Galińskie Bociany – refleksje wiosenne

Na nieśmiertelnym – a tak kiedyś przez mnie krytykowanym Facebook-u [no cóż… tylko krowa nie zmienia poglądów ;)] pojawił się nowy wpis w profilu zaprzyjaźnionego Pałacu w Galinach.

Wpis dotyczył powrotu boćków do gniazda na dachu stajni galińskiej… Napisałam więc – że wiosna niniejszym odtrąbiona. Zresztą – teraz wszędzie same boćki, bo w końcu to czas najwyższy na składanie przez nich jaj, i niedługo zacznie się wysiadywanie…

Ale odpowiedź z Pałacu mnie zastanowiła i skłoniła do refleksji.

Dowiedziałam się bowiem, że czas jakiś temu zginął bociek z pary rezydującej na stajni. Od tego czasu gniazdo pozostawało puste przez parę lat. Jednakże za każdym razem – każdego sezonu bronione było zaciekle przez pojedynczego bociana. Jak można się dowiedzieć ze strony bocianopedia.pl – notki z dawnych Prusach Wschodnich – mówiły, że:

na 8853 gniazd – walki obserwowano w 2660 z nich, co stanowi 30%

Tym razem jednak walka została wygrana przez nowych lokatorów. I obecnie trwa naprawa a także rozbudowa gniazda. A więc w ruch poszły dzioby, i z okolicy zbierane są przez pracowitą parę gałązki i źdźbła trawy, także wszystko, co może być użyte do wymoszczenia gniazda.

W budowę gniazda, a zwłaszcza w znoszenie materiału zaangażowane są przede wszystkim samce. Ale już za aranżację całości mieszkania odpowiedzialna jest samica. W końcu kobieca ręka, (a raczej dziób i stopa) to jest to, co pieleszom domowym jest zawsze potrzebne.

Ciekawa jest konstrukcja gniazda. Nawet, jeśli platformy przygotowywane są w kształcie prostokątów czy kwadratów, gniazdo i tak przybierze kształt pierścienia, czasem elipsy. Wewnątrz gniazdo wyściełane jest słomą, sianem, szmatami, czasem papierem czy kawałkami folii… lub co bardziej niebezpieczne, ba! wręcz zabójcze – sznurkami.

Jako, że gniazdo co roku jest modernizowane, a więc nadbudowywane – czasem osiąga taki ciężar, że trzeba je ucinać w połowie, by nie zawalił się pod nim dach, czy gzyms, czy szczyt budynku (np. jak fromborskie „3 Krowy Na Gzymsie”). Średnica gniazda waha się od 90 cm do około 1,50m ale bywają i szersze. Natomiast wysokość i waga takiego gniazda czasem bywa niewyobrażalna. Znowu odwołam się do fromborskich 3 Krów na Gzymsie – ważącego około 1,5 tony.

To tyle danych technicznych 😉

Jako, że składanie jaj rozpoczyna się mniej więcej około drugiej połowy kwietnia, to myślę, że boćki Galińskie już powinny zaraz, za momencik zaczynać znosić jaja…

Więcej o bocianach – można znaleźć na interesującej bocianopedii, wiec daruję sobie resztę szczegółów. Dodam tylko, że żałuję, iż kiedyś nie było takiego kompendium wiedzy o boćkach, jak na owej stronie.

Kiedy zaczynałam liczyć boćki 23 lata temu – wszystkiego musiałam uczyć się sama. A liczę bociany z reguły na moich żuławskich trasach, jako że te akurat najczęściej odwiedzam. I niezmiennie i od zawsze te wielkie i piękne ptaszyska wzbudzają moją sympatię.

Trzymam więc kciuki za Galińską bocianią rodzinę i mam nadzieję, że do kompletu zdjęć jakie tu zamieszczam, dołączą niedługo zdjęcia łebków „smarkaczy” bocianich siedzących w gnieździe 🙂

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Bardzo dziękuję Zespołowi Pałacowemu w Galinach za udostępnienie pięknych zdjęć.

Tak w ogóle, kto zobaczy lecącego boćka, ten będzie podróżował 😉  a kto widzi bociana w gnieździe powinien policzyć do trzech, lub odczekać 3 sekundy zanim przeniesie wzrok gdzie indziej. To daje następne 3 lata w szczęściu i zdrowiu, radości i samym dobrym.

Noooo, coś w tym jest – gapię się na boćki od 23 lat 🙂

Tolkmickie „skorupy” u Świętego Ducha

Przy okazji wizyty we Fromborku, bezdyskusyjnie TRZEBA koniecznie zobaczyć 3 krowy na gzymsie. A jak już jest się w okolicach Szpitala Św. Ducha, to jakże tu nie wejść?

O samym Szpitalu nie będę wspominała, bo o tym TUTAJ i TUTAJ.

Tym razem polecam odwiedziny w piwnicy szpitalnej.

Nie tylko dlatego, że można tu znaleźć ciekawe ślady na cegłach (o nich będzie gdzie indziej), ale przede wszystkim dla pięknej ceramiki z Tolkmicka.

Wszyscy słyszeli o Cesarskiej Manufakturze w Kadynach. Wyroby tej manufaktury można znaleźć w muzeach, zbiorach prywatnych, często wypływają na rynku antykwarycznym. W gdańskim Oddziale Okręgowym NBP przy ul. Okopowej można ujrzeć cały hol i salę operacyjną – wyłożone kaflami z Kadyn.

Uwaga – budynek po manufakturze w Kadynach jest obecne wystawiony na sprzedaż. Ci, którzy go jeszcze nie widzieli, niech się spieszą, bo nie jest wpisany do rejestru zabytków i może niedługo skończyć, jak zabytkowe zakłady mięsne w Gdańsku…

Ale wracając do ceramiki…

Otóż, w porównaniu z popularnymi Kadynami i ich ceramiką, nieczęsto słyszy się o Mieście Garncarzy… Czyli o Tolkmicku. Raczej znane jest z tego, że jeden z jego burmistrzów (w XVIII wieku), został wziętym rzeźbiarzem. Dzisiaj Tolkmicko jest sennym miasteczkiem, ożywającym nieco w sezonie. A że nie zawsze tak było i że do 1945 roku rozwijało się całkiem nieźle – można przeczytać TUTAJ. Smutek ogarnia, kiedy z opowieści rodzinnych wyłania się obraz miasteczka schludnego, czerpiącego dochody nie tylko z rybactwa, ale też będącego

kwitnącym ośrodkiem ceramicznym o wielowiekowej tradycji. Rzemieślnicy miejscowi w oparciu o bogate złoża gliny, wyrabiali ceramikę użytkową, zaspakajając zapotrzebowanie okolicznych miast: Fromborka, Braniewa, Elbląga, Królewca a nawet Torunia. Nie bez powodu nazywano Tolkmicko miastem garncarzy. W okresie największego rozkwitu (u schyłku XIX w.) działało tu około 40 samodzielnych warsztatów garncarskich.

(cytat ze strony Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku )

Niestety – po roku 1945 Tolkmicko nie odzyskało dawnego blasku. Jak zresztą wiele innych miejscowości dawnych Prus Wschodnich…

Toteż niezmiernie cenna jest ekspozycja w piwnicy Szpitala Św. Ducha ukazująca ceramikę tolkmicką z działającego zaledwie kilkanaście lat Zakładu Ceramiki Artystycznej. Wyroby owego zakładu sygnowane były herbem Tolkmicka (wyciskanym w masie)  oraz napisem Tolkemiter Erde. Na zdjęciu widać taką sygnaturę – z towarzyszącym znakowi napisem: Ostdeutsche Handarbeit.

Zakład pracował do końca II wojny światowej. Dowodem na działalność w czasie wojny jest talerz bożonarodzeniowy z datą 1944.

Zakład (tak jak i życie na tych terenach) zamarł w styczniu 1945 r., po zajęciu Tolkmicka przez wojska radzieckie. Owszem, były próby wznowienia działalności zakładu. I to już w maju roku następnego. Nazwano go Bałtyckie Zakłady Ceramiczne. W „reanimowanym” zakładzie zaczęto produkować naczynia codziennego użytku. Wyroby cieszyły się popularnością i w 1947 r. zostały nawet zakwalifikowane na wystawę przemysłu artystycznego w Warszawie. Mimo tego zakład miał trudności finansowe, a także cierpiał na braki surowcowe. W związku z tym – w 1948 r. zakłady postanowiono zlikwidować. I tak w stanie likwidacji wegetowały do 1952 r., produkując doniczki i sprzęt rybacki. Zupełnie przypomina to zaprzepaszczenie, zniszczenie i zmarnowanie Zakładu Produkcji Leśnej – słynnego PLL LAS.

Poniżej parę zdjęć „skorup” sprzed wojny. I oglądając to, co Muzeum posiada, nagle uświadomiłam sobie CO takiego znalazłam w Słobitach wiele lat temu!!! Przecież w ruinach kredensu były skorupy (tym razem BEZ cudzysłowu) z Tolkmicka!!! Pieczołowicie zbierałam do woreczka pozostałości ceramiki, zastanawiając się nad sygnaturą na odwrocie, i nie mogąc doczytać się zatartych częściowo napisów. Szkoda, że nie wiedziałam jeszcze wtedy tego, co wiem dzisiaj… Potłuczone i niesłuchanie zmasakrowane było niemal wszystko. Nie tylko przez armię zwycięzców miażdżącą to, co napotkała na drodze. Ale też przez tych, którzy osiedli tu potem, niszcząc w szale bezmyślności i tępej nienawiści każdy przejaw tego,  co było im obce. Nieliczni zdawali sobie sprawę z wartości duchowej tego, co zastali. Na szczęście zdołali co nieco ocalić – stąd wystawa we fromborskim  Szpitalu Św. Ducha.

Znowu Frombork – zimowo

Załączam  parę pofromborskich reminiscencji fotograficznych. Na razie bez detali, bo dopiero zbieram myśli… A jest CO zbierać. Bowiem dowiedziałyśmy się wiele nowego. I jakoś muszę te nowości oswoić, żeby je opisać.

A na razie parę zdjęć i krótki filmik z biciem DZWONÓW.

Nigdzie indziej dzwony nie brzmią tak dostojnie, jak właśnie na Wzgórzu Katedralnym we Fromborku.

To międzywale w Leszkowach, zdjęcie zrobione z PKS-u w drodze DO Fromborka
ten pomniczek niezmiennie z niesłychaną mocą przyciąga obiektyw…
praca Macieja Meyera z Kaplicy Szembeka. Wreszcie w całości 🙂
Fragment świecznika Schlaubitza
Inny świecznik, od lat taksamo zachwycający
Czekając na…
… tędy do Braniewa
nocne 3 krowy na gzymsie
Rozświetlone Wzgórze Katedralne
Specjalna dedykacja dla Desantu Gdańskiego 🙂
No i przebój wystawy – Ołtarz ze Skolit… Pełen informacji i wciąż nieodczytany. Kto nie widział, niech się spieszy bo wystawa tylko do maja/czerwca b.r.

O tych, których nie spotkałyśmy jeszcze, napiszę może kiedy indziej…  Ich obecność jest może nawet bardziej wyczuwalna, niż tych w malborskiej Kaplicy Św. Anny.

Tyle na razie… Akumulatory doładowane, na czas jakiś. Następna wizyta już wkrótce. A co najważniejsze – w tym sezonie mam sporo grup do Fromborka. I z pewnością, jak zwykle, wszyscy wyjadą stamtąd zauroczeni tym „miejscem na końcu świata”, jak pisał Doktor Kopernik.

Migawki fromborskie cz.1

Właśnie wróciłam z dwudniowego doładowywania akumulatorów psychicznych we Fromborku.

TUTAJ parę zdjęć z tego wypadu 🙂

Od paru lat – co jakiś czas (bez względu na to, czy to szczyt sezonu, czy tuż po nim) pakujemy się z Dziewczynami na weekend (częściej jednak jesienią lub wiosną, niż latem) do tego urokliwego miasteczka nad Zalewem Wiślanym.

„Zamieszkałem na końcu świata” – tak napisał Mikołaj Kopernik, kiedy osiadł we Fromborku.

Zawsze jeździmy w tym samym składzie – 4, czasem 5 bab – same Przewodniczki – szalone na punkcie cegły, palców i dziur. A nadto zauroczone Świętą Warmią. Tak też i było tym razem – zapakowałyśmy bety i toboły, jakbyśmy jechały co najmniej na tydzień, i wyruszyłyśmy w sobotę rano. Po drodze, jak to mamy w zwyczaju – zajechałyśmy do Kadyn na wspaniałe ciastko czekoladowe w Hotelu Kadyny.

Niestety pałac cesarski, tuż obok, nie robi dobrego wrażenia i należy się obawiać, że tradycyjnie następny zabytek zniknie z powierzchni ziemi przez tradycyjne i przysłowiowe już niemal zaniedbanie… A wszystko w majestacie niemocy – odpowiednich acz nieodpowiedzialnych służb…

Ale ciastko i kawa w hotelu Kadyny Country Club (www.kadyny.com.pl) przednie – niezmiennie i obsługa niezmiennie sympatyczna. Od lat ta sama dobra, sprawdzona jakość.

No i w końcu Frombork… Ale tym razem poświęciłyśmy też czas na odwiedzenie Szpitala Św. Ducha. Wycieczki rzadko tam zaglądają. Nie wiem, czy dlatego że miejsce na uboczu – poniżej Wzgórza Katedralnego. Czy dlatego może, że tradycja każe przede wszystkim wejść do muzeum i na wieżę, a także obowiązkowo do katedry będącej wciąż kopalnią piękna, mimo ewidentnego (aczkolwiek niestety wciąż bezkarnego!) zaniedbania.

No więc – Szpital Św. Ducha we Fromborku – miejsce warte odwiedzenia ze wszech miar!!! Wokoło szpitala założono ogród przyszpitalny (herbarium) – cudny wiosną i latem bogactwem barw i form. Jako, że szpitale średniowieczne samowystarczalne były pod względem zaopatrzenia w leki (a przynajmniej powinny) – to i tutaj postarano się o to, byśmy mogli spacerując pośród roślin (znanych nam bądź z przepisów kulinarnych, bądź to jako przyprawy) – zrozumieć potęgę zielarstwa. A przy sposobności można pochylić się nad dzisiejszą dość powszechną niewiedzą zielarską… Zapatrzeni w chemiczne leki – zapominamy, że żyjąc wśród ziół i regularnie je pijąc czy zjadając – chronimy się przed chorobami i przypadłościami (wszelkimi). Ale z drugiej strony – nieumiejętnie stosując zioła – możemy na choroby różne i przypadłości zapaść….

Nie dziwota więc, że tak bano się zielarek wszelkich i znachorstwa kiedyś. A i dzisiaj niechętnym okiem patrzą lekarze wszelkiej maści i autoramentu na leczenie tzw. „niekonwencjonalne”… Ale nie o tym autoramencie miałam pisać… Zresztą o tym, co się dzieje w dzisiejszej niezdrowej służbie (o tym, że są właśnie SŁUŻBĄ zapomnieli chyba już wszyscy)  – wszyscy wiemy, więc szkoda nerwów.

Wróćmy do Fromborka i jego Szpitala Św. Ducha – są tam przecież osławione „trzy krowy na gzymsie”!!! Absolutna rewelacja. Gniazdo bocianie – które „obcinane” było już parokrotnie, tak by nie zawaliło się samo, a też by nie pociągnęło za sobą szczytu wschodniego, na którym jest zbudowane.

Wnętrze szpitala ukazuje świetną ekspozycję związaną z lecznictwem i medycyną w ogóle. W nawach bocznych – znajdowało się 12 cel dla chorych (ślady po ściankach działowych zaznaczone są w podłodze), a dzisiaj prezentowane są różne narzędzia medyczne i księgi. Szpitale warmińskie pod wezwaniem Św. Ducha istniały w takich miastach jak Dobre Miasto, Orneta, Braniewo, Lidzbark Warmiński, Olsztyn, Reszel no i ten we Fromborku. Wszystkie proweniencji średniowiecznej – XIV w. (Komentarze Fromborskie – zeszyt 4, – art. T.Piaskowskiego/J.Poklewskiego). Lokowane były poza bramami miejskimi, nad wodą (tak, tak… we Fromborku kiedyś płynął kanał Baudy, ale niestety, cały dorobek wieków przeszłych zaprzepaszczono po wojnie), czy w pobliżu mostów.