O jedzeniu po żuławsku

Mam w rękach świetną, a przede wszystkim – smakowitą książkę.

Wydało ją Stowarzyszenie „Żuławy Gdańskie” (przy wsparciu Funduszy Europejskich).

To „Kuchnia Żuław„.

Publikacja jest swego rodzaju pokłosiem Powiatowych Konkursów Kulinarnych „Niebo w gębie, czyli przysmaki powiatu gdańskiego”, jakie organizowane są już od przeszło 9 lat. Ale w książce znalazły się również przepisy m.in. od Żuławiaków, którzy opuścili te tereny w roku 1946, i od tych, którzy Żuławiakami się stali po 1945 roku. Można więc powiedzieć, że każdy wniósł do książki swoje smaki, smaki swojego dzieciństwa, smaki zdobyte i odkryte, czasem wręcz zapomniane na długo.

Dla mnie, dla której, tak jak dla dawnych Żuławiaków: „najlepszą jarzyną jest mięso”, książka to prawdziwa uczta dla podniebienia. Przyznam, że nie wszystkie potrawy próbowałam, nie wszystkie też znam. Dlatego też to dla mnie bardzo ciekawa publikacja.

Miałam swój maleńki wkład w „tworzenie” książki. Otóż Elżbieta Skirmuntt-Kufel, Prezes Stowarzyszenia, poprosiła mnie bym wśród moich zaprzyjaźnionych Mennonitów rozpuściła wici w sprawie przepisów z ich żuławskiego dzieciństwa w Prusach. No i zaczęło się. Maile z opisem smakowitości, jakie zaczęły spływać do mojej skrzynki przyprawiały mój żołądek o skręt głodowy. Bardzo mi się podobała odpowiedź jednego z moich mennonickich Przyjaciół. Otóż napisał, że przeze mnie musieli z żoną przygotować przyjęcie dla całej rodziny (a te u Mennonitów są często bardzo liczne), tak by wypróbować przepisy przed przesłaniem ich do książki 😉 No i w ten sposób, wyniki ich przygotowań również znalazły się w książce Eli.

Tak więc zachęcam do nabycia tej książeczki, bo na pewno wzbogaci kulinaria nie tylko tu, u nas, ale doskonale wpasuje się do każdego regionu, i zadowoli każde podniebienie. Przypominam, że powojenne Żuławy to ludzie z różnych zakątków Polski, więc każdy znajdzie coś dla siebie 😉

Published in: on 3 Marzec 2015 at 17:00  Comments (2)  

… I przeczytałam powieść

Nie lubię powieści, nie znoszę ckliwych babskich romansów i tej całej pseudo-psychologii rozlanej na kartkach papieru. Nie czytuję tych bzdetów, bo mi szkoda na to czasu 😉

Toteż, gdy dostałam od Izy mailem tekst jej opowieści, zmartwiłam się. Musiałam to przecież przeczytać, żeby móc cokolwiek powiedzieć na nowostawskim spotkaniu promocyjnym Jej książki. Tej właśnie… No i Autorka przecież oczekiwała ode mnie jakiejś opinii… Na dodatek – ja Izę bardzo lubię. Więc ze zgrozą już zaczęłam obmyślać jakąś dyplomatyczną recenzję, by Jej nie zrobić przykrości, a przy sposobności ocalić głowę i godność osobistą.

Otworzyłam tekstowy załącznik maila. Ukazał się tytuł: „Zupa z pokrzyw, duch i tajemnica„.

No pięknie. Ciekawe, czego będzie więcej – pomyślałam – ducha, tajemnicy, czy mimo wszystko pokrzyw wokoło 😉 Ale na początek – poczłapałam do kuchni, przygotowałam sobie wielki kubas kawy i… Zabrałam się za lekturę.

Kiedy w końcu zamknęłam ekran – poczułam łzy pod powiekami. Nie mam mokrych oczu i nie wzruszam się podczas czytania. No, ale tak na marginesie, trudno o wzruszenia podczas lektury organizacji życia na zamku krzyżackim, czy nad zastosowaniem cegły w gotyckiej architekturze Pomorza. Jedyne prawdziwe wzruszenia dopadają mnie kiedy dotykam cegłę znalezioną gdzieś w gruzach, czy też kiedy „przyjdzie” do mnie pocztą….

 A więc:

Książka Izy jest czysta, przepełniona miłością spokojną, mocną. Jest dobra. I w tym ostatnim słowie jest wszystko, co można zawrzeć w charakterystyce. Bo jak inaczej opisać towarzyszące lekturze uczucie spokoju, pogody ducha, i nagłego niezauważenia brzydoty własnej dzielnicy za oknem… No i do tego – uczucie niemalże namacalnej tęsknoty za Żuławami, za zapachem kwitnącego rzepaku, a nawet za zapachem rozrzuconego nawozu po polach 😉

Nie piszę o ludziach? Nie, bo książka Izy jest przede wszystkim o Żuławach. Losy ludzkie i Żuławy – wszystko razem w książce jest niepostrzeżenie splecione. Splecione dobrym i silnym uczuciem. Czy to Wtedy, czy Dzisiaj, to uczucie daje siłę. I to jest ta najbardziej obecna miłość. Nie ta ludzka, która przecież stanowi kanwę całej historii. To właśnie Żuławy.

I pomyśleć, że… Nie byłoby w Kleciu Zosi, narratorki powieści, gdyby nie… nie, nic z tego – żadnej fabuły, żadnego streszczenia. To trzeba przeczytać samemu 😉

Zapraszam więc do lektury !

To znakomita „odskocznia” od często idiotycznej i brzydkiej rzeczywistości.

Published in: on 3 Marzec 2015 at 13:45  Comments (5)  

O Westerplatte – w dwóch tomach

Westerplatte wciąż wzbudza emocje. I wciąż krążą o nim mity i opowieści „z mchu i paproci”.

Dotychczas jedyną rzetelną pozycją godną przeczytania i rozwagi był książka Jarosława Tuliszki pt. „Westerplatte 1926-1939. Dzieje Wojskowej Składnicy Tranzytowej w Wolnym Mieście Gdańsku”. Książka ta – już raczej biały kruk, wydana została w roku 2002 przez Wydawnictwo Adam Marszałek. Mam szczęście być posiadaczką tego wydania i strzegę go jak oka w głowie. Bowiem na w sumie 287 stronach Autor podał zarys sytuacji przed i w czasie działań wojennych, zamieścił szkice i rysunki a także tabele i zdjęcia. Bez zadęcia, bez komentarzy, bez ulegania nowomodzie komentatorskiej, profesjonalnie podszedł do wciąż rozpalającego emocje półwyspu. Ale, jak napisałam, było to jedyne rzetelne opracowanie. Inne – to właśnie „bajki z mchu i paproci” grające na typowych dla przysłowiowego magla emocjach, pełne insynuacji, tudzież informacji z trzeciej czy nawet z czwartej ręki.

Cieszy więc nowa, dwutomowa publikacja pióra Andrzeja Drzycimskiego, pt. „Westerplatte – Reduta w budowie 1926-1939” i „Westerplatte – Reduta wojenna 1939”, wydana przez Fundację Gdańską.

Andrzej Drzycimski należy do tych autorów, którzy nie ulegają modzie ani histerii, czy też wpływom tzw. czynników. Badania swoje prowadzi według własnego rytmu i bardzo szczegółowo, można by rzec sposobem benedyktyńskim. Ale też temat wymaga podejścia specyficznego. Rolą bowiem historyka nie jest kreowanie opinii, a przekazanie faktów. I to w sposób jak najmniej prowokujący do późniejszych nadużyć interpretacyjnych.

I Autor ten cel osiągnął.

Dodatkowym atutem książki jest obszerny wykaz źródeł i literatury, indeks osobowy, a także bogata ilustracja zdjęciowa.

Bardzo żałuję, że nie mogłam być na promocji książki, bo mimo specyficznej osobowości Autora, lubię go słuchać. Mówi jasno i klarownie, co nieczęsto zdarza się wśród historyków 😉 no i przede wszystkim – wie co mówi, a także mówi co wie…

Na szczęście moje Drogie Koleżanki ulitowały się nade mną i kupiły mi książkę podczas spotkania. Mogę więc teraz spokojnie zagłębić się w lekturze, która jest niełatwa. Niełatwa, bo w ogóle tematy okołogdańskie są takie. Nawet dla Gdańszczan. W nazwie Miasta Niepokornego wciąż zawarty jest ogromny ładunek emocji. Tym bardziej więc cieszy, że za temat zabrał się wytrawny nie tylko historyk ale też dawny rzecznik Prezydenta RP, a także doradca ds. komunikacji społecznej.

Bo tematem Westerplatte nie może zajmować się każdy, kto poczuje „wenę”.

😉

Książka warta każdej złotówki

Kupiłam książkę.

Nic nadzwyczajnego. Książek kupuję sporo. A teraz, kiedy „sezon szlifierski” wreszcie ma się ku końcowi, wreszcie mogę nadrobić braki w lekturze… W sezonie bowiem – to czytanie i uczenie się do kolejnej wycieczki, sprawdzanie wiadomości, i raczej nie ma czasu na zagłębianie się w tekstach dla siebie. Toteż każdego roku czekam niemal z utęsknieniem na tzw. przestój, by móc w spokoju zagłębić się w lekturę dla siebie. Oczywiście, jak 99 % mojej biblioteki, i ta książka, jest po tzw. linii, czyli bardzo mocno związana z moim zawodem (napisałam „zawodem”, bo mimo deregulacji, wciąż jest to zawód, czy się to komuś podoba, czy nie).

Otóż książka, którą polecam, to kolejna ciekawa pozycja, warta wnikliwej analizy..

To praca Pana Kazimierza Pospiesznego pod tytułem: „Domus Malbork. Zamek krzyżacki w typie regularnym

Książka ta na pewno się przyda przede wszystkim przewodników po Wiadomym Zamku, a i dla innych krzyżakologów będzie także przydatna. Zdaję sobie sprawę, że niektóre tezy autora pewnie wzbudzą w środowisku dyskusje. Ale, jak wiadomo, Zamek żyje, i teorie sprzed paru lat niekoniecznie muszą być aktualne w świetle ostatnich badań.

Tak, czy inaczej, warto mieć tę książkę. Warto też dokładnie przeczytać.

Zamiast opisu wklejam żywcem spis treści ze strony wydawnictwa

SPIS TREŚCI

Przedmowa / 9
Wprowadzenie / 11

1. Castrum sancte Marie – Mergenburgk – Marienburg – Malbork / 12
2. Źródła a literatura – zwrot w kierunku kastelologii / 23

I. Pierwszy „zamek Marii ”, ok. 1274–1300
1. Uwarunkowania topograficzne i społeczne / 25
2. Sposób budowy malborskiego castrum i zamków regularnych / 33
2.1. Konstrukcja i „kod” architektoniczny zamku-wieży / 35
2.2. Organizacja i zasady prowadzenia budowy: inwestor – architekt/budowniczy – warsztat  / 47
3. Zaawansowanie budowy i sposób użytkowania zamku do 1309 roku / 51
3.1. Skrzydło północne i pierwszy krużganek / 52
3.2. Skrzydło zachodnie z „gdaniskiem”, schody przy Złotej Bramie / 64
3.3. Program i forma architektoniczna infirmerii konwentu / 72
3.3.1. Geneza formy i układ funkcjonalno-architektoniczny / 72
3.3.2. „Szpital duszy” – emporowa część kościoła NMP / 80
4. Ceglany warsztat budowlany i jego identyfikacja artystyczna / 87
4.1. Brandenburski styl architektury / 90
4.2. Charakterystyka malborskiej plastyki architektonicznej. Analiza techniki i technologii gliny palonej (ekskurs nr 1) / 93
4.3. Warsztat elbląski – dzieło w orbicie polityki Zakonu / 106

II. Model pruski zamku regularnego na tle europejskim
1. Forma regularna a forma idealna / 113
1.1. Kryteria typologiczne / 113
1.2. Relacje między funkcją obronną a symboliką / 114
1.3. Ranga obiektu wzorcowego / 115
2. Wzorzec architektoniczny domu konwentualnego w Elblągu / 116
2.1. Definicja pruskiego zamku regularnego / 116
2.2. Elbląski „Konventhaus” jako wzorzec architektoniczny / 120
3. Regularne założenia zamkowo-rezydencjonalne w Europie w XIII wieku a kasztel pruski / 122
3.1. Zamki Przemysława Ottokara II w Czechach / 122
3.2. Klasyczny model francuski / 128
3.2.1. Wariant w materiale kamiennym – zamki walijskie / 131
3.2.2. Wariant w materiale ceramicznym – zamki holenderskie / 133
3.3. Północne „keeps” i południowe „torri Normanni” / 135
3.3.1. Ideał zamku zdobywcy – wieże anglo-normańskie / 138
3.3.2. „Normańsko-sztaufijska inicjatywa” w południowej Italii / 141
3.3.3. Zamki krzyżowców i budowle Orientu w Ziemi Świętej / 155
3.4. Warunki kształtowania się pruskiego zamku konwentualnego w 2. i 3. ćw. XIII wieku / 166
3.4.1. Rozwój polityki cesarskiej wobec Prus / 168
3.4.2. Centrum w Marburgu i misja Eberharda von Sayn / 174

III. Haupthus wielkiego mistrza od 1309 roku do połowy XIV wieku
1. Plan przebudowy w ramach czworoboku i jego realizacja /176
1.1. Prowizoryczny charakter pierwszej adaptacji skrzydła południowego / 177
1.2. Pierwszy etap, 1312 – ok. 1330 / 179
1.3. Drugi etap, 1331–1344 / 192
1.4. System obronny i jego modyfikacja / 194
2. Morfologia kościoła zamkowego NMP / 201
2.1. Skarbiec relikwiowy / 205
2.2. „Heska matka” Marburg  / 213
3. Organizacja przestrzeni liturgicznej / 228
4. „Gotyk ceglany” w sztuce i praktyce budowlanej / 231
4.1. Fenomen budowli ceglanej – rzeźba i plastyka w sztucznym kamieniu (ekskurs nr 2) / 233
4.2. Miara ad quadratum / 248
4.3. Pulchra ecclesia i koloryt „dworu Marii” / 254

IV. „Klasyczny” zamek konwentualny w służbie pruskiego Regnum Mariae od XIV wieku do 1457 roku
1. Architektura zamków komturskich jako wyraz misji i narzędzie władzy Zakonu / 264
1.1. Modyfikacja kaszteli wieżowych przed 1300 r. – przykład kluczowy Gniew / 264
1.2. Niebiańskie Jeruzalem / 266
1.3. Instytucjonalizacja sente Merienburc w drugiej połowie XIV wieku / 268
2. Epilog malborski – „bolwerk Marii” po 1410 roku / 283

Zakończenie /290
Aneks nr 1294
Aneks nr 2299
Spis ilustracji / 306
Źródła i literatura / 315
Skróty bibliograficzne / 315
Źródła publikowane / 317
Literatura / 317
Indeks osobowy / 330
Indeks geograficzny i rzeczowy /332
Panopticum w kolorze / 337

Siódme Niebo…

Kupiłam sobie książkę.

(Akurat w moim przypadku to żadna nowość, bo powszechnie wiadomo, że prędzej zaoszczędzę na jedzeniu, niż na książkach… 😉 )

No – ale do rzeczy…

Książka ma tytuł: Rośliny Biblijne i została wydana w roku 2008 przez Przedsiębiorstwo Wydawnicze Rzeczpospolita SA, na kredowym papierze, starannie, z cytatami i barwnymi zdjęciami dzieł sztuki.

Autorka – Ilona Wiktoria Lengiewicz, botanik zresztą, opisując „chwasty wszelkie”, sięgnęła nie tylko do Biblii, ale też do innych kultur – by wytłumaczyć dotychczas niewytłumaczone, czy niezrozumiałe. Robi to nie urągając ambicjom czytelnika, jednocześnie pozwalając mu odkrywać znaczenie po swojemu – za pomocą cytatów literackich jakie zamieszcza tu i ówdzie w wątku.

Sentencje filozoficzne, jakie umieszczono w tekście – nie nużą, a zmuszają do refleksji. Chce się tę książkę czytać, cytować, mieć na tzw. widoku.

Każdemu się przyda, ale dla przewodników to lektura niezbędna, wręcz obowiązkowa 😉 Ja dzięki tej pięknie wydanej książce odkryłam znaczenie powiedzenia „Siódme Niebo” 🙂

Kuchnia biskupów warmińskich – czyli sezon tematów zastępczych

Właśnie tłumaczę bardzo ciekawą książkę… Ale jako mistrz w poszukiwaniu tzw. tematów zastępczych, znalazłam sobie „pobocza” tematyczne… Oto, na co się natknęłam w moich notatkach, podczas porządkowania tzw. frontu robót 😉

*  /  *

Kuchnia biskupów warmińskich  

Biskupstwo warmińskie (nie mylić z Warmią) to wyjątkowy kawałek ziemi na polskiej mapie historycznej. Było jednym z trzech najbogatszych biskupstw w Koronie. Jako takie miało również swój własny dwór. Dwór biskupi. Między XIV a XVIII wiekiem biskupi warmińscy nosili tytuł książęcy. Nie był to wprawdzie tytuł dziedziczny, ale i tak przynosił splendor rodzinie biskupa. Biskupi zazwyczaj byli wybierani spośród kanoników kapituły. I w całej historii (do rozbiorów) to małe państwo biskupie było w stanie utrzymać względną niezależność.

Do dzisiaj zachowało się na Warmii wiele „architektonicznych śladów świetności” (gdzie ja znalazłam taki frazes!). Zazwyczaj w tym momencie padają nazwy: zamek w Lidzbarku Warmińskim, pałac w Smolajnach, a także Wzgórze Katedralne we Fromborku

*  /  *

Jak wspomniano wyżej – każdy kolejny biskup trzymał dwór.

Czasem dwór był liczny – jak ten biskupa Marcina Kromera – liczący aż 123 osoby, czasem zaś mniejszy, taki do 80 osób.  Jaki by jednak ów dwór liczny (lub nie) nie był, musiał sprostać wielu zadaniom. Między innymi – odpowiednio przyjąć gości. Bowiem, jak pisał Jędrzej Kitowicz: „rzadki był dzień bez gościa”… Tak więc takie też zadania musiał wypełniać dwór biskupi. Kucharze „trzymani” na dworze należeli do najlepszych. I często posyłano po nich daleko (z Warszawy na przykład pochodził kucharz Ignacego Krasickiego).

Jeśli chodzi o samą kuchnię – ta była bardzo wyszukana, porównywalna z kuchniami magnackimi.

Posiłki serwowano dwa razy dziennie przy jedenastu stołach. Przy nich zasiadano według hierarchii (i regulaminu określonego w Ordinatia Castri). Przy pierwszym stole – ustawionym na podwyższeniu – zasiadał biskup; dalej siedzieli goście, dworzanie, urzędnicy a nawet chłopcy z ziem pruskich pobierający nauki w szkole zamkowej.

Co jedzono?

Ano jedzono tłusto. Dziczyzna, wieprzowina i wołowina stanowiły nieodzowny składnik każdego posiłku. Jedzono jednak też dużo ryb, takich jak łososie, węgorze, karpie, dorsze, śledzie (holenderskie), szczupaki, czy liny. Często jadano też małże (te jadali także kanonicy fromborscy). Ryby przyrządzane były na różne sposoby, a więc pieczone na ruszcie, gotowane, smażone, wędzone, czy marynowane.

Znane są opisy uczt gdzie podawano karpie „gotowane w winie z gałką i kwiatem muszkatołowym”, serwowano także znakomicie przyrządzone bażanty, gęsinę, czy kawior.

Do tego wszystkiego podawano rozmaite sosy. Aż ślinka cieknie, kiedy czyta się opisy: a to sos żółty – cokolwiek to znaczy, sos biały ze śmietaną, szary z cebulą i czosnkiem, sos czarny na powidłach (ach!!!), czerwony sos na bazie soku wiśniowego, a także sos chrzanowy.

Spośród warzyw chętnie spożywano ogórki świeże, ale także kiszone. Jedzono dużo kapusty i kalafiora, również sałaty. Bardzo dużą popularnością cieszyły się szparagi – wiem, czemu tak lubię biskupów warmińskich. 😉 Kiedy pojawiły się w Polsce ziemniaki, zagościły na stałe także na stołach biskupich. Oczywiście spożywano dużo chleba. Ten wypiekano tak w Lidzbarku jak i w Olsztynie.

Musztardę sprowadzano z Anglii, sery z Francji, oliwę zaś z Prowansji (tym zajmował się pewien kupiec gdański – i tu pojawiła się kolejna zagwozdka, bo jego nazwisko już gdzieś mi mignęło, ale o tym, kiedy indziej…)

Chętnie jedzono owoce takie jak maliny, poziomki czy gruszki.

Najlepsze wina i piwa podawano do stołów, aczkolwiek zabronione było picie piwa ciemnego czy miodu pitnego. Na deser zajadano się rozmaitymi słodyczami.

Kiedy w XVII wieku kawa i herbata pojawiły się na Warmii, zagościły na dobre także w menu biskupim. Pito więc kawę czarną, kawę z mlekiem czy śmietanką, a także herbatę z dodatkami (konfiturami) a także gorącą czekoladę. Tę lubił popijać biskup Krasicki.

Zadziwiające jak wiele tematów zastępczych można znaleźć szukając notatek do hasła „biskup”…

I wcale nie wyczerpałam tematu. Bo temat kuchni, czy stołów to temat rzeka… I z pewnością do tego jeszcze wrócę.

(Korzystałam z moich notatek do egzaminów i ze szkoleń różnych, również między innymi z kapitalnych publikacji o Warmii wydanych przez Ośrodek Badań Naukowych im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Olsztynie).

O piecach w Królewskiej Fabryce Karabinów w Gdańsku

Już pisałam o tym, że słuchać Panie Jagodę Semków i Weronikę Wojnowską to czysta przyjemność.

Dzisiaj więc postanowiłam jechać do Królewskiej Fabryki Karabinów na ul. Łąkową żeby je spotkać. Miejsce, a raczej dzielnicę, znam z czasów kuratorowania nieletnim, więc niemal z rozrzewnieniem przemaszerowałam z Danką L. i Ewą H. przez nie zmieniony od lat mrok.

W salce panował psychodeliczny klimat, spotęgowany przez niebieskie światło i przywodzący na myśl filmy o zombie… Ale na szczęście znalazł się pewniem młody i na dodatek cierpliwy człowiek, który szybko postawił dodatkowe (normalne) światło, łamiące nieco ten trupi błękit.

Samo spotkanie było świetne. Z całym mnóstwem ciekawych opowieści o PIECACH, historii ich powstania, o miejscach, gdzie wyrabiano kafle. Tu padły nazwy jakże znane! Srokowo, Biskupiec (dzisiaj tu mieści się restauracja i dyskoteka Stara Kaflarnia), Królewiec, Braniewo, Elbląg, Kadyny, Toruń czy Kolbudy.

Po krótkiej walce z techniką, komputer wreszcie „odpalił” i mogliśmy nie tylko słuchać, ale oglądać prezentację… Po raz pierwszy usłyszeliśmy też o subtelnej różnicy między piecami toruńskimi (o trzech „skrzyniach” bez prześwitu), gdańskimi (o dwóch skrzyniach z prześwitem i często na nóżkach drewnianych), czy choćby elbląskimi (te były ceramiczne). Od dzisiaj już wiemy, że generalnie wszystkie te piece nazywane są gdańskimi 😉

Jagoda Semków i Weronika Wojnowska: dwa bieguny – jedna pasja.

Razem tworzą tandem od lat tak jednoznaczny, że nie zdziwiłoby mnie, gdyby za nimi truchcikiem podążały piece gdańskie, berlińskie, ludowe, żuławskie, pałacowe czy jakie tam jeszcze istnieją 😉

Przy obu Paniach też można się ogrzać. Niczym przy tych ich wszystkich po całej Polsce tropionych piecach. Obie emanują ciepłem życzliwości, serdeczności, a przy tym niespożytej energii i nieczęstego dzisiaj … wdzięku.

O wiedzy nie wspominam, bowiem od lat je „śledzę” i jestem dla tej ich wiedzy pełna podziwu. Zresztą tu nie o mój podziw chodzi, bo ja je zwyczajnie lubię. Ale ich wiedza o piecach jest tak szeroka, że służą pomocą innym, organizując odczyty, konferencje, wykłady. Zresztą w tej chwili już, po 15 latach zajmowania się piecami, są uznanymi autorytetami w tej dziedzinie. Współpracują z kwartalnikiem Świat Kominków, wchodząc w skład rady programowej pisma.

Od lat też niezmiennie boleją nad tym, iż nie powstało jeszcze muzeum pieców. Z powodzeniem obie mogłyby zainicjować taką placówkę – gdyby tylko znalazło się odpowiednie miejsce. Mają bowiem eksponatów do stworzenia muzeum aż nadto. Kto nie był jeszcze w Dzwonnicy we Fromborku – niech żałuje i nadrobi, póki jest. Można tam jeszcze oglądać ich wystawę. Dopracowana do najmniejszych szczegółów. Nie tylko wypełniła puste wnętrze jednego z pięter, ale też pozwala pochylić się nad pięknem pieców. Dzisiaj jest ich już coraz mniej. Niszczone są bezmyślnie podczas renowacji mieszkań, czy domów, lub zapadają w niepamięć, rozkradane z opuszczonych ruin dawnej świetności nieistniejącyh już Prus Wschodnich.

(N.B. w numerze 3(30)2011 Świata Kominków znajduje się bardzo ciekawy artykuł obu Pań pt. „Na tyłach historii”, traktujący o piecach kaflowych w pałacach i dworach Warmii i Mazur.)

I właściwie to tyle na dziś 🙂

Ja ogrzeję się w cieple ich opowieści już niedługo, w styczniu przyszłego roku. Bowiem od dawien dawna mamy w zwyczaju (stały skład) kończyć sezon przewodnicko-pilocki właśnie we Fromborku. Ładujemy akumulatory na następny, nie tak odległy już, sezon.

Zasłużona nagroda dla Gothic Cafe

Oto czego się dowiedziałam:

Gothic Cafe najlepszą restauracją w Mieście i powiecie Malborskim w 2012r.

Cieszy, tym bardziej w naszej rzeczywistości, gdzie raczej się zdechliznę wiesza i błotem obrzuca, niż docenia …

cuda, panie! cuda 🙂

A swoją drogą to KTO, jak nie Bogdan i Jego Zespół miał być tym naj! najlepszym.

Published in: on 25 Październik 2012 at 20:00  Dodaj komentarz  

Magia Bursztynu – Bursztyn Magiczny

Będzie krótko – bo efekt wizualny się liczy a nie lektura:)

Nie tak dawno odwiedziłam pracownię pewnego Artysty bursztynnika. Artysta jest znany – i uznany, jednak bardziej poza granicami kraju (tu na myśl nieodparcie przychodzi los Christopha Mauchera).

Kolekcja Mistrza – zaprezentowała się niemal w pełni barw… Dzieła sztuki, jakie Artysta wyczarował z tego Magicznego Kamienia Bałtyku, nadają się do najlepszych kolekcji światowych.

TUTAJ zamieszczam krótką prezentację – bowiem Mistrz zezwolił mi na robienie zdjęć a także na zamieszczenie ich na tej stronie 🙂

Zantyr – w Archeologii Żywej

Odkąd pamiętam – kwestia Zantyru zawsze rozpalała wyobraźnię i umysły wszystkich, którzy choć trochę kojarzyli i kojarzą nazwę 🙂

I oto w ostatnim numerze Archeologii Żywej (Nr 6(58) listopad-grudzień 2011) jest artykuł traktujący właśnie o tym dotychczas na poły mitycznym miejscu.

Poniżej słowa wstępu do artykułu:

Zantyr to gród – legenda, tym bardziej nieuchwytny, Im bardziej zażarte spory dotyczące jego lokalizacji się toczą. Tymczasem archeolog Zbigniew Sawicki z Muzeum Zamkowego w Malborku bez rozgłosu wydobywa z ziemi pamiątki po pierwszyzn krzyżackim komturstwie na Żuławach Wiślanych – centrum władzy zakonu przed przeniesieniem stolicy do Malborka. O tajemnicach Zantyru badacz opowiada Joannie Orłowskiej-Stanisławskiej.

Aby dostawać magazyn do domu, wystarczy wejść na stronę Archeologii Żywej, zalogować się, a następnie wykupić  prenumeratę.

Warto 🙂

Published in: on 7 Styczeń 2012 at 20:23  Comments (2)