Z cyklu Chwalę się – W biegu, po drodze – żuławskim traktem

Marzłam kolejną godzinę z grupą filmowców chińskich ze stacji CCTv. Kręcili dzisiaj ujęcia Wiadomego Zamku, zachwyceni i zafascynowani tak miejscem, jak i jego historią. Zanim jednak zaczęli kręcić materiał, musiałam jakoś wprowadzić Gości w historię nie tylko zamku, ale i Zakonu. Nieco pomocną, dla odniesienia do znanych im faktów, okazała się data 1280, a to dlatego, że w tym czasie w Chinach datuje się pierwszą wzmiankę o broni palnej i armacie, to też początek dynastii Yuan-Ming. Wzmiankę o Benedykcie Polaku sobie darowałam, widząc, że kłopotu dostarczyła już sama Reguła krzyżacka… 😉 W końcu, dla nas też kolejne dynastie chińskie, a także chronologia ich historii jest zawikłana.

I tak sobie marzłam im do towarzystwa, kiedy już po przejściu potencjalnych miejsc do ujęć filmowych, zabrali się już za samo filmowanie … Zapowiadał się co najmniej katar. Ale w myśl powiedzenia, że co nas nie zabije, to nas wzmocni, otuliłam się szalem i zabrałam się za lekturę Reguły, czekając aż będę znowu potrzebna z wyjaśnieniami.

Przy sposobności, jak zwykle, robiłam zdjęcia. Niestety, jako, że nie miałam ze sobą aparatu, zdjęcia robiłam komórką, stąd kiepska jakość.

Wyszłam do Zimowego Refektarza na chwilę, żeby nie wchodzić ekipie w kadr, kiedy zadzwonił telefon. To Ela Skirmuntt-Kufel dzwoniła z pytaniem, gdzie jestem, i kiedy wracam. Już chciałam odpowiedzieć (zgodną zresztą z wszelkim prawdopodobieństwem), że wracam za jakieś następne 674 lata, ale ugryzłam się w język, bo Ela wspomniała, że czeka na mnie książka…

MOJA książka 🙂

Na szczęście wybiła godzina 15:00, czyli godzina zamknięcia wnętrz zamkowych, więc mogłam jechać do Trutnów. No, mogę powiedzieć, że to była prawie teleportacja…

I teraz sobie siedzę i czytam, co napisałam. Niby nic takiego, bo przecież to po prostu nieco przerobione moje opowieści z bloga. Ale miło przeczytać to w formie drukowanej. Na pachnącym papierze, z pięknymi zdjęciami autorstwa Daniela Kufla.

* / *

ps. A kataru wcale nie dostałam, książeczka podziałała jak balsam leczniczy 😀

Książka warta każdej złotówki

Kupiłam książkę.

Nic nadzwyczajnego. Książek kupuję sporo. A teraz, kiedy „sezon szlifierski” wreszcie ma się ku końcowi, wreszcie mogę nadrobić braki w lekturze… W sezonie bowiem – to czytanie i uczenie się do kolejnej wycieczki, sprawdzanie wiadomości, i raczej nie ma czasu na zagłębianie się w tekstach dla siebie. Toteż każdego roku czekam niemal z utęsknieniem na tzw. przestój, by móc w spokoju zagłębić się w lekturę dla siebie. Oczywiście, jak 99 % mojej biblioteki, i ta książka, jest po tzw. linii, czyli bardzo mocno związana z moim zawodem (napisałam „zawodem”, bo mimo deregulacji, wciąż jest to zawód, czy się to komuś podoba, czy nie).

Otóż książka, którą polecam, to kolejna ciekawa pozycja, warta wnikliwej analizy..

To praca Pana Kazimierza Pospiesznego pod tytułem: „Domus Malbork. Zamek krzyżacki w typie regularnym

Książka ta na pewno się przyda przede wszystkim przewodników po Wiadomym Zamku, a i dla innych krzyżakologów będzie także przydatna. Zdaję sobie sprawę, że niektóre tezy autora pewnie wzbudzą w środowisku dyskusje. Ale, jak wiadomo, Zamek żyje, i teorie sprzed paru lat niekoniecznie muszą być aktualne w świetle ostatnich badań.

Tak, czy inaczej, warto mieć tę książkę. Warto też dokładnie przeczytać.

Zamiast opisu wklejam żywcem spis treści ze strony wydawnictwa

SPIS TREŚCI

Przedmowa / 9
Wprowadzenie / 11

1. Castrum sancte Marie – Mergenburgk – Marienburg – Malbork / 12
2. Źródła a literatura – zwrot w kierunku kastelologii / 23

I. Pierwszy „zamek Marii ”, ok. 1274–1300
1. Uwarunkowania topograficzne i społeczne / 25
2. Sposób budowy malborskiego castrum i zamków regularnych / 33
2.1. Konstrukcja i „kod” architektoniczny zamku-wieży / 35
2.2. Organizacja i zasady prowadzenia budowy: inwestor – architekt/budowniczy – warsztat  / 47
3. Zaawansowanie budowy i sposób użytkowania zamku do 1309 roku / 51
3.1. Skrzydło północne i pierwszy krużganek / 52
3.2. Skrzydło zachodnie z „gdaniskiem”, schody przy Złotej Bramie / 64
3.3. Program i forma architektoniczna infirmerii konwentu / 72
3.3.1. Geneza formy i układ funkcjonalno-architektoniczny / 72
3.3.2. „Szpital duszy” – emporowa część kościoła NMP / 80
4. Ceglany warsztat budowlany i jego identyfikacja artystyczna / 87
4.1. Brandenburski styl architektury / 90
4.2. Charakterystyka malborskiej plastyki architektonicznej. Analiza techniki i technologii gliny palonej (ekskurs nr 1) / 93
4.3. Warsztat elbląski – dzieło w orbicie polityki Zakonu / 106

II. Model pruski zamku regularnego na tle europejskim
1. Forma regularna a forma idealna / 113
1.1. Kryteria typologiczne / 113
1.2. Relacje między funkcją obronną a symboliką / 114
1.3. Ranga obiektu wzorcowego / 115
2. Wzorzec architektoniczny domu konwentualnego w Elblągu / 116
2.1. Definicja pruskiego zamku regularnego / 116
2.2. Elbląski „Konventhaus” jako wzorzec architektoniczny / 120
3. Regularne założenia zamkowo-rezydencjonalne w Europie w XIII wieku a kasztel pruski / 122
3.1. Zamki Przemysława Ottokara II w Czechach / 122
3.2. Klasyczny model francuski / 128
3.2.1. Wariant w materiale kamiennym – zamki walijskie / 131
3.2.2. Wariant w materiale ceramicznym – zamki holenderskie / 133
3.3. Północne „keeps” i południowe „torri Normanni” / 135
3.3.1. Ideał zamku zdobywcy – wieże anglo-normańskie / 138
3.3.2. „Normańsko-sztaufijska inicjatywa” w południowej Italii / 141
3.3.3. Zamki krzyżowców i budowle Orientu w Ziemi Świętej / 155
3.4. Warunki kształtowania się pruskiego zamku konwentualnego w 2. i 3. ćw. XIII wieku / 166
3.4.1. Rozwój polityki cesarskiej wobec Prus / 168
3.4.2. Centrum w Marburgu i misja Eberharda von Sayn / 174

III. Haupthus wielkiego mistrza od 1309 roku do połowy XIV wieku
1. Plan przebudowy w ramach czworoboku i jego realizacja /176
1.1. Prowizoryczny charakter pierwszej adaptacji skrzydła południowego / 177
1.2. Pierwszy etap, 1312 – ok. 1330 / 179
1.3. Drugi etap, 1331–1344 / 192
1.4. System obronny i jego modyfikacja / 194
2. Morfologia kościoła zamkowego NMP / 201
2.1. Skarbiec relikwiowy / 205
2.2. „Heska matka” Marburg  / 213
3. Organizacja przestrzeni liturgicznej / 228
4. „Gotyk ceglany” w sztuce i praktyce budowlanej / 231
4.1. Fenomen budowli ceglanej – rzeźba i plastyka w sztucznym kamieniu (ekskurs nr 2) / 233
4.2. Miara ad quadratum / 248
4.3. Pulchra ecclesia i koloryt „dworu Marii” / 254

IV. „Klasyczny” zamek konwentualny w służbie pruskiego Regnum Mariae od XIV wieku do 1457 roku
1. Architektura zamków komturskich jako wyraz misji i narzędzie władzy Zakonu / 264
1.1. Modyfikacja kaszteli wieżowych przed 1300 r. – przykład kluczowy Gniew / 264
1.2. Niebiańskie Jeruzalem / 266
1.3. Instytucjonalizacja sente Merienburc w drugiej połowie XIV wieku / 268
2. Epilog malborski – „bolwerk Marii” po 1410 roku / 283

Zakończenie /290
Aneks nr 1294
Aneks nr 2299
Spis ilustracji / 306
Źródła i literatura / 315
Skróty bibliograficzne / 315
Źródła publikowane / 317
Literatura / 317
Indeks osobowy / 330
Indeks geograficzny i rzeczowy /332
Panopticum w kolorze / 337

Świętoandrzejowa cisza

Dzisiaj przy okazji porządkowania śmieci w komputerze (a trochę też z tęsknoty) obejrzałam sobie zdjęcia z Krakowa. Zrobiłam je w zeszłym roku w lecie, podczas kilkunastodniowej tury  z grupą po Polsce.

Część mojej rodziny związana jest z Krakowem od zawsze, toteż nie dziwota, że i ja związana jestem z tym miastem emocjonalnie :). Najbardziej to czuję, gdy patrzę na cegiełki na murze wawelskim.

Swego czasu  mieszkałam niedaleko i wizyty w Krakowie należały do przyjemności a nadto do rodzinnego rytuału (żyła jeszcze wtedy Babcia  Czaykowska). Wtedy też urywałam się ze spotkań rodzinnych na włóczęgi po mieście, niezmiennie zaczynając od Św. Andrzeja (także związanego z krakowską historią mojej rodziny).

To miejsce jeszcze nie zatraciło klimatu i nie jest zadeptane turystycznie. A nadto wciąż niesie bardzo silny przekaz tradycji historycznej. Właśnie w świątyniach, a nie w muzeach, szukamy prawdziwej historii i kultury. Tutaj bowiem dzieła sztuki znajdują się w swoim naturalnym otoczeniu i przekazują odwieczne przesłanie w harmonii z kontekstem, dla którego zostały stworzone.

Siedząc sobie zatem wewnątrz kościoła na swojej ulubionej ławeczce, nakręciłam w lecie  KRÓTKI FILMIK. Nie ma komentarza, bo chciałam pokazać i nagrać ciszę (dlatego należy podkręcić głośniki, by ją usłyszeć w tle). Ktoś na ulicy grał na skrzypcach, dochodził zgłuszony odgłos samochodów, dorożek, tłumów turystów… A w środku odwieczna cisza. I ten sam półmrok, co zawsze. Nawet ta sama lampka, kompletnie niepasująca do wnętrza, mętnie rozjaśnia przedsionek – identycznie jak przed laty, kiedy przychodziłam tu na wagary 😉

Wspaniałe miejsce.

Poniżej parę zdjęć tego wyjątkowego miejsca. W tym zdjęcie tablicy z krótką historią kościoła i klasztoru. Zawsze mnie ciekawiło, jak się udaje tyle wieków historii i to tak burzliwej – zmieścić na kartce nieco większej niż A4…

Aha, i jeszcze jedno. Kiedyś, będąc tu jak zwykle na wagarach psychicznych, ujrzałam taką oto scenę: do drzwi klasztornych podszedł człowiek z koszem wypełnionym warzywami. Zadzwonił, i po chwili drzwi uchyliły się, wysunęła się ręka i odebrała koszyk z rąk człowieka. Drzwi się zamknęły. Po jakimś czasie (mogło to trwać 10 minut, a może 100 lat) drzwi znowu się uchyliły i ta sama (?) ręka znowu się wysunęła podając człowiekowi koszyk – już pusty. Człowiek coś mamrotnął pod nosem i odszedł. Ja zaś tak zostałam w osłupieniu, nie bardzo rozumiejąc, czego doświadczyłam przed chwilą. Oto w samym niemal centrum Dużego Miasta, w XXI wieku, byłam świadkiem czegoś zupełnie wyjątkowego – jakbym nagle wysiadła z wehikułu czasu!

Stutthof i Sztutowo

Zeszłotygodniowy Wiadomy Zamek w styczniowej ciszy i mgle. Bez pośpiechu i bez tłumów.

A potem nagła decyzja – niedaleko jest Stutthof. Niecała godzina do zamknięcia. A gdyby tak zdążyć… Vitas wycisnął z autokaru „siódme poty”. Zdążyliśmy. Na 25 minut przed zamknięciem wkroczyliśmy na teren obozu.

Pomijam fakt, że to była chyba moja najkrótsza tura po obozie, ale tym razem mimo sprintu – wrażenie było może najpełniejsze. Grupa młodzieży, świetnej zresztą, ze Stanów, zareagowała przecieraniem oczu na widok i zapach baraków.

I jak zwykle pytania, czy bardzo przeżywam każdorazowe oprowadzanie po takich nieszczęściach i jak daję sobie z tym radę.

Nie oprowadzam po nieszczęściach. Ja oprowadzam po nadziei.

Gdybym miała oprowadzać po nieszczęściach tylko, zwłaszcza po tłumaczeniu tekstów do filmów tam wyświetlanych – to pewnie bym z krzykiem uciekła…

Miejsca martyrologii – przy całej tragedii zawartej w ich historii mają  w sobie właśnie Nadzieję na Przetrwanie.

Szkoda, że zniknęły plansze z opowieściami świadków historii. Była to niezmiernie ciekawa i pouczająca wystawa. Także dla malkontentów, wszędzie widzących przysłowiową szklankę pustą do połowy.

Niestety już nie istnieje w sieci kapitalna strona z monografią KL Stutthof! Można wprawdzie kupić ją (tzn. monografię) jeszcze w sklepiku muzealnym – ale… nie każdy przecież zapędza się na ten kraniec Polski.

Z innych rzeczy, których nie ma… otóż zniknęła tablica z zewnętrznej ściany krematorium nieopodal szubienicy – poświęcona działaczom konspiracji pomorskiej: St. Lesikowskiemu, L. Łanieckiem i L. Cylkowskiemu. Czemu?

Przy każdej wizycie zastanawia mnie, jak rzadko słychać ptaki na terenie obozowym i przyobozowym. Niedawno słyszałam i widziałam dzięcioła, ale to przy stosie całopalnym, czyli w lesie…

I zastanawia mnie człowiek o ciemnych włosach i raczej grubych rysach i południowej urodzie. Widać go na paru zdjęciach z początku wojny w Gdańsku. Jest w książkach, spotkamy go też na planszy na Westerplatte, a także w Muzeum Stutthof w baraku VIII.

Widziałam trzy zdjęcia z owym człowiekiem. Najpierw stoi wraz z innymi aresztowanymi – z podniesionymi rękami gdzieś na ulicy, przed witryną „Salon Schott”, i to samo miejsce, ale ręce mają wszyscy opuszczone. Potem widzimy go znowu – jak je posiłek na stercie cegieł podczas budowy obozu. Koszulka z krótkimi rękawami już nie jest biała, i Człowiek już nie ma szelek u spodni. Je z miski – jeszcze białej i jeszcze emaliowanej.  Kim jest ?

–        *       –

Stutthof ma skojarzenia jednoznaczne, i kiedy się przyznaję, że lubię tam jeździć (mimo rzadko słyszanych ptaków) – ludzie patrzą na mnie dziwnie…

A tymczasem historia tego miejsca sięga daaaaaaaaawnych czasów – bo tych sprzed naszej ery. A na początku naszej ery z Sambii przez Mierzeję i dalej do Rzymu prowadził słynny szlak bursztynowy.

Potem – to znaczy przeskakując kilka wieków – po zdobyciu tych terenów przez Krzyżaków, obficie zalesiony teren Mierzei stał się (w XIII i XIV wieku) terenem łowieckim. Panowie zakonni, jako właściciele ziemscy posiadali przywilej rybołówstwa w rzekach, przy ujściu Wisły i w Zalewie Wiślanym. No i dodatkowo Zakon pozyskiwał bursztyn – a mając na niego monopol, czerpał z handlu całkiem spore zyski. Sprawa bursztynu w państwie zakonnym to zresztą osobny i niezmiernie ciekawy temat (bodaj TV Discovery czas jakiś temu nakręciła świetny dokument o bursztynie w państwie zakonnym). Dość wspomnieć, że cały zebrany bursztyn musiał być sprzedawany Zakonowi. Za zatajenie posiadania tego „magicznego kamienia Bałtyku” groziła nawet śmierć. Ciekawe jest prześledzenie powiązania czasu powstania pierwszych cechów bursztynniczych na przykład w Gdańsku – z „odejściem” Zakonu z Pomorza Gdańskiego.

A wracając do Sztutowa – często nazywamy go po prostu Stutthof. Po staremu. I nieczęsto zastanawiamy się nad pochodzeniem nazwy. A to właśnie tu – Krzyżacy założyli hodowlę klaczy – i to dało nazwę Studhoff (dwór klaczy, Stude=Stute – kobyła, klacz).

Niedaleko istniał też Czerwony Dwór (Rotenhof lub Rotenhaus). Jego położenie określa się z dużym prawdopodobieństwem pomiędzy Sztutowem a Kobbelgrube (wschodnia część Stegny). Jako, że było to miejsce, które często odwiedzali wielcy mistrzowie, więc przypuszcza się, iż był raczej rezydencją, a nie ośrodkiem gospodarczym na większą skalę.  Tutaj wydawano między innymi dokumenty lokujące osady czy nadające karczmy. Wprawdzie dwór uległ zniszczeniu podczas wojny (trzynastoletniej), ale w jego pobliżu – najprawdopodobniej w namiotach – prowadzono pertraktacje polityczne przygotowujące do zawarcia pokoju kończącego wojnę trzynastoletnią. Owe rokowania toczyły się tutaj między 30 sierpnia a 3 września 1456 roku, w „przytomności” Jakuba z Szadka i niejakiego Jana Długosza. Dzisiaj przypuszcza się, że teren rokowań – położony był bliżej kościoła w Stegnie – czyli w Kobbelgrube.

W wieku XV Stutthof znalazł się na szlaku pocztowym z Gdańska do Królewca, kiedy to osady na Mierzei zyskały połączenie drogowe.

Problemem dla całej Mierzei stało się wycinanie porastających je lasów. Spowodowało to uruchomienie wydm i zasypywanie przez piasek miejscowości i lasów. Niebezpieczeństwo udało się zażegnać dzięki metodzie stopniowego opanowywania wydm przez sadzenie traw, a później lasów. Metodę tę zastosował w I połowie XIX w. Duńczyk Sören Biörn.”

Powyższy cytat pochodzi ze strony:

http://www.wrotapomorza.pl/pl/bip/gminy/stegna/gmina_stegna/strategia/dokumenty/strategia_dokumenty

(nie mogę znaleźć numeru Jantarowych Szlaków z całkiem ciekawym artykułem o pomyśle Duńczyka na unieruchomienie wydm).

W razie, gdyby komuś dane było oglądać mapę z roku 1600 – sporządzoną przez mierniczego gdańskiego Friedricha Berndta – to należy pamiętać, że to nie Czerwony Dwór tam można zobaczyć, a dwór, który wybudowano później. A związany jest z historią rodziny Schopenhauer (przypominam, to z tej rodziny wywodził się Artur Schopenhauer).

Potem, po wiekach zdecydowano, aby utworzyć tu fabrykę śmierci.

Dzisiaj z reguły rzadko komukolwiek przychodzi do głowy by zastanawiać się nad długą i ciekawą historią tego miejsca. Niemcy w 1939 roku, tworząc tu obóz koncentracyjny, skutecznie ujednolicili kryteria postrzegania tego terenu…

A jednak, jeśli ktokolwiek się zapędzi do Sztutowa, niech nie ogranicza się wyłącznie do terenów Muzeum KL Stutthof. Warto wybrać się na spacer nad morze. Tu plaża jest znacznie przyjemniejsza niż te w Trójmieście, bo nie jest tak tłoczno i gwarno, ani brudno… Tu jeszcze można odpocząć od zgiełku  i cywilizacji.  Jest się gdzie zatrzymać na noc – a i jedzonko podają niezłe… A ze Sztutowa można robić całkiem ciekawe wypady I nie mam tu wcale na myśli Krynicy Morskiej…

No i można poczuć się jak w Holandii. Ale o tym to trzeba już się samemu przekonać 😉

Rocznicowo zeszłorocznie

Zeszły rok obfitował w rocznice, a także w związane z nimi wydarzenia artystyczne… Przepraszam za ten truizm. Jakoś jednak temat musiałam zagaić. 😉

To był Rok Chopina, którego nie lubię. Więc o tym nie napiszę, poza wzmianką o  recitalu w warszawskim Pałacu Raczyńskich. Recital był zaskakująco dobry.

To był również Rok Grunwaldzki…

Nie lubię rocznicowych „roków” bo z reguły para idzie w gwizdek, a z rocznicy zostaje tylko data i parę odznaczeń (vide zmarnowane Millenium Gdańska).

A jako, że na szczęście sezon turystyczny miałam z absolutną zadyszką, to i nie miałam czasu śledzić ogólnego bałaganu i szamotaniny. Co za tym idzie, nie mam na co specjalnie narzekać. Owszem, wiem, że „się działo”, ale to było do przewidzenia. Bo przecież jak za coś bierze tzw. góra, to imprezom to nigdy nie wychodzi na dobre (vide bałagan na Bitwie).  Ale Bitwa Grunwaldzka jednak się odbyła dzięki temu, że od lat  co roku się odbywa i zawsze organizują ją… sami uczestnicy.

Wszystko jednak  już przeszło i przetoczyło się szczęśliwie, można teraz wybierać tylko perełki.

Parę wydarzeń Roku Grunwaldzkiego zdecydowanie wartych jest zapamiętania.

Z tych nieoficjalnych – okołorocznicowych – zdecydowanie wygrały bigwanty i gacnik 🙂 towarzyszące szałowi tłumaczenia strony do bitwy.

Natomiast z tych oficjalnych wydarzeń – zapadły mi w pamięć trzy.

A więc po kolei:

Jedno, to konferencja w Olsztynie, dzięki której  uczestnicy mieli głównie możliwość poznać rodzaje kataru i niewybredne (nieoficjalne) słownictwo tłumaczy w kabinach, a przy sposobności w tzw. międzyczasie „listę płac” zakonu krzyżackiego… Dla ukojenia nerwów jednak dane nam było delektować się świetną potoczystą i ciętą mową (niestety już św. pamięci) Księdza Alojzego Szorca.

Drugie wydarzenie – to Wystawa a trzecie to Konferencja w Wiadomym Zamku. I z całą świadomością piszę to z dużej litery. Bo tak wystawa jak i towarzysząca jej konferencja były mocnym przytupem w obchodach rocznicowych. Nie byłam na krakowskiej części Konferencji, więc nie wiem czy i tam to był „przytup”.

„… dajmy się oczarować i poddać fantazjom artystycznym poszczególnych grup społecznych, żyjących wówczas na terenie państwa krzyżackiego w Prusach, zrozumieć ich przekaz i potrzeby poprzez wspaniałe dzieła sztuki, jakie po sobie pozostawiły…”

To cytat o Wystawie ze strony Muzeum Zamkowego w Malborku. Wkleiłam go dlatego by oznajmić, że zdecydowanie dałam się oczarować.

Chwała Dyrekcji, że zezwoliła na robienie zdjęć. Bo detale aż prosiły się o uwiecznienie! A niewątpliwie główną rolę grał tam właśnie detal…

No, to wklejam parę zdjęć z Wystawy – bo obiecałam, że o tłumaczkach konferencyjnych zmilczę 🙂 i słowa dotrzymuję… Aczkolwiek kosztuje mnie to bardzo dużo… I robię to wyłącznie z sympatii dla Wiadomego Zamku i … z litości dla pań tłumaczek. 😀

A wracając do konferencji – nie wszystkie wypowiedzi mi się nagrały porządnie. Niestety baterie w dyktafonie padły… Na szczęście mam wspaniałe dwutomowe wydawnictwo – będące pokłosiem Wystawy. Tytuł tej wyjątkowej publikacji to: Fundacje Artystyczne na terenie państwa krzyżackiego w Prusach.

A oto obiecane parę zdjęć z wystawy dla tych, którzy nie byli.

 

Wystawa w Wiadomym Zamku…

Wspomniałam o wyjątkowej sesji naukowej – a tymczasem w Moim Zamku Wiadomym trwa…

„W dniach 26.06-12.09.2010 Muzeum Zamkowe w Malborku przygotowało niepowtarzalną wystawę, która ma na celu uświetnienie dwóch jubileuszy: 700-lecia przeniesienia siedziby wielkiego mistrza Zakonu Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego z Wenecji do Malborka (1309-2009) oraz 600-lecia bitwy pod Grunwaldem.”

A tu odnośnik na stronę Zamku…

I bezwzględnie zachęcam do odwiedzenia wystawy – choćby dla samego dzwonu z Miłoradza… Czy dla samej Kaplicy Św. Anny…

Zamek Bierzgłowski 3-4 grudzień 2009

D.L. przysłała maila z informacją o konferencji w Zamku Bierzgłowskim.

Ponieważ program przedstawiał się niezwykle interesująco – postanowiłam nas tam wepchnąć za wszelką cenę. Mimo iż konferencja miała charakter zamknięty – na szczęście trafiłam na świetnych ludzi, którzy zrozumieli, że 4 przewodniczki chcą wiedzieć więcej.

Niestety, jak się okazało, D.L. nie mogła jechać z nami, więc pojechałyśmy w końcu w trójkę – Gosia, Aga i ja (tzw. stały zestaw).

I ten sposób w dniach 3 i 4 grudnia b.r. połączyłyśmy przyjemne z pożytecznym: zobaczyłyśmy na własne oczy oryginał słynnego tympanonu,  a także przysłuchiwałyśmy się niezmiernie ciekawej konferencji historycznej.

Konferencja nosiła tytuł: Procesy Zakonu Krzyżackiego z sąsiadami w XIV – XV wieku. Myśl polityczna i ośrodki jej kształtowania.

Organizatorem był Instytut Historii i Archiwistyki UMK w Toruniu w osobie prof. Wiesława Sieradzana.

Program zaś przedstawiał się następująco: Konferencja – Procesy

Tematyka – jak najbardziej uzasadniona – jako, że w tym roku mija 670 rocznica II procesu polsko-krzyżackiego (procesu warszawskiego).

I tym bardziej na miejscu, że odbyła się w zamku komtura bierzgłowskiego (w którym dzisiaj mieści się Diecezjalne Centrum Kultury).

Nie mówiono wyłącznie o samych procesach, a więcej o ich genezie i entourage’u epoki, a także całej otoczce dyplomatycznej. Dokumenty latami „przekopywane” przez historyków odsłoniły niezmiernie ciekawe informacje. Tym więc ciekawsze były referaty. A dla nas wprost bezcenne – do wykorzystania w naszej pracy przewodnickiej.

I tak dowiedziałam się o pracy dokumentacyjnej Benedykta Makraia – subarbitra Zygmunta Luxemburskiego. Przez pół roku (od listopada 1412 roku do maja roku następnego) objeżdżał on ziemie Państwa Zakonnego i Litwy, zbierając informacje od świadków w związku z nierozstrzygniętym konfliktem Wielkiej Wojny.

Aczkolwiek podróż rozpoczął w Brześciu Kujawskim, zaraz jednak udał się do Malborka. Stamtąd, zgodnie z sugestią Wielkiego Mistrza, objechał Ordenstaat. W jego itinerarium znalazło się także Kowno, w związku z roszczeniami Witolda. Potem zjechał „w dół” mapy – do Drohiczyna. Stamtąd przez Warszawę, ziemie: dobrzyńską i michałowską – do Szczecinka, gdzie podróż zakończył.

Informacje, jakie zbierał subarbiter – dotyczyły jeńców z 2 folwarków koło Wystruci (Insterburga – dzisiaj zwanego Czerniachowskiem), witoldowego zamku w Wielonie, oraz spornej Żmudzi. Co do jeńców – sprawa była o tyle ciekawa, że wszyscy opowiedzieli się za pozostaniem w niewoli, nie chcąc powracać do Panów Pruskich. To skłoniło do refleksji czy chcieli z własnej woli, czy też z powodów tzw. natury obiektywnej (sugestia, jakoby ich rodziny mogły stać się zakładnikami strony litewskiej, wydaje się być całkiem prawdopodobna)…

Pozostając w czasach Benedykta, poznałam jednego z kanoników warmińskich – Kacpra Schuwenpfluga. Ten utalentowany człowiek, mimo iż nie posiadał doktoratu z prawa, w czasie soboru w Konstancji dał się poznać jako bezkompromisowy i ostry retoryk ( a także złośliwiec… ;-)). Nie należał wszakże do zwolenników rozwiązywania konfliktów drogą zbrojną. Był współredaktorem 43 artykułów stanowiących replikę na polskie zarzuty wobec zaboru ziem przez Krzyżaków. Rezydując we Fromborku, pozostawał w służbie najpierw Henryka v. Plauena, a następnie Michała Küchmeistra. Jako uhonorowanie swojej służby – otrzymał biskupstwo ozylskie (Inflanty). Skądinąd jednak wiadomo, że go to nie usatysfakcjonowało (skarżył się na ubóstwo biskupstwa), marzyło mu się bowiem bądź biskupstwo warmińskie czy nawet arcybiskupi stołek w Rydze…

I tu ciekawostka – na 250 zidentyfikowanych kanoników warmińskich od XIV do XV wieku – co najmniej 60 związanych było z zakonem krzyżackim. Także na ten czas przypadają informacje o pierwszych stypendiach fundowanych przez Wielkich Mistrzów, jako, że Frombork uchodził w owych czasach za jeden z ważniejszych ośrodków umysłowych.

Inny z referatów dotyczył profanacji miejsc świętych w zeznaniach świadków… Padło tu parę ciężkich oskarżeń pod adresem Krzyżaków, co wywołało ożywioną dyskusję po referacie. Obrona Panów Pruskich jakiej podjął się dr Rozynkowski niejako podzieliła zgromadzonych na dwa obozy. Jako pozostające w służbie krzyżackiej w ich Domu Głównym – wszystkie trzy skłonne byłyśmy przejść raczej do obozu obrońców. Bo przecież świadkowie nie zawsze bywali (a i dzisiaj też nie zawsze bywają) obiektywni. Zwłaszcza w tak ważnych sprawach, jak roszczenia terytorialne, czy rewindykacja ziem zagrabionych.

A skoro minęło tyle wieków – już pewnie nigdy nie dowiemy się prawdy …  🙂

A swoją drogą, w czasach gdy morale odpowiedzialnych za stan państwa zeszły na psy, gdy dokoła tyle niegodziwości i zwykłego chamstwa – spór o to, czy profanowali czy nie – wydał mi się nagle cudowną okolicznością i szczęśliwym sposobem na oddalenie brudów czytanych w prasie czy oglądanych w TV.

Na konferencji dowiedziałam się też, iż tuż koło Archiwum Skarbca Koronnego na zamku krakowskim trzymano… bakalie, co miał0 niebagatelny wpływ na stan zachowania tegoż archiwum. Jako, że owe bakalie (a także po sąsiedzku archiwum) – nader często odwiedzane były przez myszy i szczury…  Do tego stopnia, że w XVI wieku kazano zatrudni0nym tam niewolnikom tatarskim wywieźć pogryzione dokumenty do spalenia…

Znamienne także słowa padły przy porównaniu archiwów:

Archiwum Koronne – skład,

Archiwum Krzyżaków – archiwum.

No i zastanawiające było podejście strony polskiej do przygotowania procesowego – podczas, gdy strona krzyżacka przedstawia dokumenty – strona polska dopiero ich poszukuje ( a więc z braku dokumentów często posiłkuje się świadkami, którzy coś gdzieś kiedyś słyszeli od kogoś 😉 )

Niemal jakbym słyszała słynny cytat z Wieszcza: „Ja z synowcem na czele i jakoś to będzie…”

Jeden z wykładów omawiał tematykę procesu ryskiego, o którym tak na dobrą sprawę nieczęsto się mówi. Wspomina się go w kontekście Świętej Warmii, czy muśnie w opracowaniach. I koniec. A tu pojawił się jako odrębny temat – i to w połączeniu z Gdańskiem. Bowiem wydarzenia gdańskie w roku 1308 – zwane do dzisiaj nader chętnie Rzezią Gdańska – zostały wykorzystane w zeznaniach świadków procesowych tamże.

Pojawiła się też postać Johanna von Wallenrode – jako jedynego spośród Krzyżaków zaangażowanego w prace soborowe, a także uczestnika konklawe (podczas którego to wybrano na papieża Oddone ColonnaMarcina V) …

Ach… gdybyż ta konferencja odbyła się przed moją Regułą na kursie u J. !!!

Podczas tych dwóch dni zdałam sobie sprawę, z tego, że tematy poruszane oscylowały wokół paru wielkich osobowości i osobistości owych czasów – takich jak Benedykt Makrai, Kasper Schuwenpflug, Piotr z Ornety, Andrzej Łaskarz, Johann von Wallenrode czy wreszcie Paweł Włodkowic (przedstawiony w bardzo ciekawym i szczegółowym opracowaniu).

Pozostaje oczekiwać wydania materiałów pokonferencyjnych, bowiem nie wszystkie swoje notatki mogę odczytać. Dawno nie pisałam tak szybko – bo też dawno nie słuchałam tak ciekawych referatów i dawno tak mi nie zależało na zapamiętaniu wszystkiego.

Śmiało mogę stwierdzić, że czas w Zamku Bierzgłowskim spędziłam w świecie przesłuchań, świadków, mataczenia, zmagań intelektualnych,  procesów kanonicznych, wyroków, sądów arbitrażowych…

Szkoda, że tak mało się mówi o tym aspekcie historii średniowiecza w szkołach. A jeśli się już mówi, to nudno i usypiająco!

Kolejni ministrowie edukacji niestety okazują się być kolejnymi pomyłkami – poprzez nierozsądne reformy i poprawki do poprawek reform – skutecznie zniechęcający uczniów do nauki tej wspaniałej dziedziny jaką jest historia.

Na koniec zdjęcia – niewiele ich jest – zaledwie parę (co wywołało zdumienie po moim powrocie do domu). Ale też nie miałam czasu na latanie z aparatem. A szkoda, bo nie zrobiłam zdjęcia „witaczowi” – jak go Aga nazwała (jedno-psiemu komitetowi powitalnemu). Piesek malutki – w sensie, że niziutki – jakby był hodowany pod szafą 😉 ale z uśmiechniętym pyszczkiem, witający machnięciem ogonka (a może raczej parodią ogonka) każdego kolejnego gościa.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

🙂