Koń Sobieskiego…

… „Koń jaki jest – każdy widzi”.

Niestety, ksiądz dobrodziej widać nie przewidział, że jednak NIE każdy 😉

Otóż…

Stoi sobie pomnik w Gdańsku: król Sobieski siedzi na koniu. Koń cudny. Król nieco mniej, ale że przecież był w swoisty sposób związany z Gdańskiem, to sobie jest. Tym bardziej, że jak mało co w Moim Mieście – skwer na Targu Drzewnym udał się zarządzającym miejską zielenią…

I tak sobie ten pomnik stał spokojnie, do momentu, aż 12 lat temu poszłam na kurs przewodnicki. Jak na każdym kursie – i my mieliśmy serię obejść miasta z instruktorami. Któraś z kolei nasza trasa wiodła obok pomnika. Instruktor do znudzenia wymieniał daty bitew wszelkich, w których brał (czy nie) udział Jan Sobieski, zupełnie nie zauważając KONIA. Nie wytrzymałam i zadałam pytanie. Pytanie o rasę owego konia.

Dopuszczam odpowiedź „nie wiem”. Absolutnie jednak nie dopuszczam odpowiedzi: „a cóż to za pytanie??” czy co gorsza: „ale to nie ważne”… A to właśnie usłyszałam na moje pytanie.

Zawzięłam się. Nie dość, że właśnie dlatego postanowiłam być innym przewodnikiem, niż autor błyskotliwych odpowiedzi, ale jeszcze postanowiłam sama sobie znaleźć odpowiedź prawidłową.

„A po co ci to?” „Nikt nigdy o to nie pyta” słyszałam dokoła. Nie wiedziałam jeszcze po co mi to. Ale tak na wszelkie wypadek zabrałam się za poszukiwania, wychodząc z założenia, że skoro sama jestem dociekliwym turystą – to mogę trafić na kogoś z podobnym podejściem… Wtedy byłam dopiero na kursie i nie zdawałam sobie sprawy z tego, jakie to ważne i jak bardzo prawdopodobne.

Za poszukiwania zabrałam się u źródeł, czyli we Lwowie. Zadzwoniłam wprost do dyrektora Muzeum Historycznego Miasta Lwowa. Tam niczego konkretnego nie dowiedziałam się od pana dyrektora , bowiem konwersacja nam się rozbiła o… rodzinę. 🙂

Nie zrażona tym wcale, rzuciłam się w wir poszukiwań. Niczym Koziołek Matołek już przeze mnie cytowany, zaczęłam od… Wilanowa. Wszak tam czas jakiś stał ów cudny koń. Niestety poraziła mnie identyczna odpowiedź, jaką usłyszałam od przewodnika na kursie. Noooo, gratulacje za podejście do tzw. sprawy… Zwróciłam się ku swoim – i w gdańskim Ratuszu Głównego Miasta uzyskałam wiele cennych wskazówek od zawsze i niezmiennie życzliwego dra Jerzego Kuklińskiego… Zwróciłam się także do paru znanych stadnin polskich. Wszędzie uprzejmie mnie wysłuchiwali, nie dziwili się ani nie wystraszyli (w przeciwieństwie do Wilanowa). Wszędzie kazali dokładnie opisać konia, po czym okazywało się, że nijak nie pasuje do tam hodowanych. Aż w końcu w Janowie Podlaskim odesłali mnie do Rzecznej… Tam zaś, po stanowczym odrzuceniu wersji z trakenem w roli głównej, odesłano mnie do… Radosława Sikory, autorytetu i eksperta od husarii, autora szeregu publikacji na temat wojskowości XVII wieku. Że też nie wpadłam na to wcześniej!!! Przecież mam przyjemność go znać z czasów arcyciekawego projektu Jakuba Pączka – czyli z czasów strony o JOX Jaremie Wiśniowieckim. Napisałam więc do eksperta i zanim otrzymałam od niego wyczerpującą odpowiedź, najpierw dostałam taki cytat:

Koń turek, chłop Mazurek, czapka megierka, szabla węgierka

Szperając dalej, zachęcona korespondencją z Radkiem i wskazówkami Pana Kuklińskiego, znalazłam mnóstwo informacji. No, ale teraz wiedziałam czego szukałam i jak szukać. 😉

Między innymi, taki cytat mi kiedyś wpadł w oko:

Często sięgano po domieszki ras wschodnich, gdyż powszechnie uznawano, że najlepsze są „Koń turek, chłop Mazurek, czapka magierka, szabla węgierka”. Większość koni kawaleryjskich były to produkty krajowe, uszlachetniane „turkami” właśnie, czyli końmi anatolijskimi, perskimi, turkmeńskimi, kurdyjskimi, krymskimi, kaukaskimi i arabskimi włącznie. Rzadko widoczna była domieszka cięższych koni. Konie husarskie, choć miały być nieco cięższe i roślejsze niż dla „lżejszych znaków”, musiały ważyć niewiele tylko ponad 500 kg. Dźwiganie jeźdźca z uzbrojeniem i wyposażeniem dla Konia lżejszego byłoby trudnym zadaniem, zaś koń ciężki nie posiadałby by wymaganej zwrotności i szybkości. Konie zwane wówczas polskimi stanowiły zatem tak naprawdę swoisty melanż genetyczny. Przy tym jednak miały swoją urodę – we wspomnieniach i anegdotach o Janie III Sobieskim Francois Paul d’Alerac miał pisać: „Siedzi ta jazda na najpiękniejszych koniach w kraju”. Ze względu na urodę ceniono też w Polsce hiszpańskie dzianety, jednak miały one niewielki wpływ na hodowlę konia „polskiego”

Odtrąbiłam więc rozwiązanie zagadki, która to zajęła mi nieco życia. Wtedy bowiem jeszcze pracowałam na tzw. posadzie i nie zawsze miałam możliwość korzystania z internetu, a sama nie miałam jeszcze komputera w domu.

😉

Po paru latach, już jako przewodnik, oprowadzając właścicieli słynnych stajni „Skądś-Tam”, zaprosiłam moich panów na spacer. Nasza trasa wiodła nieopodal pomnika. I nagle dotychczas dystyngowani panowie, jak jeden – dosłownie zachłysnęli się zachwytem na widok Konia Sobieskiego. Już ich lubiłam! Króla jegomościa nawet nie zauważyli 🙂

Kiedy padło TO pytanie, pomyślałam, że mój instruktor z kursu chyba powinien w tym momencie mieć potężną czkawkę, gdziekolwiek wtedy był i cokolwiek robił. 😀

Od tego czasu – ilekroć mam jakiś „orzech do zgryzienia” czyli – zagwozdkę – nazywam to Koniem Sobieskiego.

A propos konia… ciekawe, czy w końcu w tym irracjonalnym współczesnym pędzie do stawiania pomników wszystkim i za wszystko (uszczęśliwiając nas koszmarnymi projektami) –  powstanie wreszcie zasłużony pomnik konia w Gdyni, planowany przecież już przed wojną?

Zagwozdka – pożegnanie

Hm… Właściwie to powinnam się cieszyć. P.K. rozwiązał Zagwozdkę. I to tak ot, po prostu, z marszu niejako.

A wszystko przez to, że zauważyłam w statystyce blogu spory ruch wokół Zagwozdki, a konkretnie pierwszej części (TUTAJ jest część druga). A że wejścia były z tzw. świata – postanowiłam ułatwić moim Szanownym Czytaczom życie i przetłumaczyłam artykuł na angielski. Załączyłam zdjęcie, wspomniałam o problemie, raz jeszcze przejrzałam Dunckera, wrzuciłam artykuł na bloga, a linka do niego na FB i poszłam spać.

Rano, przed wyjściem na wycieczkę, zajrzałam na FB, i zamarłam z wrażenia. Oto P. zamieścił parę komentarzy pod moim łączem do artykułu:

…nie wiem czy Cię ucieszę czy zmartwię. Moim zdaniem obraz przedstawia miasto pruskie ale w tak zwanych Prusach Południowych – czyli Kalisz. Rzeka to Prosna a kościół to kolegiata Są też inne szczegóły, które potwierdzają tę obserwację. Ciekaw jestem Twojego zdania.

No, ale JAKIE ja miałam mieć zdanie, skoro ja w życiu nie byłam w Kaliszu!! nawet musiałam sobie na mapę zerknąć, by miasto porządnie umiejscowić!! Tak ukierunkowana byłam – wszyscy byliśmy – na Prusy Wschodnie, że żadne inne miejsca na tym łez padole nam do głowy nie przyszło.

…. W centrum obrazu jest lekko zamglona wysoka budowla. To, moim skromnym zdaniem, kościół św. Mikołaja. BEZ wieży, czyli obraz z okresu między 1706, kiedy to została spalona, a rokiem 1877, kiedy przystąpiono do jej odbudowy. Ja się skłaniam do datowania na przełom wieków XVIII/XIX raczej już w czasach napoleońskich…

Noooooo, to ja jednak chyba kiedyś powinnam do tego Kalisza pojechać. Zobaczyć miasto, które niechcący spędzało mi sen z oczu 🙂

… Na tym obrazie ten pałac jest całkiem dobrze odwzorowany:-))))

No i jest… faktycznie jest. Kiedy to sobie uświadomiłam – wbiło mnie niemal w fotel – poczułam się prawie jak Koziołek Mądra Głowa, co to…

„błąkał się po całym świecie, żeby dojść do … Pacanowa” 😀

A czemu napisałam, że właściwie to powinnam się cieszyć?

Ano, bo skoro sprawa przysłowiowego „Konia Sobieskiego” rozwiązana, to czym ja teraz będę sobie głowę zaprzątać?

Poniżej, po raz ostatni Zagwozdka Lady M.

A tak na marginesie, P.  zawsze miał celne spostrzeżenia (nie mówiąc już o ripostach) 😀

Dobranoc 😉

Gdański herb z Nowego Dworu Gdańskiego

Jesienią 2008 roku uczestniczyłam w arcyciekawej konferencji poświęconej gotyckim kościołom na Żuławach. W trakcie dwóch dni konferencyjnych mieliśmy także „zajęcia w terenie”. No i oczywiście odwiedziliśmy Muzeum Żuławskie w Nowym Dworze Gdańskim. Jeszcze przed remontem, zanim zyskało nowy wymiar.

Jako, że od lat – wszelkiego rodzaju „zagwozdki” i zagadki wprost mnie uwielbiają i czepiają się mnie prawie nagminnie, tak też i było tym razem…

Otóż po wejściu do nieco mrocznego budynku Muzeum nowodworskiego, gdzie zgromadzone są stele mennonickie – w oko wpadła mi kamienna tablica z herbem. Tak tablica jak i herb nie pasowały ani stylem ani i treścią do miejsca.

PAX INTRANTIBUS ET SALUS EXEUNTIBUS HK 1597 HANS KLASZ 1747

tablica ze zniszczonym kartuszem herbowym i inskrypcją: PAX INTRANTIBUS ET SALUS EXEUNTIBUS HK 1597 HANS KLASZ 1747

Nikt nie potrafił mi odpowiedzieć na pytanie o pochodzeniu tablicy. Jedyne, co było pewne – to to, że obiekt znalazł się tu podczas kwerendy w terenie, prowadzonej czas jakiś temu przez studentów.

Wróciwszy do domu – najpierw zerknęłam do Siebmachera, potem jeszcze do Hennebergera. Bo herb – mimo iż zatarty zdawał mi się być znajomy. Szczególnie klejnot. Byłam pewna, że przecież już ten herb widziałam!!! Tylko nie pamiętałam gdzie. 😉

Ale przekopanie się przez Siebmachera nie jest takie proste, jak się nie jest pewnym, czego się szuka. 😦 Toteż – jak zwykle w takich przypadkach zabrałam aparat i poszłam się odstresować i poszukać weny – do Mariackiego.

Znalazłam tam nie tylko wenę, ale i odpowiedź na moją zagwozdkę.

Otóż, gdy po raz „n-ty” fotografowałam epitafium burmistrza Schachamnna – robiąc zbliżenia herbów, zauważyłam TEN herb…

Herb Schwartzwaldów

Herb – nad belkowaniem po prawej stronie heraldycznej (zawsze czyta się odwrotnie do patrzącego – czyli nasza lewa, to prawa heraldyczna i odwrotnie)

c. d. n.

cz. 2 Schwartzwaldowie

cz.3 Lwi Zamek

Kanonik i jego fundacja

Nikt jeszcze nie „czytał” ołtarza ze Skolit!

Na te słowa zastrzygłam uszami, bo jak to możliwe, żeby takiego genialnego przekazu nie próbowano odczytać!

Ale – najpierw słów parę o osobie fundatora.

Otóż Johann Hannovius (bardziej znamy go, jako HANNOW) był siostrzeńcem Dantyszka, (synem Anny de domo von Hoefen). Urodził się w Gdańsku ( jak większość kanoników warmińskich). Edukację młodego mieszczanina sfinansował wuj. Sytuacja, jaką znamy z życiorysu Doktora Mikołaja Kopernika. I to nic nowego, wszak rodzina miała niejako obowiązek opieki nad dziećmi rodzeństwa. Takie zapisy można znaleźć w testamentach. Także Kopernik sprawował opiekę nad swoją owdowiałą gdańską kuzynką i jej przychówkiem.

Johann po szkole w Chełmnie posłany został na studia do Krakowa. W księgach uniwersyteckich został poświadczony w roku 1541. W stolicy trafił pod opiekę Stanisława Hozjusza. Prawdopodobnie zatrudniony był w kancelarii królewskiej.

Kanonikat fromborski objął w lutym roku 1546.   Jako, że w Kapitule obowiązywał zwyczaj stałej rezydencji przy katedrze,  osiadł na Wzgórzu Katedralnym. Jak wszyscy kanonicy – tak i on otrzymał i stallę i ołtarz po swoim poprzedniku oraz prawo do nabycia kurii i folwarku (allodium), przynoszącego niezły dochód.

Zmarł we Fromborku w roku 1575 i tam został pochowany. Tyle suche fakty. Jakoś nigdy dotychczas nie przyszło mi do głowy poszukać jego płyty nagrobnej…

Nie był jedynym z Hannowów w Świętej Warmii. Oprócz niego był tam też jego brat Kacper. Tytuł doktora obojga praw posiadł po studiach w Krakowie i w Rzymie, oczywiście także finansowanych przez wuja.  Od roku 1545 był kanonikiem warmińskim, i dziekanem kapituły kolegiackiej w Dobrym Mieście. W roku 1547 objął kanonikat we Włocławku. Przyjaźnił się z biskupem Marcinem Kromerem.

Tak na marginesie: to dzięki pewnej zapisce właśnie Kromera – do dzisiaj niejakiego Anonima nazywamy Gallem. Warto też pamiętać, że to właśnie   uczony biskup odnalazł kronikę (tzw. manuskrypt heilsberski).

A co do samego nazwiska Hannow – to warto również pamiętać postać Michała Krzysztofa Hanowa żyjącego w Gdańsku w latach 1695–1773. Piastował stanowisko profesora w Gdańskim Gimnazjum Akademickim. Równocześnie był bibliotekarzem i rozpoczął prace nad „Catalogus alphabeticus universalis Bibliothecae Senatus Gedanensis”. Był też wśród tych, którzy w 1743 roku powołali w Gdańsku do życia Societas Physicae Experimentalis (od roku 1753 zwane Die Naturforschende Gesellschaf). Nadto – Michał Hanow prowadził w Gdańsku regularne obserwacje meteorologiczne w latach 1739 – 1752 i używał „termometru będącego kombinacją termometrów florenckiego i Fahrenheita”.

Ale wracając do Hannowów we Fromborku… Prócz dwóch już wyżej wymienionych, rezydowali tam jeszcze Szymon i Walenty.

No i parę słów o samej wsi. Skolity (niem. Schlitt) leżą w gminie Świątki (woj. warmińsko-mazurskie), i dalej z nieśmiertelnej Wikipedii:

„We wsi znajduje się zabytkowy kościół parafialny pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny. Jest to długa budowla jednonawowa z pseudogotyckim chórem i transeptem (1907). Nawa wzniesiona po pożarze z 1708 r. na miejscu dwu wcześniejszych budowli. Nowy kościół konsekrowano w 1709 r. Wieża w dolnej części o konstrukcji słupowej, szalowana. Strop we wnętrzu świątyni z polichromią (1753-1763), wykonana przez Ferdynanda Guillerepsa z Dobrego Miasta. Ołtarz główny w stylu barokowym z 1684 r., z obrazem Adoracji Matki Boskiej z Dzieciątkiem przez grupę świętych. Obraz namalowany prawdopodobnie przez Jerzego Pipera z Lidzbarka Warmińskiego. W kościele znajduje się także zabytkowy, renesansowy tryptyk z 1557 r., ufundowany przez kanonika warmińskiego Jana Hanowa.

Nieopodal wsi znajduje się Jezioro Skolity. Położone jest w dorzeczu Pasłęki. Zajmuje powierzchnię około 40 ha, średnia głębokość jeziora wynosi 3,6 m. Brzegi porośnięte są drzewami głównie olchą.”

I tyle.

A tu – wieś na mapie:

A co to wszystko ma do ołtarza ze Skolit?

Otóż według tradycji w roku 1557 kanonik Johannes Hannovius  z Fromborka ufundował tryptyk do tamtejszego kościoła.

Tak przynajmniej podają oficjalne opisy. A jak było naprawdę?

J.S. wysuwa tezę, że ołtarz mógł być tak naprawdę ufundowany dla świątyni fromborskiej. Świadczyłyby o tym postaci NMP i Św. Andrzeja. Katedra fromborska bowiem dwojga wezwań jest: Św. Andrzeja – to tradycja przyniesiona z Braniewa, i NMP – to już tradycja fromborska.

No i dalej to już sama radość czytania obrazu, ba! całego tryptyku:

Parę uwag  nasunęło nam* się na gorąco, bowiem odpowiedzi na liczne pytania są aż nadto czytelne w obrazie głównym. Dość na tym, że spędziłyśmy dwa dni przed ołtarzem, zawzięcie dyskutując ;).

A upraszczając (baaaaardzo upraszczając) – mamy tu siedem sakramentów, i Fundament Świata (ciekawe, że potrzebuje aż tak mocnych łańcuchów ;)), jest też dziesięciu Doktorów Kościoła

(no i klops: otóż podczas tłumaczenia tego tekstu do mojego angielskiego bloga dotarło do mnie – że przecież część z tych Doktorów ustanowiona została dopiero w latach 1567-1588, więc nijak się to ma do czasów fundacji ołtarza?!  Którzy to więc są, skoro „tych” Czterech (Św. Ambroży, Św. Augustyn, Św. Grzegorz Wielki i Św. Hieronim) jest wymienionych na Fundamencie Świata?  Niestety moja wiedza teologiczna jest – delikatnie mówiąc – mierna ;)) Czy więc odczytując 4 Doktorów Kościoła między Apostołami na fasadzie Kościoła, można zakładać, że postaci z krzyżami to Prorocy???

No i już wiem, jak mało wiem 🙂 Dziękuję Pani B.S. (jak zwykle niezawodnej!) za niezmiernie cenne uwagi !!!!

Otóż tych dziesięciu, to nie żadni Prorocy, ani Doktorzy Kościoła. Tu zacytuję:

„Tych 10-ciu mają tiary, a więc to papieże – taka swoista oś Kościoła. I chodzi tu bardziej o ideę, niż o konkretne osoby”

Przepraszam za jakość, ale to wina operatora (czyli moja)

A wkraczając na bardziej stabilny grunt – ciekawy jest czas powstania fundacji. To czasy Soboru Trydenckiego i okres tuż po Wojnach Szmalkaldzkich. Z tego przecież  powodu zawieszono obrady soborowe. (kwietniu 1552). Nadto w otoczeniu kanonika wciąż żywo dyskutowane były sprawy odstępstwa od wiary na własnym podwórku. Zachowała się korespondencja między kanonikiem a jego wujem dotycząca Aleksandra Scultetiego (jakże znane gdańskie nazwisko pojawia się w  życiorysie tego zdolnego człowieka).

Nie tak daleko przecież znajdował się dwór Księcia Albrechta Pruskiego. A  tam jednym z bardziej zaufanych dworzan był Georg von Kunheim, którego syn został zięciem samego Marcina Lutra.

W samym Królewcu działała Albertyna (patrz: Jerzy Serczyk „Albertyna – Uniwersytet w Królewcu (1544-1945)…

Wklejam łącze do nadzwyczaj interesującego artykułu, jaki popełnił prof. Janusz Małłek, a jaki może dać obraz tego, co działo się „pod powierzchnią” codzienności warmińskiej  (bo w tym przypadku to akurat nas interesuje ).

W tym niewątpliwym chaosie, jaki zapanował nagle dokoła, sama Święta Warmia miała być przecież wysepką katolicyzmu…

I tak też można próbować odczytywać obraz.

Na oceanie protestantyzmu  – wyspa z ustalonym Porządkiem Świata; łańcuch zależności, czy przywiązań, łączy wszystkich. A może to Wiara spina ich niczym łańcuch… Wiara silnie osadzona, bo wychodząca od Eklezji.

I tu błędnie zinterpretowałam – bo: to Wiara jest bazą Kościoła.

Mimo całego szacunku tak dla intencji twórcy jak i fundatora, oraz do znaczenia przekazu – jednak postać poganina, dosłownie przywalonego Budowlą Kościoła, i rozpłaszczonego zupełnie – robi KOLOSALNE wrażenie 😀

Ale… zaraz nasuwają się refleksje zmuszające do powagi. Otóż myślę tu o zachodnim portalu katedry fromborskiej. Kapitalne opracowanie M. Lubockiej-Hoffmann pt. „Ikonografia wystroju kruchty katedralnej we Fromborku” można znaleźć w  Komentarzach Fromborskich (Zeszyt V).

… trudno (bowiem) znaleźć w ówczesnej Europie kościół o podobnej myśli przewodniej  i podobnym porządku ikonograficznym, trudno choćby dlatego, że Europa w tym czasie była już cała chrześcijańska…

… Autor projektu stworzył program, który niósł najważniejsze, najbardziej uniwersalne myśli dla ówczesnego społeczeństwa warmińskiego.

To był w obliczu ówczesnego zagrożenia pruskiego przekaz bardzo na czasie. A dlaczego tutaj o tym, w kontekście Ołtarza ze Skolit, dwa wieki późniejszego?

No, bo „nowi Prusowie” zagrozili Świętej Warmii, i to znacznie niebezpieczniejsi, bo odbierający „owieczki Pasterzowi”: protestantyzm. Postać Poganina zduszonego przez Kościół jest aż nadto wymowny. Dlatego też, między innymi upieram się, że w czterech narożach obrazu głównego widzimy Marcina Lutra, Ulricha Zwingli, Jana Kalwina i Filipa Melanchtona. Może się mylę ;), ale takie było pierwsze wrażenie. Naiwna wiara fundatora, że mury kacerstwa runą, każe znowu odwołać się do artykułu prof. Małłka.

Można dyskutować na temat warsztatu malarza, ale jedno jest pewne, że propaganda mu wyszła dobra.

Nie dziwi więc cytat z Psalmu 67:

„… mons in quo beneplacitum est Deo habitare in eo; etenim Dominus habitabit in finem…”

I żeby nie było, że moja łacina i znajomość psalmów nagle tak się poprawiły – to dziękuję Krysi Jarosławskiej, za pomoc 🙂 .

„patrzycie z zazdrością na górę, gdzie się Bogu spodobało mieszkać, na której też Bóg będzie mieszkał na zawsze”

Wiele jest szczegółów w obrazie głównym, nakazującym nastawić ucha historii i Historii, a także nawet zwykłym plotkom. Skoro plotki, to natychmiast pojawia się postać Pawła Płotowskiego. Nade wszystko jednak – przyda się staranna lektura   korespondencji Hannowa z Dantyszkiem.

Nie napisałam tu wszystkiego, co można bądź odczytać, bądź intuicyjnie zrozumieć z przekazu na obrazie… To wszystko jeszcze przede mną 🙂

Tu jednak niesłychanie ważny jest kontekst fundacji – który wyżej zasygnalizowałam. A to temat rzeka!!!

Z naiwnych oczu fundatora bije pokora i spokój… Zastanawiam się, czy fundując ołtarz o tak dużym ładunku propagandowym miał nadzieję, na zażegnanie niepokojów. I mam tu na myśli głównie niepokoje dusz.

Do tego artykułu będę pewnie wracała, bo nie da się zamknąć przekazu Ołtarza ze Skolit raz na zawsze. A więc to będzie jeden z tych moich artykułów, który co jakiś czas pewnie będzie ulegał modyfikacji 😀

*   /   *

* nam: to znaczy Desantowi Gdańskiemu. Desant Gdański składa się generalnie z Agi S., Ewy H., Gosi H., Danuśki L. i mnie. Czasem Desant ulega chwilowemu zdekompletowaniu. Ale generalnie najlepiej podróżuje się nam wspólnie, bo nadajemy na tych samych falach ;), bowiem wszystkie jesteśmy przewodniczkami.

Drewniania stela nagrobna z Morąga

Znajomy Muzealnik popełnił bardzo ciekawy artykuł w „Okolicach Ostródy”. Wydawane są owe „Okolice…” przez Burmistrza Miasta Ostródy i Oficynę Wydawniczą „Retman”.  I tu pozwolę sobie na prywatny wtręt  –  Redaktor Naczelny Oficyny bardzo nam (czyli Desantowi Gdańskiemu) pomógł w przygotowaniach do „zdobycia” Warmii i Mazur.  Miło więc, że ten świat jest taki mały. 🙂

Wracając do artykułu – Muzealnik opisał w nim stelę nagrobną.

No i świetnie – można by powiedzieć –  mało to steli spotykamy na co dzień (mówię tu zwłaszcza o nas – przewodnikach mających kontakt z Mennonitami).

Stela z Morąga jednak nie przypomina żadnej z dotychczas widzianych – i jest „zagwozdką”. Owszem, na upartego można ją próbować porównywać z tablicami z Barcic, czy stelą z Muzeum w Nowym Dworze Gdańskim.  Ale…

Oddaję głos Autorowi.

Zanim jednak „wkleję” skany artykułu (dziękuję za pozwolenie) raz jeszcze gratuluję!

I nie muszę chyba dodawać, że mam nadzieję, iż to początek całej serii artykułów… 🙂

(przepraszam za podkreślenia, bo wiem, że niektórych to oburza. Ale tak wyglądają książki czytane i używane.  I dla mnie są bardzo cenne. Dlatego nigdy ich nikomu nie pożyczam)

Płyta w kościele… Kwietniewo

Tak sobie myślę, że mimo iż Zagwozdka (czyli domniemany Finckenstein na obrazie Lady M.) nie zostanie prawdopodobnie nigdy rozwiązana, na brak zagadek nie mogę narzekać 😉

Otóż od jakiegoś czasu (dość niemrawo wprawdzie, ale jednak) – zabieram się za Loitzów…

A to za sprawą płyty nagrobnej z Kwietniewa:

Lewa heraldyczna - Loitz, prawa - Rawicz...

Jedyne co mi przychodzi do głowy to Zofia Loitzówna (córka Hansa III i Elżbiety von der Osten z Płotów)  i Szymon Bahr z Gdańska… (1578)

I znowu pytanie – co kto wie?

Bo ja na razie nawet nie mam kiedy zająć się poszukiwaniami…

Życie przewodnika wbrew pozorom to wariactwo. I nie ma mowy o spokojnym „szperaniu” w bibliotekach… 😉

Płyta w kościele… Pasłęk

Przy sposobności lektury forum sercemazur.pl (dział: Płyty nagrobne z kościołów i kaplic) przypomniałam sobie wizytę w Pasłęku.

Ciemno i aparat nędzny, ale to co uchwyciłam – prezentuję poniżej.

Może ktoś wie czyja to płyta ???

płyta pasłęcka

Detal płyty

Zagwozdka – ciąg dalszy

Czas jakiś wytrzymałam, nie zaglądając do mojej Zagwozdki. Czyli do wpisu o obrazie Lady M. Ale brak odpowiedzi na to pytanie męczy mnie – bo nie lubię nierozwiązanych zagadek…

Nie darmo wydaje mi się cały czas, że to, co mam – to żywcem z Dunckera wzięte…

Mało tego, mam takie uczucie, jakby rozwiązanie zagadki znajdowało się na wyciągnięcie ręki…

I gdyby nie brak zabudowy wokoło – to powiedziałabym, że to Drogosze !!!

ponownie obraz od Lady M.

a tu linki do Drogoszy:

http://www.zlb.de/digitalesammlungen/SammlungDuncker/01/031%20Friedrichstein.pdf

http://www.zlb.de/digitalesammlungen/SammlungDuncker/03/172%20Friedrichsstein.pdf

Cenne uwagi ostatnio dostałam – w tym od A. 🙂

Otóż piszecie Państwo, że nie pasuje ten widok do niczego, co znamy – znacie. Co ktokolwiek widział. Niektórzy z Państwa odsyłają mnie do książki Państwa Garnców. Trzeba wziąć jednak pod uwagę, że obraz powstał WTEDY, a Państwo Garncowie pisali książkę już po Apokalipsie TERAZ. No i nie wiemy jak wyglądały pałace już nieistniejące. Taką sugestię także dostałam. M. od razu sugerował, że to z tamtej – drugiej strony granicy. I że nie ma …

A. – mam nadzieję, że nie obrazisz się za wklejenie Twojej wypowiedzi żywcem, bo ciekawa:

Nie mogą to być Drogosze, ponieważ ten pałac nie ma tak daleko wysuniętych ryzalitów bocznych. Takie ryzality są w Kamieńcu. Wydaje mi się, że twórcę tego obrazu poniosła wyobraźnia. Poskładał sobie „do kupy” wszystkie obiekty, które wówczas wpadły mu w oko ;-) Podobnie wieża kościoła przypomina tę z Kamieńca, choć ta na obrazie jest bogatsza w formie. Podobny hełm ma kościółek z Kwitajn.

No i tak to wygląda…

Lady M. nie wpadło do głowy, żeby obraz obejrzeć ze „wszystkich stron”. I przez lata posiadania go nie intrygowało jej co może przedstawiać. Dopiero po rejsie Kanałem Elbląskim i jeździe przez Oberland – zaczęła dopytywać. Potem ja zaczęłam dopytywać, tyle, że ona milczy 😦

Published in: on 10 stycznia 2010 at 23:44  Dodaj komentarz  

Fromborski Sąd Ostateczny

W poprzednich odcinkach (Migawki fromborskie1 i Migawki fromborskie2)  napisałam co-nieco o Fromborku – „miejscu na końcu świata” jak mawiał Kopernik…

Teraz czas na odrestaurowany Sąd Ostateczny w Szpitalu Św. Ducha. Jest jeśli nie rewelacyjny to z pewnością intrygujący!

Sąd Ostateczny w absydzie kaplicy szpitalnej

Podczas naszej tam wizyty poświęciłyśmy Sądowi sporo czasu – zawzięcie dyskutując nad przedstawieniami grzechów….

A te grzechy to:

  1. Pycha (superbia),
  2. Chciwość (avaritia),
  3. Nieczystość (rozpusta – luxuria),
  4. Zazdrość (invidia),
  5. Nieumiarkowanie w piciu i jedzeniu – czyli Obżarstwo i Opilstwo         (??? jak to jest ??? ktoś wie ???? GULA ???? ),
  6. Gniew (ira),
  7. Lenistwo (acedia) lub znużenie duchowe…

Dramatis personæ owego przedstawienia to:

  • Chrystus siedzący na łuku tęczy,
  • Matka Boska,
  • Św. Jan (Chrzciciel lub Ewangelista),
  • Archanioł Michał ważący dusze,
  • powstający z grobów,
  • diabły,
  • grzesznicy,
  • aniołowie dmący w trąby.

Przedstawienia Sądu Ostatecznego na ziemiach północnej Polski mamy nie tylko we Fromborku – ale też w Toruniu u Świętych Janów i u Świętego Jakuba (nie mam ani jednego zdjęcia! następnym razem muszę zrobić po parę dla porównania) , a także u Świętego Mateusza w Starogardzie Gdańskim

Ten fromborski jednak przedstawia sobą najprostszą kompozycję i niewprawną kreskę.

Autorstwo tej kompozycji, zajmującej całą absydę kaplicy przyszpitalnej, długo przypisywano Christophowi Blumenrothowi, fromborskiemu pisarzowi miejskiemu. Tę samą bowiem kreskę rozpoznano, jak się zdawało, w Biblii kanonika Friedricha von Salendorffa (tego samego, którego płyta nagrobna znajduje się w Muzeum). A wiadomo skądinąd, iż przepisał ją dla kanonika właśnie Blumenroth w roku 1434 (dla zainteresowanych – Biblia Salendorffa znajduje się w Szwecji…).

Podczas ostatniej konserwacji – badania wykazały jednak iż polichromie wykonane mogły zostać w pierwszym dwudziestoleciu XVI wieku.

Fromborski Sąd przeszedł trzy konserwacje w swoim istnieniu – pierwszą, na początku lat 30-tych XX wieku, drugą, w latach 1960-61, a trzecią teraz niedawno, w latach 2006-2008.

I dopiero teraz – widać co się dzieje na ścianie absydy…

Chrystus siedzi na podwójnym łuku tęczy – w mandorli, a za głową ma nimb krzyżowy. Na ramionach ma płaszcz – czerwony z zielonymi rękawami, z przodu otwarty – tak że widać rany, z których płynie krew. Obie ręce uniósł ku górze w geście błogosławieństwa (spierałyśmy się o to, i dopiero na zdjęciach widać, że to faktycznie gest a nie trzymanie lilii i miecza) Z ust wychodzą mu trzy lilie i miecz – w prawo (jego prawo) i lewo (jego lewo). Lilia (lub lilie) to strona zbawionych a miecz wręcz przeciwnie. Takie przedstawienie Chrystusa z widocznymi ranami – to Chrystus Odkupiciel, który świat zbawił odnosząc rany, cierpiąc za ogół.

Chrystus na podwójnym łuku tęczy i w mandorli

Po stronie zbawionych stoi Matka Boska Orędowniczka, tutaj – matka Boska Płaszcza Łaski – Miłosierna Pani. Po przeciwnej stronie – tam gdzie na Sądach jest piekło – widać Św. Jana (i to może być bądź Ewangelista, bądź Chrzciciel) Prawdę mówiąc nigdy jakoś nie zastanawiałam się że może być jedne lub drugi – zawsze myślałam, że to Ewangelista… Oboje – Maryja i Jan – spełniają rolę orędowników i jest to motyw ze sztuki bizantyjskiej. 4 Anioły dmą w trąby – dwa po lewej i dwa po prawej stronie Chrystusa.

W ogóle całe przedstawienie ma 4 poziomy i zawiera 19 scen.

Pod Świętym Janem Michał Archanioł waży dusze na wadze – trzymanej w ręku.

Waga…

Szale wagi według opisu w Komentarzach Fromborskich mają kształt łódek – aczkolwiek mnie skojarzyły się z uproszczonym rysunkiem koszy… Na szali prawej – niżej położonej – siedzi postać trzymająca w rękach coś dziwnego – w jednej trójkąt a w drugiej coś podobnego do kryształu, a może nie kryształ a nóż? A może to nie trójkąt, tylko jakieś (schematyczne ?) przedstawienie Trójcy Świętej, jak sugerowała Gosia?

Trójkąt i coś….

Na szali prawej siedzi postać z kołem młyńskim i tę postać usiłuje przeważyć diabeł. Sam diabeł dla dzisiejszego widza nie stanowi zagrożenia, bo jest zieloniutki i ma raczej sympatyczny pyszczek (nie wiem dlaczego, przede wszystkim pomyślałam o Toadie z Gumisiów). Wyobrażam sobie jednak, iż w czasach, gdy owo pouczające malowidło powstawało,wszystkie te diabły  musiały budzić respekt.

Jak się tak dobrze zastanowić, to diabeł nie usiłuje przeważyć szali, a mógł się tu pojawić by postać ściągnąć z szali – i powlec do Piekieł. Koło młyńskie może równie dobrze służyć do przeważenia (co się jak widać nie udało) ale też mogło być symbolem młynarza.

Tutaj przedstawienie duszy grzesznej – jako lekkiej. Zgodnie z augustyńską definicją. A jeśli polichromia powstała w początkach XVI wieku – to za czasów antonitów (antonianów), którzy żyli w myśl reguły Św. Augustyna… A więc jego spojrzenie na grzech i cnotę widać właśnie na szalach.

Natychmiast nam się to kojarzy ze słynnym Sądem Ostatecznym Hansa Memlinga – wszak i on podał nam augustiański Sąd Ostateczny.

Koło młyńskie i diabeł (zielony na dodatek)

Nie wiem, co mógł oznaczać zielony diabeł. Dlaczego zielony? Wszak rękawy płaszcza chrystusowego także są zielone. Czy więc wyłącznie dla wzmocnienia efektu wizualnego?

Dalej – widać też diabły z grzesznikami…

Jeden ciągnie na grubym sznurze lichwiarza a ten jeszcze wrzuca do kosza czy skrzyni pieniądze (czy to co ma u pasa, to różaniec??).

Uderzyło mnie to, że diabeł – szatan w ogóle, przedstawiany był jako CZARNY kogut (St. Kobielus “Bestiarium Chrześcijańskie” str. 143)

Może jednak restauracja została za którymś tam razem przeprowadzona niedokładnie i czarny kolor zrudział, tak jak to stało się z błędnie odrestaurowanymi herbami w Sieni Niskiej Pałacu Wielkich Mistrzów w zamku malborskim??

czarne zrudziało… Herby w Sieni Niskiej Pałacu Wlk. Mistrzów w Malborku

Wiadomo skądinąd – por. J. Trupinda  naże kolory zostały źle zinterpretowane i tym samym konserwacja malowidła zmieniła jego znaczenie.

Czy w takim razie nie mogło zdarzyć się coś takiego i tutaj, we Fromborku? I kogut – diabeł powinien być czarny…

Niżej jeszcze – niewiele ponad ogniem piekielnym – znajdują się dwie postaci – bogacz jakiś klęczy i wskazuje palcem na… no właśnie na co? Czy to poducha z krzyżem? Czy worek? W każdym razie za bogaczem stoi diabeł, nie pozostawiając wątpliwości, że ów bogaty to grzesznik… zaś vis a vis niego stoi młody jakiś ze skrzyżowanymi rękami na piersiach. Skromny z postawy i ubioru. Za nim – stoi anioł. Zacny więc ów młody musiał być, skoro ma takiego orędownika i opiekuna.

Co przedstawiają ci dwaj? Czy to Pycha wywyższa się nad Skromnością?

Jeden klęczy, drugi stoi w pozie pełnej pokory…

Nieco bliżej centrum całości Sądu – jest diabeł niosący w koszyku grzesznika z identycznym trójkątem w garści, jaki ma ten siedzący na szali wagi michałowej archaniołowej. A diabeł ma postać kosmatego misia – albo raczej niby-misia. Z kolana i pośladka wystają mu „odrażające mordy” – będące niejako powtórzeniem jego własnego pyska. Miało to jakoby potęgować odrażający wygląd i sugerować, iż grzechy upodobały sobie niskie pobudki… Dodatkowo, diabeł podpiera się kijem (?).

Niedźwiedź był atrybutem Obżarstwa (ale znalazłam też, że i Złości, Rozpusty, Lenistwa oraz Przemocy. Także personifikacje Nieczystości i Gniewu – często jadą na niedźwiedziu…). Czy więc ta postać z tajemniczym trójkątem w garści, to Obżarstwo, czy Gniew?

“brzydki” diabeł z koszem na plecach

Nieczystość zaś mamy po lewej stronie przedstawienia Sądu – otóż widać parę (małżeńską ?). Mężczyzna trzyma węzeł (małżeński?). Czy to może oznaczać iż on jest żonaty? A ona – trzyma pierścień (?) w ręku – czy zaręczynowy? Duży – niemal alegoryczny? A może mylnie odczytuję znaczenie. Dość na tym, że tak za mężczyzną jak i za kobietą stoją diabły.

nieczystość – rozpusta, a nad nimi napis Superbia

Co ciekawe – jeden z diabłów ma rogi, a drugi mordę niedźwiedzia  – czy jako symbol rozpusty ?  Nad tą parą napis Superbia (Pycha).

Tu, w tym miejscu?

Czy  ma oznaczać, że przedstawiono tu siedem grzechów głównych? Czy  też ma oznaczać, że trzeba niezwykłej pychy by występować przeciw świętym “węzłom” (małżeńskim także). Nie dowiemy się prawdopodobnie nigdy, bowiem z całego ciągu napisów – „ostał się” tylko ten…

Dalej spoglądając nieznacznie ku górze ujrzeć można zadowolonego diabła wiozącego na taczce chciwca dzierżącego w ręku pękatą sakwę.

Chciwość – Skąpstwo

A obok dwa diabły niosą na noszach pijanicę. Kielich w garści pijanicy czy szklanica, i beczka na noszach przed nim, nie pozostawiają wątpliwości co do rodzaju grzechu. Błędem jest przedstawienie drugiego diabła jako człowieka. Ewidentnie podczas którejś restauracji – zrobiono z diabła … noszowego, przydając mu nawet stosowną czapeczkę, jaką widujemy czasem na filmach przedwojennych.

Pijaństwo … i noszowy

Powyżej tego przedstawienia kroczy diabeł, niosący grzesznika na ramionach. Niczym worek przerzucił sobie go przez ramię, Co to za grzech??? Danusia sugeruje Lenistwo tutaj właśnie – dlatego, że postać “zwisa” leniwie z pleców diabła, nie wykonując żadnego ruchu, nie walczy, nie “zaistniała” jak inne postaci, leniwie się poddaje…

??? …. Według Dany L. to Lenistwo

Zabrakło mi pomysłów na odczytanie wszystkich grzechów.

Ale wrócę do tematu, bo ciekawy, jak wszystko, co związane z grzechem w średniowieczu.

A po prawej stronie – niejako na deser pojawił mi się Kulfon. Otóż jeden z dwóch diabłów niosących kosz pełen grzeszników – to Kulfon z bajki dla dzieci (taka żaba, bodaj Monika – brzydoty rzadkiej pacynka i Kulfon właśnie – stąd piosenka „Kulfon, Kulfon, co z ciebie wyrośnie”).

No sami zobaczcie:

Kulfon…

I na tym chyba na razie koniec…

Poza tym – jak zwykle “zdjęłyśmy” cegły na wschodniej ścianie Katedry…

paluchy fromborskie

Wracałyśmy z naszej oazy odpoczynku przez Nowakowo i promem w Kępinach Wielkich.

Sympatyczny jedno-psi komitet powitalny przed promem. Sunia wyraźnie odliczała pasażerów.

Prom w Kępinach działa cały rok – mieszczą się na nim może ze dwa samochody. Nastrój końca świata, albo nawet jeszcze dalej – za zakrętem tego końca świata. Cisza. I to zawsze – nawet latem. Wędka promowego wystawiona poza burtę. Wędkarze na Nogacie. Spokój. Nawet na wodzie.

Widok z promu w Kępinach Wielkich

Tam wciąż widać, że kraj plecami do wody odwrócony.

Krajobraz po wichurze i cofce październikowej wciąż przeraża. Widać też, że poza deklaracjami prasowo-telewizyjnymi – nic się nie dzieje.  I niestety – dłuuuuuuuuuugo dziać się nie będzie. To nie jest medialne miejsce. I znowu – po raz kolejny – wychodzi na to, że rację miał Jan Kochanowski (cytat z Pieśni o spustoszeniu Podola – V, ks. II):

Cieszy mię ten rym:

Polak mądr po szkodzie:

lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,

nową przypowieść Polak sobie kupi,

że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.”

–           *          –

A do Fromborka pojedziemy znowu za czas jakiś. Bo mimo, iż miejsce wciąż niemal na końcu świata, to przyciąga …

Garnki w ścianie

Dostałam kiedyś od znajomego Muzealnika skany artykułów z Młodego Technika (lata 50-te) i z którejś Ochrony Zabytków (nie mam numeru, a tylko skany stron).

Teksty traktują o… holośnikach (kiedy ten tekst pisałam, komputer uparcie zmieniał mi „holośniki” na „holowniki” – więc nawet to świadczy o tym, jak mało znany, albo i wcale, jest ten temat). Właśnie sprawdziłam w necie hasło „holośnik” i wywala mi albo mojego bloga, albo malborskie forumowisko, gdzie czas jakiś temu padło parę uwag o garnkach w ścianie morąskiego kościoła. A poza tym zero! Nic więcej… Czyżby temat zbyt mało poważny dla naukowców? 😉

A wracając do lektury wspomnianych wyżej artykułów…

Holośnik – jak to zostało nazwane w jednym z nich – to garnek w ścianie potęgujący głos. Takie garnki wmurowywane były w ściany cerkwi na Rusi, ale także na naszych ziemiach. Otwór takiego naczynia wmurowanego w ścianę – był skierowany do wnętrza świątyni.

Jak podaje artykuł – najstarsza wzmianka o takim naczyniu – pochodzi z XI wieku i mówi o stosowaniu garnków podczas budowy cerkwi Św. Bazylego w Owruczu.

Artykuł dalej mówi o tym, jak to w 1340 roku biskup Maciej z Gołańczy (herbu Topór) kazał wmurować w ściany katedry włocławskiej po cztery garnki w ściany wokół okien, dwa pod sklepieniem prezbiterium i dwa nieco niżej. Do tego dochodziły jeszcze te ponad wejściem i w sklepieniach. Z tego ponoć powodu katedra włocławska zwana była grzmiącą katedrą. (

Czy to z tych czasów pochodzi powiedzenie o grzmiącym głosie księży?

Jak dalej można w artykule przeczytać, garnki takie wyrabiano z gliny z domieszką grafitu. Wyrobem takich naczyń trudnili się garncarze w Czechach i na Rusi, ale także i u nas (pytanie: co to znaczy; U NAS, a co za tym idzie: GDZIE u nas?).

Wbudowanie takich naczyń w ściany (nieotynkowane!) dawało pomieszczeniu stosowny pogłos, przy jednoczesnym głuszeniu echa, tak, że słowo wypowiedziane nabierało wyraźnego brzmienia.

Kiedy w XIX wieku konserwatorzy zalepiali owe dziury w ścianach i sklepieniach kościołów, nie znając ich zastosowania i uznając za zbędne – nagle prezbiteria kościelne „ogłuchły”, jak mawiano.

Jak można się dalej dowiedzieć z artykułu – na Mazowszu przestrzegano wymiarów takich naczyń.

I tak – głębokość = 18 cali, średnica otworu = 4 cale. Wg „Geometry Polskiego” ks. Solskiego z roku 1683 – cal = 12 ziarnkom jęczmienia.

Było ponoć także i inne zastosowanie takich garnków. Otóż używano ich jako pustaków do budowy sklepień.

W drugim z artykułów można dowiedzieć się, że podczas konserwacji polichromii w jednym z kościołów znaleziono pod tynkiem ceramiczne „szpule”, jak je nazwano.

„… w trakcie prac odkrywczych natrafiono na dość regularnie umieszczone w oryginalnej zaprawie ciemne krążki. Przy odsłanianiu ich i próbie wyjęcia okazało się, że są to jakby szpule z otworem w środku osadzone na gruz w walcu z tego samego materiału i w tej samej barwie. Po wyjęciu i dokładnym zbadaniu jednego z nich, wyjaśniło się, że są to ceramiczne szpule z czarnej gliny, długie na 105 mm, o średnicy z jednej strony 51,5 mm, z drugiej 38 mm, zwężając się ku środkowi do 26 mm, o otworze wewnętrznym na wylot przez długość o 16mm średnicy. Waga takiej szpuli wynosiła 172 g. Szpule te tkwiły w szyjkach urn wmurowanych w pozycji poziomej dnem do zewnątrz kościoła. Dla bliższego zapoznania się z naczyniem, którego kształt wydawał się pękaty, i zrobienia dokładnych rozmiarów odsłoniliśmy w jednym miejscu na ścianie północnej dwa obok siebie leżące naczynia, z których jedno wmurowano już spękane. Wysokość naczyń waga się od 43,5 do 48 cm, średnica dna ca. 20 cm, średnica największego wybrzuszenia 28,5 do 39 cm, najwęższe miejsce w szyjce 8 cm, u wylotu 10 cm. Grubość ścianki przy szyjce 10 -11 cm.”

Jak zauważono dalej – ilość owych naczyń w okolicach łuków sklepiennych – wahała się od 5 do 7. Przypuszczano, iż garnki owe mogły służyć bądź do poprawy akustyki bądź do zabezpieczenia od zawilgocenia wnętrza.

Zastanawiające są te podane grubości ścianek – zwłaszcza ta w szyjce u wylotu. 10 cm to przecież niesłychana grubość ścianki, jeśli chodzi o takie naczynie.

Wklejam swoje osobiście zrobione zdjęcia takich garnków, szpul czy holośników…

Są to sklepienia Letniego i Zimowego Refektarza w zamku malborskim, jak i spływów sklepiennych kościoła Św. Piotra i Pawła w Reszlu, a także ściany kościoła morąskiego (też p.w. Św. Piotra i Pawła…), dodaję też toruńskie świętojakubowe.

Ciekawi mnie, czy i diabły orneckie nie pojawiły się przypadkiem jako  ideologiczne opracowanie owych dziur 😉 Na wszelki wypadek… gdyby myśli wiernych chciały uciekać precz, miały je zatrzymać diabły i wtłoczyć na powrót do głów… Historia o Tutivillusie znakomicie może się tu wpisać. To jednak tylko moje luźne gdybania i muszę to dokładnie sprawdzić. Bowiem skąd tylko w Ornecie takie opracowanie? I skoro to teren świętej Warmii, to dlaczego diabeł musiał pilnować ? No i na dodatek nie dość, że  Święta Warmia, to jeszcze czas jakiś Orneta była siedzibą biskupa…

Wklejam zdjęcia mojego orneckiego ulubionego – tego w szlafmycy :-).

Wklejam też zdjęcia otworów z Oliwy, z kościoła pocysterskiego (obecnej Archikatedry). Otwory te znajdują się na ścianie północnej ambitu, a także w ścianie nawy północnej, jak i po południowo-zachodniej stronie wejścia głównego. Czy są to otwory do (jak chcą niektórzy) „ogrzewania geotermicznego (termalnego) ? nie wiem, nikt mi tego nie umie wytłumaczyć. Faktem jednak jest – że posadzka po tej stronie kościoła jest zawsze sucha, inaczej niż w innych kościołach gotyckich, gdzie rano można wodę zbierać szmatą 😉 To pewniw jedna z tych zagadek średniowiecznych wciąż czekających na rozwiązanie…

Są też w Oliwie holośniki na spływach sklepiennych. Jednakże w wieku XVI zostały  zasłonięte gwiazdkami. Tam, gdzie gwiazdki odpadły – można zobaczyć niemal z bliska, jak taki holośnik wygląda… 

Wiele cennych informacji na ten temat otrzymałam swego czasu od eksperta w dziedzinie akustyki – Pana Gustawa Budzyńskiego, którego miałam zaszczyt i ogromną przyjemność poznać podczas pewnego spotkania na PG.

Pan Budzyński dał mi też swoje opracowania akustyki Kościoła Mariackiego w Gdańsku, jak i wiele cennych wskazówek, bardzo pomagających mi w pracy. 

Dziękuję za pomoc i cenne wyjaśnienia !!!

Tematem „tajemniczych” otworów zajmowano się już na forum międzynarodowym – właśnie w kontekście waz akustycznych w sklepieniach średniowiecznych kościołów.
Swego czasu otrzymałam skany od Pana Budzyńskiego własnie – części materiałów z roku 1986, kiedy to ten temat był referowany na sesji w Berlinie przez akustyków z Politechniki Gdańskiej. Otrzymałam projekt tekstu po polsku, i konkluzję:

„Najciekawsze jednak chyba są dawne zdjęcia sklepień Bazyliki Mariackiej w Gdańsku, fotografowane pionowo w górę, na których widać, jak liczne były otwory w tych sklepieniach. Otworom odpowiadają obszerne uwypuklenia na wierzchnich powłokach sklepień, sugerujące obecność „waz akustycznych” przyłączonych wewnątrz sklepień do otworów.”

Tyle ekspert, który zajmował się „garnkami w ścianach” wiele lat. Temat otwarty, bowiem jak na razie wszystkie sugestie wypływają bądź od fascynatów, bądź od historyków – do tego jednak potrzebne są dogłębne badania akustyków.

Hipoteza o otworach „odpływowych” również funkcjonuje wśród fascynatów tematu i ma pełne uzasadnienie (zważywszy na funkcjonalność architektury średniowiecznej). Niewątpliwie nie wszystkie otwory w sklepieniach były otworami akustycznymi (i to często nawet widać nawet tzw. gołym okiem).

Zaś spory o garnki w ścianach są równie gorące i równie bezprzedmiotowe, jak te, o ślady po świdrach ogniowych 😉 Bo w gruncie rzeczy każdy ma rację.

Jednakże dopóki nie odezwie się ktoś, kto podważy naukowo badania akustyków, pozostaje czerpać z dorobku akustyków właśnie. I „póki co” – lepiej opierać się na zdaniu ekspertów w tej kwestii.

Letni Refektarz w malborskim zamku

a to najprawdopodobniej ogrzewanie „geotermalne”. Ale niestety nikt mi nie potrafi na to odpowiedzieć – bo trywialny, czy niedostatecznie poważny temat?