Podeptany – spacerkiem po Zamku

Czas jakiś temu będąc w Wiadomym Zamku, zapytałam Krysię sms-em o szkic planu na murze, bo jakoś nie mogłam na niego trafić. Ale też nie byłam tam o stosownej porze. Odpisała z instrukcją jak trafić, jednocześnie pytając, co u Chłopaków. Jako, że byłam blisko – weszłam do Kaplicy. Grupa wycieczkowiczów akurat „wylewała” się na taras wschodni, tak, że w Kaplicy na chwilę zrobiło się w miarę cicho. Ja jednak miałam wrażenie, że koło dzwonu z Miłoradza wciąż jest tłoczno. Lubię dzwon, bo to właśnie tam panuje specyficzna cisza, i półmrok. To powoduje, że to świetne miejsce na „powrót w przeszłość”, czy na to, by zajrzeć w siebie. Jednakże tego dnia czułam, jakbym weszła w sam środek tłumu. Potem opowiadałam Krysi, że miałam wrażenie, jakbym któremuś z Chłopaków wręcz przydepnęła płaszcz.. No bywa, że Kaplica jest zatłoczona… Ale żeby aż tak? Jedyne, czym mogłam to tłumaczyć, to fakt, że w wyciecze, która przed chwilą się „przetoczyła” było parę naprawdę ładnych i zgrabnych dziewczyn w kusych spódniczkach…

No i Krysia jak zwykle – stosownie skomentowała moje odczucia. Na dodatek trafnie uchwyciła moment, kiedy zadzwoniły panie z Kasy z informacją, że moja grupa właśnie przyjechała. A więc, jeśli nawet kogoś podeptałam, to i tak nie wiem jaka była reakcja, bo sobie zaraz poszłam oprowadzać. Przezornie jednak tego dnia nie wchodziłam już do Kaplicy. 🙂

p.s. swoją drogą, to okropne uczucie, kiedy ktoś nadepnie na płaszcz.. zwłaszcza jak się chce wstać z klęczek; wiem – bo przeżyłam coś takiego 😀

Migawki fromborskie cz.1

Właśnie wróciłam z dwudniowego doładowywania akumulatorów psychicznych we Fromborku.

TUTAJ parę zdjęć z tego wypadu 🙂

Od paru lat – co jakiś czas (bez względu na to, czy to szczyt sezonu, czy tuż po nim) pakujemy się z Dziewczynami na weekend (częściej jednak jesienią lub wiosną, niż latem) do tego urokliwego miasteczka nad Zalewem Wiślanym.

„Zamieszkałem na końcu świata” – tak napisał Mikołaj Kopernik, kiedy osiadł we Fromborku.

Zawsze jeździmy w tym samym składzie – 4, czasem 5 bab – same Przewodniczki – szalone na punkcie cegły, palców i dziur. A nadto zauroczone Świętą Warmią. Tak też i było tym razem – zapakowałyśmy bety i toboły, jakbyśmy jechały co najmniej na tydzień, i wyruszyłyśmy w sobotę rano. Po drodze, jak to mamy w zwyczaju – zajechałyśmy do Kadyn na wspaniałe ciastko czekoladowe w Hotelu Kadyny.

Niestety pałac cesarski, tuż obok, nie robi dobrego wrażenia i należy się obawiać, że tradycyjnie następny zabytek zniknie z powierzchni ziemi przez tradycyjne i przysłowiowe już niemal zaniedbanie… A wszystko w majestacie niemocy – odpowiednich acz nieodpowiedzialnych służb…

Ale ciastko i kawa w hotelu Kadyny Country Club (www.kadyny.com.pl) przednie – niezmiennie i obsługa niezmiennie sympatyczna. Od lat ta sama dobra, sprawdzona jakość.

No i w końcu Frombork… Ale tym razem poświęciłyśmy też czas na odwiedzenie Szpitala Św. Ducha. Wycieczki rzadko tam zaglądają. Nie wiem, czy dlatego że miejsce na uboczu – poniżej Wzgórza Katedralnego. Czy dlatego może, że tradycja każe przede wszystkim wejść do muzeum i na wieżę, a także obowiązkowo do katedry będącej wciąż kopalnią piękna, mimo ewidentnego (aczkolwiek niestety wciąż bezkarnego!) zaniedbania.

No więc – Szpital Św. Ducha we Fromborku – miejsce warte odwiedzenia ze wszech miar!!! Wokoło szpitala założono ogród przyszpitalny (herbarium) – cudny wiosną i latem bogactwem barw i form. Jako, że szpitale średniowieczne samowystarczalne były pod względem zaopatrzenia w leki (a przynajmniej powinny) – to i tutaj postarano się o to, byśmy mogli spacerując pośród roślin (znanych nam bądź z przepisów kulinarnych, bądź to jako przyprawy) – zrozumieć potęgę zielarstwa. A przy sposobności można pochylić się nad dzisiejszą dość powszechną niewiedzą zielarską… Zapatrzeni w chemiczne leki – zapominamy, że żyjąc wśród ziół i regularnie je pijąc czy zjadając – chronimy się przed chorobami i przypadłościami (wszelkimi). Ale z drugiej strony – nieumiejętnie stosując zioła – możemy na choroby różne i przypadłości zapaść….

Nie dziwota więc, że tak bano się zielarek wszelkich i znachorstwa kiedyś. A i dzisiaj niechętnym okiem patrzą lekarze wszelkiej maści i autoramentu na leczenie tzw. „niekonwencjonalne”… Ale nie o tym autoramencie miałam pisać… Zresztą o tym, co się dzieje w dzisiejszej niezdrowej służbie (o tym, że są właśnie SŁUŻBĄ zapomnieli chyba już wszyscy)  – wszyscy wiemy, więc szkoda nerwów.

Wróćmy do Fromborka i jego Szpitala Św. Ducha – są tam przecież osławione „trzy krowy na gzymsie”!!! Absolutna rewelacja. Gniazdo bocianie – które „obcinane” było już parokrotnie, tak by nie zawaliło się samo, a też by nie pociągnęło za sobą szczytu wschodniego, na którym jest zbudowane.

Wnętrze szpitala ukazuje świetną ekspozycję związaną z lecznictwem i medycyną w ogóle. W nawach bocznych – znajdowało się 12 cel dla chorych (ślady po ściankach działowych zaznaczone są w podłodze), a dzisiaj prezentowane są różne narzędzia medyczne i księgi. Szpitale warmińskie pod wezwaniem Św. Ducha istniały w takich miastach jak Dobre Miasto, Orneta, Braniewo, Lidzbark Warmiński, Olsztyn, Reszel no i ten we Fromborku. Wszystkie proweniencji średniowiecznej – XIV w. (Komentarze Fromborskie – zeszyt 4, – art. T.Piaskowskiego/J.Poklewskiego). Lokowane były poza bramami miejskimi, nad wodą (tak, tak… we Fromborku kiedyś płynął kanał Baudy, ale niestety, cały dorobek wieków przeszłych zaprzepaszczono po wojnie), czy w pobliżu mostów.