Szestno – cz. 1

Jak zwykle, w biegu, po drodze. Tym razem – Szestno… I tym razem nasza trasa została starannie zaplanowana. I było to jedno z moich największych zdumień ostatnich czasów.

Zdumienie na TAK.

Że TAK można zadbać o miejsce „niebliskie”, że TAK można z zachwytem opowiadać o już przecież nieistniejącym świecie, że TAK można wrosnąć w ziemie przecież nie genetyczne, i wreszcie, że TAK można stać się synonimem miejsca.

Ale od pieca…

Na początku grudnia, przez trzy dni, czteroosobowy Desant Gdański uczestniczył w konferencji na temat dziedzictwa historycznego i teraźniejszości Zakonu Krzyżackiego w Rynie. Mieszkałyśmy w Hotelu Cesarskim, w niedalekim Giżycku.

Ten hotel polecam, z czystym sercem. Miło, czysto, za hotelem jest parking, dodatkowo wszędzie blisko no i smaczne śniadania w sąsiadującej z hotelem restauracji Kuchnie Świata. W samej restauracji jadłam już kiedyś z grupą, więc spokojnie mogę polecić ich menu.

Z Giżycka dojeżdżałyśmy na wykłady konferencyjne. O samej konferencji nie warto się za bardzo rozpisywać. Dość na tym, że niestety, słynne powiedzenie Johanna  Georga  Forstera pozostaje wciąż aktualne 😦 Jako, że kilka wykładów wygłaszanych było po niemiecku, zatrudniono tłumaczy. No i to była jedna z największych porażek tej konferencji. Tłumacze niby symultaniczni, ale jedyne co robili naprawdę symultanicznie, to dłubali w zębach, stękali, mlaskali i chrumkali… Oprawa merytoryczna także pozostawiała wiele do życzenia. Niestety, konferencja poza sferą rzeczową, także w sferze kultury zarówno osobistej, jak i przekazu pozostawiała bardzo wiele do życzenia. Dość wiedzieć, że z rozrzewnieniem myślałyśmy o konferencji w Zamku Bierzgłowskim.

No i na dodatek, niewiele było prelekcji wartych wysłuchania. Jedną z nich była na pewno ta, wygłoszona przez dra Franka Bayarda, dyrektora archiwum zakonnego. I na szczęście dostałyśmy ją od samego referenta. Poza więc przysłowiową słodką fotką z Wielkim Mistrzem, i degustacją obiadu (którego, nota bene, na pewno nikomu z naszych grup nie polecimy), tak naprawdę radość z bycia na konferencji wynikała z możliwości bycia razem. Po sezonie. Bez pośpiechu.

* / * 

Po ustaleniu, dokąd* pędzący Św. Brunon nawracał w dzisiejszym Giżycku, ostatniego dnia pojechałyśmy jednak do Rynu na zakończenie konferencji. Niestety, dwóch najciekawszych prelekcji tego dnia nie było. Bez wyrzutów sumienia więc ulotniłyśmy się mając w planie Bezławki. Ale jako, że do Bezławek jedzie się przez Szestno, a żadna z nas tam nigdy nie była, zadecydowałyśmy o trasie właśnie tamtędy. Na dodatek okazało się, że Ewa J. właśnie w Szestnie ma Znajomego niemal od zawsze, więc tym bardziej musiałyśmy tam zajechać.

* / * 

Szestno (Seehesten), to wieś, (według statystyk) licząca w roku 2006 około 830 mieszkańców. Położona 7, a może 8km na północ od Mrągowa. To dzisiaj. A kiedyś?

Na kartach historii Szestno zagościło na dobre w II połowie wieku XIV. Właśnie wtedy południowe tereny komturii bałgijskiej objęte zostały planową akcją kolonizacyjną. Nie znaczy to wcale, że do tego czasu była tam tylko Wielka Puszcza. Już 100 lat wcześniej zaczęli osiedlać się tam ludzie. Jednak w XIV wieku właśnie, w związku z planową akcją osadniczą, niezbędne było zapewnienie napływającej ludności bezpieczeństwa. Nadto, teren położony był bezpośrednio na trasie głównych wypraw litewskich, kierowanych w głąb Prus. W związku z tym zamek szestnieński „wpasowany” został w sieć, a raczej łańcuch twierdz obronnych na południe od Wielkich Jezior. W owym wspomnianym wieku XIV zamek oblegał książę Kiejstut Giedyminowicz, niszcząc jednak wyłącznie przedzamcze. Między początkiem XV wieku a rokiem 1525, zamek był rezydencją prokuratorów krzyżackich, podległych komturom bałgijskim, i czas jakiś także ryńskim.

Kim był prokurator w Państwie Krzyżackim? Był to urzędnik odpowiedzialny za sądownictwo i zawiadujący administracją okręgu sobie podległego (czyli prokuratorii). Prokurator odpowiadał też za sprawy wojskowe na swoim terenie, a więc pełnił rolę dowódcy okręgu. I jako taki dysponował tak braćmi zakonnymi, jak i okolicznymi Prusami, czy osadnikami. Prokuratorzy, jako urząd, podlegali komturom. Tu wyjątek stanowił prokurator kętrzyński, ale nie o nim tu mowa 😉

Odwiedzając Prusy, warto zajechać do dawnych siedzib prokuratorskich, czyli (podaję w kolejności alfabetycznej): Barcian, Bytowa, Działdowa, Ełku, Giżycka, Kętrzyna, Morąga, Nidzicy, Nowego, Nowego Jasińca, Osieka, Pasłęka, Pnia, Przezmarka, Skarszew, Szczytna, Szestna czy Węgorzewa.

W wieku XVI zamek szestnieński stał się siedzibą starostów pruskich. Jednym, z nich był Fabian von Lehndorff, którego płytę nagrobną można podziwiać wmurowaną w północną ścianę miejscowego kościoła. Od początków wieku XIX zamek stopniowo rozbierano, a materiał rozbiórkowy stał się materiałem budowlanym w odległym o ok. 20 km na północ Kętrzynie. Na terenie dawnego folwarku postawiono dwór, i ten można dziś oglądać jedynie zza gęstych krzaczorów, jako, że obecnie jest prywatną własnością. I dobrze, bo po II wojnie spotkał go los wielu innych może nawet cenniejszych – czyli najpierw grabież przez Armię Czerwoną, potem PGR, i gdyby nie prywatny właściciel, który zjawił się jakoś tak w latach 90. – pewnie podzieliłby los na przykład Prosny…

TUTAJ można przeczytać o zamku w Szestnie, TUTAJ zaś znajdują się informacje o historii wsi.

Nie zajrzałabym jednak na te strony, gdybym nie dostała dużej i świetnie podanej dawki tak historii, jak i czasów współczesnych, od Znajomego Ewy J.

I to było właśnie najcenniejsze podczas naszej wizyty – rzetelna wiedza naszego Cicerone, ale podana w tak ciekawy sposób, że aż chciało się słuchać.

A na zakończenie części pierwszej wpisu, TUTAJ nieco zdjęć z naszej wizyty.

* przykro mi, ale to akurat zrozumieją wyłącznie moje drogie Koleżanki, AS, EH i EJ 😉

Toruńskie tematy zastępcze… Von Soest

Jak zwykle, kiedy mam jakąś terminową robotę, pojawia się temat z cyklu zastępczych. I tak było i tym razem – tłumaczenie czeka, a ja śledzę ciekawą rodzinę ze średniowiecznego Torunia 😉

Jak zwykle pomógł przypadek.

Otóż na nieśmiertelnym Facebooku jest strona pt. Medievalists.net. Bardzo ciekawe miejsce w sieci, bowiem publikują wiele materiałów i artykułów o średniowieczu, normalnie niedostępnych, albo trudnych do znalezienia. No i dzisiaj właśnie, będąc w ferworze tłumaczenia (z terminem do lipca), przeczytałam ich wpis o Johannesie von Soest, niemieckim śpiewaku, kompozytorze i pisarzu żyjącym w latach 1448–1506. Nie, żebym z premedytacją szukała tematów zastępczych… 😉

W głowie natychmiast mi się zapaliło przysłowiowe czerwone światełko.

Von Soest!!!

Ileż to razy dokonywałam cudów, by nie „zwichnąwszy” sobie głowy, zajrzeć za ambonę do prezbiterium. Tak, by zobaczyć słynną płytę nagrobną von Soestów. Ale mimo całego mojego zainteresowania płytą – małżonkowie pozostawali dla mnie pustym wpisem w historii.

Aż do dzisiaj, kiedy to nagle nazwa Soest otworzyła się dla mnie wieloma informacjami.

Sam Johann von Soest był jednym z wielu jacy przybyli do Prus z Westfalii w czasach średniowiecza. Został mieszczaninem toruńskim. Był kupcem, i rajcą na dodatek, a także czas jakiś burmistrzem Starego Miasta Torunia. Mógł więc sobie pozwolić na zamówienie okazałej płyty nagrobnej najprawdopodobniej w Brugii. Mógł tego dokonać podczas swego tam pobytu w roku 1356 (pełnił bowiem funkcję Starszego kantoru hanzeatyckiego). Albo kiedykolwiek, jako, że Flandria w owych czasach słynęła z tego typu produkcji i wytwory tamtejszych rzemieślników czy może raczej już artystów, eksportowane było m.in. do Anglii, czy północnych Niemiec. Płyty nagrobne, tak jak i miejsca pochówków zamawiano zawsze za życia, raz, by zapewnić sobie godne miejsce, a dwa, by sprawdzić jakość wykonania, no i wreszcie by oszczędzić rodzinie zachodu. Tak, by mogła skoncentrować się potem już tylko na, stosownym do statusu społecznego, pochówku. I Johann nie był tutaj wyjątkiem.

Johann, jak wspomniałam, status społeczny miał wysoki.

Żonaty był z chełmińską burmistrzanką – Małgorzatą von Herricke, córką Thydemanna i zamieszkiwał przy dawnej Św. Anny (dzisiaj ulica Kopernika). To w średniowieczu była bardzo prestiżowa ulica biegnąca od Fary staromiejskiej (dzisiejsza katedra św. Janów) do Bramy Starotoruńskiej (brama zachodnia – rozebrana w połowie XIX wieku). Dzisiaj trudno to sobie wyobrazić, bowiem obecnie ulica stanowi niejako zaplecze obecnego Rynku Starego Miasta. Ale kiedyś rynek znajdował się tam gdzie Święci Janowie.

Jak wysoko ceniony był w mieście Johann, niech świadczy fakt, iż w roku 1356, reprezentował Toruń na zjeździe w Lubece (wraz z innym rajcą – Dittmarem Räuberem). Zjazd ów uważa się czasem za formalne i oficjalne powstanie Hanzy niemieckiej.

Płyta nagrobna małżonków von Soest u Św. Janów, jest przedmiotem naukowych dywagacji od dawna – a że stanowi okaz wyjątkowej urody, no i że jest jedyna taka w Toruniu – warto by było, by zarząd kościoła pomyślał o udostępnieniu jej zwiedzającym… Niegdyś płyta posadowiona była w posadzce prezbiterium Fary. Od wieku XIX bodaj – znajduje się w ścianie tegoż.

Sam Johann przysłużył się farze bardzo jako dobrodziej, kiedy to po wielkim pożarze, jakiemu uległo i miasto i kościół, w nocy 10 sierpnia 1351, ufundował elementy wyposażenia do fary. Zmarł w roku 1361. Żona wzmiankowana jest jeszcze w roku 1363, zaś potomkowie w roku 1397. W roku 1364 dwaj bracia von Soest, Piotr i Tylman dostają od Wlk. Mistrza Winrycha von Kniprode potwierdzenie rycerskiej własności wsi Wypczik (Wybcz – 11,5 km na zachód od Chełmży.

 I właściwie tyle wiem o „moim” toruńskim panu von Soest. Jednakże wiedzę o przybyszach z Westfalii do Prus znakomicie wzbogaca ciekawy artykuł. A do informacji o Soestach – znakomicie nadaje się wzmianka o malarzu Konradzie von Soest (ach, ten jego słynny Brillenapostel z ołtarza z Bad Wildungen!!!), zwanym twórcą szkoły westfalskiej.

W ten sposób przekopałam informacje o Toruniu, tudzież o nazwisku Soest (dodam, że samo Soest to miasto w Nadrenii-Północnej Westfalii, z około 48,5 tysiącami mieszkańców)…

I uznałam, że hasło „Soest”, jako temat zastępczy znakomicie spełniło swoją rolę…

Ełdyty Wielkie – nepotyzm – obelisk i plotki rodowe

Nie tak dawno, bo w październiku przejeżdżałam przez Ełdyty Wielkie.

Intrygujące miejsce. A to za sprawą (między innymi) dwóch nazwisk i pomnika w formie obelisku. Nazwiska to von Hatten i von Strachowsky, a obelisk – został poświęcony pamięci Wilhelma Strachowsky’ego, który w wieku 22 lat zginął w pojedynku. Ponoć był to ostatni legalny pojedynek na tych terenach. I nigdzie nie udało mi się znaleźć nic więcej o owym młodzieńcu. Ani czy był jedynakiem, czy najstarszym, czy najmłodszym z rodziny…

Rodzina von Strachowsky pozostała właścicielami Ełdyt Wielkich od roku 1908 do roku 1945. Do roku 1908 zaś Ełdyty Wielkie były własnością von Hattenów. A obie rodziny były spowinowacone…

Z rodziny von Hattenów, ale z gałęzi lemickiej pochodził biskup Warmiński Andrzej Stanisław von Hatten (Hattyński). Lomitten (Limity/Lemity), to nieistniejąca obecnie wieś mniej więcej w połowie drogi między Miłakowem a Ornetą (okolice Stolna?).

A tytułowe Ełdyty Wielkie?

Jak pisze dr Jan Chłosta w swoim Słowniku Warmii (Wyd.Litera Olsztyn, 2002), wieś Ełdyty położona jest w pobliżu rzeki Pasłęki. Lokował ją bp. Henryk Fleming w roku 1289 na pruskim polu Elditten. I w myśl dobrze pojętego nepotyzmu ( 😉 ) podarował 110 włók (1 włóka = ok. 16,8 ha) swojej siostrze Walpurgis i szwagrowi Konradowi Wendepfaffe (rodzina związana z rodem Padeluch). Przypuszcza się, że Henryk (jeden z czterech braci Padeluchów) mógł być potomkiem mieszczanina lubeckiego – Jana. Jedyne co o nim wiadomo, to to że był szalenie energicznym człowiekiem.  I że był zasadźcą Sępopola (Schippenbeil) oraz Kętrzyna (Rastembork). Miejscowości odległe były w owym czasie o dzień drogi konno (około 40 km). Przypuszcza się że miejscowość Podlechy (nieopodal Korsz) mogła należeć do owego energicznego krewnego lubeckiego mieszczanina. Tyle wiadomo… Wiadomo też, że wszystkich (czyli Wendepfaffa, Padeluchów i biskupa) łączyło miasto pochodzenia: Lubeka.

Rok lokacji wsi to także rok powstania parafii. Zatem to bodaj najstarsza wieś parafialna na Warmii. Kościół ełdycki nosi wezwanie Św. Marcina i został wybudowany w początkach wieku XIV. W latach 40. tego wieku pojawia się wzmianka o proboszczu. W XIX wieku kościół remontowano (w latach 1885-1886).

Wnętrza kościoła to głównie neogotyk i nieco baroku.

Ale – jest też płyta nagrobna Jana Nenchena. Był on burgrabią orneckim (to przełom wieków XVI i XVII).  Kiedy odsłoniłam płytę spod dywanika, i przeczytałam nazwisko, natychmiast błysnęło mi światełko w głowie. Bo właścicielem Ełdyt w roku 1634 był niejaki Eustachy Nenchen. Z tej to rodziny także pochodził Eustachy Placyd Nenchen (kanonik warmiński, żyjący w latach 1597-1647). Kanonik był krewniakiem owego burgrabiego orneckiego, Jana, z płyty sprzed ołtarza ełdyckiego…. Miał też kanonik dwóch braci: Kasper był cystersem, a Jakub był rajcą w Braniewie.

Jak to mówią – wszystko zostaje w rodzinie 😉

Wracając do kościoła… Ten najstarszy (wg Jana Chłosty) kościół na Warmii, jak wieść gminna niesie, najbardziej ucierpiał zimą 1945 roku.  Na wieży kościoła ponoć miał swoje stanowisko niemiecki snajper. I w związku z tym – Rosjanie ostrzelali właśnie wieżę…

Oczywiście po wojnie – w Ełdytach osadzono PGR…

Dzisiaj Ełdyty są małą miejscowością położoną ok. 40 km na płn zachód od Olsztyna. Gniazdo bocianie nadaje dodatkowego uroku tej warmińskiej wsi.

I rzadko kto zdaje sobie sprawę, że i tutaj w wieku XVIII zawitał szał polowań na czarownice. Otóż w roku 1747 niejaką Dorotę Zegger oskarżono o konszachty z diabłem, bo zbyt często chodziła na potańcówki (!!). Została za takie kontakty skazana na karę stosu. Ówczesny właściciel Ełdyt, Theodor von Hatten nieco „zmodyfikował” wyrok. Otóż kazał katu nieszczęsną ściąć, i dopiero martwą spalić.

A tak w ogóle, to ów Teodor Hatten (Hattyński)… był synem Nenchenówny… Otóż  wspomniany wyżej Jakub Nenchen, rajca braniewski miał syna, a ten córkę. Owa córka – Anna Marianna, wyszła za Zygmunta Alberta von Hatten, pana na Ełdytach (i paru innych wsiach). Ich synem był właśnie ów Teodor od stosu…

No i o tym wszystkim sobie przypomniałam, kiedy patrzyłam na opłakany stan dworu (będącego od 20o2 roku prywatną własnością), i kiedy spacerowałam z aparatem w ręku po terenie przykościelnym. A skojarzenia sprowokowała… płyta Nenchena.

Przypadki czasem doprowadzają do całkiem ciekawych skojarzeń…

😉

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Płyta w kościele… Kwietniewo

Tak sobie myślę, że mimo iż Zagwozdka (czyli domniemany Finckenstein na obrazie Lady M.) nie zostanie prawdopodobnie nigdy rozwiązana, na brak zagadek nie mogę narzekać 😉

Otóż od jakiegoś czasu (dość niemrawo wprawdzie, ale jednak) – zabieram się za Loitzów…

A to za sprawą płyty nagrobnej z Kwietniewa:

Lewa heraldyczna - Loitz, prawa - Rawicz...

Jedyne co mi przychodzi do głowy to Zofia Loitzówna (córka Hansa III i Elżbiety von der Osten z Płotów)  i Szymon Bahr z Gdańska… (1578)

I znowu pytanie – co kto wie?

Bo ja na razie nawet nie mam kiedy zająć się poszukiwaniami…

Życie przewodnika wbrew pozorom to wariactwo. I nie ma mowy o spokojnym „szperaniu” w bibliotekach… 😉

Płyta w kościele… Pasłęk

Przy sposobności lektury forum sercemazur.pl (dział: Płyty nagrobne z kościołów i kaplic) przypomniałam sobie wizytę w Pasłęku.

Ciemno i aparat nędzny, ale to co uchwyciłam – prezentuję poniżej.

Może ktoś wie czyja to płyta ???

płyta pasłęcka

Detal płyty