Bezławki – wspaniały suplement

Bardzo ciekawą informację dostałam w komentarzu do mojego poprzedniego wpisu o Bezławkach. Z przyjemnością wklejam w całości, bowiem rzadko się zdarza, żeby twórca sam udostępniał materiał, w który włożył tyle pracy. Tym bardziej to cenne.

Udostępniam więc z dumą i radością, cytując dosłownie:

Mamy przyjemność powiadomić Państwa, że na zlecenie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Narodowego Instytutu Dziedzictwa i Fundacji Rozwoju Uniwersytetu Gdańskiego, na podstawie badań archeologicznych prowadzonych przez dr Arkadiusza Koperkiewicza z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Gdańskiego, Adam Michel z Michel Design z Gdańska wykonał wizualizację/animację 3D pokazującą kościół/zamek w Bezławkach koło Kętrzyna.

Film wykonano uwzględniając zagadnienia dotyczące archeologii i historii architektury pod okiem naukowców/konsultantów w tych dziedzinach.

W tej chwili trwają jeszcze ustalenia nad ostateczną, 15 minutową wersją animacji, ale już w tej chwili mogą Państwo oglądać skrócona wersję klikając tu: https://vimeo.com/60651520

Zapraszam do wykorzystywania tego materiału w prasie, blogach i innych stronach internetowych.

Jeśli mają Państwo pytania to chętnie odpowiem.

Z poważaniem.

Adam Michel

 

Harsz – dynie i jajecznica z tańczącym kotem w tle :)

I znowu, jak co roku – nadeszły wakacje.

Wakacje, czyli 4 dni wolnego na początku października. Bo przecież inaczej się nie da – sezon. Nie dość, że coraz wcześniej się zaczyna, to coraz później się kończy. Ale – od lat celebrujemy tę krótką przerwę. Wykorzystujemy ją na wyjazd, na zatracenie się w krajobrazach, na doładowanie akumulatorów psychicznych 😀

Zgodnie z naszym odwiecznym planem wycieczkowym – zawsze obieramy kierunek na dawne Prus Wschodnie. Dwie noce – każda w innym miejscu. Tym razem nasz wyjazd był nie tylko w celach wypoczynkowych, ale też w celu przygotowania trasy. Pod koniec miesiąca bowiem miałam mieć (i w końcu miałam…) grupę aż do Mariampola na Litwie…

Tym razem zatrzymaliśmy się w Starej Szkole w Harszu…

Stara szkoła, a więc skrzypiące schody, i zapach drewna w korytarzu…

Kocie skradanie się, i pomiaukiwanie, gdy nie wystarczało rąk do głaskania…

Przepyszna jajecznica na śniadanie, świeży chleb i zapach kawy w jadalni…

Poszukiwanie zasięgu na schodach ;)…

Ganek z dorodnymi dyniami, a między nimi tańczący kotek…

Przytulne pokoje BEZ telewizorów (wreszcie bez telewizorów!)…

Serdeczność przyjęcia i wrażenie pobytu w domu :)…

Ale przede wszystkim WIDOK na jezioro o zachodzie słońca….

Tak pokrótce mogłabym scharakteryzować nasz pobyt w tej maleńkiej miejscowości nad samym jeziorem…

O Harszu, którego  nazwa sugeruje pruskie korzenie, wiem niewiele: ot niegdyś czynszowa wieś mazurska, której zasadźcą w roku 1550 był niejaki Maciej Gut ze Świder… Położona nad jeziorem Harsz, mającym powierzchnię 216 ha (od którego to jeziora wieś wzięła nazwę).  Od roku 1886 wieś należała do parafii luterańskiej w Pozezdrzu. Do II wojny – znajdowała się w obrębie rejencji gąbińskiej. Niedaleko – bo dosłownie niecałe 3 kilometry na północ, w stronę Węgorzewa, znajduje się maleńka osada: Okowizna z pałacem z początku XIX wieku. Okowizna niegdyś należała administracyjnie do Harszu. Dla tropicieli wojennej historii to na pewno ciekawy adres – bowiem podczas II wojny we dworze mieściła się kwatera jednego z oddziałów Ministerstwa Spraw Zagranicznych III Rzeszy. Sam Joachim von Ribbentrop zaś mieszkał w nieodległym Sztynorcie.

Sam Harsz – dzisiaj jest niewielką wsią, ale do 1939 roku liczył około 800 dusz. W XVIII wieku we wsi wybudowano szkołę – najpierw drewnianą, a pod koniec wieku XIX rozbudowano ją i zmodernizowano. A raczej przebudowano – stąd dzisiaj ceglany, a nie drewniany budynek… W 2000 roku niestety szkoła została zlikwidowana – jakie to symptomatyczne w obecnych realiach…

Na szczęście budynek nie zniszczał, a trafił w dobre ręce…

To całe szczęście, bo już wiemy, gdzie będziemy nocować w przyszłym roku 🙂

Miłomłyn – po latach – sentymentalnie

Wciąż porządkuję zdjęcia z naszej zeszłorocznej eskapady do dawnych Prus Wschodnich 😉

I wciąż znajduję miejsca serdeczne i pełne wspomnień.

Teraz dla odmiany – Miłomłyn.

Pamiętany z czasów wyprawy kajakiem z Tatą, kiedy to zrozumiałam, jak to jest być majtkiem. 😉 Pamiętany też z rejsu w deszczu z grupą wodniaków angielskich, kiedy to wszyscy stracili nadzieję na pojawienie się słońca…

Tym razem jednak Miłomłyn – w ciszy jesiennego słonecznego popołudnia. Widziany inaczej. Ale jednak przywołujący wspomnienie gigantycznego pająka w kajaku, patrzącego na mnie „morderczym wzrokiem”, chleba z chrupiącą skórką, przyniesionego prosto z piekarni, jakiejś ohydnej oranżady pitej z „gwinta”, i zupy z baru – zupy domowej prawdziwej z kawałkami mięsa. A poza tym – to wspomnienie wspaniałego tygodnia na kajaku z Ojcem, więc Miłomłyn to jedno z moich miejsc serdecznych. 🙂

*   /   *

Dostałam świetnego linka do zdjęć na stronie zaprzyjaźnionej od Twórcy owej ciekawej strony. Zdjęcia są sprzed I wojny światowej, i mają w sobie to „coś”… tak nieuchwytnego i enigmatycznego w odczuciu, niczym jesienna mgiełka na polach 😉

Świetny suplement do uczucia nostalgii – więc oto i łącze do strony i zdjęć.

Published in: on 4 czerwca 2012 at 17:49  5 Komentarzy  

Wozławki – sentymentalnie

Znalazłam zdjęcia z wyprawy do Wozławek, skleiłam z nich filmik i zamieszczam tutaj :

A tak na marginesie – tęsknię za leniwym październikiem w Prusach Wschodnich 🙂

 

Published in: on 2 czerwca 2012 at 22:51  7 Komentarzy  

Galińskie Bociany – refleksje wiosenne

Na nieśmiertelnym – a tak kiedyś przez mnie krytykowanym Facebook-u [no cóż… tylko krowa nie zmienia poglądów ;)] pojawił się nowy wpis w profilu zaprzyjaźnionego Pałacu w Galinach.

Wpis dotyczył powrotu boćków do gniazda na dachu stajni galińskiej… Napisałam więc – że wiosna niniejszym odtrąbiona. Zresztą – teraz wszędzie same boćki, bo w końcu to czas najwyższy na składanie przez nich jaj, i niedługo zacznie się wysiadywanie…

Ale odpowiedź z Pałacu mnie zastanowiła i skłoniła do refleksji.

Dowiedziałam się bowiem, że czas jakiś temu zginął bociek z pary rezydującej na stajni. Od tego czasu gniazdo pozostawało puste przez parę lat. Jednakże za każdym razem – każdego sezonu bronione było zaciekle przez pojedynczego bociana. Jak można się dowiedzieć ze strony bocianopedia.pl – notki z dawnych Prusach Wschodnich – mówiły, że:

na 8853 gniazd – walki obserwowano w 2660 z nich, co stanowi 30%

Tym razem jednak walka została wygrana przez nowych lokatorów. I obecnie trwa naprawa a także rozbudowa gniazda. A więc w ruch poszły dzioby, i z okolicy zbierane są przez pracowitą parę gałązki i źdźbła trawy, także wszystko, co może być użyte do wymoszczenia gniazda.

W budowę gniazda, a zwłaszcza w znoszenie materiału zaangażowane są przede wszystkim samce. Ale już za aranżację całości mieszkania odpowiedzialna jest samica. W końcu kobieca ręka, (a raczej dziób i stopa) to jest to, co pieleszom domowym jest zawsze potrzebne.

Ciekawa jest konstrukcja gniazda. Nawet, jeśli platformy przygotowywane są w kształcie prostokątów czy kwadratów, gniazdo i tak przybierze kształt pierścienia, czasem elipsy. Wewnątrz gniazdo wyściełane jest słomą, sianem, szmatami, czasem papierem czy kawałkami folii… lub co bardziej niebezpieczne, ba! wręcz zabójcze – sznurkami.

Jako, że gniazdo co roku jest modernizowane, a więc nadbudowywane – czasem osiąga taki ciężar, że trzeba je ucinać w połowie, by nie zawalił się pod nim dach, czy gzyms, czy szczyt budynku (np. jak fromborskie „3 Krowy Na Gzymsie”). Średnica gniazda waha się od 90 cm do około 1,50m ale bywają i szersze. Natomiast wysokość i waga takiego gniazda czasem bywa niewyobrażalna. Znowu odwołam się do fromborskich 3 Krów na Gzymsie – ważącego około 1,5 tony.

To tyle danych technicznych 😉

Jako, że składanie jaj rozpoczyna się mniej więcej około drugiej połowy kwietnia, to myślę, że boćki Galińskie już powinny zaraz, za momencik zaczynać znosić jaja…

Więcej o bocianach – można znaleźć na interesującej bocianopedii, wiec daruję sobie resztę szczegółów. Dodam tylko, że żałuję, iż kiedyś nie było takiego kompendium wiedzy o boćkach, jak na owej stronie.

Kiedy zaczynałam liczyć boćki 23 lata temu – wszystkiego musiałam uczyć się sama. A liczę bociany z reguły na moich żuławskich trasach, jako że te akurat najczęściej odwiedzam. I niezmiennie i od zawsze te wielkie i piękne ptaszyska wzbudzają moją sympatię.

Trzymam więc kciuki za Galińską bocianią rodzinę i mam nadzieję, że do kompletu zdjęć jakie tu zamieszczam, dołączą niedługo zdjęcia łebków „smarkaczy” bocianich siedzących w gnieździe 🙂

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Bardzo dziękuję Zespołowi Pałacowemu w Galinach za udostępnienie pięknych zdjęć.

Tak w ogóle, kto zobaczy lecącego boćka, ten będzie podróżował 😉  a kto widzi bociana w gnieździe powinien policzyć do trzech, lub odczekać 3 sekundy zanim przeniesie wzrok gdzie indziej. To daje następne 3 lata w szczęściu i zdrowiu, radości i samym dobrym.

Noooo, coś w tym jest – gapię się na boćki od 23 lat 🙂

Ełdyty Wielkie – nepotyzm – obelisk i plotki rodowe

Nie tak dawno, bo w październiku przejeżdżałam przez Ełdyty Wielkie.

Intrygujące miejsce. A to za sprawą (między innymi) dwóch nazwisk i pomnika w formie obelisku. Nazwiska to von Hatten i von Strachowsky, a obelisk – został poświęcony pamięci Wilhelma Strachowsky’ego, który w wieku 22 lat zginął w pojedynku. Ponoć był to ostatni legalny pojedynek na tych terenach. I nigdzie nie udało mi się znaleźć nic więcej o owym młodzieńcu. Ani czy był jedynakiem, czy najstarszym, czy najmłodszym z rodziny…

Rodzina von Strachowsky pozostała właścicielami Ełdyt Wielkich od roku 1908 do roku 1945. Do roku 1908 zaś Ełdyty Wielkie były własnością von Hattenów. A obie rodziny były spowinowacone…

Z rodziny von Hattenów, ale z gałęzi lemickiej pochodził biskup Warmiński Andrzej Stanisław von Hatten (Hattyński). Lomitten (Limity/Lemity), to nieistniejąca obecnie wieś mniej więcej w połowie drogi między Miłakowem a Ornetą (okolice Stolna?).

A tytułowe Ełdyty Wielkie?

Jak pisze dr Jan Chłosta w swoim Słowniku Warmii (Wyd.Litera Olsztyn, 2002), wieś Ełdyty położona jest w pobliżu rzeki Pasłęki. Lokował ją bp. Henryk Fleming w roku 1289 na pruskim polu Elditten. I w myśl dobrze pojętego nepotyzmu ( 😉 ) podarował 110 włók (1 włóka = ok. 16,8 ha) swojej siostrze Walpurgis i szwagrowi Konradowi Wendepfaffe (rodzina związana z rodem Padeluch). Przypuszcza się, że Henryk (jeden z czterech braci Padeluchów) mógł być potomkiem mieszczanina lubeckiego – Jana. Jedyne co o nim wiadomo, to to że był szalenie energicznym człowiekiem.  I że był zasadźcą Sępopola (Schippenbeil) oraz Kętrzyna (Rastembork). Miejscowości odległe były w owym czasie o dzień drogi konno (około 40 km). Przypuszcza się że miejscowość Podlechy (nieopodal Korsz) mogła należeć do owego energicznego krewnego lubeckiego mieszczanina. Tyle wiadomo… Wiadomo też, że wszystkich (czyli Wendepfaffa, Padeluchów i biskupa) łączyło miasto pochodzenia: Lubeka.

Rok lokacji wsi to także rok powstania parafii. Zatem to bodaj najstarsza wieś parafialna na Warmii. Kościół ełdycki nosi wezwanie Św. Marcina i został wybudowany w początkach wieku XIV. W latach 40. tego wieku pojawia się wzmianka o proboszczu. W XIX wieku kościół remontowano (w latach 1885-1886).

Wnętrza kościoła to głównie neogotyk i nieco baroku.

Ale – jest też płyta nagrobna Jana Nenchena. Był on burgrabią orneckim (to przełom wieków XVI i XVII).  Kiedy odsłoniłam płytę spod dywanika, i przeczytałam nazwisko, natychmiast błysnęło mi światełko w głowie. Bo właścicielem Ełdyt w roku 1634 był niejaki Eustachy Nenchen. Z tej to rodziny także pochodził Eustachy Placyd Nenchen (kanonik warmiński, żyjący w latach 1597-1647). Kanonik był krewniakiem owego burgrabiego orneckiego, Jana, z płyty sprzed ołtarza ełdyckiego…. Miał też kanonik dwóch braci: Kasper był cystersem, a Jakub był rajcą w Braniewie.

Jak to mówią – wszystko zostaje w rodzinie 😉

Wracając do kościoła… Ten najstarszy (wg Jana Chłosty) kościół na Warmii, jak wieść gminna niesie, najbardziej ucierpiał zimą 1945 roku.  Na wieży kościoła ponoć miał swoje stanowisko niemiecki snajper. I w związku z tym – Rosjanie ostrzelali właśnie wieżę…

Oczywiście po wojnie – w Ełdytach osadzono PGR…

Dzisiaj Ełdyty są małą miejscowością położoną ok. 40 km na płn zachód od Olsztyna. Gniazdo bocianie nadaje dodatkowego uroku tej warmińskiej wsi.

I rzadko kto zdaje sobie sprawę, że i tutaj w wieku XVIII zawitał szał polowań na czarownice. Otóż w roku 1747 niejaką Dorotę Zegger oskarżono o konszachty z diabłem, bo zbyt często chodziła na potańcówki (!!). Została za takie kontakty skazana na karę stosu. Ówczesny właściciel Ełdyt, Theodor von Hatten nieco „zmodyfikował” wyrok. Otóż kazał katu nieszczęsną ściąć, i dopiero martwą spalić.

A tak w ogóle, to ów Teodor Hatten (Hattyński)… był synem Nenchenówny… Otóż  wspomniany wyżej Jakub Nenchen, rajca braniewski miał syna, a ten córkę. Owa córka – Anna Marianna, wyszła za Zygmunta Alberta von Hatten, pana na Ełdytach (i paru innych wsiach). Ich synem był właśnie ów Teodor od stosu…

No i o tym wszystkim sobie przypomniałam, kiedy patrzyłam na opłakany stan dworu (będącego od 20o2 roku prywatną własnością), i kiedy spacerowałam z aparatem w ręku po terenie przykościelnym. A skojarzenia sprowokowała… płyta Nenchena.

Przypadki czasem doprowadzają do całkiem ciekawych skojarzeń…

😉

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Święta Lipka – suplement w nowym kolorze

Na śmierć zapomniałam!!!

Przecież jechałam niedawno przez Św. Lipkę! Wtedy to po długiej restauracji, i po zdjęciu wreszcie rusztowań, świątynia ukazała się w nowej szacie kolorystycznej. Taki kolor ponoć wyłonił się restauratorom spod warstw przemalowań, i konserwatorzy orzekli, iż taka musiała być „oryginalna” barwa elewacji świątyni. Niektórych ów kolor szokuje, i przyrównywany jest do kolorytu bielizny… Ale pragnę przypomnieć, że to czasy tzw. szarości powojennej – skutecznie zabiły w ludziach poczucie i wyczucie kolorów. Tzw. dawne czasy były kolorowe. To powojenna Polska zapadła w szarość i burość.

Acha, z tego, co wiem, to restauracja wcale się jeszcze w świętolipskiej świątyni nie skończyła.

I aż serce boli na myśl, że w tzw. międzyczasie moje ukochane Krosno koło Ornety może zniszczeć całkiem…

Ech…

Załączam tu zdjęcia Św. Lipki w nowym makijażu 🙂

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Bisztynek – suplement

Zamieszczam TUTAJ łącze do świetnego artykułu na portalu pt. „moje Mazury”.

Lubię Bisztynek i mam do niego zupełnie prywatny sentyment. Kibicuję mu, by wreszcie stał się atrakcją turystyczną, na co w pełni zasługuje!

 

 

Published in: on 1 marca 2012 at 19:33  2 Komentarze  

Prusy Wschodnie – ciąg dalszy roważań

Polecam świetny artykuł Pana Erwina Kruka, pt. Karol Małłek czyli Sprawa Mazurska.

to tyle wpisu

wyłączam komentarze, bo są zbędne


Published in: on 17 lutego 2012 at 00:06  Możliwość komentowania Prusy Wschodnie – ciąg dalszy roważań została wyłączona  

Elbląskie to i owo – a zwłaszcza owo.

Chrzcielnica Mistrza Bernhusera to wyjątkowe dzieło średniowiecznego odlewnictwa. I wszyscy, którzy zaglądną do Świętego Mikołaja choć na chwilę, zatrzymują się przed nią na dłużej. Ma w sobie moc przyciągania wzroku. 😉 Nadto jest szalenie fotogeniczna i wzbudza zasłużony zachwyt każdej kolejnej mojej grupy.

Zdecydowanie zaprzeczam, kiedy słyszę głosy, że Elbląg nie ma nic do zaoferowania, że tu nic nie ma. I że to miasto nie istnieje. Istnieje i ma mnóstwo do pokazania, tylko trzeba umieć patrzeć. Elbląg zawsze był mi bliski. Obecnie powoli i z mozołem zaczyna się odbudowywać po zniszczeniach wojennych. A mnie pozostaje żałować, że jego przedwojenne piękno znam tylko z opowiadań rodzinnych. Na szczęście dzisiaj to, co się proponuje w ramach odbudowy miasta (retrowersja) – napawa optymizmem (przy zupełnym pesymizmie w tej kwestii w przypadku Gdańska).

Po długoletnich wykopaliskach w centrum Starego Miasta (będących największym poligonem archeologicznym w Europie – a zupełnie nie nagłośnionym mimo rewelacyjnych znalezisk!!) – zabrano się za jego systematyczną odbudowę.

Już odbudowano między innymi Dom Królów z przeznaczeniem na hotel. Nadto odrestaurowano (wreszcie) słynną kamienicę przy Wigilijnej. Jednak za otwory drzwiowe i okienne a także za skrzynkę gazową, tak inwestor jak i konserwator – razem powinni dostać Nobla za bezmyślność. Moim marzeniem jest jeszcze zobaczyć odbudowany Dom pod Wielbłądem. Natomiast dom Joosta van Kampen (czy, jak kto woli Josta von Kampen) prezentuje się całkiem, całkiem… No i Muzeum z bardzo ciekawymi ekspozycjami (szczególnie Truso i Goci !). Słowem – Elbląg na pewno by ucieszył mojego Ojca. Bo zaczyna „powracać”.

Niestety są także i minusy. Otóż uczucie zawodu i wielkie zniesmaczenie wywołuje aranżacja u Dominikanów. W krużgankach zorganizowano niby klubo-kawiarnię, sprawiającą raczej wrażenie poczekalni dworcowej. A są tam przecież cenne epitafia i płyty nagrobne. A już szczytem braku dobrego smaku było pomalowanie na czerwono ust Martinowi Michaelowi na jego epitafium. Czegóż to miała być demonstracja? I czy autor coś takiego „wyczyniłby” na portrecie nagrobnym swojego bliskiego? Zresztą trudno doszukiwać się sztuki w całym zmasakrowanym wnętrzu podominikańskim. No – oczywiście poza gotyckimi murami, które same w sobie są sztuką. Ale mimo zdecydowanie krytycznych uwag o wykorzystaniu krużganków i o całej koncepcji Galerii, to jednak dobrze, że w ogóle dawny kościół klasztorny został zaadaptowany. Inaczej, przy powszechnym w Polsce nastawieniu do wszystkiego, co niezabezpieczone (vide rozkradany Most Tczewski) pewnie dawno by „poszedł na cegły”.

Skoro wytykam minusy jednemu z moich ulubionych miast, to „leci” następny: brak ludzi. Stare Miasto nie żyje. Jest niemal puste. Dlaczego? Ta pustka uderza wszystkich przyjezdnych. Każdego lata systematycznie bywam w Elblągu z moimi grupami, większymi lub mniejszymi. I wszyscy jednogłośnie twierdzą, że Stare Miasto jest pustynią. Czy to wina czynszów zbyt wysokich na kieszeń przeciętnego inwestora? Czy też braku pomysłu na ożywienie tej części miasta?

Ale mimo tych minusów, Elbląg to wyjątkowe miasto. I ma nie byle jaką historię! Cytując dr Monikę Jakubek-Raczkowską:

…to pierwsza pruska stolica Zakonu, aż do przeniesienia siedziby Wielkiego Mistrza do Malborka, tu siedział mistrz krajowy, tu znajdowała się (przejściowo wprawdzie, ale jednak) siedziba biskupa warmińskiego, tu znalazły się relikwie Krzyża Świętego, ofiarowane przez cesarza Fryderyka II, chcącego usankcjonować krzyżacką krucjatę w Prusach.

Elbląg wyróżniał się na tle Wielkich Miast Pruskich bardzo wysoką formacją intelektualną, i mimo późniejszego zepchnięcia go z tej pozycji przez Gdańsk i Toruń, zachował bardzo wysoki poziom artystyczny.

Właśnie żeby posłuchać wykładu pojechałyśmy do Elbląga w styczniowy piątek (skład jak zwykle taki sam: A.S., M.H., D.L. i ja). Już samo nazwisko wykładowców – czyli Państwa Moniki i Juliusza Raczkowskich dawało gwarancję jakości. No i nie zawiodłam się – 1,5 godziny minęło szybko, zbyt szybko. Ostatni raz tak mnie bolała ręka po pisaniu na pamiętnej konferencji w Bierzgłowie. Jakże znamienny jest ten poziom toruński…

Ale wracam do piątku w Muzeum. Spotkanie miało tytuł: Elementy średniowiecznego wystroju katedry św. Mikołaja – jako dzieła sztuki i obraz dawnej duchowości elblążan. I traktowało między innymi o duchowości Elblążan, o podporządkowaniu religijności średniowiecznej zmysłom, o kondycji intelektualnej i finansowej Miasta, o elementach wystroju gotyckiego katedry Św. Mikołaja. I właśnie na tle opisu duchowości elbląskiej i sytuacji końca XIV i początku XV wieku, pojawiła się brązowa chrzcielnica ze Świętego Mikołaja.

Bo właśnie między innymi owa chrzcielnica mistrza Bernhusera jest takim niezbitym dowodem na wyjątkowość sztuki tego miasta. Stanowi jedno z nielicznych dzieł odlewnictwa w brązie na terenie państwa zakonnego, przy czym jest najwybitniejszym z nich.

Chrzcielnica to najważniejszy sprzęt kościelny. Związana z fundamentalnym znaczeniem chrztu, zawsze zajmowała stosowne miejsce w przestrzeni kościoła. Takie obiekty, mające znaczenie symboliczne, stawały się nośnikami tak formy, jak i kształtu i przekazu treściowego.

Dla omawianej chrzcielnicy znamy szczęśliwie tak datę powstania jak i twórcę, a także osoby związane z fundacją. Wiemy z inskrypcji na chrzcielnicy, że odlał ją Mistrz Bernhuser po Bożym Narodzeniu roku 1387 (za rok zakończono budowę Katedry we Fromborku). Znamy też nazwisko proboszcza, burmistrza i witryków. Witrycy – z reguły dwaj – zarządzali majątkiem kościoła, byli ( w uproszczeniu) niejako pośrednikami na linii: parafia – parafianie.

Bernhuser nie był artystą, był rzemieślnikiem. Ale rzemieślnikiem wysokiej klasy. I wykonał dzieło wyjątkowe, nie mające analogii na terenie Prus. Aczkolwiek moje angielskie grupy będą zachwycone, bo właśnie do Anglii powinien udać się tropiciel śladów i podobieństw bernhuserowego dzieła. I to nie jedyny związek Elbląga z Anglią (ale o tym kiedy indziej).

Także kształt chrzcielnicy jest wyjątkowy i niespotykany nigdzie indziej na terenie państwa zakonnego. To nie kadź (jak wszędzie), a oktogonalna czasza. Znaczenie ósemki z punktu widzenia średniowiecza jest niebagatelne. Oznacza szczęśliwy początek i odrodzenie duchowe. Jest to liczba chrztu świętego i zmartwychwstania. W tradycji żydowskiej obrzezanie odbywa się ósmego dnia po urodzeniu. Ósemka jest także symbolem Nowego Przymierza i szczęścia. Ósmego dnia zaczyna się nowy tydzień i nowa era. Według Ojców Kościoła to symbolika Zmartwychwstania Pańskiego oraz stworzenie na nowo przez chrzest święty. Dzisiejsza teologia widzi w ósemce symbolikę Ducha świętego. Treści zawarte na trzonie i czaszy wyjaśnione podczas wykładu – dały nam do myślenia, jak dużej wiedzy teologicznej musiał być zleceniodawca. To akurat nie dziwi przy wysokim poziomie nauczania w średniowiecznym Elblągu, i licznych studiach zagranicznych Elblążan.

Teraz przekazywanie treści dzieła Mistrza Bernhusera przyjdzie mi znacznie łatwiej. A cała reszta niezmiernie ciekawych informacji o pozostałych (cudem ocalałych z hekatomby 1945 roku) zabytkach też mi pomoże przy oprowadzaniu. Do tego jeszcze należy dodać specyficzne cechy snycerstwa elbląskiego, no i owe związki z Anglią, a także plejada nazwisk o tym świadcząca! Wszystko to pozwala łatwo wyprowadzić grupę w wyjątkową atmosferę Elbląga. I to nie tylko grupę angielską, ale też polską. Bo zmienia się widzenie tego miasta, wciąż niedocenianego wśród turystów i większości biur podróży.

Na szczęście niezmiernie lubię Elbląg, lubię też po nim oprowadzać. Toteż opracowując plany wycieczek dla moich grup, często wplatam w program chociaż krótką wizytę tutaj. Mam do tego miejsca zupełnie osobisty stosunek (może także dzięki plotkom rodzinnym). Toteż wiem, jak „czytać” to miasto, a moje grupy wyjeżdżają zachwycone tak miastem jak i jego historią. Podoba im się też i jego dzień dzisiejszy. I to mimo owej wspomnianej wcześniej pustki na Starym Mieście…

Na zakończenie – galeria zdjęć elbląskich z różnych moich wizyt w mieście. Bo mimo, że wciąż niedokończony – jest Elbląg bardzo fotogeniczny.