Szestno – cz. 2

W poprzednim felietonie rozpisałam się o szestnieńskim zamku i o prokuratorach. A przecież Szestno to nie tylko nieistniejący już zamek, czy folwark.

To chyba przede wszystkim kościół. Przynajmniej dzisiaj, bo przecież z zamku niewiele zostało, pałac jest w rękach prywatnych, a w młynie funkcjonuje maleńka serdeczna restauracja, serwująca… winniczki 🙂

TUTAJ załączyłam zdjęcia, jakie robiłam słuchając jednocześnie arcyciekawych opowieści naszego gospodarza. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że zdołamy wrócić do Szestna na wiosnę, jeszcze przed sezonem, a może w przerwie jakoś… Tak, by móc porobić więcej zdjęć, by móc zachwycić się detalami kościoła. Bo w to, że jest wyjątkowy, uwierzyłyśmy, z chwilą przestąpienia progu.

A więc… Kościół…

Z zewnątrz zwyczajnie ładny. Ale ładne są wszystkie stare kościoły. W przeciwieństwie do współcześnie budowanych koszmarnych bezkształtnych brył, bardziej przypominających hale produkcyjne, niż miejsca kultu… Że też nie ma kary przynajmniej tortur dla współczesnych projektantów…

Szestnianie swój kościół wybudowali w drugiej połowie wieku XV.  Stoi na lekkim wzniesieniu. Często chrześcijańskie świątynie stawiano na miejscach kultu przedchrześcijańskiego. Niejako, upraszczając i trywializując oczywiście, w myśl zasady, że skoro kiedyś tu uczęszczano, to i teraz się będzie 😉 Ale tutaj tego akurat nie da się potwierdzić, to wyłącznie licentia poetica. Zaś to, co znaleźli archeolodzy, to odległa o parę kilometrów osada Galindów – akapit „Szestno-Czarny Las, stanowisko III (grodzisko). Prowadzono także badania samego kościoła i wyniki mówią, że:

pierwotnie kościół był założeniem trójnawowym, z głębokim, prostokątnie zamkniętym prezbiterium. Badania archeologiczne ujawniły szczątkowo zachowane fundamenty na których wspierała się pierwotna budowla. Ich przebieg zgodny jest z zaproponowaną przez nas teorią. Podczas wykopalisk odsłonięto także dawny cmentarz parafialny, funkcjonujący przy kościele od średniowiecza do przełomu XVIII/XIX w.

Kiedy tereny te znalazły się w Księstwie Pruskim, i nadszedł czas protestantyzmu, to właśnie ta wieś była bodaj pierwszą, która przeszła na nową wiarę. Co nieco można przeczytać na stronach Jednoty:

… pierwsze parafie powstały w 1523 r., kiedy za wyznaniem Lutra opowiedziały się Szestno i Królewiec, a w rok później zrobiły to Kętrzyn i Nidzica. Nowa nauka znalazła zwolenników we wszystkich warstwach mazurskiego ludu. Pierwszy mandat reformacyjny wydany został 21 stycznia 1524 r. przez biskupa diecezji pomezańskiej, Jerzego Polentza. Tak więc, pierwsza diecezja ewangelicka powstała o ponad rok wcześniej niż nastąpiła sekularyzacja Prus i oficjalne wprowadzenie luteranizmu jako wyznania państwowego (10 kwietnia 1525).

I nie nastąpiło to wcale bez tarć i zgrzytów tzw. społecznych… Ale w końcu nowa doktryna zwyciężyła, zresztą to były tereny pod władzą księcia Albrechta von Hohenzollerna, a przecież stara maksyma mówi: cuius regio eius religio. (Od roku 1980 kościół znowu służy katolikom).

W roku 1618 wybuchł pożar, w wyniku którego kościół uległ zniszczeniu. Powód pożaru (i zniszczenia) kościoła był prozaiczny: przeniesienie się ognia z sąsiednich zabudowań. Podczas opracowywania tematu – szukałam jakichś szczególnych informacji o pożarze, może sensacyjnych. Poszukiwałam jakiegoś zewnętrznego powodu, wojny, grabieży, czy co najmniej burzy z piorunami. No i natychmiast utknęłam i wydawało się, że już nigdy nie ruszę… To był rok śmierci Albrechta Fryderyka. I natychmiast moje poszukiwania zeszły na boczny tor. Jakie bowiem skutki niosła za sobą ta śmierć, czy naprawdę był chory psychicznie, czy tylko zawadzał politycznie? czy gdyby stało się inaczej, niż się stało, mielibyśmy Traktaty Welawsko-Bydgoskie (TUTAJ też ciekawy artykuł Jacka Wijaczki)? Przy sposobności przypomniała mi się toruńska wystawa Srebrnej Biblioteki Albrechta (tego od krakowskiego Hołdu Pruskiego. Swoją drogą, dlaczego pamięta się tylko ten hołd, a zapomina się o pozostałych, od Traktatu Toruńskiego II? TUTAJ ciekawe XIX-wieczne spojrzenie na hołdy). Wystawa miała miejsce parę lat temu. Niestety trwała krótko i zorganizowana była w szczycie sezonu turystycznego 😦 i z tego powodu mnie ominęła. Itd, itd… Zresztą, ja zwyczajnie lubię tego akurat Hohenzollerna. Albrechta (ojca) też lubię. Polecam ciekawą książkę Panorama Lojalności, dającą obraz owych czasów.

Z trudem oderwałam się od życiorysu księcia, po to by się cofnąć do roku 1612. To wtedy właśnie majątek szestnieński dostał się w lenno Ottonowi von der Groeben. Otto, jak zresztą cała jego rodzina – nagminnie mi w Prusach wchodzi w paradę… Nie będę o nim pisała osobno, bo zrobiłam to już czas jakiś temu, zapraszam więc TUTAJ. Ale uderza w historii Szestna także nazwisko von Brandt – Ahasverus von Brandt. I tu przychodzi na myśl wcześniejszy Ahasverus, z ziemi sztumskiej (a konkretnie z Czernina) pełniący istotną rolę w trybach polityki Prus. O jego działalności dyplomatycznej w latach 1544-1558 napisał Jacek Wijaczka. Dość wspomnieć, że ten von Brandt zdawał sprawozdania ze swoich obserwacji podczas wojen szmalkaldzkichbył członkiem Rady Księcia Albrechta w Królewcu, posłował też do króla polskiego a także do cesarza. Inny von Brandt – Euzebiusz, wywodzący się z Baranowa (około 10 km na pn-zachód od Mikołajek), odegrał niepoślednią rolę w porwaniu Chrystiana Ludwika von Kalckstein (i tu znowu odsyłam do mojego artykułu o herbowych buntownikach). A, że wszystko musi pozostać w tzw. kółku towarzyskim, to jak tzw. wieść rodowa niesie, wóz do transportu porwanego dostarczył Ahasverus von Lehndorff ze Sztynortu. Gdzieś jeszcze przewija się przez historię tych ziem jakiś pułkownik von Brandt, który wespół ze starostą dybowskim, Mikołajem Wierzbowskim, mniej więcej w tym samym czasie (w roku 1667) uczestniczył w morderstwie posła Franciszka Smoguleckiego. Czy był to Euzebiusz? Czy splamiłby sobie ręce bezpośrednim działaniem, będąc dyplomatą rezydującym przy dworze królewskim? Czy może to morderstwo zorganizowane było podobnie jak później to na Kalcksteinie?

W ten sposób – szukając informacji o jednej postaci – trafia się na cały tłum pociotków, krewnych, powinowatych i skoligaconych, skutecznie zwodzących z głównego tematu 😉

A co ma do tego ów szestnieński Ahasverus von Brandt? Tu trzeba znów przenieść się do roku 1618. Otóż wzmocnienia nadwątlonych pożarem ścian kościoła można było dokonać dzięki hojności między innymi właśnie von Brandta, ówczesnego starosty. Człowiek ten zresztą wkrótce został bardzo szczególnym urzędnikiem tych ziem. O tym można przeczytać w Zeszytach Naukowych Uniwersytetu Szczecińskiego, w artykule „Ustrój Prus Książęcych w I połowie XVII w.” (str. 191 do 215). Drugim urzędnikiem hojnie potrząsającym kiesą przy odbudowie świątyni był także niegdysiejszy starosta – Georg Schenk baron zu Tautenburg*.

Odbudowa kościoła trwała prawie 20 lat. Z tego czasu mamy masywną wieżę i ogólny wygląd świątyni, jaki jawi nam się kiedy stajemy na dawnym placu targowym wsi, który dziś jest po prostu częścią drogi przelotowej, z przystankiem PKS, i sklepem w dawnej karczmie. To także wyposażenie wnętrza świątyni, które szczęśliwie przetrwało wszystkie zawieruchy polityczne i wojenne, jakie przetaczały się przez Prusy.

W kontekście wystroju wnętrza, koniecznie trzeba wspomnieć Fabiana von Lehndorf, starostę szestnieńskiego, który miał jakoby w roku 1647 ufundować ołtarz główny. Ano, nie mógł go ufundować, bo był luteraninem, a w szafie ołtarzowej stoi rzeźba Madonny w asyście Świętych Piotra i Pawła. Skąd te postaci? Są to późnogotyckie figury z poprzedniego ołtarza, ocalone przez ówczesnego proboszcza w trakcie pożaru kościoła w roku 1618… A Fabian w roku 1647 z racji stanowiska przyłożył się finansowo do renowacji, czy też odbudowy ołtarza. Co ciekawe, w uszakach retabulum można zauważyć dwie głowy – doktora Marcina Lutra – w prawym, a w lewym – króla Szwecji Gustawa II Adolfa (tego od Lützen). W następnym roku przy kościele założono szpital na 12 miejsc, jednak bez stałej opieki lekarskiej. Lekarz dojeżdżał dwa razy w tygodniu z odległego o 20 km na północ Kętrzyna.

Czasy Potopu Szwedzkiego nie były łaskawe dla Szestna. Słynna jest opowieść o grabieżach sreber kościelnych i bójce nawet o obrus z ołtarza… A potem przyszła dżuma, będąca niejako pokłosiem Wielkiej Wojny Północnej (TUTAJ o dżumie w Gdańsku wprawdzie, ale wszędzie mniej więcej wyglądało to tak samo). W Szestnie nie było opieki medycznej, ludzie marli na potęgę. Zresztą i tak wtedy nie umiano sobie skutecznie radzić z morowym powietrzem. Ówczesny starosta Johann (Jost) Bernhard von Wilmsdorff (wywodzący korzenie z Wilamowa, także właściciel Dobrocina) pozostał na tzw. stanowisku, nie uciekł, jak to czyniono gdzie indziej. Został na miejscu i starał się ulżyć cierpieniu chorych, co przepłacił życiem w roku 1711. Bardzo ładne świadectwo jego zachowaniu dał kaznodzieja z Sorkwit:

całe rodziny padały ofiarą dżumy, a zmarłych nikt nie chciał grzebać z obawy przed zakażeniem. Zdrowi uciekali do lasów i mieszkali tam we własnoręcznie wygrzebanych ziemiankach. W całej okolicy nie było lekarza. Urzędy opustoszały. Chlubnym wyjątkiem był starosta z Szestna Wilamowski, który nie porzucił swego stanowiska i ratował chorych, pomimo, że w Szestnie i jego okolicy w ciągu półtora roku zmarło 700 ludzi.

Pana  von Wilmsdorff możemy obejrzeć na jednej z dwóch miedzianych chorągwi nagrobnych, jakie posiada ten wyjątkowy kościół. Starosta klęczy na czerwonej poduszce, w zbroi, ręce złożył do modlitwy, ale patrzy na widza, jakby prosił o serdeczne wspomnienie. Chorągwie nagrobne są dziś zupełnie wyjątkowym zabytkiem sztuki funeralnej, dość powiedzieć, że na terenie dawnych Prus Wschodnich mamy ich raptem 11. Szestno należy tu do szczęściarzy, bo aż dwie wiszą w kościele…

Trudno opisać urodę tutejszej świątyni, jako, że niemal każdy element wymaga osobnej monografii. Dodam tylko, że odrestaurowana postać dzwonnika, namalowana na drzwiach na wieżę, zaparła nam dech w piersiach. Jako znany profan, przyznam, że pierwsze co mi przyszło na myśl, to słowa: „Czknął, poprawił pluderki” z Ballady o Straszliwej Rzezi, śpiewanej niegdyś przez Tadeusza Chyłę… Skojarzenie jednak wcale nie umniejszyło mojego zachwytu nad przedstawieniem postaci. I nad kunsztem konserwatorów, którzy specjalnie sprowadzeni z Torunia przez obecnego Wielebnego przywrócili blask nie tylko tej polichromii.

Z tego wszystkiego nie wspomniałam o szestnieńskim łączniku z Gdańskiem… 1 grudnia roku 1677 w Szestnie właśnie urodził się Jędrzej Waszeta (czy jak kto woli Wascheta, Waschetta). Kaznodzieja, bibliofil, a nadto przez 29 lat lektor języka polskiego w Gdańskim Gimnazjum Akademickim i kaznodzieja u Św. Anny. Walnie przyczynił się do powstania kancjonału polskiego Jana Monety. Zmarł w Gdańsku w roku 1729. Niestety, po pogrzebie jego książki zostały sprzedane na aukcji…

Zanim postawię ostatnią kropkę w tym wpisie, muszę wrócić jeszcze do Fabiana von Lehndorff.

Otóż zmarł 3 lata (3.10.1650 r.) po odbudowie ołtarza i znalazł ostatni spoczynek w kościele, którego był zapewne kolatorem, choćby z racji pełnionej funkcji. Należy się parę słów o człowieku, którego epitafium wmurowane w północną ścianę kościoła zachwyca każdego.

Fabian był synem Sebastiana ze Sztynortu i Judith von Kannacher z Dąbrówna. Do 1630 roku władał Popowem Salęckim, kiedy to sprzedał majątek pisarzowi grodzkiemu z Szestna – Willamoviusowi, czy jak kto woli Wilamowskiemu (Wilmsdorff).

Był dwukrotnie żonaty. Pierwszy raz z Katarzyną von Creytzen z Domnowa** (dziś Obwód Kalinigradzki), z którą miał córkę Elisabeth Luise. Po śmierci Katarzyny ożenił się z Adelgundą Tugendreich von Halle z Karschau (dzisiejsza Kisseljowka po rosyjskiej stronie Prus Wschodnich). Córką z tego związku była Anna Judith.

Fabian miał dwóch braci – Albrechta i Meinharda. To właśnie Meinhard pozostał w Sztynorciei po śmierci Sebastiana. I to on jest uważany za twórcę sztynorckiej wielkiej alei dębowej. I to z jego rodu wywodzi się Vera Gottliebe Anna von Lehndorff, znana bardziej jako piękna Veruschka, słynna długonoga modelka i aktorka.

A co z progeniturą Fabiana? Otóż poprzez koligacje i małżeństwa, jedną z jego pra….. wnuczek jest holenderska królowa Beatrix. Dla miłośników gdańskich plot rodowych także znajdzie się coś ciekawego. Bowiem pośród przeróżnych nazwisk w niezmiernie rozrośniętym drzewie genealogicznym rodu, pośród gałęzi głównych i bocznych pojawiają się takie – jak von Schwartzwald, Kohne von Jasky, Zimmermann (Johann), Schumann, Colmer, Brandes, i tak dalej, i tak dalej… To temat na osobne opracowanie 😉

Zdumiewające do czego może doprowadzić upór w tropieniu pewnego Fabiana w historii Szestna 🙂

* / * 

*  Georg należał do jednego z sześciu arystokratycznych rodów: Dohna, Erbtruchseß zu Waldburg, Kittlitz, Heydeck, Eulenburg i Schenck zu Tautenburg. Byli to w większości potomkowie dowódców najemnych wojsk, którzy po 1466 r. otrzymali w Prusach liczne nadania ziemskie i zamieszkali tutaj na stałe (za Andrzej Kamieński – Ustrój Prus Książęcych w I połowie XVII w.)

** z tego samego Domnowa, w którym w latach w latach 1554-1560 kaznodzieją w tamtejszym kościele był słynny Caspar Henneberger 

Dla ciekawych – TUTAJ strona zawierająca mnóstwo informacji.

Fromborska wystawa – jak zwykle niezwykła

Że też my zawsze musimy na Frombork wybierać akurat zimę stulecia… To słowa Danki, kiedy planowałyśmy naszą coroczną wyprawę do Fromborka na szkolenie i podładowanie akumulatorów 🙂

Od ładnych paru lat Frombork to nasze zamknięcie poprzedniego i jednocześnie otwarcie następnego sezonu. To czas na podsumowania, i delektowanie się kolejną nową wystawą. Bo tak się składa, że Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku miewa świetne wystawy, jakich tzw. duże ośrodki mogą tylko pozazdrościć. I nie chodzi tylko o formę, ale głównie o treść. Faktem jest, że są niezwykle wymagające i często trudno zrozumiałe dla tzw. zwykłego odbiorcy. Ale, od czego tablice rozwieszone w poszczególnych działach wystawy!

O obecnej wystawie wspominałam TUTAJ, przy sposobności zaproszenia na jej otwarcie. Teraz mogłyśmy ją obejrzeć na tzw. własne oczy.

Noooooooooooooooooooooooooooooo. I to z dużym wykrzyknikiem 🙂

Jest naprawdę świetna! Chciałoby się rzec – kolejna świetna.

(TUTAJ zdjęcia

I warto było się tłuc dla niej taki „hektar drogi”.  Jest cenna także ze względu na to, że większość obiektów jestem w stanie skojarzyć z miejscem ich pochodzenia, czy „przetrzymywania”. A to dzięki temu, że mam bogatą dokumentację zdjęciową z moich wędrówek po Świętej Warmii. Ale śmierci z Kiwit na swoich zdjęciach z trasy nie mam 😉

Tematyka wystawy („Śmierć bramą życia„) pewnie niejednemu zmyje uśmiech z twarzy, ale warto pamiętać, że kiedyś temat śmierci traktowany był inaczej.

Dzisiaj śmierć jest doświadczana zazwyczaj w samotności, często daleko od domu. „Odbywa się” w hospicjach, czy szpitalach, daleko od bliskich, często bywając wybawieniem od niemocy potęgowanej jeszcze przez wadliwy system niby-ochrony zdrowia. Wybawieniem bywa także dla bliskich, ratując ich niejednokrotnie przed całkowitym bankructwem. Nadto przy powszechnym kulcie młodości, koniecznie bez zmarszczek, bez słabości – na starość, chorobę, słabość i w konsekwencji śmierć – nie ma miejsca. (najlepszym dowodem jest niedostatek geriatrów w kraju).

Boimy się śmierci, mówimy o niej szeptem. Nie umiemy jej oswoić. Odchodzimy od tradycji coraz bardziej – i tym razem nie ma w tym odrobiny złośliwości. Ot, takie czasy…

Czy ktokolwiek dziś rozważa symbolikę łoża śmierci? Kto dziś zastanawia się nad relikwiami i ich proweniencją, czy sposobem pozyskania? Kto sili się na odczytanie symboliki i znaczenia obrazów, czy ołtarzy? I więcej – KTO w ogóle cokolwiek z tego rozumie – poza wąskim gronem pasjonatów, czy ekspertów 😉

Ci, którzy chcą wiedzieć więcej, a nadto pragną z bliska spojrzeć na obiekty zazwyczaj niedostępne na co dzień – mają sporo czasu – bowiem WYSTAWA w Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku trwa do 30 października tego roku.

Czasu aż nadto 🙂

Z cyklu Ciekawe – Frombork – Chrześcijańskie obyczaje pogrzebowe

Noooooooo, i niech mi jeszcze ktokolwiek powie, że Facebook to nie jest cenne miejsce! Karolina – dziękuję za Twój wpis, przecież inaczej bym się nie dowiedziała. No chyba żeby Jagoda S. sobie o mnie przypomniała. Muszę Jej to oddać, że jak coś się dzieje w moim ukochanym Fromboreczku – pisze do mnie z informacją 🙂  Z reguły jednak mam jakieś grupy, gdzieś jestem w tzw. Polsce, i mija mnie okazja…

Tym razem JESTEM i mam zamiar jechać – i to jak najszybciej. Szkoda tylko, że Wieża Wodna ze smakowitym ciastem będzie o tej porze roku zamknięta…

Ale do rzeczy:

W dniach 27 październik 2012 – 30 październik 2013 we Fromborku – będzie miała miejsce wystawa: Mors ianua vitae. Chrześcijańskie obyczaje pogrzebowe

Warto pamiętać też, że wystawa adresowana jest do zwiedzających od 12. roku życia (to gwoli przypomnienia, żeby – jak to ma miejsce w przypadku muzeów w dawnych niemieckich obozach koncentracyjnych – nie pojawiali się beztroscy rodziciele z małymi dziećmi).

TUTAJ odnośnik do strony Muzeum.

Już sama lista twórców wystawy daje gwarancję jakości. Temat zaś – zawsze interesujący, jako, że niemal każdy kiedyś tam – nawet podświadomie myśli o Końcu. Dla wierzących to wielka niewiadoma, w oczekiwaniu spełnienia tego, w czym byli wychowani, bez bez żadnych wszakże gwarancji. Dla agnostyków, to po prostu koniec drogi, pozostawienie spraw niedokończonych, a może żal ostatniej książki, czy spotkania w zacnym gronie…

Wystawa fromborska, jak każda poprzednia – z pewnością będzie niezwykle ciekawa. A że wymagać będzie wysiłku umysłowego i wiedzy… no cóż. Frombork – a szczególnie tandem Jagoda Semków/Weronika Wojnowska od lat przyzwyczaił nas do wystaw z najwyższej półki.

Pozostaje westchnąć, żeby tak inne muzea (czytaj: pomorskie) z tego przykładu korzystały (to takie marzenie niespełnione)…

 

Schwartzwaldowie

Postanowiłam podzielić zbyt długie artykuły na krótsze, bardziej strawne…

Toteż na pierwszy ogień poszedł artykuł o Gdańskim herbie w Nowym Dworze Gdańskim. Poniżej „wklejam” wyjaśnienie w sprawie zniszczonego herbu – jakie napisałam dla Nowego Dworu  (zawiozłam je tam zresztą osobiście)…

Oto garść informacji o pieczętujących się zagadkowym herbem…

SCHWARTZWALDOWIE przybyli do Gdańska w XV wieku z miejscowości Czarnylas (to Kociewie, pomiędzy Starogardem a Skórczem).

Byli plebejuszami, szlachectwo otrzymali dopiero w 1556 r. od cesarza cesarz Karola V – w herbie mieli 5 żołędzi i głowę lwa).

Dorobili się na handlu i lichwie.

W tej kalwińskiej rodzinie najczęściej występowały imiona – Jan, Karol i Henryk. M.in. Burmistrz Gdańska – 1746-1748 – Johann Carl Schwartzwald. Rodzina wymarła w XVIII wieku.

Ostatnią z rodu była Anna, córka burmistrza Jana, dziedziczka olbrzymiej fortuny, zamężna za Edwardem Conradi, (który to odziedziczył większość majątku Schwartzwaldów).

Tu warto pamiętać, że Anna była matką Karola Fryderyka Conradiego – fundatora Conradinum.

Własnością Schwartzwaldów były między innymi podgdańskie wioski: Mokry Dwór, Wiślina i Jankowo (stąd Conradinum miało swoją pierwotną siedzibę właśnie w Jankowie).

W zbiorze inkunabułów biblioteki PAN w Gdańsku znajdują się księgi z bibliotek tak markiza d’Orii, jak i bibliotek kościelnych – m.in. Św. Piotra i Pawła, która to biblioteka włączona została do Biblioteki Miejskiej (PAN jest niejako spadkobiercą tej biblioteki) w XIX wieku. Te właśnie zbiory biblioteczne uważane były do czasów współczesnych za resztki tzw. Biblioteki Schwartzwaldów (własność Henryka Schwartzwalda) – XVI wiek.

To czasy nobilitacji tej rodziny – więc naturalnym było to, że w parze z nobilitacją – szło zdobywanie wykształcenia, a utrzymywanie bibliotek stanowiło niejako „mus” i przywilej tej klasy. Biblioteka stanowiła o statusie społecznym… A co najważniejsze, książki nie tylko posiadano, ale je CZYTANO! (Chciałoby się zakrzyknąć – ach – wróćcie te czasy!)

No, a że Schwartzwaldowie byli kalwinami, nigdzie indziej a właśnie w bibliotece kościoła Św. Piotra i Pawła, który był kościołem właśnie kalwinów, znalazła się książka z herbem tej rodziny.

W Gdańsku – do Schwartzwaldów należał tzw. Lwi Zamek, kamienica przy Długiej 35…

Jest w aktach miasta Gdańska informacja o ślubie Katarzyny ze Schwartzwaldów z Mateuszem Zimmermannem w październiku roku 1562. Ślub ten odbił się echem w mieście i poza nim, bo łamał przepisy antyzbytkowe z roku 1540 – ograniczające ilość dań na weselach.

W 1572 Katarzyna została wdową.

A w roku 1573 ponownie wyszła za mąż – za Michała Kerla i zamieszkała w jego domu – przy Długiej 29. W roku 1586 została ponownie wdową, ale i tym razem znalazła się doskonała partia – sam Bartłomiej Schachmann!!!

Na epitafium Schachmanna w Kościele Mariackim w Gdańsku prócz Anny Blemke (równie dobrej partii w mieście) jest wymieniona Katarzyna – nie mogło jej zabraknąć, wszak była córką rodu nobilitowanego przez samego Cesarza Karola V!

Katarzyna zmarła w roku 1599.

Tyle udało mi się znaleźć na gorąco… Mężczyźni z tej rodziny pozostają znacznie bardziej tajemniczy 😉

herb Schwartzwaldów z Siebmachera (wappenbuch.de)

herb Schwartzwaldów z Siebmachera (wappenbuch.de)

gdański dom Schwartzwaldów - Długa 45

gdański dom Schwartzwaldów - Długa 45

Epitafium Bartłomieja Schachmanna – herb Katarzyny umieszczony jest po prawej heraldycznej nad belkowaniem.

Epitafium zawieszone jest na płd. filarze transeptu.

… I tyle…