Śmierdziel

„Przewróciło się, niech leży”…..

Elektryczne Gitary śpiewają hymn mojej rodziny – a właściwie mój…

Słowa – zwłaszcza te, że może coś wybuchnie… przypomniały mi… śmierdziela…

Śmierdziel, to inaczej zielony kurczak… to nowa odmiana kulinarna. Koniecznie musi być świeży, niepatroszony i schowany na dolnej półce w lodówce, i na dodatek – w worku foliowym.

Kurczaka takiego odkryłam kiedyś w swojej własnej lodówce, zmobilizowana telefonem mojego Taty. Zadzwonił z wczasów, na jakie szczęśliwie go wypchałam z Mamą i co samo w sobie było ewenementem na skalę światową.

No więc zadzwonił późnym wieczorem, wyraził uprzejme zdziwienie zastając mnie w domu (byłam wtedy studentką, a wiadomo, że studenci z zasady nie siedzą w domu), a następnie wyraził uprzejme zaciekawienie stanem zwłok w lodówce, a także moim stanem, po patroszeniu tychże.

Mnie też to zaciekawiło, zważywszy, że do lodówki nie zaglądałam od wyjazdu Rodziców. Co było … czas jakiś temu… Powód był prosty, otóż lato było przecudne, pogoda była niczym zaproszenie do życia, toteż, co rano brałam do samochodu Dyzia (to był pies bokser z chamską mordą i gołębim sercu, ale o tym ostatnim mało komu udawało się przekonać, bo porażało chamstwo, w postaci wyszczerzonych kłów i warkotu, gdzieś z dna brzucha). No więc brałam do samochodu Dyzia, tzw. suchy prowiant i…. wracaliśmy późnym wieczorem.

Potem szłam do wspaniałej knajpy niedaleko domu, gdzie w towarzystwie dawnych kolegów i koleżanek z podwórka wytańcowywałam kalorie. Lodówka nie była mi więc potrzebna. Żywiliśmy się byle jak, byle czym i byle gdzie.

Koniec dygresji.

Wracając do tematu: wyraziliśmy sobie z Tatą przez telefon różne zdziwienia na różne tematy, w tym na temat wytrzymałości psychicznej mojego Taty na owych wczasach z Mamą, a następnie przeszliśmy do tak zwanego meritum. Na pytanie jak tam kurczak, odparłam, że nie znam. No, bo nie znałam.

Tata pomilczał chwilę, chyba nie bardzo wierzył jeszcze w taką beztroskę swojej jedynaczki, poczym zapytał ostrożnie, kiedy ostatni raz zaglądałam do lodówki. Powiedziałam zgodnie z prawdą, że w dniu ich wyjazdu, co było tydzień temu. Po tamtej stronie słuchawki znów zapadła cisza. Następnie Tata poradził mi, żebym zajrzała teraz zaraz.

Położyłam słuchawkę na fotelu (to były czasy prehistoryczne, kiedy nikt jeszcze nie myślał o telefonach komórkowych. Telefony były stacjonarne i z kablem) i posłusznie udałam się do kuchni. Uchyliłam drzwi lodówki i poraziło mnie.

Widok był wstrząsający.

Na półce leżał temat rozmowy… Kurczak o nader intrygującym kolorze – zielono-sino–jesiennym (tzw. sino-koperkowy-róż), i raczej mało przypominał produkt spożywczy. Zapach był jeszcze bardziej wstrząsający niż widok. Zamknęłam lodówkę, wróciłam do telefonu i zgodnie z prawdą zeznałam do słuchawki:

„Tato, tam faktycznie jest kurczak, tylko jakoś taki… Siny cały”

Tato  ze stoickim spokojem odrzekł:

„Zsiniał z zimna… Zrób coś z tym, zanim wrócimy, bo matka cię zabije.”  i rozłączył się. Już bez uprzejmości.

Mieli wrócić tak niedługo jakoś… Postanowiłam nie czekać. Odłożyłam słuchawkę i popadłam w zadumę. Kurczak wydzielał z siebie dość intensywną woń, powszechnie określaną jako „smród zabijający”.

Nie mogłam pozwolić, żeby nie daj boże, kurczak doczekał powrotu mojej Mamy. Wtedy, zgodnie z przewidywaniami Taty,  podzieliłabym niechybnie los kurczaka.

Ponieważ nie było koszmarnie późno, a i wódeczność jakaś była w domu, wzięłam pod pachę butelkę, i zeszłam do sąsiadki piętro niżej.

„Kicia, chodź, pomóż mi, bo mam trupi problem w domu.”

Kicia należała do osób, które chętnie pomagały sąsiadkom, a widok butelczyny w moich dłoniach, wyraźnie ją ożywił i spotęgował chęć niesienia pomocy. Kiedy raźno ruszyła ku moim drzwiom powstrzymałam ją :”Na trzeźwo nie przeżyjesz…” powiedziałam z przekonaniem podając jej butelkę.

„Znaczy jak przed atakiem na wojnie?” wzięła butelkę i odkręciła zakrętkę. Usiadłyśmy na schodach, pociągając po kolei z „gwinta”. Pokrótce zrelacjonowałam sytuację. Kicia słuchała spokojnie, w końcu odezwała się: „daj poniuchać tego trupa.”

Weszłyśmy do mieszkania i zaprezentowałam jej mój problem. Leżał spokojnie w lodówce, tam gdzie dotychczas, w tej samej pozycji, koloru także nie zmienił. Kicia gwałtownie zamknęła lodówkę. „No fakt, jest problem, pachnie też tak jakoś… problematycznie.”

Po opróżnieniu całej butelki alkoholu, problem właściwie przestał dla nas istnieć… Znalazłyśmy gumowe rękawiczki, otworzyłyśmy okno od strony podwórka. ”Dawaj trupa” – zarządziła Kicia „Rzucisz go za okno, ciemno i nikt nie zauważy. On się zneutralizuje… ekologicznie …”

Miałam siłę, bo jako córka lekkoatletki musiałam uprawiać sport. Kiedyś tego nie znosiłam, a teraz mi się miało przydać…

Przyniosłam więc inkryminowanego kuraka, uprzednio zatkawszy sobie nos chusteczką umoczoną w perfumach. Oczywiście perfumach mojej Mamy. „Reve d’or”. Zapach anielski, może jednak niekoniecznie w połączeniu z wonią nie patroszonego przez tydzień drobiu.

Zamachnęłam się mocno, (moja matka uczyła mnie kiedyś pchnięć kulą i rzutów dyskiem. Byłam w tym dobra…) i rzuciłam w ciemność, mgliście myśląc (no po tej ilości wlanej w siebie wódki, mogłam myśleć WYŁĄCZNIE mgliście…), że jakoś nie usłyszałam pacnięcia trupa na podwórku. A że teren do rzutów był taki mało rozległy, znowu wyłącznie mgliście pomyślałam, czy nie dorzuciłam na dach młyna, albo do Autoremontu za płotem (takie to ciekawe ssąsiedztwo mieliśmy: z jednej stony Autoremont, a z drugie – młyn raczący nas tak myszami, jak i odgłosami całonocnej pracy). Jako, że nasze sasiedztwo bylo nieodległe, zaciekawiło mnie to, ale znowu – wyłącznie mgliście… Niemniej jednak podzieliłam się myślami z Kicią, na co machnęła ręką : „Przecież i tak jest już za późno, a nie będziesz leciała go szukać… Jest ciemno”.

Rozstałyśmy się z Kicią w doskonałych humorach i dobrze na gazie, wyrażając wobec siebie nadzieje, że przecież śmierdziel jednak na pewno nie doleciał do Autoremontu, który był o tzw. rzut beretem. Tfu, raczej kurczakiem…

Nazajutrz, po spacerze z psem (bardziej biegu za psem, niż spacerze…), postanowiłam zatankować samochód i pojechać w  świat, który znowu nęcił prześlicznym porankiem.

Stacja benzynowa była pod domem (bardzo ekologicznie) i Autoremont też, więc ani z zatankowaniem  ani z  ustawieniem świateł nie było problemu.

No, tym razem był problem… Kiedy weszłam do Autoremontu, jeden z pracowników konfidencjonalnie odezwał się do mnie:  ”Pani Kaju, pani tam nie idzie, tam capi.”

„Co robi?” nie zrozumiałam

„Capi” powtórzył. „czyli śmierdzi. Jakieś ścierwo wyrzuciło na hałdę koksu śmierdzącego kurczaka i chłopaki powiedzieli, że w warunkach szkodliwych dla zdrowia nie będą pracować.”

Tak jakby samo sąsiedztwo stacji benzynowej nie było warunkiem szkodliwym, pomyślałam.

Wykazałam jednak święte oburzenie, po czym szybko się ulotniłam z miejsca zbrodni.

……

Do dzisiaj historia śmierdziela jest opowiadana przy różnych okazjach… Czaaem nawet trafia do mjie, jako historia egzotyczna. Nikomu nawet nie przeszło przez myśl, że to był po prostu wynik porządków w mojej lodówce…

Published in: on 26 sierpnia 2009 at 22:43  5 Komentarzy  

5 KomentarzyDodaj komentarz

  1. hehehehhe dobre 😀 ale się uśmiałam 😉

  2. Świetne i jakże bliskie, nawet w geograficznym / fizycznym sensie 😉

  3. Uśmiałam się niesamowicie. 🙂 Sytuacja prozaiczna, ale Pani zrobiła z niej „kronikarską historię”.(pisarz Wernera de Orselle by się nie powstydził) Fragment dotyczący butelki był najzabawniejszy. 🙂 Ot taki „średniowieczny sposób” ,ale skutkuje zawsze. KAPITALNY WPIS 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: