Dbałość o zabytki

Tym razem będzie bez komentarza, bo każde słowo, jakie powinnam tu użyć,  jest słowem nie nadającym się do druku. Gratulujemy Miastu bezsilności, gratulujemy dbałości o zabytki.

TUTAJ zdjęcia zabytku umierającego po cichu, z dala od centrum i co gorsza – z dala od zainteresowania 😦

TUTAJ Prof. Januszajtis o Wrzeszczu – w tym o umierającym dworze, a TUTAJ o pewnej akcji i o braku reakcji.

Z cyklu Zaproszenia – Gdańsk – wystawa w Ratuszu Głównego Miasta

Od 25 maja do końca września czeka nas ciekawe wydarzenie w Ratuszu Głównego Miasta Gdańska. Otóż otwarta zostanie wystawa”Citius- Altius- Fortius. Lokalny wymiar wielkiej idei sportu.”

To dla mnie ważne wydarzenie, jako córki mistrzyni Polski w biegach narciarskich; ale ważne dla mnie także ze względu na wspomnienie o Leonie Krzeczunowiczu i Wandzie Czaykowskiej (Krzeczunowiczowej)…

Poniżej wklejam żywcem tekst ze strony Muzeum Historycznego Miasta Gdańska:

Citius- Altius- Fortius. Lokalny wymiar wielkiej idei sportu.

Od 25 maja do 30 września w Ratuszu Głównego Miasta Gdańska obejrzeć można będzie wystawę „Citius- Altius- Fortius. Lokalny wymiar wielkiej idei sportu”. Pretekstem do jej organizacji jest EURO 2012. Bohaterami będą jednak nie tylko piłkarze ale sportowcy oraz dyscypliny sportowe od czasów nowożytnych Igrzysk Olimpijskich, tworzący wielobarwną mozaikę sportowej mapy Pomorza, Warmii i Mazur.

Podstawą prezentacji będzie tu nie tyle narodowość – polska czy niemiecka – lecz miejsce, skąd ci sportowcy pochodzą lub gdzie swe sukcesy osiągali. Pokażemy ciągłość uprawiania sportu, ludzi i ich motywacje, porażki i sukcesy w czasach pokoju i wojny. Wspaniałe sale Ratusza Głównego Miasta staną się areną wspomnień o ludziach sportu, ponieważ zgodnie z ideą twórcy nowożytnych Igrzysk- barona Pierra de Coubertina- sport jest wspólną wartością ludzi różnych ras, religii, kultur, ustrojów politycznych i narodowości. Pokażemy bogatą i długą tradycję organizacji sportowych: m.in. Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, Aeroklubu Gdańskiego czy Klubu Sportowego „Gedania”. Ideą wystawy jest pokazanie wartości kulturowej i siły ducha sportu – części ludzkiej kultury i aktywności.

Specjalne miejsce będą mieli zwłaszcza olimpijczycy z terenów objętych wystawą – zarówno polscy, jak i niemieccy. Będziemy mieli szczególną okazję przypomnieć takich sportowców jak Stefan Szelestowski, Jerzy Młynarczyk, Stanisława Walasiewiczówna, Karol Rómmel, Hans Woelke, Erwin Blask, Zygmunt Chychła, Bronisław Malinowski, Kazimierz Deyna, Zenon Plech, Andrzej Grubba, Leszek Blanik, Dariusz Michalczewski i wielu, wielu innych.

Wystawa stanie się okazją do spotkań z ludźmi sportu, którzy będą snuli swe opowieści i refleksje o sportowych pasjach.

Zapraszamy do śledzenia zapowiedzi wystawy o sporcie oraz do odwiedzenia nas od 25 maja. Szczegółowe informacje publikować będziemy na bieżąco tutaj i na naszym profilu na Facebooku oraz w wielu innych miejscach. Bądźcie z nami!

Kurator wystawy: dr Janusz Trupinda

Ważne to dla mnie wydarzenie, bo nie mam pamiątek sportowych po Matce. Zniszczyła większość, cierpiąc pod koniec życia na chorobę Alzheimera. Ocalało niewiele zdjęć. Ale jedno, z jej sportowych czasów zamieszczam, bo ładne.

A tak swoją drogą, czasem sobie przypominam te kilometry robione na biegówkach rano, przed pójściem do szkoły, i rzuty dyskiem, pod czujnym okiem lekkoatletycznej rodzicielki. A także przypominam sobie zaskoczenie pewnego naiwnego kretyna, który moją matkę zaczepił w ciemnym parku, chcąc jej zabrać torebkę… Nie miał biedak pojęcia, że ta subtelna „etykieta dworu hiszpańskiego” była … dyskobolką. 🙂

Ełdyty Wielkie – nepotyzm – obelisk i plotki rodowe

Nie tak dawno, bo w październiku przejeżdżałam przez Ełdyty Wielkie.

Intrygujące miejsce. A to za sprawą (między innymi) dwóch nazwisk i pomnika w formie obelisku. Nazwiska to von Hatten i von Strachowsky, a obelisk – został poświęcony pamięci Wilhelma Strachowsky’ego, który w wieku 22 lat zginął w pojedynku. Ponoć był to ostatni legalny pojedynek na tych terenach. I nigdzie nie udało mi się znaleźć nic więcej o owym młodzieńcu. Ani czy był jedynakiem, czy najstarszym, czy najmłodszym z rodziny…

Rodzina von Strachowsky pozostała właścicielami Ełdyt Wielkich od roku 1908 do roku 1945. Do roku 1908 zaś Ełdyty Wielkie były własnością von Hattenów. A obie rodziny były spowinowacone…

Z rodziny von Hattenów, ale z gałęzi lemickiej pochodził biskup Warmiński Andrzej Stanisław von Hatten (Hattyński). Lomitten (Limity/Lemity), to nieistniejąca obecnie wieś mniej więcej w połowie drogi między Miłakowem a Ornetą (okolice Stolna?).

A tytułowe Ełdyty Wielkie?

Jak pisze dr Jan Chłosta w swoim Słowniku Warmii (Wyd.Litera Olsztyn, 2002), wieś Ełdyty położona jest w pobliżu rzeki Pasłęki. Lokował ją bp. Henryk Fleming w roku 1289 na pruskim polu Elditten. I w myśl dobrze pojętego nepotyzmu ( 😉 ) podarował 110 włók (1 włóka = ok. 16,8 ha) swojej siostrze Walpurgis i szwagrowi Konradowi Wendepfaffe (rodzina związana z rodem Padeluch). Przypuszcza się, że Henryk (jeden z czterech braci Padeluchów) mógł być potomkiem mieszczanina lubeckiego – Jana. Jedyne co o nim wiadomo, to to że był szalenie energicznym człowiekiem.  I że był zasadźcą Sępopola (Schippenbeil) oraz Kętrzyna (Rastembork). Miejscowości odległe były w owym czasie o dzień drogi konno (około 40 km). Przypuszcza się że miejscowość Podlechy (nieopodal Korsz) mogła należeć do owego energicznego krewnego lubeckiego mieszczanina. Tyle wiadomo… Wiadomo też, że wszystkich (czyli Wendepfaffa, Padeluchów i biskupa) łączyło miasto pochodzenia: Lubeka.

Rok lokacji wsi to także rok powstania parafii. Zatem to bodaj najstarsza wieś parafialna na Warmii. Kościół ełdycki nosi wezwanie Św. Marcina i został wybudowany w początkach wieku XIV. W latach 40. tego wieku pojawia się wzmianka o proboszczu. W XIX wieku kościół remontowano (w latach 1885-1886).

Wnętrza kościoła to głównie neogotyk i nieco baroku.

Ale – jest też płyta nagrobna Jana Nenchena. Był on burgrabią orneckim (to przełom wieków XVI i XVII).  Kiedy odsłoniłam płytę spod dywanika, i przeczytałam nazwisko, natychmiast błysnęło mi światełko w głowie. Bo właścicielem Ełdyt w roku 1634 był niejaki Eustachy Nenchen. Z tej to rodziny także pochodził Eustachy Placyd Nenchen (kanonik warmiński, żyjący w latach 1597-1647). Kanonik był krewniakiem owego burgrabiego orneckiego, Jana, z płyty sprzed ołtarza ełdyckiego…. Miał też kanonik dwóch braci: Kasper był cystersem, a Jakub był rajcą w Braniewie.

Jak to mówią – wszystko zostaje w rodzinie 😉

Wracając do kościoła… Ten najstarszy (wg Jana Chłosty) kościół na Warmii, jak wieść gminna niesie, najbardziej ucierpiał zimą 1945 roku.  Na wieży kościoła ponoć miał swoje stanowisko niemiecki snajper. I w związku z tym – Rosjanie ostrzelali właśnie wieżę…

Oczywiście po wojnie – w Ełdytach osadzono PGR…

Dzisiaj Ełdyty są małą miejscowością położoną ok. 40 km na płn zachód od Olsztyna. Gniazdo bocianie nadaje dodatkowego uroku tej warmińskiej wsi.

I rzadko kto zdaje sobie sprawę, że i tutaj w wieku XVIII zawitał szał polowań na czarownice. Otóż w roku 1747 niejaką Dorotę Zegger oskarżono o konszachty z diabłem, bo zbyt często chodziła na potańcówki (!!). Została za takie kontakty skazana na karę stosu. Ówczesny właściciel Ełdyt, Theodor von Hatten nieco „zmodyfikował” wyrok. Otóż kazał katu nieszczęsną ściąć, i dopiero martwą spalić.

A tak w ogóle, to ów Teodor Hatten (Hattyński)… był synem Nenchenówny… Otóż  wspomniany wyżej Jakub Nenchen, rajca braniewski miał syna, a ten córkę. Owa córka – Anna Marianna, wyszła za Zygmunta Alberta von Hatten, pana na Ełdytach (i paru innych wsiach). Ich synem był właśnie ów Teodor od stosu…

No i o tym wszystkim sobie przypomniałam, kiedy patrzyłam na opłakany stan dworu (będącego od 20o2 roku prywatną własnością), i kiedy spacerowałam z aparatem w ręku po terenie przykościelnym. A skojarzenia sprowokowała… płyta Nenchena.

Przypadki czasem doprowadzają do całkiem ciekawych skojarzeń…

😉

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Głos

Nie tak dawno wracałam z późnej wycieczki po Gdańsku. Wycieczka skończyła się już po zapadnięciu zmroku przed Dworem Artusa. Jak zwykle potem szłam na skróty koło Mariackiego. Zawsze tamtędy wracam, bo to miejsce zachowało w sobie coś ze średniowiecza. No i faktycznie to są skróty – bo do ul. Szerokiej to dosłownie parę kroków. Tym razem jednak moje skróty znacznie się wydłużyły. Kiedy bowiem przechodziłam koło Bramy Mariackiej kościoła, z wnętrza dobiegł mnie Głos… Mocny, czysty i hipnotyczny głos kobiecy.

Nagranie komórką nie oddaje tego niesłychanego piękna i magii wieczornego światła i dźwięku. Nagranie jest beznadziejne, ciemne i w ogóle do niczego, ale to nie obraz, a dźwięk się liczy!

Zamieszczam więc trzy nagrania (po kawałeczku niestety) owej hipnotycznej magii przedwieczornej…

Głos 1

Głos 2

Głos 3

Stutthof i Sztutowo

Zeszłotygodniowy Wiadomy Zamek w styczniowej ciszy i mgle. Bez pośpiechu i bez tłumów.

A potem nagła decyzja – niedaleko jest Stutthof. Niecała godzina do zamknięcia. A gdyby tak zdążyć… Vitas wycisnął z autokaru „siódme poty”. Zdążyliśmy. Na 25 minut przed zamknięciem wkroczyliśmy na teren obozu.

Pomijam fakt, że to była chyba moja najkrótsza tura po obozie, ale tym razem mimo sprintu – wrażenie było może najpełniejsze. Grupa młodzieży, świetnej zresztą, ze Stanów, zareagowała przecieraniem oczu na widok i zapach baraków.

I jak zwykle pytania, czy bardzo przeżywam każdorazowe oprowadzanie po takich nieszczęściach i jak daję sobie z tym radę.

Nie oprowadzam po nieszczęściach. Ja oprowadzam po nadziei.

Gdybym miała oprowadzać po nieszczęściach tylko, zwłaszcza po tłumaczeniu tekstów do filmów tam wyświetlanych – to pewnie bym z krzykiem uciekła…

Miejsca martyrologii – przy całej tragedii zawartej w ich historii mają  w sobie właśnie Nadzieję na Przetrwanie.

Szkoda, że zniknęły plansze z opowieściami świadków historii. Była to niezmiernie ciekawa i pouczająca wystawa. Także dla malkontentów, wszędzie widzących przysłowiową szklankę pustą do połowy.

Niestety już nie istnieje w sieci kapitalna strona z monografią KL Stutthof! Można wprawdzie kupić ją (tzn. monografię) jeszcze w sklepiku muzealnym – ale… nie każdy przecież zapędza się na ten kraniec Polski.

Z innych rzeczy, których nie ma… otóż zniknęła tablica z zewnętrznej ściany krematorium nieopodal szubienicy – poświęcona działaczom konspiracji pomorskiej: St. Lesikowskiemu, L. Łanieckiem i L. Cylkowskiemu. Czemu?

Przy każdej wizycie zastanawia mnie, jak rzadko słychać ptaki na terenie obozowym i przyobozowym. Niedawno słyszałam i widziałam dzięcioła, ale to przy stosie całopalnym, czyli w lesie…

I zastanawia mnie człowiek o ciemnych włosach i raczej grubych rysach i południowej urodzie. Widać go na paru zdjęciach z początku wojny w Gdańsku. Jest w książkach, spotkamy go też na planszy na Westerplatte, a także w Muzeum Stutthof w baraku VIII.

Widziałam trzy zdjęcia z owym człowiekiem. Najpierw stoi wraz z innymi aresztowanymi – z podniesionymi rękami gdzieś na ulicy, przed witryną „Salon Schott”, i to samo miejsce, ale ręce mają wszyscy opuszczone. Potem widzimy go znowu – jak je posiłek na stercie cegieł podczas budowy obozu. Koszulka z krótkimi rękawami już nie jest biała, i Człowiek już nie ma szelek u spodni. Je z miski – jeszcze białej i jeszcze emaliowanej.  Kim jest ?

–        *       –

Stutthof ma skojarzenia jednoznaczne, i kiedy się przyznaję, że lubię tam jeździć (mimo rzadko słyszanych ptaków) – ludzie patrzą na mnie dziwnie…

A tymczasem historia tego miejsca sięga daaaaaaaaawnych czasów – bo tych sprzed naszej ery. A na początku naszej ery z Sambii przez Mierzeję i dalej do Rzymu prowadził słynny szlak bursztynowy.

Potem – to znaczy przeskakując kilka wieków – po zdobyciu tych terenów przez Krzyżaków, obficie zalesiony teren Mierzei stał się (w XIII i XIV wieku) terenem łowieckim. Panowie zakonni, jako właściciele ziemscy posiadali przywilej rybołówstwa w rzekach, przy ujściu Wisły i w Zalewie Wiślanym. No i dodatkowo Zakon pozyskiwał bursztyn – a mając na niego monopol, czerpał z handlu całkiem spore zyski. Sprawa bursztynu w państwie zakonnym to zresztą osobny i niezmiernie ciekawy temat (bodaj TV Discovery czas jakiś temu nakręciła świetny dokument o bursztynie w państwie zakonnym). Dość wspomnieć, że cały zebrany bursztyn musiał być sprzedawany Zakonowi. Za zatajenie posiadania tego „magicznego kamienia Bałtyku” groziła nawet śmierć. Ciekawe jest prześledzenie powiązania czasu powstania pierwszych cechów bursztynniczych na przykład w Gdańsku – z „odejściem” Zakonu z Pomorza Gdańskiego.

A wracając do Sztutowa – często nazywamy go po prostu Stutthof. Po staremu. I nieczęsto zastanawiamy się nad pochodzeniem nazwy. A to właśnie tu – Krzyżacy założyli hodowlę klaczy – i to dało nazwę Studhoff (dwór klaczy, Stude=Stute – kobyła, klacz).

Niedaleko istniał też Czerwony Dwór (Rotenhof lub Rotenhaus). Jego położenie określa się z dużym prawdopodobieństwem pomiędzy Sztutowem a Kobbelgrube (wschodnia część Stegny). Jako, że było to miejsce, które często odwiedzali wielcy mistrzowie, więc przypuszcza się, iż był raczej rezydencją, a nie ośrodkiem gospodarczym na większą skalę.  Tutaj wydawano między innymi dokumenty lokujące osady czy nadające karczmy. Wprawdzie dwór uległ zniszczeniu podczas wojny (trzynastoletniej), ale w jego pobliżu – najprawdopodobniej w namiotach – prowadzono pertraktacje polityczne przygotowujące do zawarcia pokoju kończącego wojnę trzynastoletnią. Owe rokowania toczyły się tutaj między 30 sierpnia a 3 września 1456 roku, w „przytomności” Jakuba z Szadka i niejakiego Jana Długosza. Dzisiaj przypuszcza się, że teren rokowań – położony był bliżej kościoła w Stegnie – czyli w Kobbelgrube.

W wieku XV Stutthof znalazł się na szlaku pocztowym z Gdańska do Królewca, kiedy to osady na Mierzei zyskały połączenie drogowe.

Problemem dla całej Mierzei stało się wycinanie porastających je lasów. Spowodowało to uruchomienie wydm i zasypywanie przez piasek miejscowości i lasów. Niebezpieczeństwo udało się zażegnać dzięki metodzie stopniowego opanowywania wydm przez sadzenie traw, a później lasów. Metodę tę zastosował w I połowie XIX w. Duńczyk Sören Biörn.”

Powyższy cytat pochodzi ze strony:

http://www.wrotapomorza.pl/pl/bip/gminy/stegna/gmina_stegna/strategia/dokumenty/strategia_dokumenty

(nie mogę znaleźć numeru Jantarowych Szlaków z całkiem ciekawym artykułem o pomyśle Duńczyka na unieruchomienie wydm).

W razie, gdyby komuś dane było oglądać mapę z roku 1600 – sporządzoną przez mierniczego gdańskiego Friedricha Berndta – to należy pamiętać, że to nie Czerwony Dwór tam można zobaczyć, a dwór, który wybudowano później. A związany jest z historią rodziny Schopenhauer (przypominam, to z tej rodziny wywodził się Artur Schopenhauer).

Potem, po wiekach zdecydowano, aby utworzyć tu fabrykę śmierci.

Dzisiaj z reguły rzadko komukolwiek przychodzi do głowy by zastanawiać się nad długą i ciekawą historią tego miejsca. Niemcy w 1939 roku, tworząc tu obóz koncentracyjny, skutecznie ujednolicili kryteria postrzegania tego terenu…

A jednak, jeśli ktokolwiek się zapędzi do Sztutowa, niech nie ogranicza się wyłącznie do terenów Muzeum KL Stutthof. Warto wybrać się na spacer nad morze. Tu plaża jest znacznie przyjemniejsza niż te w Trójmieście, bo nie jest tak tłoczno i gwarno, ani brudno… Tu jeszcze można odpocząć od zgiełku  i cywilizacji.  Jest się gdzie zatrzymać na noc – a i jedzonko podają niezłe… A ze Sztutowa można robić całkiem ciekawe wypady I nie mam tu wcale na myśli Krynicy Morskiej…

No i można poczuć się jak w Holandii. Ale o tym to trzeba już się samemu przekonać 😉

Joahim Oelhaf

Rok 1580 był rokiem przełomowym dla gdańskiej medycyny.

Wtedy to wprowadzono w Gdańskim Gimnazjum Akademickim wykłady z anatomii, a także otworzono katedrę anatomii i medycyny. Na jej czele stanął pierwszy oficjalny profesor anatomii w Polsce – Jan Mathesius.

Jego następca został Joachim Oelhaf. Ten Gdańszczanin był jednym z najwybitniejszych lekarzy polskich XVII wieku. Studiował w Wittenberdze. Następnie czas jakiś spędził na dworze królewskim, gdzie dane mu było korzystać z doświadczeń nadwornego medyka Zygmunta III Wazy – Jana Baptysty Gemmy.

Stypendium przyznane przez Radę Miejską w Gdańsku pozwoliło Oelhafowi na kontynuację studiów w Padwie i Montpellier, gdzie uzyskał doktorat z medycyny. W owych czasach Padwa była głównym ośrodkiem odkryć anatomicznych. Powrócił do Gdańska w roku 1602, obejmując funkcję fizyka miejskiego. Rok 1602 to w Gdańsku rok zarazy, która pochłonęła, jak się oblicza, co najmniej 15 tysięcy ofiar – przy szacunkowej liczbie mieszkańców około 50 tysięcy – licząc z przedmieściami (Cieślak – Historia Gdańska t. 2).

Doktor Oelhaf wykazał się podczas tego strasznego czasu wielkim poświęceniem, dał dowód, iż lekarzem został z powołania. Swoją ofiarnością zdobył sobie wielkie uznanie Gdańszczan. Gdy epidemia wygasła i życie w mieście powoli wróciło do normy – w ponownie otwartym Gimnazjum – Joachim objął stanowisko profesora anatomii i medycyny.

Teraz, prócz praktyki lekarskiej, prowadził wykłady, uczestniczył w uczonych dysputach, co należało do dobrego tonu, a także pisał prace naukowe. Ponieważ interesował się botaniką, jako nauka pomocniczą medycyny, na wałach miejskich założył ogród dla hodowania ziół leczniczych.

Medycyna była jego pasją, poznanie – drogą do niej. Przeprowadził dowodnie 3 sekcje zwłok. Pierwszą z nich była sekcja zwłok dziecka z patologią wątroby, następna – była sekcją prof. Keckermanna. W roku 1613 (27 lutego) przeprowadził pierwszą w tej części Europy publiczną sekcję zwłok (n.b. w sali dzisiejszej ekspozycji złotnictwa gdańskiego – czyli w małym refektarzu zespołu pofranciszkańskiego). Była to sekcja dziecka z zespołem wad mnogich, urodzonego w niedalekim Pruszczu Gdańskim. Wyniki sekcji zostały opublikowane – stąd stała się ona znana w całym ówczesnym międzynarodowym świecie lekarskim.

W czasie swoich pobytów w Gdańsku, król chętnie odwiedzał Oelhafa, co niewątpliwie podnosiło prestiż fizyka miejskiego.

Życie Oelhafa było bardzo intensywne, bowiem prócz praktyki lekarskiej, wykładów w Gimnazjum, dysput, prowadził eksperymenty, badał lecznicze właściwości roślin, dokonywał operacji, pisał traktaty o fizjologii i anatomii.
Niestety to pasmo sukcesów i aktywności przerwała zaraza w roku 1630. Joachim był jedną z jej ofiar.

Syn Joachima, Mikołaj, kontynuował badania swego słynnego ojca nad ziołami. Wydał pracę z dziedziny ziołolecznictwa – prekursorską w tej dziedzinie. Z jego dzieła można było poznać 350 roślin stosowanych w lecznictwie. Mikołaj był także lekarzem miejskim (fizykiem), a także nadwornym lekarzem króla Władysława IV. Zważywszy chorobę nerek, na którą cierpiał od wczesnej młodości król – Mikołaj był bardzo zajętym lekarzem nadwornym.

Niestety – nic więcej na razie nie wiem o jego dalszym życiu.
Artykuł ten napisałam czas jakiś temu do internetowej Akademii Rzygaczy – obecnie tutaj uzupełniłam o notatki z sesji naukowej poświęconej 450 rocznicy Gdańskiego Gimnazjum Akademickiego, jaka odbyła się w listopadzie 2008 roku.

wykorzystałam:

1. Wielka Księga Miasta Gdańska

2. notatki W. Czaykowskiego (mojego Ojca)

3. notatki z sesji „450 rocznica Gdańskiego Gimnazjum Akademickiego”

Henryk Reuss von Plauen i disco polo

Zamieszczam opowieść zasłyszaną, czy przeczytaną – dla samej opowieści jest to nieistotne. Dość na tym, że dotyczy miejsca istniejącego i całkiem realnego. A przy tym mającego magię…

Miejsce jest do znalezienia na mapie, a najlepiej gdyby osobiście – w Prusach Górnych – czyli historycznym Oberlandzie…

To Morąg – dawny Mohrungen.

Jest tam zamek – pierwotnie gotycki – a właściwie teraz, to dom mieszkalny rzadkiej brzydoty. Jego brzydota wynika z wielowiekowych przebudów, i nie do końca przemyślanych “modernizacji”.

Jednak, jeśli ktoś ma oko zdolne wyłapać gotyckie piękno – za nic będzie miał oficjalną opinię o urodzie budowli. Znajdzie tam piękno, będące echem dawnej świetności. No i przede wszystkim … cudne cegły gotyckie … Jedną taką śliczność załączam na zdjęciu, bowiem jest wyjątkowa.

cudnosci moraskie

W tym domu – a raczej dawnym zamku – straszy….

Raz, że krąży tam duch młodej Barbary Schwann. Młodej, bo z dzisiejszego punktu widzenia, właściwie dziewczynki – 14-latki, która udusiła swoje nowonarodzone dziecko. A że rzecz miała miejsce w XVIII wieku to i kara stosowna była do ówczesnych czasów. Dość na tym, że skazano ją na przemyślne tortury, a w końcu ścięto. Jakby to nie wystarczyło, to jej głowa osadzona na pice, pokazywana była w tzw. wieży czarownic ku przestrodze. Pozostaje pochylić się nad cierpieniem dziewczyny, niewątpliwie działającej w tzw. szoku poporodowym… A także nad obyczajowością widzącą w kobiecie li tylko narzędzie do prokreacji, czy też jeszcze gorzej – diabelski pomiot.

Ale… aby opowieść nie stałą się ponurą rozprawką filozoficzną, nie o tym duchu opowiem a o innym – starszym i historycznie dobrze udokumentowanym.

To duch Henryka Reuss von Plauen. W latach 1469-70 był Wielkim Mistrzem Zakonu Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. W czasach zdecydowanie nie najlepszych dla tegoż… Kto wpadnie do Torunia po “gotyk na dotyk”, niech wejdzie do Ratusza Starego Miasta i stanie przed obrazem Mariana Jaroczyńskiego pt. Traktat Toruński – by po prawej stronie obrazu tuż obok postaci Wielkiego Mistrza ujrzeć Henryka Reuss von Plauen – wówczas jeszcze Wielkiego Komtura. Postać ma szlachetną i wyniosłą. Jest przedstawiony jako rycerz – z pewnością nieustraszony i niepokorny.

Zupełnie inaczej go przedstawiono w broszurce z XIX wieku.

Heinrich_Reus_von_Plauen z Wikipedii

Tak wyobrażano sobie Henryka Reuss von Plauen w broszurce “Mohrungen eine Stadt in Ostpreußen” z roku 1877 (źródło: Wikipedia)

Zanim został Wielkim Mistrzem był komturem Bałgi i wójtem Natangii. Później awansował i został Wielkim Szpitalikiem i zarazem komturem Elbląga (złośliwcy mówili, że pomogło pokrewieństwo z Wielkim Mistrzem – był bowiem siostrzeńcem Ludwiga von Erlichshausena).

W pierwszym etapie wojny 13-letniej – tuż przed słynną bitwą pod Chojnicami rozegraną 18.09.1454 (pierwszą bitwą pod Chojnicami) wyznaczył Bernarda Szumborskiego na dowódcę zaciężnych. Dzięki przemyślanej decyzji tę bitwę wygrali właśnie krzyżacy – zmieniając bieg pierwszej fazy długiej wojny.

Tuż po podpisaniu Pokoju Toruńskiego (II Pokoju Toruńskiego) w toruńskim Dworze Artusa, został komturem Pasłęka, zaś po śmierci wuja w roku 1467 objął namiestnictwo.

W panującej sytuacji politycznej – wycofał się do Morąga – który teraz znajdował się na terenie tzw. Prus Zakonnych, aby poczekać na rozwój wypadków, a przede wszystkim by przeciągnąć w czasie zwołanie Kapituły Wyboru Wielkiego Mistrza…

Król jednak naciskał na konkretne decyzje… Był wtedy znaczącą siłą, z którą należało się liczyć… W końcu kapituła została zwołana w roku 1469. No i zgodnie z oczekiwaniami Henryk został wielkim mistrzem. A jako taki – musiał – postanowieniami Traktatu Toruńskiego złożyć hołd królowi. Wyraźnie do tego zobowiązywał punkt VI traktatu pokojowego podpisany przez jego wuja…

“Winniśmy zaś my, Ludwik, mistrz wspomniany, i każdy następca nasz, podniesiony do godności w. mistrza oraz mający być do niej podniesiony, po sześciu miesiącach od dnia podniesienia do godności w. mistrza przedstawić się osobiście wspomnianemu najjaśniejszemu panu Kazimierzowi królowi i następcom jego, królom polskim, i tam za nas, komturów i ziemie pruskie jemu i następcom jego, królom, i Królestwu Polskiemu złożyć przysięgę należnej wierności oraz zachowania obecnego pokoju oraz że nigdy nie będziemy zabiegali o absolucję lub o zwolnienie od przysięgi ani jako o rzecz już uzyskaną, która ma być uzyskana.”

Zaraz też po wyborze na W. Mistrza – co stało się 17 października 1469 wyruszył Henryk w drogę do Piotrkowa (dzisiaj zwanego Trybunalskim) aby zadość uczynić owemu VI punktowi traktatowemu. Już 1 grudnia tego roku – złożył hołd królowi. W drodze powrotnej został rażony apopleksją, jak mówiono, ze złości czy raczej może z upokorzenia całą sytuacją. Zmarł w Morągu na początku następnego roku, zaś pochowano go w Królewcu.

Tyle fakty.

Wiemy, że Henryk miał charakter i był nie ciemię bity – bowiem już za czasów swego wuja grał tzw. pierwsze skrzypce w zakonie.

Wiemy tez że kochał piękno.

Kiedy się stanie na dawnym dziedzińcu zamku morąskiego zwłaszcza podczas zachodu słońca nietrudno się z tym zgodzić.

A wracając do Morąga, von Plauen ponoć ten zamek szczególnie sobie upodobał. Dbał więc o niego, upiększał, jako, że lubił otaczać się pięknem i pięknymi przedmiotami. Ponoć nawet grajków trzymał i po zamku niosła się muzyka…

No i po wiekach wielu… kiedy nastała moda na własne zamku (co niekoniecznie zamkom wychodziło i wychodzi na zdrowie), różnego autoramentu postaci zaczęły kupować pałace i zamki – dorabiając sobie potem tak herby jaki parantele….

Miedzy innymi w morąskim zamku osiadła osoba nadzwyczaj wredna…. tak twierdzą, ci, którzy ją znali. Nie tylko że niewiele wiedziała o specyfice murów gotyckich ale też niewiele robiła sobie z historii miejsca, za nic mając jego urok.

W opowieściach o losie zamku w tym czasie pojawiają się informacje iż flejtuch z osoby był. A już wieszając pranie wszelakie tu i ówdzie wprost upokarzała historię i tradycję tego urokliwego miejsca.

Mówiono jej że duch Mistrza cierpiał. Cierpiał bezgłośnie i niewidzialnie… Ale wszystko jest do czasu!!!

Otóż owa persona mieszkająca na zamku pewnego dnia odpaliła muzykę…. Disco polo! Na całą moc głośników. Charakterystyczne “YMPS YMPS UMCA UMCA” niosło po okolicy, podrywając do lotu wszystkie okoliczne ptaki.

Tego już biedny Plauen nie wytrzymał! Przecież on za życia był koneserem sztuki!!!!

Któregoś wieczoru nagle pies – raczej do łagodnych nie należący i pilnujący na co dzień zamku – podkuliwszy ogon i piszcząc żałośnie wtłoczył się pod kanapę, świeca stojąca na stoliku przewróciła się i zaczęła się toczyć pod górę (tak podają opowieści)…

Na dodatek rozległ się na cały zamek gromki ryk zagłuszający koszmarną muzykę “WOOOOOON!!!!!!!!!!!”

Persona muzykę wyłączyła i na nocleg opuściła zamek. Po jakimś czasie – zamek sprzedała. Wciąż jednak wersja wydarzeń według persony była taka, że nie wiadomo, o co temu duchowi chodziło; na pewno chciał nawiązać znajomość… “może chciał się przedstawić”?

Teraz tam mieszkają ludzie znający historię, ceniący piękno jak i niegdysiejszy mieszkaniec… Właściciel ponoć puszcza muzykę renesansową… i ponoć czasem muzyka się sama włącza.

Zamek pełen jest duchów, i z czasem powstają o nich całkiem nowe opowieści. A to że raz kogoś duch ze schodów zepchnął, kiedy indziej na korytarzu wionęło zimnem przejmującym, jakby przechodził ktoś prosto z mrozu, a rzecz miała się w lecie… Stosowną nawet tablicę “Uwaga Duchy” postawiono przed bramą….

Uwaga na duchy

Nic to jednak, nad widoki przecudne – zwłaszcza o zachodzie słońca, i nad ptasie śpiewy.

Wszyscy są mile widziani pod warunkiem, iż słuchają miłej muzyki…. i zachowują się przyzwoicie…

Linki:

http://kasia.mojalbum.com.pl/
http://www.morag.pl/
http://www.castlesofpoland.com/prusy/morag_duch_zamku.htm
http://www.ruinyizamki.pl/fundacja%20promemoria/zm.htm
http://www.castlesofpoland.com/prusy/morag_zdjecie005.htm
http://www.ruinyizamki.pl/warminsko-mazurskie/morag.html
http://pl.wikipedia.org/wiki/Henryk_VI_Reuss_von_Plauen
http://dziedzictwo.polska.pl