Święta Warmia – skoro świt

No i nadszedł czas włóczęg dla siebie, rzemiennym dyszlem, bez pośpiechu.

Pierwsza okazja trafiła się całkiem niedawno, bo w zeszłą sobotę 25 października. Jakoś tak wypadło, że część Desantu Gdańskiego miała wolne. Pierwsze od długiego czasu. A co robią przewodnicy mający wolne ?

Oczywiście – zwiedzają 🙂

Zapisaliśmy się na wycieczkę kończącą sezon, jaką organizował oddział olsztyński PTTK. Aby dotrzeć do Olsztyna o sensownej porze, musieliśmy wyjechać z Gdańska o 6:30. Było jeszcze ciemno, więc wschód słońca oglądaliśmy w trasie, po drodze 😉 Trauma nocnego wstawania uleciała, gdy zobaczyliśmy kulę słoneczną wyłaniającą się zza horyzontu. Warto było zrywać się przed 5:00 – choćby dla tego widoku !!

Droga – popularna siódemka – jest piękna, nowa, więc do Olsztyna zajechaliśmy bez problemu i byliśmy przed czasem.

Trasa wycieczki wiodła przez Łężany, Robawy i Reszel.

Dzięki temu więc zobaczyłam Łężany, po raz pierwszy w życiu. Jakoś nigdy moje trasy nie wiodły nawet w pobliżu…

Pałac obecnie należy do Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, jest pod stałą opieką, i wydaje się, że prace restauracyjno-adaptacyjne nigdy się nie skończą. I nie ma w tym cienia złośliwości, bowiem tak duży obiekt to studnia bez dna. Pokoje, dawno utraciły swój reprezentacyjny wygląd, ale i tak założenie miało dużo szczęścia po II wojnie, zważywszy los innych pałaców Prus Wschodnich!!!

Ostatnimi właścicielami Łężan, czy jak kto woli Lossainen, była rodzina Fischerów. TUTAJ można znaleźć krótką wzmiankę o nich.

Jednak szczerze przyznam, że mimo niezmiernie ciekawej historii miejsca, mnie i tak zawsze będzie się ono kojarzyło z jedną osobą – z Fabianem Luzjańskim, biskupem warmińskim. Ciekawa postać, i na pewno warto się nim bliżej zainteresować. Choćby dlatego, że matka Fabiana pochodziła z rodu Kościeleckich. I już sam dźwięk tego nazwiska prowokuje błysk w oku. Któż bowiem nie słyszał o innej Kościeleckiej – Beacie i jej córce, cudnej Halszce ???

Ale wracając do Fabiana, był on synem Marcina Luzjańskiego (z rodu von Mercklichenrade, przybyłego z Harzu do Prus w XIV wieku) oraz jego żony – Elżbiety Kościeleckiej. Marcin był burgrabią zamku biskupiego w Reszlu. Małżeństwo miało 3 synów: Jana, Albrechta (czy jak kto woli Wojciecha) i Fabiana. Jan został wójtem biskupim i rezydował w Lidzbarku, i to on był faktycznym właścicielem Łężan, Albrecht – po ojcu został zarządcą zamku reszelskiego, a Fabian – w roku 1512 został biskupem warmińskim, przyjmując sakrę w Piotrkowie, od arcybiskupa Jana Łaskiego (twórcy Statutów Królestwa – pierwszego kompleksowego zbioru prawa polskiego). Łężany były siedzibą rodową Luzjańskich, od końca wojny 13-letniej (po 1466 r.). Po śmierci Jana Luzjańskiego historia pałacu spowija się w tajemnicę, nie wiadomo bowiem, kto w nim rezydował, kto był właścicielem. Dopiero w wieku XVII pojawia się nazwisko von Ölsenów, nastęnie Truchses von Wetzhausen, i Stanisławscy (herbu Sulima).

I tu na chwilkę musimy się zatrzymać. Poplotkujmy…

Syn Alberta Ludwika Stanisławskiego – Wacław, żonaty był dwukrotnie. Jego drugą żoną była Podewilsówna. I tu pojawiają się nasze ulubione ploty historyczne.

Otóż syn tego małżeństwa, Albrecht Zygmunt, generalny poczmistrz Prus Królewskich – uważany był powszechnie za naturalnego syna Augusta II. Pikanterii całej historii dodaje fakt, iż ożenił się z Krystyną Edmundą (Henriettą) von Osterhausen, dawną metresą (i zresztą ostatnią metresą) Augusta II. Romans ten został opisany przez Karla Ludwiga von Pöllnitz w dziełku „La Saxe Galante”. Henrietta po zakończeniu romansu, zgodziła się na zamieszkanie w klasztorze (i był to pomysł Marii Józefy, synowej Augusta II). Jednakże w klasztorze, jak wieść gminna niesie, spędzała wyłącznie noce. A i tak z niego wystąpiła po 3 miesiącach, wychodząc za Stanisławskiego właśnie. Ten zaś w owym czasie był już szambelanem Augusta II, zaś za panowania następnego Sasa – Augusta III – dochrapał się stanowiska poczmistrza generalnego Prus Królewskichj. Henrietta doczekała też nadania mężowi tytułu hrabiowskiego przez cesarza Karola Habsburga. Zmarła w roku 1737, zaś Albrecht Zygmunt ożenił się powtórnie, z księżniczką Louise-Albertine von Schleswig-Holstein-Sonderburg-Beck. Czy małżeństwo było szczęśliwe? Nie wiemy. W owym czasie nie było mody na szczęśliwe pożycie małżeńskie. Pobierały się parantele, majątki i wpływy, a prywatne szczęście niewielkie miało znaczenie.

Albrecht Zygmunt zmarł w roku 1768. Pochowany został w Reszlu, jak się wydaje – w farze, gdzie rodzina miała swoją kryptę przy ołtarzy Św. Jana Chrzciciela. Niestety ołtarz spłonął w czasie pożaru w roku 1806…

A Łężany? Przeszły w ręce Gąsiorowskich, aż wreszcie w roku 1872 dostały się Fisherom… Potem zaś była II wojna światowa, i barbarzyński pochód Armii Czerwonej. Aż dziw bierze, że pałac ocalał, że nie podzielił losu innych pałaców Prus Wschodnich. Że zachowało się wyposażenie… Pewnie można to spokojnie zaliczyć do kategorii cudów.

TUTAJ są zdjęcia z wizyty w pałacu łężańskim.

O samym Reszlu pisałam już kiedyś, przy okazji wizyty w Świętej Lipce, a także po pewnej jesiennej pruskiej włóczędze. Toteż tym razem ograniczę się do zamieszczenia ZDJĘĆ z kościoła Św. Piotra i Pawła.

Galiny

Od listopada tego roku Galiny zawsze będą mi się kojarzyły ze wspaniałym odpoczynkiem, ciepłem kominka, pysznym jedzeniem, serdeczną atmosferą i… bandytą, który w nocy napluł mi do jogurtu 🙂

Ale – od początku…

Jak już pisałam, postanowiliśmy pojechać na urlop.

W artykule p.t. Granica napisałam:

Wszystkie nasze wagary i urlopy staramy się spędzać w  dawnych  Prusach Wschodnich. Niestety po ostatniej wojnie, te tereny przecięte zostały granicą, a propaganda powojenna i mentalność (wciąż mające się świetnie) nie potrafią poradzić sobie z bogatym dziedzictwem historycznym tych ziem.

My wszakże pojechaliśmy odpocząć i poszukać plotek historycznych. Znaleźliśmy i jedno i drugie. A nadto znaleźliśmy wspaniałe miejsce na prawdziwy odpoczynek. Zatrzymaliśmy się pensjonacie w Galinach. Miejsce nie tak daleko od ludzi, ale jednak dostatecznie – by pozwolić zapomnieć o codzienności. Poza tym pełne ciepła i serdeczności. Galiny widziałam po raz pierwszy niemal dwa lata temu (ten czas tak ucieka, że aż strach ) z okien busa, kiedy jechałam z grupą do Bartoszyc. Potem  – ponownie znowu przejazdem.

I stale życie w pędzie – bez zatrzymania się, nawet na krótki oddech.

Uwielbiam swoją pracę, ale przecież jakiś urlop też mi się od czasu do czasu należy, więc…

Zamówiłam nam pokój w oficynie pałacu…

No właśnie… Galiny. Czemu tak bardzo chciałam tam właśnie?

Z sympatii.

Do rodziny Eulenburg, do obecnych Właścicieli za ich wielką pracę i serce. Z sympatii do tego miejsca na mapie… Zresztą, jesteśmy przykładem powiedzenia, że ktokolwiek choć raz postawi stopę na Ziemi Pruskiej – będzie tam wracał.

Wyjechaliśmy wbrew wszystkiemu – pogoda była typowo jesienna. Deszcz skutecznie wybijał mi z głowy wysiadanie po drodze celem „ustrzelenia” ujęcia.

Daruję sobie opis trasy DO Galin. Bo to będzie w odcinkach jeszcze paru.

Same Galiny są najważniejsze.

Położone są tu:

Wieś powstała – jak większość na tych terenach w wieku XIV na fali tzw. kolonizacji krzyżackiej.  A palce w tym maczał komtur Bałgi.

W wieku XV – po wojnie trzynastoletniej – jak w wielu podobnych przypadkach – wieś była nagrodą za zasługi.  Dostał ją niejaki Wend Illenburg z Saksonii, w służbie Wielkiego Mistrza  Henryka Reuss von Plauen.

Czyli – rzec by można typowe początki wielkich majątków na tych terenach.

A co potem?

A potem był pałac wybudowany w Galinach dla Botho zu Eulenburga (wiek XVI i z tego okresu zachowane jedyne w regionie sgrafitta, wg kobidz.pl) i wieki całe dobrego gospodarzenia.

W tzw. międzyczasie (już w XX wieku) pojawia nam się tu nawet któryś z Hochbergów. To w związku z przebudową założenia pałacowego w roku 1921. Jak mi powiedziano w Pszczynie – kierownikiem robót mógł być książę Jan Henryk XV, bowiem był inicjatorem przebudowy zamku w Książu. Ale równie dobrze mógł to być jego najstarszy syn – Jan Henryk XVII. To  wciąż pozostaje do ustalenia 🙂

Ale wracam do Galin.

Linia Eulenburgów galińskich –  jak wszystko w tym rejonie – trwała tu do stycznia 1945 roku. A potem przeszła „wojenna nawałnica”. Jedni stwierdzą, że sprawiedliwości dziejowej stało się zadość, inni że skończyła się era spokoju a zaczęła era upadku.

Faktem jest, że era upadku Galin trwała do 1995 roku, kiedy to obecni Właściciele podjęli decyzję szaloną… Kupili majątek i zabrali się za  jego restaurację. Napisałam „majątek” bo rzeczywiście, to nie tylko pałac, ale i folwark. Nie będę tu opisywała kłopotów z odtworzeniem tego, co zostało zrabowane i rozwłóczone podczas powojennych lat… To można przeczytać tu i ówdzie w sieci. Jak choćby TUTAJ czy TUTAJ i TUTAJ.

Lata walki z przeciwnościami losu i wieloletnią dewastacją dały świetny efekt.  Jak to dzisiaj wygląda, można zobaczyć na stronie Pałacu Galiny. A najlepiej jechać tam osobiście.

I tu uwaga – ich mus czekoladowy jest świetny! Najlepszy dowód, że ja – nielubiąca słodkości (jeśli coś nie jest kotletem schabowym, to nie istnieje… ) „wciągnęłam” dwa… i do dzisiaj żałuję, że nie zamówiłam trzeciego… A kaczka z kluseczkami i żurawiną, to mistrzostwo świata… Lista jest długa, więc musimy tam wrócić 😉

Szkoda jednak, że otoczenie kościoła wciąż jest nieco zaniedbane.

A przecież to nie byle jaki kościół… W  latach 20-tych XVIII wieku zyskał bibliotekę z daru Gottfrieda Heinricha zu Eulenburg. Tego samego, którego płytę epitafijną można oglądać we Fromborku.  Biblioteka po II wojnie na szczęście trafiła do Biblioteki Uniwersyteckiej w Toruniu. I tam się znajduje 920 pozycji bibliograficznych starodruków (w tym 4 inkunabuły) oraz 8 rękopisów z galińskiej kolekcji.

Przykościelne  mauzoleum Eulenburgów dzisiaj bardziej przypomina celę pokutną niż miejsce grzebalne.

A przecież chowano tutaj członków rodu. I to nie tylko tych, o których krążą legendy.

Pochowano tu też  3-letniego Botho Ernesta zu Eulenburg (w drugiej połowie XVII wieku). I to na jego uroczystości pogrzebowe wykonano CHORĄGIEW NAGROBNĄ. Była to jedna z dwóch znanych chorągwi nagrobnych poświęconych dzieciom na terenie ówczesnych Prus. Obecnie  to jedyny  zachowany  egzemplarz (właśnie zamówiłam sobie publikację na ten temat, to dowiem się więcej). Chorągiew wykonano ze zszytych kawałków lnianego obrusu, a obramowano płótnem bieliźnianym. Na awersie, w części centralnej, chorągiew przedstawia klęczące dziecko, natomiast na rewersie znajdują się inskrypcje epitafijne.

Do roku 1945 chorągiew znajdowała się w kościele galińskim. Pogarszający się stan płótna a także realne zagrożenie zniszczenia tego bezcennego zabytku sztuki funeralnej – zadecydowały o tym że w 1945  została przeniesiona do  Kętrzyna. Tam to bowiem już w styczniu 1945 roku Zofia Licharewa rozpoczęła  zabezpieczanie ocalałych w mieście i okolicy zabytków. Renowacja dzieła trwała kilkanaście lat, a przeprowadziła ją  prof. Bogumiła Rouba. Obecnie chorągiew jest  prezentowana w kętrzyńskich zbiorach muzealnych.

Ale… Że też zawsze musi być jakieś ALE !!!

Chorągiew jest fatalnie eksponowana…

Otóż  pomysł gabloty jest świetny – lustro umieszczone na spodzie gabloty pozwala na ogląd także rewersu chorągwi… Ale sama gablota  jest zbyt mała i źle oświetlona. W efekcie nie widać nic.

A co z tym jogurtem, do którego w nocy napluł mi jakiś bandyta?

Hm… kupiłam w Sątocznie jogurt poziomkowy, bo nigdy takiego nie jadłam… Chciałam spróbować. Ale, że w Galinach karmiono nas nadzwyczaj dobrze nie miałam kiedy tego jogurtu spróbować. Więc wystawiłam go wieczorem na parapet – za okno.

Po jakimś czasie w absolutnych  ciemnościach  usłyszeliśmy chrobot. Chrobot ucichł, kiedy zapaliliśmy światło, by sprawdzić, co to (przypomniały mi się rozrabiające gronostaje nad pokojami w leśniczówce A. i M.K).

Rano – przed śniadaniem chciałam spróbować jogurtu, i sięgnęłam za okno i oto co tam zastałam:

No i nie spróbowałam jogurtu poziomkowego, bo mi w nocy do niego napluł jakiś nocny,  zapewne futrzasty bandyta 😉

I to napluł do obu 🙂

A swoją drogą, to troszkę szkoda, bo już myślałam, że to nocne chrobotanie to były duchy 😀