Z cyklu Ciekawe – Kawa po franciszkańsku w Pakości

Poniżej wklejam w całości artykuł z Aktualności Turystycznych.

Komentarz?

Jeden: rewelacyjny pomysł!!!!

Kawa wygląda jak piekielna smoła, jednak działa cuda towarzyskie nawet w klasztorach. Wiadomo, dla towarzystwa „kowal dał się powiesić, a kapucyn ożenić”. Ze związku potrzeby i przyjemności w Pakości na Kujawach (województwo kujawsko-pomorskie) zrodziła się kawa po franciszkańsku. Ojcem pomysłu jest Inowrocławska Lokalna Organizacja Turystyczna, a personalnie jej prezes, Szymon Grudziński.

Ściślej mówiąc, pomysł narodził się jakieś dwa lata temu na… kursie dla bezrobotnych. Prezes Grudziński, właściciel biura turystycznego w Inowrocławiu i restauracji w Toruniu, był na nim wykładowcą. Kawa po franciszkańsku może być odtrutką na bezrobocie w Pakości, uznał. Pomysł bezrobotnym się spodobał: jest klasztor franciszkański, zakonnicy zajęli się na wielką skalę remontem miejscowej Kalwarii – perły architektury i klejnotu sztuki Kujaw. Żeby uatrakcyjnić turystom pobyt i zatrzymać ich tu na dłużej, warto zaproponować im coś więcej. Klasztory słyną z dobrej kuchni, kawa po franciszkańsku może być wabikiem.

Turysta wyręczy młynek

Entuzjazm w zakonie nie wszystkim się udzielił, ale „dłużej klasztora niż przeora”. Na dobre kawa zagościła w refektarzu zakonnym w tym roku (2012), jej parzenie to istny rytuał, zamiast młynka używają tu kamieni, niczym żaren, pozostawiając mielenie turystom, co jest dodatkową atrakcją.

Potem robi się tajemniczo. Porcelanowe dzbanki miejscowe parafianki biorą w dłonie i osobiście nalewają kawę turystom, którzy ochoczo podstawiają filiżanki. Czegoś więcej z pękatego naczynia dolewa do filiżanek kolejna niewiasta. Co? – nie wiadomo. Niektórzy wyczuwają cynamon, z pewnością w kawie jest miód, bo to składnik, który samemu dolewa się do kawy z pojemników stojących na stole. Zapytani o recepturę kawy po franciszkańsku miejscowi nabierają wody w usta. A smakuje wybornie, jest aromatyczna, co muszę przyznać, choć kawy nie pijam, czym wzbudzam zdziwienie w towarzystwie kleru niczym kosmita. Nie spróbować jednak turystycznej kawy po franciszkańsku byłoby reporterskim zaniechaniem, czyli grzechem. Ryzyko się opłaciło.

Do kawy pasuje ciastko, w Pakości robią je sami, pakują po trzy w celafon, dokładają po obrazku papieża-Polaka i widokówkę z widokiem Kalwarii Pakoskiej. Na pamiątkę i jako przypomnienie, że Jan Paweł II też podróżował i takie miejsca jak Pakość traktował z atencją jako szczególny nośnik kultury, tradycji i wiary.

Żywy przewodnik na deser

Przy takim poczęstunku świetnie smakują opowieści, które snuje miejscowy przewodnik. Turyści robią wielkie oczy, dowiadując się, że siedzą w dawnej sali rycerskiej. Zamek i kościół w Pakości to jeden kompleks architektoniczny, wyrósł w miejscu zamku, którego załoga dzielnie stawiła w 1332 r. opór Krzyżakom. Najechali Kujawy, pustosząc je. Na zamku w Pakości połamali sobie zęby. W czym wielka zasługa wojewody brzeskiego Wojciecha z Kościelca, który dowodził obroną. – Na Kujawach oparł się im jedynie nasz zamek – opowiada przewodnik nie kryjąc dumy.

W poł. XV w. w Pakości zagościł ruch husycki, który narodził się jako znak  sprzeciwu wobec korupcji, wynaturzeń i nadmiernego bogacenia się kleru w Kościele katolickim. Jednak choć miał on charakter oddolny, ludowy i niósł idee braterstwa nie wszędzie dobrze wspominają husytów, bo ich frustracja przerodziła się w agresję, idąc przed siebie bywali okrutni, palili kościoły, mordowali zakonników. Tak stało się choćby w Ząbkowicach Śląskich na Dolnym Śląsku, gdzie splądrowali miasto i torturowali mnichów z miejscowego klasztoru dominikanów.

Gdy zamek w Pakości wszedł w okres kontrreformacji, jego stan był fatalny. Obecnie zostało z niego niewiele, m.in. pierwotny układ przestrzenny z dwoma wjazdami wskazującymi na podział na zamek dolny i zamek górny.

Kwiedzina – na skróty

Uparłam się, żeby jechać na skróty.

Jak zwykle zresztą… wszak skróty to najlepszy sposób na poznanie terenu. No, może niekoniecznie po ciemku i GPS-em nie rozróżniającym kierunków, ale generalnie zasada jest taka, by unikać dróg głównych.

Tylko, że w Prusach Wschodnich nie ma takich dróg…

Nie tak dawno wiozłam Państwa B. do Wilczego Szańca trasą przez Ornetę i Lidzbark Warmiński.  W pewnym momencie pan B. zapytał mnie, czy jak będę wracała, to wybiorę jakąś główną drogę…

Spojrzałam na niego, i odparłam – że TO JEST główna droga 🙂

Zapadła cisza w aucie, pan B. popadł w zamyślenie, w końcu powiedział to swoje przeciągłe: „ok….” i dodał refleksyjnie: „… a ja narzekam na drogi w mojej miejscowości…”

No więc… teraz łatwiej sobie wyobrazić co znaczy, kiedy piszę o moim uporze jechania bocznymi drogami – na skróty, w szybko zapadającym jesiennym zmierzchu 😉

Ale miałam powód. Chciałam zobaczyć Kwiedzinę.

To mała wioska, czy raczej osada śródleśna, przy drodze 592 Giżycko – Kętrzyn. Jakieś niecałe 8 km na pd-wsch. od Kętrzyna. Zamieszkała bodaj przez 30-parę osób, ma dwa gospodarstwa agroturystyczne i jest cudnie położona. Jak zresztą całe Prusy Wschodnie 😉

Malutka kropka na mapie, ale ja ją chciałam zobaczyć.

Raz, że tędy przecież biegnie (wciąż niezłej jakości) droga łącząca Wilczy Szaniec z lotniskiem Wilamowo. To tędy musiał – bo innej drogi po prostu nie miał – jechać Schenk von Stauffenberg.

Ale Kwiedzina to też czasy pruskie – z grodziskiem na Zamkowej Górze, no i czasy Państwa Krzyżackiego – kiedy to w roku 1373 założono tu młyn wodny. Do dzisiaj można dopatrzyć się pozostałości tej inwestycji w postaci stawu na strumieniu Kwiedzinianka (to taki ciek wodny od jeziora Tuchel, który znika gdzieś w polu po drugiej stronie drogi, albo tak mi się wydawało w zapadającym szybko zmroku). O młynie słychać jeszcze w roku 1492 (Kolumb właśnie pchał się do Ameryki), kiedy to prokurator kętrzyński przekazuje go niejakiemu Matzkemu.

No i w końcu ta najnowsza historia… Na przełomie XIX i XX wieku gospodarzyli tu Suchodolscy (herbu Janina) ze Starej Różanki. To ciekawa rodzina. Dla szukających niezdrowych sensacji łakomym kąskiem będą dwaj przedstawiciele tej rodziny: Ferdynand i Oskar von Suchodoletz. Obaj byli związani z kętrzyńską lożą masońska „Trzech bram Świątyni”. Ale o ile o nich raczej cicho w tzw. historii popularnej, za to o ich przodku – Samuelu odwrotnie.

I to głównie dla niego, dla Samuela i jego najstarszego syna Jana Władysława, dla obu Suchodolskich – chciałam tę Kwiedzinę zobaczyć. Chociaż raczej powinnam pchać się do Starej Różanki

Ale wracając do Suchodolskich…

Otóż Samuel Suchodolski (Suchodoletz) to przełom wieku XVII i XVIII. Urodził się w roku 1649 na Lubelszczyźnie (rodzina wywodzi się z Suchodołów w pow. Krasnostawskim – tj. niedaleko Lublina). Jego ojciec będąc arianinem musiał opuścić rodzinne strony, zabierając oczywiście ze sobą rodzinę…. I dlatego pod datą śmierci Samuela w dniu 22 lutego 1727 roku widnieje nazwa odległa od miejsca urodzenia: Stara Różanka. To wieś położona nieco na północ od dzisiejszego Kętrzyna. Suchodolscy osiedli tam, bo to było w owym czasie jedno z przytulisk dla braci polskich. Pokolenia Suchodolskich siedziały w Różance, i dopiero na przełomie XIX i XX wieku pojawia się informacjach rodzinnych Kwiedzina.

Bracia polscy… No właśnie. Bracia Polscy w Prusach Książęcych – nawet jest takie hasło w Wikipedii.

Natomiast ja odsyłam raczej na portal historycy.pl do artykułu o nieco mylącym tytule: Arianie na Mazurach.

Nie nazywano tej krainy Mazurami wtedy, bo nazwę tę wprowadziły władze pruskie dopiero w XIX wieku… ale to „szczegóła” w tym momencie… a tu drugi link do artykułu o Arianach w Prusach… I niestrudzony racjonalista.pl w tej samej materii.

Dla nas ważne jest to, że ojciec Samuela, Mikołaj, był zięciem Samuela Przypkowskiego i jak on – należał do braci polskich… i że Samuel także był arianinem, jak i mieszkający w Prusach i tutaj tworzący Zbigniew Morsztyn

Samuel Suchodolski był kartografem i geodetą a także inżynierem wojskowym i architektem. Pozostawał w służbie Wielkiego Elektora (Fryderyka Wilhelma I). Tak jak i słynny a nieco niestety zapomniany Józef Naronowicz-Naroński.

To niespokojne czasy w Prusach. To czasy Chrystiana Kalcksteina i opozycji antyelektorskiej.

Suchodolski jednak w politykę się nie bawił, korzystając ze wsparcia Elektora – wykonywał dlań projekt ważny strategicznie. Kontynuował niejako prace Józefo Naronowicza-Narońskiego, który to dokładnie opracował mapy jezior (m.in. jeziora Druzno) a także zaprojektował plan kanałowego połączenia Pregoły z Niemnem. Samuel Suchodolski zaś opracował projekt połączenia kanałami Jeziora Śniardwy, Niegocin i rzekę Pregołę.

Warto o tym pamiętać, oglądając gigantyczne a niedokończone inwestycje Kanału Mazurskiego.

Bo to ci dwaj panowie byli projektodawcami tego niesłychanego przedsięwzięcia.

Dla porządku dodać należy, za Wikipedią, ze Samuel:

  • wykonał architektoniczne rysunki miasta i zamku Poczdamu
  • Iconographa oder Eingentlicher Grundriss der Churfürstlichen Herrschaft Potsdam. S. (Ikonografia Poczdamu)
  • przekazał elektorowi Fryderykowi Wilhelmowi atlas Brandenburgii zawierający 41 map.

Za swoje zasługi otrzymuje od Elektora tytuły jego geometry i inżyniera, a w roku 1683 zostaje mianowany kamerjunkrem Elektora Brandenburskiego ( w tym czasie ma miejsce bitwa wiedeńska przeciw Turkom)

Wiadomości o Samuelu można znaleźć w „Słowniku biograficzny Prus Książęcych i Ziemi Malborskiej od połowy XV do końca XVIII wieku L-Ż” Tadeusza Orackiego.

Prace ojca kontynuował Jan Władysław. Urodził się w Starej Różance chyba w roku 1687 – nigdzie nie mogłam znaleźć jego dokładniej daty urodzin… Za to wiemy, kiedy i gdzie zmarł – w listopadzie roku 1751 w Malborku. Załatwiał tam sprawy służbowe. Bo całe życie załatwiał sprawy służbowe. Można czasem przeczytać, że na stałe zamieszkał w Królewcu. Ale tak na dobrą sprawę całe życie był w rozjazdach.

Niesłychanie pracowity i zdolny był ten najstarszy syn Samuela (miał jeszcze 2 braci).

Najpierw przez 3 lata był pomocnikiem ojca, potem budował budynki rządowe, w latach 20. XVIII wieku budował i nadzorował młyny. Został także specjalistą do spraw melioracji i hydrografii, a w końcu w roku 1732 (w roku urodzin Stanisława Augusta Poniatowskiego, późniejszego króla Polski) został mianowany kartografem pruskim.

Wykonał projekt Kanału Brożajckiego (przekopanego w roku 1733, dzisiaj nieczynnego – tutaj można o nim poczytać pod kątem wędkarskim.)

Opracował także plan regulacji Wisły łącznie z odprowadzeniem wód żuławskich do Nogatu, a także zredagował mapę całych Prus, i opracował plan budowy wodociągów dla Węgorzewa, a także jest autorem projekt kanału Pisz-Wystruć (dzisiaj Czerniahovsk).

O tym wszystkim myślałam, kiedy stopniowo robiło się coraz ciemniej i kiedy przed nami i wokoło pojawiały się coraz to nowe zwaliska betonowych pozostałości bunkrów Wilczego Szańca.

Kiedy droga stała się wąskim przesmykiem między dwiema potężnymi ścianami betonu, spojrzałam na Dionizego, który tylko uniósł brwi westchnąwszy z rezygnacją.

Mierna jakość zjdęć, ale wszystkie robione podczas jazdy...

Oboje pomyśleliśmy o zeszłorocznej drodze na skróty do Bezławek, kiedy to trasa naprawdę w pewnym momencie stała się ekstremum. Tutaj wiedziałam gdzie mamy dojechać. A przynajmniej tak mi się zdawało, zanim zrobiło się ciemno.

W przeciwieństwie do zeszłorocznych skrótów – tutaj nie było asfaltu na początku,  więc od razu zostałam spiorunowana wzrokiem.

to cały czas droga łącząca wilczy Szaniec z lotniskiem

Zaszczebiotałam, że przecież droga nie najgorsza, i że przecież mogło być gorzej… Jasne, że mogło! Bywało przecież 😉

po drodze nietoperze 🙂

Po drodze jednak – w tym szybko zapadającym zmroku widoki mieliśmy zaiste imponujące. Z tej strony Wilczego Szańca nigdy nie byłam. Kiedy przecisnęliśmy się samochodem przez szczelinę między dwiema betonowymi ścianami nic już nie było w stanie nas (to znaczy Dionizego) zaskoczyć… Do momentu, kiedy znaleźliśmy się w Kwiedzinie. Tutaj w ciemnościach już zupełnych, zatrzymał samochód i zapytał gdzie ten zamek, czy pałac, którego szukamy.

Odparłam cichutko, że tu nie ma pałacu… tu nie ma nic, prócz odprysków wielkiej historii.

Zapadła cisza brew Dionizego podskoczyła wysoko. A ja skurczyłam się na siedzeniu do gabarytów myszki.

„To ja się tłukłem bezdrożami przez las, po to żeby zobaczyć… odpryski historii… ?” usłyszałam spokojny głos.

Nooooooo – ale przecież my zawsze tłuczemy się bezdrożami 😀

„No, ale tędy jechał Stauffenberg po zamachu” usiłowałam ratować sytuację.

„Taaaa… i krzyżak na kozie też” spointował spokojnie Dionizy wyjeżdżając w końcu na asfalt drogi 592 i skręcając  ku Kętrzynowi…

E, tam – ale co widziałam po drodze, to moje. Szkoda tylko, że zdjęcia nie wyszły.

W Ptasim Raju

Wyruszyć trzeba bardzo wcześnie rano, kiedy jest jeszcze ciemno. Najlepiej być na miejscu, czyli na kamiennej grobli, już około godziny 4:00 / 5:00. Wtedy to zaczyna się jedyny w swoim rodzaju teatr natury. Ażeby w nim uczestniczyć, trzeba usiąść spokojnie, dobrze okryć się kocem, pamiętając, że to już jesień. I na dodatek blisko wody. Siadając należy pamiętać, by patrzeć ku wschodowi, czyli ku toni jeziora. No i teraz wystarczy tylko czekać.

Najpierw pojawi się na niebie, tuż nad horyzontem delikatny różowy kolor, za wydmą, gdzieś tam nad morzem, a raczej nad Zatoką. Ten róż za chwilkę dostanie troszeczkę błękitu i żółci i nagle zrobi się niesamowicie zimno.

Wrzesień - zanim wzeszło słońce. Godz. 4:26

To ta chwila przed porannym wybuchem dnia, kiedy jest najzimniej i najciszej, bo milknie noc a dzień jeszcze się nie zbudził. Kiedy błękitny róż zblednie nieco, zaczyna się koncert.

Żaby.

Tysiące żab w gęstych trzcinowiskach i na łąkach rezerwatu.

Dźwięk, przetaczający się rechoczącą falą od lasu wydmowego na południu rezerwatu, poprzez bagna, ku trzcinom na jeziorze. Wszystko to trwa niecałe 5 minut może, po czym zapada cisza. Cisza tak niesamowita, że w uszach aż dzwoni. Niedługo jednak tej ciszy, bo oto w trzcinach zarastających jezioro Ptasi Raj zaczyna się znowu coś dziać. Jakaś kaczucha oznajmia głośnym kwakaniem, że oto właśnie się obudziła. Po niej następne, i jeszcze następne. Odzywają się też inne ptaki, które tutaj nocowały. Całe to pierzaste towarzystwo opuszcza trzciny, wypływając na otwartą toń jeziora.

Robi się coraz jaśniej i wyraźnie już widać poszczególne osobniki. Są tam tłumy pierzastych kuperków różnej wielkości. Czasem na jeziorze nocują tysiące ptaków. Stado gęsi potrafi liczyć około 5 tys. ptaków.

A potem nagle wszystkie ptaki zgodnie unoszą się w powietrze, w pośpiechu na całodzienne żerowisko. I wtedy można przeżyć niezapomnianą chwilę. Wystarcza potem na opowieści na całą zimę. Po kolei, każde stado zatacza koło nad jeziorem, potem nad całym rezerwatem i odlatuje w stronę Wysoczyzny Gdańskiej. Tę poranną wędrówkę na żerowisko zaczynają gęsi. Ich głośny krzyk przyprawia o dreszcze. No i zawsze znajdzie się jakaś spóźniona, która zgubi swoje miejsce w szyku. Zrywa się do lotu w popłochu, i goni stado gęgając i robiąc wiele zamieszania, w poszukiwaniu tego swojego zgubionego miejsca. Każdej jesieni zdarzają się takie same sytuacje.

Kaczuchy kwakaniem nawołują członków swojego stada, łabędzie odlatują na plaże Trójmiasta i do Parku Oliwskiego, wszak tam wielu turystów, i każdy ma chleb dla żebrzącego łabędzia.

Kormorany lecą nad zatokę, tam jest ich żerowisko. Ku utrapieniu rybaków. Mewy krążą nad ujściem Wisły, i wypatrują powracające po nocnym połowie kutry rybackie.

Kolejny dzień przed wielkim odlotem właśnie się rozpoczął.

Dla obserwatorów zaś – skończył się najpiękniejszy spektakl przyrody. Kiedy wraca się groblą ku tzw. cywilizacji i codziennym obowiązkom, można spotkać ropuchę, czy jaszczurkę. Często można napotkać dziki, poszukujące śniadanka.

Taka wizyta w jesiennym Ptasim Raju to prawdziwa uczta dla ducha i oczu. Wiosenna wędrówka nie jest tak kolorowa i widowiskowa, bo wiosną ptactwo spieszy się do swoich miejsc lęgowych, do domu. I te przeloty nie są też tak masowe. Poza tym wiosenne przeloty mają nieco inna trasę. Ptasi Raj więc – to głównie jesień. I raj nie tylko dla ptaków, ale także dla obserwatorów.