrozumiałym i nieprzewidywalnym.

Była straszna.

Była jak grom z nieba. Długo też wszelkie zarazy, jakie dotykały Stary Kontynent, traktowano w kategoriach „Gniewu Bożego”.

Dżumę znano od dawna. Zwana była „czarną śmiercią”, „gorączką buboniczną”, „morem”, „czarnym powietrzem”, i bano jej się bodaj czy nie najbardziej ze wszystkich zaraz, jakie nawiedzały kontynent.

Ta straszliwa choroba przetaczała się przez Europę od VI wieku, powodując znaczne jej wyludnienie. I pozostawiając ślad nie tylko świadomości i pamięci historycznej kontynentu, ale też w zwyczajowości. Takim najpopularniejszym śladem po dżumie – jest dzisiaj powiedzenie „na zdrowie”, gdy ktoś kichnie. Wiele osób bowiem umierało podczas kichnięcia (to w postaci płucnej dżumy – łac. pestis pneumonica).

W latach 1347/48 – 1352 dżuma zabrała około 1/3 całej populacji europejskiej

Epidemie więc stanowiły prawdziwy kataklizm.

W takich też kategoriach traktuje się do dzisiaj dżumę, jaka nawiedziła Gdańsk w roku 1709.

W wyniku epidemii trwającej od lipca do listopada tego roku, zmarło w mieście i na przedmieściach ponad 30 tysięcy osób. To duża liczba, zważywszy, iż miasto wtedy liczyło ponad 50 tysięcy mieszkańców, do tego mieszkańców przedmieść mogło być około 20 tysięcy, więc dżuma zabrała prawie połowę ludności Gdańska.

Z analiz ówczesnych zapisków wiadomo, że powstanie „morowego powietrza” powszechnie wiązano z bitwą pod Połtawą. Kiedy niepochowane trupy poległych zaczęły się rozkładać – powietrze zatrute zostało przez „trupi odór”. Do ostatniej chwili jednak wierzono, iż epidemii nie będzie. Zima tego roku trwała nadzwyczaj długo, i była nadzwyczaj ostra. Powszechnie panowało przekonanie, że mrozy, które trwały od grudnia, skutecznie uniemożliwią rozprzestrzenienie się jakiegokolwiek zagrożenia.  Jednakże mniema się iż to zima właśnie zdemobilizowała przygotowania do odparcia zarazy.

Bitwa pod Połtawą nie była przyczyną samą w sobie powstania epidemii.  Epidemie „przetaczały się” przez Europę w XVIII wieku w latach 1702 -1716. W 1708 roku zaraza pojawiła się w Płocku, Chełmnie, Toruniu, Grudziądzu i w Bydgoszczy. Jeśli szukać winnego – to upraszczając – cała tzw. Wielka Wojna Północna może być obarczana winą za rozprzestrzenienie się zarazy.

Zarazy dla Gdańska nie były nowością, bowiem jako miasto portowe nawiedzany był przez nie mniej więcej, co kilkanaście lat.

Dżuma z 1709 roku jednak była dla mieszkańców zaskoczeniem. Od przeszło 50 lat nic takiego nie „spadło” na miasto. Informacje o epidemiach przekazywane były jedynie przez starsze pokolenie i traktowano je jak mroczne legendy przeszłości. Tym większa panika wybuchła, kiedy nastąpiło zderzenie z realiami.

Starano się wprowadzić opiekę lekarską, zabezpieczać przed szerzeniem się choroby, organizować życie miejskie w tym specyficznym czasie. Zabroniono hodowli trzody w mieście a także nakazano zbieranie odpadów z ulic i usuwanie padliny. Można powiedzieć, że poniewczasie – ale jednak – zabrano się za stronę sanitarną miasta.

Dla nas ówczesne metody zapobiegania i walczenia z zarazą mogą wydać się (i wydają się) śmieszne, czasem wręcz budzą grozę. Ale w XVIII wieku metody te uchodziły za powszechne i …  nowoczesne.

Zalecano więc dużo ruchu na świeżym powietrzu, wręcz nakazywano pracę fizyczną; do tego dobrze było okadzać się dymem – stąd na rycinach i przedstawieniach malarskich z tego okresu widzimy tyle postaci z fajkami w zębach. Również doradzano okadzanie domostw. Do tego używano siarki, smoły, jałowca, lub wysuszonego końskiego nawozu. Ale nie gardzono także żywicą, czy saletrą. W bogatych domach (podobnie jak w wieku XIV) dawano dzieciom do ssania srebrne łyżeczki – wierząc w moc srebra. Popularne były amulety z perłami i szmaragdami. Spuszczano krew, stosowano lewatywy. By „wzruszyć stające powietrze” – stosowano proch strzelniczy, więc w tym też czasie wiele domów straciło okna, drzwi czy dachy.

Zajadano się czosnkiem, używano liści bobkowych, stosowano tzw. angielski korzeń, czyli Arcydzięgiel Litwor.

 

Dzisiaj także stosowany jest w lecznictwie jako:

„środek rozkurczający i aromatyczno-gorzki w zaburzeniach trawienia. Ponadto jako łagodny środek moczopędny, napotny, wykrztuśny i uspokajający. Olejek stosowany bywa do nacierań jako środek łagodzący nerwobóle i bóle reumatyczne. Znaczne ilości surowca używane są do wyrobu likierów i wódek gatunkowych. Młode ogonki i łodygi odpowiednio usmażone używane są w przemyśle cukierniczym przy wyrobie keksów i do dekoracji tortów i mazurków”

Powszechnie też stosowano ocet tak do wdychania jak i do obmywań, oraz skórkę pomarańczy czy mirrę.

Także tabaka miała popyt – aczkolwiek bano się kichać, pamiętając przekazy o zarazach z dawniejszych czasów…

Jeśli chodzi o żywienie – to zalecano dietę lekkostrawną – a więc drób i cielęcinę, gotowane ryby, i dużo owoców. Przestrzegano przed spożyciem mleka, nie zabraniając wszakże spożywania nabiału. Ponieważ powszechnie uważano, iż picie wódki zwiększa wchłanianie „złego powietrza”, zalecano picie grzanego piwa. Do napojów radzono dodawać dużo soku z cytryny.

Na obrzeżach miasta zakładano szpitale dla zadżumionych. Cechy obejmowały systemem opieki swoich członków. Nierzadkie stały się też przypadki adopcji osieroconych niemowląt.

Dla statków przypływających do portu zastosowano 8-dniową kwarantannę na redzie.

U chorych z rozpoznaniem dżumy – stosowano bolesną „kurację” – a mianowicie nacinanie wrzodów. Wiedziano, iż ten rodzaj dżumy (pestis bubonica) wylęga się w organizmie w ciągu 2 do 7 dni od ukąszenia. W tej bowiem postaci dżumy to pchły żerujące na zarażonych szczurach, a raczej ich ukąszenia, są przyczyną rozprzestrzeniania się tej straszliwej choroby.

Jako że pchły nie żerują na koniach, te nie chorowały, ani też nie zapadali na dżumę buboniczną ludzie mający stale do czynienia z końmi. I dlatego też na wszelkich rycinach czy obrazach przedstawiających epidemię dżumy, wśród częstych przedstawień martwych psów czy kotów – konie są jak najbardziej żywe – ciągną wozy ze zmarłymi. Widać zapach końskiego potu, a może uryny – skutecznie odstrasza pchły (do tego odkrycia doprowadziły niedawne badania nad zarazą w Marsylii).

Popularne było też okadzanie dymem bursztynowym – czyli kadzidło. Zaobserwowano iż szlifierze bursztynu nie zapadali na zarazę … Ale to już materiał na zupełnie inną opowieść.

Jednym ze sposobów pochłaniania „złych toksyn” miało być wkładanie kawałka świeżego chleba w usta zmarłych. Jednakże zdarzały się przypadki sprzedaży takiego chleba biedocie, przez pachołków odpowiedzialnych za wynoszenie zmarłych.

Gdańsk nie zamknął bram podczas zarazy, nie zabrakło też dostaw żywności do miasta. Tak więc, przy całym nieszczęściu, ludzie nie zostali dodatkowo skazani na śmierć głodową. Żywność dla miasta dostarczano z okolic Zblewa w poniedziałki, środy i piątki. Rozdział chleba pod bezpośrednim nadzorem kierownika Urzędu Dobroczynności, dla biedoty był bezpłatny.

Przez cały czas trwania epidemii Gdańsk starał się utrzymywać kontakty handlowe z tzw. światem zewnętrznym. Wydano nawet specjalne zarządzenie, aby nikt nie ważył się pisać o nieszczęściach, jakie dotknęły miasto. Kto by zaś napisał w liście o prawdziwych rozmiarach moru miał być ukarany. Kary za opisywanie sytuacji w mieście były dotkliwe – od kary pieniężnej poprzez areszt aż do kary śmierci włącznie.

W czasie trwania zarazy odbywały się targi – nie odwołano Jarmarku Dominikańskiego, Dwór Artusa nie został zamknięty.

*/*

Każdy, kto zaobserwował u siebie objawy choroby – miał zgłosić się do „rejonowego” chirurga, który zobowiązany był nieść pomoc. Chorym zabraniano opuszczać domostwa, których jednak nie znaczono już krzyżami, jak to robiono podczas poprzednich epidemii.

Ludzie panicznie bali się gorączki (strach przed gorączką pozostał do dzisiaj), bowiem tak właśnie zaczynała się choroba. Chorego ogarniały dreszcze i silne poty i skarżył się na ból głowy nie do wytrzymania. Następnie – około drugiego dnia – następowało bolesne powiększenie węzłów chłonnych. Wierzono, że pęknięcie nabrzmiałych węzłów – jest równoznaczne z „ujściem” choroby. Starano się nawet ów proces przyspieszyć – stosując różne plastry rozgrzewające.

Faktycznie – nierzadkie były przypadki wyzdrowienia po takiej drakońskiej kuracji (tu polecam książkę „Forever Amber” Kathleen Winsor, a także Dzienniki Samuela Pypes’a – szczegółowo i bardzo dramatycznie opisują dżumę, jaka nawiedziła Londyn w 1665 roku).

 

Na powyższym obrazku – widać jak ubierali się lekarze w czasach dżumy – w „dziób” wkładano szmatki nasączone bądź wonnymi olejkami bądź perfumami by zniwelować odór rozkładających się ciał. Zdjęcie pochodzi ze strony Wikipedii, ponieważ innego nie mogłam znaleźć.

Miasto opłacało 15 chirurgów do leczenia chorych (fizycy, czyli dyplomowani, raczej nie zapisali się chwalebnie i o nich nie będę wspominać).

Ponadto – jak wyżej wspomniałam – na obrzeżach ustanowiono szpitale i cmentarze. Z tego czasu właśnie pochodzi nazwa Dom Zarazy w Oliwie, kiedy to w Domu Bramnym urządzono lazaret dla mieszkańców okolicy.

Szpitale, jakie działały w mieście, to dzisiaj jedynie miejsca na mapie. A było ich parę. Lazaret (dzisiejsza ul. Dyrekcyjna) i Sierociniec, szpital na Siedlcach (dzisiaj okolice ul. Skarpowej), Bastiony: „Ryś”, „Wół” i „Lew”, Góra Gradowa.

Pochówki objęte zostały surowymi ordynacjami. Należało odczekać dobę przed pogrzebem. Długo bowiem opowiadano sobie, jak o cudzie, o przypadku woźnego Gimnazjum Akademickiego, który odzyskał przytomność już na wozie z trupami. Ocalał i wyzdrowiał, co uważano za oznakę przychylności niebios.

Pochówki odbywały się bez trumien, grzebano ciała w masowych grobach. Rzadko zezwalano na grzebanie w obrębie murów miejskich w obawie przed szerzeniem się „złego powietrza”, ale też ze względów estetycznych – bowiem „trupi odór” faktycznie był nie do zniesienia. Już i tak trupy rozkładały się na ulicach. A trzeba pamiętać, że główne uderzenie epidemii przypadło na lato. A grabarzy było aż … sześciu dla miasta i sześciu poza nim. Zwyczajnie nie nadążali z pochówkami.

Już w lipcu cmentarz dla ubogich przy kościele Bożego Ciała nie mieścił pochówków. Decyzją rady więc powstały nowe miejsca grzebalne – na Rudnie, a prawidłowo: Knipawie (nieopodal Bramy Żuławskiej – dzisiaj nie istnieje), w okolicy Siedlec, oraz w okolicach Bramy Oliwskiej (okolice dzisiejszego cmentarza garnizonowego).

Chowano zmarłych, jak wspomniałam, w grobach masowych – które zasypywano dopiero po wypełnieniu. Cmentarze te nie istnieją, pozostały najwyżej w świadomości tzw. miejscowej.

Tropienie „cmentarzy zarazy” – to dzisiaj jeden z częstych elementów tzw. ciemnej turystyki – obejmującej nie tylko miejsca kaźni czy mordów, ale właśnie takie pozostałości po dawnych plagach i zarazach. Przyznać jednak trzeba, że w wielu rodzinach (nie tylko polskich) do dzisiaj istnieje tradycja (przekazywana z pokolenia na pokolenie) składania kwiatów na obcym grobie lub na miejscu dawnego cmentarza – bo w ten sposób niejako składa się ofiarę pochowanemu w zapomnianym grobie przodkowi. Jest to pozostałość właśnie po epidemiach.

Zaraza z roku 1709 zaczęła wygasać w listopadzie – i zaobserwowano wtedy masowy powrót ptaków do miasta (uciekły zaraz na początku kataklizmu).

Oficjalnie oznajmiono o wygaśnięciu zarazy na początku kwietnia roku następnego. Zaś na dzień 27 kwietnia wyznaczono Dzień Dziękczynienia.

Oblicza się, iż w wyniku zarazy – w mieście zmarło około 22 100 osób na ogólną liczbę zmarłych 24 533. To niemal połowa mieszkańców. Do tego dodaje się liczbę 8 tysięcy zmarłych na przedmieściach – przy zaludnieniu tychże w wysokości około 20 tysięcy.

Tak wiec całość ofiar zarazy daje nam liczbę ponad 30 tysięcy. Jak na owe czasy i jak na ówczesną liczebność miast – to ilość zastraszająca.

Gdańskowi nie dane już było się podnieść z upadku spowodowanego „morowym powietrzem”. A i czasy nie były sprzyjające – był to czas wojen i niepokojów. To dosłownie i w przenośni był kres świetności Złotych Wrót Rzeczypospolitej.

* / *

To jest nieco zmieniony artykuł, jaki zamieściłam niegdyś w internetowej  „Akademii Rzygaczy”.  Z braku czasu na „kopanie” w źródłach i pisanie – mogę tylko uzupełnić tekst. Uzupełnienia i poprawki redakcyjne pojawiły się po sesji, jaka miała miejsce w maju zeszłego roku (21-22 maja 2009) w trzechsetną rocznicę zarazy. Sesja miała miejsce w Dworze Artusa i miała tytuł „Dżuma, ospa, cholera„.

Nathaniel Mateusz Wolf

Patrząc na Biskupią Górkę, widzimy wieżę i zabudowania dawnego schroniska młodzieżowego, obecnie zaanektowanego przez policję.

Tylko tyle.

Nie zdajemy sobie sprawy, pędząc do lub z pracy, że tam – w roku 1781 – powstała “dostrzegalnia gwiazd”. I że stała do roku 1818. Nie wiemy też często o tym, że tam też, jeszcze czas jakiś po II wojnie światowej (co opisał prof. Jan Kilarski), znajdował się grób tego, dla którego ową dostrzegalnię zbudowano.

Nataniel Mateusz Wolf.

Astronom Wolfhttp://www.astrotczew.org/?q=node/208

Ekscentryk i oryginał, noszący własne włosy – ufryzowane i z harcapem (wtedy jeszcze nie całkiem popularnym). Astronom. Lekarz. Znany i szanowany w mieście, do którego przeniósł się po I rozbiorze Polski, by nie być poddanym pruskim. Prekursor stosowania surowicy do szczepień przeciwko ospie.

Lekarz nadworny marszałka wielkiego koronnego, Stanisława Lubomirskiego, a także generalnego starosty ziem podolskich – Adama Kazimierza Czartoryskiego. Po mianowaniu tegoż na komendanta Korpusu Kadetów, Wolf został generalnym lekarzem wojsk polskich.

Wolf – niegdyś znany i uznany.

Dzisiaj – zapomniany i nieupamiętniony.

Był synem chojnickiego aptekarza. Urodził się w Chojnicach w roku 1724, zmarł w Gdańsku w roku 1784, podczas epidemii grypy.

Ale zanim nastał rok 1784 – były lata wytężonej pracy nad sobą i dla innych.
Ojca stracił wcześnie, i byłby pewnie przejął po nim aptekę, gdyby nie głód wiedzy. Pociągała go medycyna, filozofia, matematyka i astronomia. Studiował w Jenie, w Lipsku, potem w Halle. Nienajlepsza kondycja finansowa, w jakiej się początkowo znajdował, odbiła się na jego zdrowiu. Zachorował na gruźlicę, wtedy nazywaną suchotami. Dopiero stypendium ufundowane przez biskupa warmińskiego Adama Grabowskiego, pomogło mu przetrwać studia. W Erfurcie uzyskał dyplom uniwersytecki.

Po raz pierwszy pojawił się w Gdańsku w roku 1749. Duża konkurencja i niechęć środowiska lekarskiego, a także brak stosownych znajomości (skąd my to znamy?)spowodowały, że długo tu nie zabawił. Chyba jednak urodził się był pod szczęśliwą gwiazdą, bowiem dostał posadę nadwornego lekarza Stanisława Lubomirskiego. Marszałek wielki koronny był chory na gruźlicę, zaś od dziecka słabowity. Potrzebował więc stałej opieki lekarskiej. Nataniel zaś, jako człowiek z natury życzliwy i dobry, z całym oddaniem tę opiekę sprawował.

Praca dla tak znamienitego pacjenta zaowocowała zarówno stabilizacją finansową, jak i popularnością, która sięgnęła aż na dwór szwedzki.
Doktor Wolf, po rozstaniu z Lubomirskim w roku 1761, został lekarzem nadwornym Adama Kazimierza Czartoryskiego. Pan generalny starosta ziem podolskich pochodził ze zdrowej rodziny, a ponadto był o 10 lat młodszy od swego medyka.

Prowadził dom otwarty, należał do twórców Teatru Narodowego, parał się zarówno teorią jak i krytyką literatury. U księcia bywało wiele znanych nazwisk epoki. Ba! Nawet sam Casanova (który n.b. o doktorze Wolfie wyrażał się per “kreatura” – a to za sprawą pewnego paskudnego żartu doktora).

Król Stanisław August Poniatowski, sam będąc również pacjentem Nataniela, nobilitował go w roku 1768. Akt nobilitacji przywiązał syna chojnickiego aptekarza do Polski bardzo szczerze i do końca życia.

Wolf, wraz ze swoimi chlebodawcami podróżował, bywał. Swoboda finansowa, jakiej doświadczył, a także doskonałe zdrowie księcia Adama, pozwoliły mu na zajęcie się swoja pasją. A tą była astronomia.

Kiedy książę Czartoryski został komendantem Korpusu Kadetów, Nataniel objął tam stanowisko generalnego lekarza wojsk polskich.

W roku 1769 jednak – Wolf opuścił Warszawę. Podobno zmusiła go do tego choroba. Dość, że trochę podróżował, m.in.. do Anglii, by wreszcie osiąść w …Tczewie. Przypuszcza się, iż miał tam rodzinę. No, bo jakież inne względy mogły zagnać znanego lekarza do prowincjonalnego miasta. A może pragnienie ciszy i spokoju dla kontynuowania swoich ukochanych badań astronomicznych… Tego się już pewnie niestety nie dowiemy.

Rok 1772, a więc rok pierwszego rozbioru Polski, wygonił go z sennego Tczewa, zagarniętego przez Prusy. Szczerze oddany Polsce, w której przecież zrobił karierę i odniósł sukcesy, wyjechał do Gdańska, wtedy jeszcze pozostającego przy Polsce. Tutaj z listami polecającymi trafił pod łaskawą i życzliwą opiekę opata cystersów oliwskich, Jacka Rybińskiego. Jemu też zawdzięczał pierwsze i całkiem wygodne lokum w Gdańsku. Na drugim piętrze domu na rogu ulicy Garncarskiej i Targu Drzewnego. Dom ten w latach 1436 – 1831 był własnością cystersów oliwskich. Tutaj w narożnym pokoju doktor Wolf urządził sobie obserwatorium, sprowadzając do niego nowoczesne przyrządy astronomiczne.

Wciąż żądny wiedzy i wymiany doświadczeń – związał się z Gdańskim Towarzystwem Przyrodniczym (utworzonym przez Daniela Gralatha). Został powołany na członka Royal Society w Londynie. Publikował, badał, leczył, dokształcał się.

W mieście dał się poznać, jako dobry i nowoczesny lekarz, i stał się popularny. Zajmował się nie tylko leczeniem i swoją ukochaną astronomią, ale też systematyką roślin, a także kolekcjonowaniem rzadkich okazów muszli i minerałów.

W tym też czasie, Towarzystwo Przyrodnicze zakupiło na Biskupiej Górce miejsce pod budowę obserwatorium, które Nataniel był gotów tak sfinansować, jak i wyposażyć.

Kiedy w Gdańsku zaczęto mówić o pierwszych szczepieniach przeciwko ospie – dokonywanych w zachodniej Europie, dr Wolf stał się gorącym ich zwolennikiem. W końcu Rada, w dniu 27 maja 1774 wydała zezwolenie na szczepienia, ale wyłącznie poza miastem (ze względów bezpieczeństwa).
Napisałam “w końcu”, bowiem w mieście rozgorzała prawdziwa dyskusja nad celowością i bezpieczeństwem szczepień. Jedni odwodzili iż to wręcz zbrodnia, drudzy ostrzegali przed gniewem bożym, inni zaś z lubością cytowali zagraniczne pisma donoszące o sukcesach szczepień. Wbrew jednak stanowisku środowiska lekarskiego, które generalnie było przeciwne szczepieniom, nieufne wobec nowinek, pomysł wzbudził zainteresowanie. Ospa była w tych czasach jedną z najgroźniejszych chorób, pojawiała się co kilka lat i powodowała ogromną śmiertelność, zwłaszcza wśród dzieci.

Bogate mieszczaństwo gdańskie, obyte i wykształcone, okazało się podatne na nowinki medyczne, i coraz częściej dopytywało o szczepienia dla swoich dzieci.

Pierwszym, który zdecydował się na eksperyment, był Christian Henryk Trosiener. Kazał zaszczepić swoje trzy córki. Jedynym lekarzem, który gotów był to szczepienie przeprowadzić, był Nataniel Wolf.

Wiadomość o tym, jak technicznie przebiegało owo szczepienie i na czym polegało, zawdzięczamy pamiętnikowi jednej z panien Trosiener, Joannie (od 1785 roku pani Schopenhauer, przyszłej matce filozofa). “Gdańskie Wspomnienia Młodości” – zawierają wiele informacji zarówno o życiu w mieście, jak i o ekscentrycznym lekarzu. Są ciepłe i pełne nostalgii.

Wracając do naszego doktora Wolfa, szczepienie się “przyjęło” i dziewczynki Trosienerów stały się przykładem dla innych. To wzmocniło prestiż lekarza oraz jego popularność w kręgach bogatego mieszczaństwa.

W 1781 roku powstała na Biskupiej Górce “dostrzegalnia gwiazd” a Nataniel wyposażył ją w sprzęt, jakbyśmy dzisiaj to nazwali – najnowszej generacji.
Niestety, nie dane było panu Wolfowi cieszyć się długo swoją “dostrzegalnią”. Zmarł podczas epidemii grypy w grudniu 1784, niosąc cały czas pomoc chorym i potrzebującym. Prawdopodobnie, organizm osłabiony gruźlicą, nie wytrzymał choroby.

To jednak nie koniec opowieści o doktorze z harcapem.

Otóż, prawdopodobnie, czując swój koniec, zawczasu przygotował się do podróży stąd do wieczności. Miastu zapisał obserwatorium wraz z wyposażeniem oraz kwotę 4 tysięcy dukatów, na funkcjonowanie tegoż. Stworzył tym samym fundację do badań astronomicznych w Gdańsku. Sam zaś zażyczył sobie spocząć w specjalnej dębowej kapsule, wypełnionej roztworem o składzie “podobnym do formaliny”, co miało zmumifikować zwłoki. Pochować się kazał koło ukochanego obserwatorium. Testamentem zezwolił na otwarcie grobu po 100 latach.

Niestety, w roku 1813, generał Rapp – podczas oblężenia Gdańska nakazał rozebranie obserwatorium. Zarówno grób Wolfa, jak i pomnik na nim, choć uszkodzone, ocalały z oblężenia. Jednak kiedy zdecydowano się już w roku 1869 otworzyć grób lekarza i astronoma, stwierdzono iż, w kapsule-trumnie zachowały się same kości. Najprawdopodobniej podczas oblężenia 1813 roku wyciekł z uszkodzonej trumny płyn konserwujący…

Zanim pochowano szczątki w miejscu poprzedniego grobu, wykonano gipsowy odlew czaszki lekarza i przekazano Towarzystwu Przyrodniczemu. To zaś, po otrzymaniu odszkodowania za zniszczone na Biskupiej Górce obserwatorium, – w roku 1845 – przeniosło się do domu, zakupionego przy ulicy Mariackiej, i tam otworzyło nowe obserwatorium, które działało do ostatniej wojny. Teraz, w tym budynku mieści się Muzeum Archeologiczne.
Zaś po grobie Mateusza Wolfa, poza krótka notatką profesora Jana Kilarskiego, nie pozostał ślad.

I próżno szukać jakiegokolwiek tropu na Biskupiej Górce, która stała się dzielnicą zupełnie nie przystającą do marzeń doktora.

Tekst jest mojego autorstwa – zamieszczony czas jakiś temu na stronach Akademii Rzygaczy.

wykorzystałam:

1. Gdańskie wspomnienia młodości – Joanny Schopenhauer

2. Wielka Księga Miasta Gdańska

3. notatki mojego Taty – Wojciecha Czaykowskiego