Głos wołającego na puszczy

Wklejam tu w całości felieton Pana Marka Stokowskiego jaki ukazał się w Aktualnościach Turystycznych. I chciałam powstrzymać się od komentarza, ale nie da rady… Biedny to kraj, gdzie minister (nie)stosowny zapomina, że jest ministrem sportu ale także, a może przede wszystkim, TURYSTYKI. Sport krajowi nie przynosi ani splendoru ani tym bardziej profitów, zaś turystyka jak najbardziej. Ale tego na stołkach zbyt wysokich nie widać…

„Temu lobby turystyka nie sprosta”

Polska jest jednym za najbardziej zaśmieconych widokowo krajów Europy. Pełno u nas architektonicznego bałaganu, kamiennych potworów w rodzaju krakowskiego Szkieletoru, pełno po-peerelowskich ruder i nowobogackich pałaców z jarmarcznym urokiem balasków w tarasowych balustradach, z wieżyczkami dla księżniczek i cmentarną roślinnością.

Pod miastami dyżuruje masa domków letniskowych z blachy, dykty albo eternitu. Prawie wszędzie straszą wraki starych fabryk, martwe magazyny i kominy, jakieś betonowe płoty z gryzmołami, zardzewiałe kościotrupy maszyn, a do tego jeszcze śmieci w lasach, na miejskich podwórkach i wiejskich obejściach, jakże często przypominających magazyny złomu topionego w gnojowicy.

W tym zdumiewającym i przygnębiającym anturażu kryją się gdzieniegdzie skarby. Tutaj średniowieczny zamek, tam piękne jezioro i knieja, tu wyborny kościół barkowy, schludna wieś i fragment dzikiej, nieskalanej niczym rzeki, tam kawałek zadbanego miasta, ładny hotel, nowoczesny port lotniczy, pasmo urokliwych gór, cudowna plaża. Tylko że, gdy jedzie się w te miejsca z gośćmi, zwłaszcza z obcokrajowcami, to ma się ochotę zasłaniać im oczy i odsłaniać je dopiero po przyjeździe w Tatry, do katedry, zamku, puszczy pełnej żubrów czy nad złoty brzeg Bałtyku, bo, cholera, wstyd aż piecze, kiedy nasi podopieczni patrzą z okien autokaru i nie mogą w żaden sposób pojąć, jak tak można, jak tak można zapaskudzać własny kraj – dar niebios.

Odnoszę wrażenie, że enklawy piękna i porządku, te miejsca, gdzie człowiek nie niszczy bożego stworzenia, pozostawia je nietknięte lub dokłada doń coś wspaniałego, kurczą się w zastraszającym tempie. Mam poczucie oblężenia. Do wszystkich zakątków, z których Polak może być naprawdę dumny, podchodzi Las Birnam, ostatnio najczęściej w postaci wiatraków stawianych wokoło, jakby mało było nam ruder, szkieletorów, zardzewiałych dźwigów i kominów, które już paskudzą Polskę.

Elektrownie wiatrowe zachwalają same siebie jako szczyt współczesnej technologii i ekologicznej troski. Te twierdzenia są wątpliwe. Specjaliści spoza lobby, które kręci turbinami, dowodzą, że ów system wcale nie jest tak ekologiczny i ekonomiczny, jak uparcie nam się wmawia. Całościowe koszty inwestycji rzadko się spłacają podczas ich eksploatacji, produkcja urządzeń – materiało- i energochłonna – nie ma nic wspólnego z ekologią. Poza tym łopaty wirników generują szczególne wibracje i efekty akustyczne, w tym hałas niskoczęstotliwościowy i infradźwiękowy, powodujący u okolicznych mieszkańców tak zwany syndrom turbin wiatrowych, a potężne śmigi (do 50 m długości) bywają groźne dla ptaków i nietoperzy. Do tego dochodzą i inne problemy: niszczenie naturalnych siedlisk zwierząt, powstawanie aerozoli, zakłócenia komunikacji elektromagnetycznej i funkcjonowania radarów, wpływ na mikroklimat okolicy czy też nieprzewidywalne skutki możliwych awarii podczas pracy turbin. No i jeszcze jedno, chyba najważniejsze: farmy wiatrowe straszliwie ingerują w krajobrazy tych regionów, gdzie zostały zbudowane.

Mówi się, że elektrownie wiatrowe to ważna inwestycja przemysłowa, czyli – jak mawiano w PRL-u – nowoczesność w polu i zagrodzie. A ja pytam, czy to nie jest uderzenie w inny przemysł – prawdziwie ekologiczny! – w polską turystykę? Czy paskudzenie polskich pejzaży przez zgrupowania gigantycznych konstrukcji (sama wieża turbiny mierzy od 100 do 160 metrów wysokości plus długość łopat wirników) nie uderza w żywotne interesy tych wszystkich, którzy inwestują w rozwój przemysłu o wiele ważniejszego dla gospodarki naszej ojczyzny? Tak, trzeba o tym stale przypominać, że turystyka to dziś jedna z absolutnie wiodących gałęzi gospodarki w wymiarze globalnym, a zarazem lokalnym!

Ten, kto mieszka w pobliżu elektrowni wiatrowej wie, jak bezwzględnie i nieodwracalnie marnuje ona pejzaż. Są kraje, i to niekoniecznie bogatsze od naszego, gdzie ojczystą ziemię traktuje się jak świętość i jako bezcenny kapitał przyrodniczy i kulturowy. U nas wielu decydentów taki drobiazg jak krajobraz uznaje za głupstwo. Podpisują odpowiednie zgody, bo Polska jest na dorobku, więc trzeba coś poświęcić dla jej prędkiego rozwoju, a zniszczenie jakichś tam widoczków rzekomo nic nie kosztuje. Dlatego kolosy młócące powietrze śmigami przecinają coraz więcej korytarzy widokowych, degradując panoramy o ogromnej wartości naturalnej i historycznej.

Pracuję i mieszkam w jednym z najważniejszych miejsc zasługujących na obronę przed atakiem żelaznego Lasu Birnam. A on zbliżył się już tutaj od południa i zaraz nadciągnie z zachodu, bo znaczący obszar Żuław ma być wkrótce przesłonięty monstrualną ścianą turbin. Wpatruję się w przestrzeń wokół najniezwyklejszego i najpiękniejszego zamku świata, marząc o potężnym wietrze. Marzę, by pewnego dnia ten wiatr rozkręcił śmigi stalowych wiatraków tak mocno, ażeby uniosły się w górę i by odleciały wielkim stadem na południe, najlepiej w kierunku Sahary, bo tam, na jej środku, jest najlepsze dla nich miejsce.

Marek Stokowski

Migawki fromborskie cz.1

Właśnie wróciłam z dwudniowego doładowywania akumulatorów psychicznych we Fromborku.

TUTAJ parę zdjęć z tego wypadu 🙂

Od paru lat – co jakiś czas (bez względu na to, czy to szczyt sezonu, czy tuż po nim) pakujemy się z Dziewczynami na weekend (częściej jednak jesienią lub wiosną, niż latem) do tego urokliwego miasteczka nad Zalewem Wiślanym.

„Zamieszkałem na końcu świata” – tak napisał Mikołaj Kopernik, kiedy osiadł we Fromborku.

Zawsze jeździmy w tym samym składzie – 4, czasem 5 bab – same Przewodniczki – szalone na punkcie cegły, palców i dziur. A nadto zauroczone Świętą Warmią. Tak też i było tym razem – zapakowałyśmy bety i toboły, jakbyśmy jechały co najmniej na tydzień, i wyruszyłyśmy w sobotę rano. Po drodze, jak to mamy w zwyczaju – zajechałyśmy do Kadyn na wspaniałe ciastko czekoladowe w Hotelu Kadyny.

Niestety pałac cesarski, tuż obok, nie robi dobrego wrażenia i należy się obawiać, że tradycyjnie następny zabytek zniknie z powierzchni ziemi przez tradycyjne i przysłowiowe już niemal zaniedbanie… A wszystko w majestacie niemocy – odpowiednich acz nieodpowiedzialnych służb…

Ale ciastko i kawa w hotelu Kadyny Country Club (www.kadyny.com.pl) przednie – niezmiennie i obsługa niezmiennie sympatyczna. Od lat ta sama dobra, sprawdzona jakość.

No i w końcu Frombork… Ale tym razem poświęciłyśmy też czas na odwiedzenie Szpitala Św. Ducha. Wycieczki rzadko tam zaglądają. Nie wiem, czy dlatego że miejsce na uboczu – poniżej Wzgórza Katedralnego. Czy dlatego może, że tradycja każe przede wszystkim wejść do muzeum i na wieżę, a także obowiązkowo do katedry będącej wciąż kopalnią piękna, mimo ewidentnego (aczkolwiek niestety wciąż bezkarnego!) zaniedbania.

No więc – Szpital Św. Ducha we Fromborku – miejsce warte odwiedzenia ze wszech miar!!! Wokoło szpitala założono ogród przyszpitalny (herbarium) – cudny wiosną i latem bogactwem barw i form. Jako, że szpitale średniowieczne samowystarczalne były pod względem zaopatrzenia w leki (a przynajmniej powinny) – to i tutaj postarano się o to, byśmy mogli spacerując pośród roślin (znanych nam bądź z przepisów kulinarnych, bądź to jako przyprawy) – zrozumieć potęgę zielarstwa. A przy sposobności można pochylić się nad dzisiejszą dość powszechną niewiedzą zielarską… Zapatrzeni w chemiczne leki – zapominamy, że żyjąc wśród ziół i regularnie je pijąc czy zjadając – chronimy się przed chorobami i przypadłościami (wszelkimi). Ale z drugiej strony – nieumiejętnie stosując zioła – możemy na choroby różne i przypadłości zapaść….

Nie dziwota więc, że tak bano się zielarek wszelkich i znachorstwa kiedyś. A i dzisiaj niechętnym okiem patrzą lekarze wszelkiej maści i autoramentu na leczenie tzw. „niekonwencjonalne”… Ale nie o tym autoramencie miałam pisać… Zresztą o tym, co się dzieje w dzisiejszej niezdrowej służbie (o tym, że są właśnie SŁUŻBĄ zapomnieli chyba już wszyscy)  – wszyscy wiemy, więc szkoda nerwów.

Wróćmy do Fromborka i jego Szpitala Św. Ducha – są tam przecież osławione „trzy krowy na gzymsie”!!! Absolutna rewelacja. Gniazdo bocianie – które „obcinane” było już parokrotnie, tak by nie zawaliło się samo, a też by nie pociągnęło za sobą szczytu wschodniego, na którym jest zbudowane.

Wnętrze szpitala ukazuje świetną ekspozycję związaną z lecznictwem i medycyną w ogóle. W nawach bocznych – znajdowało się 12 cel dla chorych (ślady po ściankach działowych zaznaczone są w podłodze), a dzisiaj prezentowane są różne narzędzia medyczne i księgi. Szpitale warmińskie pod wezwaniem Św. Ducha istniały w takich miastach jak Dobre Miasto, Orneta, Braniewo, Lidzbark Warmiński, Olsztyn, Reszel no i ten we Fromborku. Wszystkie proweniencji średniowiecznej – XIV w. (Komentarze Fromborskie – zeszyt 4, – art. T.Piaskowskiego/J.Poklewskiego). Lokowane były poza bramami miejskimi, nad wodą (tak, tak… we Fromborku kiedyś płynął kanał Baudy, ale niestety, cały dorobek wieków przeszłych zaprzepaszczono po wojnie), czy w pobliżu mostów.