Garbno – Elisabeth Boehm

Tereny dawnych Prus Wschodnich nie przestają zadziwiać.

Czas jakiś temu musnęłam temat Agnes von der Groeben, a niedawno znowu natknęłam się na następną niepospolitą kobietę z tych terenów.

A wszystko – jak zwykle przez przypadek…

Otóż, podczas naszego urlopu galińskiego – wybraliśmy się do Kętrzyna. Koniecznie chciałam zobaczyć chorągiew nagrobną Botho Zu Eulenburga

Po drodze, zahaczyliśmy o Łabędnik (hm… nie wszystko musi w realu wyglądać tak, jak sobie to wyobrażamy) no i wionęliśmy przez Garbno. Nawet nie zjechaliśmy z trasy Bartoszyce – Kętrzyn, by zobaczyć tę miejscowość leżącą nieco z boku głównej drogi.  A szkoda.

A czemu szkoda?

Aby na to odpowiedzieć, trzeba zacząć od przysłowiowego pieca 😉

Dawno, dawno temu…

W czasach pruskich Garbno wcale się tak nie nazywało. Nosiło nazwę Laumygarbis w XIV wieku, a już w następnym Lamegarben. Nazwa miejscowości może pochodzić z języka pruskiego. Lamem – oznaczało moczary, bagna, zaś garbis – oznaczało wzgórze. Natomiast „lama” – to mokre miejsce. A więc było to „Wzgórze wśród moczarów”. Często można spotkać w opracowaniach wywód nazwy miejscowości od „laume” – czarownica, i tłumaczenie nazwy jako „Wzgórze czarownic”.  Te czarownice – to pewnie od błędnych ogników, o których często wspominamy mówiąc o bagnach…

A potem, standardowa historia na tych terenach, czyli: Krzyżacy i ich nowe porządki. Pojawiają się zamki, dwory obronne i przede wszystkim kościoły. Kościoły często stawiane w miejscu dawnego kultu.

I tak jest z kościołem w Garbnie, który stoi na wzniesieniu, prawdopodobnie na miejscu kultu Bartów.

Zamku nie ma – został zburzony w trakcie wojny trzynastoletniej.  Oczywiście, jak to bywa – nowa propaganda musiała miejsce oswoić. A więc wymyślono legendę o baranku, który pokazywał się stale i niezmiennie. A złapany uciekał w cudowny sposób, by znowu pojawić się podczas żniw… No i wymyślono, by postawić mu kościół.

Trzeba jednak pamiętać, że ten teren nadano wolnym Prusom (wbrew potocznej i obiegowej opinii, Prusowie nie zostali eksterminowani przez Zakon, oni się zasymilowali, bodaj w XVI wieku).

W XIII wieku założono wieś – dzisiejsze Garbno – na prawie chełmińskim. A już w następnym – XIV w. we wsi były 4 karczmy i młyn.

No a potem – jak to bywa – historia znowu zmieniła bieg.

Na początku roku 1521r. Wielki Mistrz Zakonu Albrecht przekazał 14 włók ziemi w Garbnie Henrykowi von Egloffstein. I w rękach tego rodu wieś pozostała do roku 1832.

Aczkolwiek – najprawdopodobniej miejscowość była dzierżawiona. Egloffsteinowie mieszkali w pałacu w Arklitach, zaś z Garbnem, a raczej z Lamgarben – związane jest przez jakiś czas nazwisko von Buddenbrock. To tutaj na początku roku 1810 urodził się Gustaw von Buddenbrock, późniejszy oficer armii pruskiej i kawaler orderu Pour La Merite (za udział w wojnie francusko-pruskiej).

W roku 1832 Garbno zyskuje nowego właściciela. Zostaje nim Krystian Bierfreund. Po paru latach – majątek wędruje w ręce porucznika Konrada von Redeckera, który już w roku 1856 sprzedaje nabytek Edwardowi Krause. (Z Redeckerami spotka się każdy, kto choć na chwilę zainteresuje się historią pałacu w Nakomiadach).

W 1880 r. majątek przeszedł, jako prezent ślubny na Otto Boehma z Głowbit (d. Glaubitten). I tu właśnie natknęłam się na wspomnianą na wstępie niepospolitą kobietę.

Otto bowiem otrzymał majątek od ojca z okazji swojego ślubu z panną Elisabet Steppuhn z Łękajn (Landkeim).

Elisabet była twórczynią pierwszego na terenie Niemiec Związku Kobiet Wiejskich (stało się to   22.02.1898r). Celem podstawowym owego związku było przede wszystkim kształcenie kobiet wiejskich i umożliwienie im wymiany doświadczeń. Na tym nie koniec, bowiem Związek także zajmował się dystrybucją przetworów. Elisabeth była organizatorką sieci szkół dla kobiet na terenie całych Niemiec. Szkoły te miały za zadanie przygotowanie kobiet do prowadzenia gospodarstw domowych. Idea się przyjęła tak w Europie jak i za oceanem. Z tego ruchu także w Polsce wyrosły Koła Gospodyń Wiejskich.

W 1911 Boehmowie byli zmuszeni sprzedać majątek i przenieśli się do Królewca. Powodem decyzji była choroba Otto. To jednak nie spowolniło działalności Elisabet. Z własnych funduszy powołała fundację, która otworzyła w jednej z dzielnic Królewca szkołę dla gospodyń domowych i kobiet wiejskich (Szkoła im. Księżniczki Cecylii w Koenigsberg-Metgethen).

Czasy, w których działała pani Boehm były dość trudne dla kobiet – w sensie społecznym były bowiem tylko dodatkiem do mężczyzny. Oczekiwano od nich (w dużym uproszczeniu) pracowitości, dobrego wychowania i zdolności dania następcy/dziedzica.

Znakiem rozpoznawczym Związku Kobiet Wiejskich była pszczoła. Nie tylko dlatego że pszczelej pracowitości wymagano od kobiet na wsi, ale też dlatego, że pracowicie i systematycznie Związek starał się zmienić mentalność kobiet by z potulnych bezwolnych (żeby nie powiedzieć wręcz bezmyślnych) robotów pracujących w gospodarstwie, stały się świadomymi towarzyszkami swoich mężów. Z dzisiejszego punktu widzenia – nic nadzwyczajnego. Wtedy to niemal rewolucja!

I tę rewolucję doceniono w roku 1913. Otóż podczas wizyty cesarzowej Wiktorii w Królewcu w jednej ze szkół Boehmowej – Elisabet została odznaczona przez cesarzową srebrnym medalem. Jak doceniono „pracę u podstaw” dawnej właścicielki Garbna – świadczy fakt iż  w roku 1920 powołano w Rządowych Izbach Rolniczych referaty d.s. praktycznego kształcenia kobiet wiejskich. W roku 1929 Elisabeth Boehm otrzymała od Uniwersytetu w Królewcu doktorat honoris causa i honorowe obywatelstwo miasta. Elisabet zmarła w roku 1943 w Halle.

Pod koniec wieku XX – w roku 1993 podobizna Elisabet znalazł się na jednym ze znaczków poczty niemieckiej w serii „Sławne kobiety”.

W roku 1998 na ścianie dworku w Garbnie zawisła tablica poświęcona tej wyjątkowej kobiecie. Dodam, że nie tylko mądrej ale i pięknej 🙂

A co z Garbnem ?

Ano… W roku 1911 nabył go Erich Schultz-Fademrecht. Był znanym hodowcą koni pociągowych dla wojska i rolnictwa. Gospodarował tam do stycznia 1945r. będąc zarazem ostatnim wójtem tej miejscowości.

A potem przyszedł a może raczej przeszedł front i nastały… znowu nowe czasy w historii. Czy to już ostatni zakręt historii tego miejsca?

I wcale bym się o tym wszystkim nie dowiedziała, gdyby nie wpadła mi w ręce „Gazeta w Kętrzynie” z roku 2006, gdzie jest świetny artykuł Mariusza Kwiatkowskiego o tej niezwykłej kobiecie.

Dawne Prusy Wschodnie – Judyty i suplement po latach…

Suplement dopisany w bieżącym – 2015 – roku, znajduje się na końcu artykułu. Zam zaś artykuł pochodzi z roku 2010.

Właśnie wróciłam z kolejnej wyprawy do Prus Wschodnich… I po raz kolejny zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo te ziemie zostały skrzywdzone. Najpierw przez pochód „zwycięzców” w 1945 roku, a potem przez politykę. Osadzono tu nowych ludzi. Osadzono ich tutaj na siłę. Nie pozwolono im pokochać tej ziemi, wciąż strasząc duchami niedalekiej przeszłości. No i … Wciąż nie czują tej ziemi. Wciąż nie czują jej historii. I wciąż jej nie doceniają.

Jako, że podczas naszego mikro-urlopu zaopatrzeni byliśmy w mapę nie dość dokładną, w wielu wypadkach poruszaliśmy się na tzw. czuja.

Pogodzeni z faktem, że do słynnego Juditten jednak nie dojedziemy, postanowiliśmy odwiedzić swojsko brzmiące… Judyty.

Judyty to wieś położona jakieś 6, może 7 km od granicy z tworem, zwanym Obwodem Kaliningradzkim. Po II wojnie światowej granica przerwała wielowiekowe trwanie tych ziem. Bezduszna polityka skazała je na miejsce w klasie B, a może nawet C lub D…

Judyty kiedyś stanowiły majątek należący od XVI wieku do rodziny von Kunheim. Pośród bardziej i mniej znanych tego nazwiska – przewija nam się w XVI wieku niejaki Georg (syn Georga i Margarethy Truchsess von Wetzhausen z Łankiejm).

Ówże Georg urodził się w Welawie (tej od traktatów…). W dorosłym życiu znalazł się wśród dworzan Księcia Albrechta w Królewcu.  Był jego ulubionym dworzaninem, zaufanym i cennym. Na tyle cennym, że gdy zachorował, Książę Pan wezwał do niego znamienitego doktora – „szczególnie miłego pana”  Mikołaja Kopernika z Fromborka.

Georg Młodszy był zięciem samego doktora Marcina Lutra. Jak zdobył rękę jego najmłodszej córki, nie wiem (jeszcze), ale wyczuwam w tym wpływ Katarzyny von Bora. Po śmierci Margarethy drugą żoną Georga została  Dorothea von der Oelsnitz (ciekawe przemyślenia dotyczące innego członka tego rodu TUTAJ).

W skład dóbr należących do pacjenta Doktora Mikołaja –  wchodziły także Judyty.

Pałac judycki pozostał w rękach rodziny Kunheimów (czy jak się teraz piszą: Kuenheimów) do czasów wojny. Tutaj w roku 1928 urodził się słynny Eberhard von Kunheim. Dzisiaj powiedzielibyśmy o nim, że miał ciężkie dzieciństwo: ojciec zginął w wypadku samochodowym w roku 1935. Jak szemrano po cichu, kto wie, czy to nie była śmierć polityczna. Nie należał bowiem do zwolenników nowej polityki. Matka – jak podają wszystkie encyklopedie – przepadła w jednym obozów radzieckich już po wojnie. Jak często można przeczytać, historia ojca znacznie Eberhardowi pomogła w dostaniu się w powojennych Niemczech na studia. A pewnie i w znalezieniu potem pracy. Dość na tym, że trafił do koncernu BMW. Przez przeszło 20 lat był tam dyrektorem i prezesem, a potem przewodniczył radzie nadzorczej koncernu. Czasy jego „rządów” nazywano w BMW Erą Kuenheima.

Tutaj można przeczytać niezły artykuł,  poza drobnym szczegółem, że jeśli Judyty położone są w okolicach Elbląga, to autor artykułu zdecydowanie powinien wrócić na lekcje geografii… Chociaż wystarczy google maps, żeby rzetelnie przygotowć się do pisania artykułu. …

W Judytach też prowadzono jedną ze starszych hodowli słynnych Trakenów. Konie trakeńskie wciąż są hodowane w pobliskich Liskach. Obecnie już wolno oficjalnie tę rasę nazywać jej starą nazwą… A stało się to dopiero w roku 2005, kiedy to Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi zezwoliło na otwarcie księgi hodowlanej trakenów w Polsce. Zadziwiające, jak bardzo tzw. czynniki wciąż boją się tradycji… Niedouczenie, kołtuństwo i brak poszanowania historii. To chyba genetyczne ?

Dzisiaj Judyty nie są nawet w połowie tak wspaniałe jak niegdyś…

I te słowa odnoszą się do wszystkich dawnych majątków w Prusach Wschodnich. Można tylko wspominać opowieści rodzinne, o tym, jak niegdyś było czysto dokoła, i jak zadbane były wsie i majątki…

p.s. Kunheimów można „spotkać” tu i ówdzie, jeżdżąc po dawnych Prusach Wschodnich… Między innymi – w Kętrzynie (Rastembork) na zamku można obejrzeć portret Jana Ernesta von Kunheim. Jak większość z rodziny – i on spoczął po śmierci w rodzinnym grobowcu w Sępopolu.

Na potomków Georga i Margarethy de domo Luter natkniemy się czytając historię (a może raczej Historię). Tropiąc genealogię von Eulenburgów – spotkamy rezydentów Judyt… Także śledząc parantele Paula von Hindenburg trafimy na Kunheimów…

p.s. 2

dopiero kiedy się wpatrzyłam w zdjęcie pałacu – niewyraźne i ciemne – zauważyłam, że słynne lwy jednak są na miejscu!!!!!  Zostały zakupione w roku 1889 i wróciły na miejsce, po tym, jak nowy właściciel pałacu parę lat temu oddał je do stadniny w Liskach… Po protestach mieszkańców – lwy na szczęście wróciły na miejsce… Czas jakiś temu Pan Pięć Marek chciał odkupić lwy jako pamiątkę dzieciństwa. Lwy jednak pozostały przy pałacu….

TUTAJ zdjęcia obrazujące mizerię i marazm, albo właściwie agonię miejsca niegdyś tętniącego życiem! Jak można było doprowadzić do takiej ruiny ?? Nie warto tłumaczyć latami tzw. komuny. Bo ustrój się zmienił, mentalność (szczególnie decydentów) nie …

SUPLEMENT. styczeń 2015

I jak to bywa w życiu – właśnie ono dopisało suplement do opowieści o lwach Kuenheima. Po czterech latach.

Otóż pewnego późnego zimowego popołudnia zadzwonił telefon. Zjechałam autem na pobocze i odebrałam. To Pan Piotr H-S, domagał się, bym zmieniła swój wpis, bowiem był błędny….

No i opowiedział mi historię powrotu lwów z Lisek do Judyt. Trąciło to historią żywcem wyjętą z historii Radia Erewań

Otóż… powyżej, w 2010 roku, napisałam, że lwy wróciły do Judyt po protestach mieszkańców. No i nic bardziej błędnego. Otóż mieszkańcy (ciekawa jestem ilu tak naprawdę pozostało poza układem) byli zamieszani w spisek, którego efektem miała być doskonale przygotowana kradzież. Bo jedynym faktem z mojego p.s. 2 sprzed 4 lat  jest to, że Pan Pięć Marek zapragnął mieć lwy u siebie, jako pamiątkę dzieciństwa. Afera z tego wynikła niemała, bo okazało się, że chęć posiadania lwów była tak silna, że zorganizowano do tego celu całą siatkę osób. Zamieszanych w całą „imprezę” było parę znanych nazwisk, także w Polsce. No i owi mieszkańcy. Bynajmniej nie w zbożnym celu ochrony zabytku przed wywiezieniem. Całość tak przygotowań, jak i potem akcji stosownych służb – z pewnością nadawałaby się do nakręcenia filmu sensacyjnego. W każdym razie – na szczęście cały misternie opracowany plan kradzieży lwów spalił na panewce. Lwy wróciły przed pałac.

A tak na zakończenie, dodam tylko, że okropnie żal patrzeć, jak te tereny wciąż skazywane są na zagładę, na śmierć przez zapomnienie, i zaniedbanie. Tak fizyczne, jak i mentalne. Władze odnośne, wciąż nie widzą Historii, tej wielkiej, jaka przetoczyła się tędy nie tak przecież dawno. Nie widzą niesłychanych możliwości, i tego co tak brzydko nazywa się „potencjałem” tych ziem. Bo najlepszym i najmocniejszym „produktem turystycznym” (tfu, co za nazwa) – czy się komuś to podobam czy nie – jest wiek XIX i początek XX, z wielkimi nazwiskami, z I wojną światową, z hodowlą koni trakeńskich!!

Żaden tam jakiś nieznany poza Polską Ignacy Krasicki, ani nawet znany powszechnie mój ulubiony Doktor Mikołaj nie przyciągną turystów. Ale Kuenheim, Eulenburg, czy Hohenzollern tak… A do tego należy dodać wyśmienite jedzenie i znakomite otoczenie. I na tym powinno budować się markę…

Przecież przy odrobinie funduszy, można wykorzystać choćby właśnie Judyty – i zrobić z nich maszynkę do robienia pieniędzy. W końcu nie każdy kto jeździ BMW ma pojęcie, że to właśnie w Judytach urodził się ojciec sukcesu tej marki. Przy mądrym zainwestowaniu w budynki, i przystosowaniu ich do użytku, nic nie stałoby na przeszkodzie by organizować tu zjazdy BMW…  Oczywiście lwy na ten czas, na wszelki wypadek byłyby przykryte 😉

Płyta w kościele… Kwietniewo

Tak sobie myślę, że mimo iż Zagwozdka (czyli domniemany Finckenstein na obrazie Lady M.) nie zostanie prawdopodobnie nigdy rozwiązana, na brak zagadek nie mogę narzekać 😉

Otóż od jakiegoś czasu (dość niemrawo wprawdzie, ale jednak) – zabieram się za Loitzów…

A to za sprawą płyty nagrobnej z Kwietniewa:

Lewa heraldyczna - Loitz, prawa - Rawicz...

Jedyne co mi przychodzi do głowy to Zofia Loitzówna (córka Hansa III i Elżbiety von der Osten z Płotów)  i Szymon Bahr z Gdańska… (1578)

I znowu pytanie – co kto wie?

Bo ja na razie nawet nie mam kiedy zająć się poszukiwaniami…

Życie przewodnika wbrew pozorom to wariactwo. I nie ma mowy o spokojnym „szperaniu” w bibliotekach… 😉

Herbowi buntownicy

Kiedy pisałam o Świętej Lipce, ciągle mi w paradę wchodził Otto von der Gröben. Dołączył do niego Albrecht von Kalckstein. Czemu oni dwaj – ano z powodu pewnych podobieństw, a także niemal sąsiedzkiego położenia herbów rodowych w Wielkim Refektarzu Zamku w Malborku, a także z powodu tych samych czasów, w jakich im przyszło żyć. To tak najkrócej – żeby jakoś „oficjalnie” wytłumaczyć powód.

Poniżej parę słów o obu panach, bo mi nie dają spokoju od długiego czasu (nie tylko oni zresztą, ale o innych – kiedy indziej)…

Najpierw Otto:

Urodził się w Jeżewie (Jeesau) – dzisiaj w gminie Kętrzyn, w roku 1567. Zmarł też w Jeżewie, a pochowany został w Reszlu (o czym była mowa przy okazji Świętej Lipki).

Jego rodzicami byli starosta piski – Jerzy von der Gröben i Gertruda von Hohendorff. Dużo tych Hohendorffów i to nie tylko tutaj, w okolicach. W zeszłym roku w Słupsku znaleziono (nie pamiętam już w jaki sposób) film rodzinny von Hohendorffów z lat 30-tych XX wieku (Eberhard – czyli ojciec rodziny – był szefem słupskiej Służby Pracy).

Po studiach w Albertynie Otto wrócił do domu i zabrał się za powiększanie majątku i umacnianie swojej pozycji. Między innymi trzymał starostwo  Bałgi, także posłował do Sejmu Krajowego w Prusach Książęcych. Był też starostą Szaków koło Królewca (Schaaken, a obecnie Niekrasowo). To był prestiżowy urząd, bowiem niósł za sobą tytuł wójta krajowego (a ten tytuł pochodził z czasów krzyżackich). Dla starosty Szaków otworem stała pierwsza izba sejmu krajowego, jak i członkostwo w Radzie Regencyjnej.

Już w tym czasie Otto związał się z opozycją antyelektorską w Prusach… Opozycjoniści zwani kwerulantami (czyli zwyczajnie: pieniaczami) nie chcieli dopuścić do zespolenia Prus Książęcych z Brandenburgią. Czuli zagrożenie  oderwania Prus od Polski – jakiego nie widział król. Z dzisiejszego punktu widzenia można powiedzieć, że pasek zaciskał im się wokół szyi, z czym się nie chcieli zgodzić. Tracili swobodę, jaką widzieli w Królestwie Polskim.

Znane są wystąpienia Otto von der Gröben a w sejmie warszawskim – gdzie przekonywał, że szlachta Prus powinna mieć te same prawa, co koronna. Przekazał królowi memorandum w sprawie administracji w Prusach Książęcych, w którym postulował jej organizację na wzór polski. Pewien efekt to dało, bowiem jeszcze tego samego roku król wysłał do Prus swoich komisarzy.

Czas jakiś jeszcze Otto występował przeciw kolejnym Brandenburczykom w Prusach, aż w końcu – został zastraszony uwięzieniem. No a potem nastąpiła sprzedaż Świętej Lipki, konwersja na katolicyzm, wycofanie się z działalności publicznej w Prusach (w tym ze starostwa w Szakach), i przejście na służbę króla polskiego. Wiadomo, że nawet pełnił rolę rezydenta na dworze cesarza  Ferdynanda II. W stan spoczynku przeszedł dopiero w czasach rządów Władysława IV. Wiadomo, że wrócił do swojego Jeżewa i tam zmarł 4 grudnia 1644 roku. Wiadomo też, że pochowano go w kościele jezuitów w Reszlu (obecne Cerkiew Przemienienia Pańskiego).

Z Otto von der Gröbenem nieodmiennie kojarzy mi się drugi adwersarz elektorskich rządów w Prusach:

Albrecht von Kalckstein. Urodził się w Królewcu w roku 1592. Rodzicami byli Jakob von Kalckstein oraz Małgorzata von der Gröben (! z trudem trzymam się nurtu opowieści, bowiem znowu w paradę wchodzi mi postać innej  kobiety o tym nazwisku… ale o niej, kiedy indziej.)

Albrecht był dziedzicem dóbr w okolicach Prabut i Pasłęka, posiadał dobra rodowe Knauten (Prudki obwód Kalinikgradzki) – między Królewcem i Pruską Iławą i wiele innych… I on – podobnie jak starszy o ćwierćwiecze Otto – był w opozycji stanów pruskich. Ale… trafił na inne czasy i innego przeciwnika. Fryderyk Wilhelm kazał go aresztować (stało się w rok po Pokoju Oliwskim). Areszt i groźba utraty majątku ostudziły zapał generała lejtnanta. Wycofał się z życia publicznego i osiadł w swoim Knauten. Zmarł w 1667 i został pochowany w Mühlhausen (Gwardiejskoje).

Ojciec uległ – ale syn nie… A właściwie jeden z synów. Bo drugi wcale nie czuł potrzeby wędrowania pod prąd… polityczny prąd. Tym, który miał duszę buntownika był Chrystian Ludwik von Kalckstein. A tym drugim, który duszy buntownika nie miał – był Krzysztof Albrecht. Syna tego spokojniejszego Kalcksteina spotkać możemy w biografii Fryderyka II, bowiem był wychowawcą przyszłego króla. Miał na imię Krzysztof  Wilhelm i urodził się w Ottlau (Otłowiec, pow. kwidzyński, gmina Gardeja).

Wracając do Chrystiana Ludwika (czyli tego niespokojnego syna…) – to nie muszę opisywać jego życiorysu, bo znany jest tym, którzy oglądali serial pt. „Czarne Chmury”. Z tą wszakże różnicą, że serial kończy się happy endem.

Życiorys Chrystiana zaś skończył się na rynku w Memel (dzisiaj Kłajpeda) – dnia 8 listopada 1672 roku. Został ścięty za bunt i zdradę. Zgubił go brak dyplomacji i wiara w bezkarność.

Nie będę tutaj opisywała całej wielkiej intrygi – odsyłam ciekawych na stronę http://histmag.org/?id=3601

Na koniec uwaga:

Zwiedzając Zamek w Malborku – warto w Wielkim Refektarzu Zamku Średniego spojrzeć na glify okienne. Tam wśród wielu herbów – opowiadających fascynujące historie rodowe, można z łatwością odszukać herb tak von der Gröbenów, jak i Kalcksteinów.

… Gröbenów z innego majątku i Kalksteinów tutaj pisanych bez „c” – ale to już zupełnie inna historia…

von der Groeben

von Kalkstein