Szestno – cz. 2

W poprzednim felietonie rozpisałam się o szestnieńskim zamku i o prokuratorach. A przecież Szestno to nie tylko nieistniejący już zamek, czy folwark.

To chyba przede wszystkim kościół. Przynajmniej dzisiaj, bo przecież z zamku niewiele zostało, pałac jest w rękach prywatnych, a w młynie funkcjonuje maleńka serdeczna restauracja, serwująca… winniczki 🙂

TUTAJ załączyłam zdjęcia, jakie robiłam słuchając jednocześnie arcyciekawych opowieści naszego gospodarza. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że zdołamy wrócić do Szestna na wiosnę, jeszcze przed sezonem, a może w przerwie jakoś… Tak, by móc porobić więcej zdjęć, by móc zachwycić się detalami kościoła. Bo w to, że jest wyjątkowy, uwierzyłyśmy, z chwilą przestąpienia progu.

A więc… Kościół…

Z zewnątrz zwyczajnie ładny. Ale ładne są wszystkie stare kościoły. W przeciwieństwie do współcześnie budowanych koszmarnych bezkształtnych brył, bardziej przypominających hale produkcyjne, niż miejsca kultu… Że też nie ma kary przynajmniej tortur dla współczesnych projektantów…

Szestnianie swój kościół wybudowali w drugiej połowie wieku XV.  Stoi na lekkim wzniesieniu. Często chrześcijańskie świątynie stawiano na miejscach kultu przedchrześcijańskiego. Niejako, upraszczając i trywializując oczywiście, w myśl zasady, że skoro kiedyś tu uczęszczano, to i teraz się będzie 😉 Ale tutaj tego akurat nie da się potwierdzić, to wyłącznie licentia poetica. Zaś to, co znaleźli archeolodzy, to odległa o parę kilometrów osada Galindów – akapit „Szestno-Czarny Las, stanowisko III (grodzisko). Prowadzono także badania samego kościoła i wyniki mówią, że:

pierwotnie kościół był założeniem trójnawowym, z głębokim, prostokątnie zamkniętym prezbiterium. Badania archeologiczne ujawniły szczątkowo zachowane fundamenty na których wspierała się pierwotna budowla. Ich przebieg zgodny jest z zaproponowaną przez nas teorią. Podczas wykopalisk odsłonięto także dawny cmentarz parafialny, funkcjonujący przy kościele od średniowiecza do przełomu XVIII/XIX w.

Kiedy tereny te znalazły się w Księstwie Pruskim, i nadszedł czas protestantyzmu, to właśnie ta wieś była bodaj pierwszą, która przeszła na nową wiarę. Co nieco można przeczytać na stronach Jednoty:

… pierwsze parafie powstały w 1523 r., kiedy za wyznaniem Lutra opowiedziały się Szestno i Królewiec, a w rok później zrobiły to Kętrzyn i Nidzica. Nowa nauka znalazła zwolenników we wszystkich warstwach mazurskiego ludu. Pierwszy mandat reformacyjny wydany został 21 stycznia 1524 r. przez biskupa diecezji pomezańskiej, Jerzego Polentza. Tak więc, pierwsza diecezja ewangelicka powstała o ponad rok wcześniej niż nastąpiła sekularyzacja Prus i oficjalne wprowadzenie luteranizmu jako wyznania państwowego (10 kwietnia 1525).

I nie nastąpiło to wcale bez tarć i zgrzytów tzw. społecznych… Ale w końcu nowa doktryna zwyciężyła, zresztą to były tereny pod władzą księcia Albrechta von Hohenzollerna, a przecież stara maksyma mówi: cuius regio eius religio. (Od roku 1980 kościół znowu służy katolikom).

W roku 1618 wybuchł pożar, w wyniku którego kościół uległ zniszczeniu. Powód pożaru (i zniszczenia) kościoła był prozaiczny: przeniesienie się ognia z sąsiednich zabudowań. Podczas opracowywania tematu – szukałam jakichś szczególnych informacji o pożarze, może sensacyjnych. Poszukiwałam jakiegoś zewnętrznego powodu, wojny, grabieży, czy co najmniej burzy z piorunami. No i natychmiast utknęłam i wydawało się, że już nigdy nie ruszę… To był rok śmierci Albrechta Fryderyka. I natychmiast moje poszukiwania zeszły na boczny tor. Jakie bowiem skutki niosła za sobą ta śmierć, czy naprawdę był chory psychicznie, czy tylko zawadzał politycznie? czy gdyby stało się inaczej, niż się stało, mielibyśmy Traktaty Welawsko-Bydgoskie (TUTAJ też ciekawy artykuł Jacka Wijaczki)? Przy sposobności przypomniała mi się toruńska wystawa Srebrnej Biblioteki Albrechta (tego od krakowskiego Hołdu Pruskiego. Swoją drogą, dlaczego pamięta się tylko ten hołd, a zapomina się o pozostałych, od Traktatu Toruńskiego II? TUTAJ ciekawe XIX-wieczne spojrzenie na hołdy). Wystawa miała miejsce parę lat temu. Niestety trwała krótko i zorganizowana była w szczycie sezonu turystycznego 😦 i z tego powodu mnie ominęła. Itd, itd… Zresztą, ja zwyczajnie lubię tego akurat Hohenzollerna. Albrechta (ojca) też lubię. Polecam ciekawą książkę Panorama Lojalności, dającą obraz owych czasów.

Z trudem oderwałam się od życiorysu księcia, po to by się cofnąć do roku 1612. To wtedy właśnie majątek szestnieński dostał się w lenno Ottonowi von der Groeben. Otto, jak zresztą cała jego rodzina – nagminnie mi w Prusach wchodzi w paradę… Nie będę o nim pisała osobno, bo zrobiłam to już czas jakiś temu, zapraszam więc TUTAJ. Ale uderza w historii Szestna także nazwisko von Brandt – Ahasverus von Brandt. I tu przychodzi na myśl wcześniejszy Ahasverus, z ziemi sztumskiej (a konkretnie z Czernina) pełniący istotną rolę w trybach polityki Prus. O jego działalności dyplomatycznej w latach 1544-1558 napisał Jacek Wijaczka. Dość wspomnieć, że ten von Brandt zdawał sprawozdania ze swoich obserwacji podczas wojen szmalkaldzkichbył członkiem Rady Księcia Albrechta w Królewcu, posłował też do króla polskiego a także do cesarza. Inny von Brandt – Euzebiusz, wywodzący się z Baranowa (około 10 km na pn-zachód od Mikołajek), odegrał niepoślednią rolę w porwaniu Chrystiana Ludwika von Kalckstein (i tu znowu odsyłam do mojego artykułu o herbowych buntownikach). A, że wszystko musi pozostać w tzw. kółku towarzyskim, to jak tzw. wieść rodowa niesie, wóz do transportu porwanego dostarczył Ahasverus von Lehndorff ze Sztynortu. Gdzieś jeszcze przewija się przez historię tych ziem jakiś pułkownik von Brandt, który wespół ze starostą dybowskim, Mikołajem Wierzbowskim, mniej więcej w tym samym czasie (w roku 1667) uczestniczył w morderstwie posła Franciszka Smoguleckiego. Czy był to Euzebiusz? Czy splamiłby sobie ręce bezpośrednim działaniem, będąc dyplomatą rezydującym przy dworze królewskim? Czy może to morderstwo zorganizowane było podobnie jak później to na Kalcksteinie?

W ten sposób – szukając informacji o jednej postaci – trafia się na cały tłum pociotków, krewnych, powinowatych i skoligaconych, skutecznie zwodzących z głównego tematu 😉

A co ma do tego ów szestnieński Ahasverus von Brandt? Tu trzeba znów przenieść się do roku 1618. Otóż wzmocnienia nadwątlonych pożarem ścian kościoła można było dokonać dzięki hojności między innymi właśnie von Brandta, ówczesnego starosty. Człowiek ten zresztą wkrótce został bardzo szczególnym urzędnikiem tych ziem. O tym można przeczytać w Zeszytach Naukowych Uniwersytetu Szczecińskiego, w artykule „Ustrój Prus Książęcych w I połowie XVII w.” (str. 191 do 215). Drugim urzędnikiem hojnie potrząsającym kiesą przy odbudowie świątyni był także niegdysiejszy starosta – Georg Schenk baron zu Tautenburg*.

Odbudowa kościoła trwała prawie 20 lat. Z tego czasu mamy masywną wieżę i ogólny wygląd świątyni, jaki jawi nam się kiedy stajemy na dawnym placu targowym wsi, który dziś jest po prostu częścią drogi przelotowej, z przystankiem PKS, i sklepem w dawnej karczmie. To także wyposażenie wnętrza świątyni, które szczęśliwie przetrwało wszystkie zawieruchy polityczne i wojenne, jakie przetaczały się przez Prusy.

W kontekście wystroju wnętrza, koniecznie trzeba wspomnieć Fabiana von Lehndorf, starostę szestnieńskiego, który miał jakoby w roku 1647 ufundować ołtarz główny. Ano, nie mógł go ufundować, bo był luteraninem, a w szafie ołtarzowej stoi rzeźba Madonny w asyście Świętych Piotra i Pawła. Skąd te postaci? Są to późnogotyckie figury z poprzedniego ołtarza, ocalone przez ówczesnego proboszcza w trakcie pożaru kościoła w roku 1618… A Fabian w roku 1647 z racji stanowiska przyłożył się finansowo do renowacji, czy też odbudowy ołtarza. Co ciekawe, w uszakach retabulum można zauważyć dwie głowy – doktora Marcina Lutra – w prawym, a w lewym – króla Szwecji Gustawa II Adolfa (tego od Lützen). W następnym roku przy kościele założono szpital na 12 miejsc, jednak bez stałej opieki lekarskiej. Lekarz dojeżdżał dwa razy w tygodniu z odległego o 20 km na północ Kętrzyna.

Czasy Potopu Szwedzkiego nie były łaskawe dla Szestna. Słynna jest opowieść o grabieżach sreber kościelnych i bójce nawet o obrus z ołtarza… A potem przyszła dżuma, będąca niejako pokłosiem Wielkiej Wojny Północnej (TUTAJ o dżumie w Gdańsku wprawdzie, ale wszędzie mniej więcej wyglądało to tak samo). W Szestnie nie było opieki medycznej, ludzie marli na potęgę. Zresztą i tak wtedy nie umiano sobie skutecznie radzić z morowym powietrzem. Ówczesny starosta Johann (Jost) Bernhard von Wilmsdorff (wywodzący korzenie z Wilamowa, także właściciel Dobrocina) pozostał na tzw. stanowisku, nie uciekł, jak to czyniono gdzie indziej. Został na miejscu i starał się ulżyć cierpieniu chorych, co przepłacił życiem w roku 1711. Bardzo ładne świadectwo jego zachowaniu dał kaznodzieja z Sorkwit:

całe rodziny padały ofiarą dżumy, a zmarłych nikt nie chciał grzebać z obawy przed zakażeniem. Zdrowi uciekali do lasów i mieszkali tam we własnoręcznie wygrzebanych ziemiankach. W całej okolicy nie było lekarza. Urzędy opustoszały. Chlubnym wyjątkiem był starosta z Szestna Wilamowski, który nie porzucił swego stanowiska i ratował chorych, pomimo, że w Szestnie i jego okolicy w ciągu półtora roku zmarło 700 ludzi.

Pana  von Wilmsdorff możemy obejrzeć na jednej z dwóch miedzianych chorągwi nagrobnych, jakie posiada ten wyjątkowy kościół. Starosta klęczy na czerwonej poduszce, w zbroi, ręce złożył do modlitwy, ale patrzy na widza, jakby prosił o serdeczne wspomnienie. Chorągwie nagrobne są dziś zupełnie wyjątkowym zabytkiem sztuki funeralnej, dość powiedzieć, że na terenie dawnych Prus Wschodnich mamy ich raptem 11. Szestno należy tu do szczęściarzy, bo aż dwie wiszą w kościele…

Trudno opisać urodę tutejszej świątyni, jako, że niemal każdy element wymaga osobnej monografii. Dodam tylko, że odrestaurowana postać dzwonnika, namalowana na drzwiach na wieżę, zaparła nam dech w piersiach. Jako znany profan, przyznam, że pierwsze co mi przyszło na myśl, to słowa: „Czknął, poprawił pluderki” z Ballady o Straszliwej Rzezi, śpiewanej niegdyś przez Tadeusza Chyłę… Skojarzenie jednak wcale nie umniejszyło mojego zachwytu nad przedstawieniem postaci. I nad kunsztem konserwatorów, którzy specjalnie sprowadzeni z Torunia przez obecnego Wielebnego przywrócili blask nie tylko tej polichromii.

Z tego wszystkiego nie wspomniałam o szestnieńskim łączniku z Gdańskiem… 1 grudnia roku 1677 w Szestnie właśnie urodził się Jędrzej Waszeta (czy jak kto woli Wascheta, Waschetta). Kaznodzieja, bibliofil, a nadto przez 29 lat lektor języka polskiego w Gdańskim Gimnazjum Akademickim i kaznodzieja u Św. Anny. Walnie przyczynił się do powstania kancjonału polskiego Jana Monety. Zmarł w Gdańsku w roku 1729. Niestety, po pogrzebie jego książki zostały sprzedane na aukcji…

Zanim postawię ostatnią kropkę w tym wpisie, muszę wrócić jeszcze do Fabiana von Lehndorff.

Otóż zmarł 3 lata (3.10.1650 r.) po odbudowie ołtarza i znalazł ostatni spoczynek w kościele, którego był zapewne kolatorem, choćby z racji pełnionej funkcji. Należy się parę słów o człowieku, którego epitafium wmurowane w północną ścianę kościoła zachwyca każdego.

Fabian był synem Sebastiana ze Sztynortu i Judith von Kannacher z Dąbrówna. Do 1630 roku władał Popowem Salęckim, kiedy to sprzedał majątek pisarzowi grodzkiemu z Szestna – Willamoviusowi, czy jak kto woli Wilamowskiemu (Wilmsdorff).

Był dwukrotnie żonaty. Pierwszy raz z Katarzyną von Creytzen z Domnowa** (dziś Obwód Kalinigradzki), z którą miał córkę Elisabeth Luise. Po śmierci Katarzyny ożenił się z Adelgundą Tugendreich von Halle z Karschau (dzisiejsza Kisseljowka po rosyjskiej stronie Prus Wschodnich). Córką z tego związku była Anna Judith.

Fabian miał dwóch braci – Albrechta i Meinharda. To właśnie Meinhard pozostał w Sztynorciei po śmierci Sebastiana. I to on jest uważany za twórcę sztynorckiej wielkiej alei dębowej. I to z jego rodu wywodzi się Vera Gottliebe Anna von Lehndorff, znana bardziej jako piękna Veruschka, słynna długonoga modelka i aktorka.

A co z progeniturą Fabiana? Otóż poprzez koligacje i małżeństwa, jedną z jego pra….. wnuczek jest holenderska królowa Beatrix. Dla miłośników gdańskich plot rodowych także znajdzie się coś ciekawego. Bowiem pośród przeróżnych nazwisk w niezmiernie rozrośniętym drzewie genealogicznym rodu, pośród gałęzi głównych i bocznych pojawiają się takie – jak von Schwartzwald, Kohne von Jasky, Zimmermann (Johann), Schumann, Colmer, Brandes, i tak dalej, i tak dalej… To temat na osobne opracowanie 😉

Zdumiewające do czego może doprowadzić upór w tropieniu pewnego Fabiana w historii Szestna 🙂

* / * 

*  Georg należał do jednego z sześciu arystokratycznych rodów: Dohna, Erbtruchseß zu Waldburg, Kittlitz, Heydeck, Eulenburg i Schenck zu Tautenburg. Byli to w większości potomkowie dowódców najemnych wojsk, którzy po 1466 r. otrzymali w Prusach liczne nadania ziemskie i zamieszkali tutaj na stałe (za Andrzej Kamieński – Ustrój Prus Książęcych w I połowie XVII w.)

** z tego samego Domnowa, w którym w latach w latach 1554-1560 kaznodzieją w tamtejszym kościele był słynny Caspar Henneberger 

Dla ciekawych – TUTAJ strona zawierająca mnóstwo informacji.

Siostra Alicja z Wejherowa

Jako, że dzisiaj jest 1 listopada, i tradycją jest wspominanie zmarłych, postanowiłam i ja wspomnieć.

O nikim z Rodziny – bo o nich myśli się często. Zwłaszcza, jeśli na te myśli – szczególnie ciepłe – zasługują.

Napiszę o kobiecie nietuzinkowej.

O zakonnicy.

O siostrze Alicji Kotowskiej z wejherowskiego klasztoru Sióstr Zmartwychwstanek.

Moja fascynacja tą osobą zaczęła się parę lat temu, kiedy zaproponowano mi współprowadzenie wycieczki szkoleniowej PTTK wraz z dwoma Kolegami – wspaniałymi Przewodnikami. Jako, że tak Jarek jak i Tomasz są żywym zaprzeczeniem obiegowej opinii o przewodnikach monotonnie klepiących bzdury, wiedziałam, że poprzeczka została zawieszona niezmiernie wysoko…

Zawsze staram się pojechać w teren, po którym mam oprowadzać, tak by wiedzieć jak najwięcej. Tak też i zrobiłam wtedy. Dionizy – jako rasowy Pół-Przewodnik (tak nazywamy w naszym przewodnickim żargonie naszych współmałżonków…) zapakował jakieś kanapki, parasol (lało, jesień była jakaś taka mokra i zimna), jakiś termos z gorącą kawą i ruszyliśmy…

Wiedziałam, jaki mam teren do opracowania, bowiem z Kolegami podzieliliśmy nasz wyjazd na trzy części narracyjne. Mnie przypadła, między innymi, Piaśnica.

TA Piaśnica…

–           *          –

Czas jakiś temu wysłuchałam w radio audycji p.t. Alicja już tu nie mieszka. Rzecz było a siostrze Alicji Kotowskiej. Błogosławionej Alicji Kotowskiej. Dla kogoś, kto nie zna historii Siostry i niewiele wie o tym, co stało się tu, na Pomorzu w listopadzie 1939 roku – audycja nie mogła wystarczyć. Nie mogła też oddać całego tak zwanego ducha tamtych czasów i miejsca. Dla kogoś, kto nie ma tutaj swoich korzeni, to jedno z wielu miejsc martyrologii…

Wiedząc, iż w autokarze będzie większość bądź to potomków osadników powojennych bądź wręcz tych, którzy tu przyjechali po 1945 roku, zastanawiałam się, jak oswoić dla nich to miejsce.

Miejsce trudne, a znane tu, na Pomorzu przeważnie ze sloganów typu:

„Miejsce martyrologii Polaków w czasach wojny”,

„Masowe groby bestialsko pomordowanych”,

„12 tysięcy zamordowanych przez hitlerowców”.….

Od czasu do czasu słyszymy w środkach masowego przekazu, że jakaś delegacja złożyła tam kwiaty, i tyle…

Minęło wiele lat od tamtych chwil i rzadko zastanawiamy się nad głębszym znaczeniem owych sloganów.

Wystarczy jednak wybrać się na miejsce – tu, do Piaśnicy – 10 km na płn od Wejherowa, przy drodze na Krokową.

Ogranie nas wspaniały las, porastający piaśnicki sandr.

Parę słów wyjaśnienia geograficznego: piaśnicki sandr – to równina piaszczysto-żwirowa na zachodnim krańcu Kępy Puckiej. Równina ta wznosi się na ok. 60-80 metrach nad poziom morza i odwadniana jest przez rzekę – Piaśnicę. Ma ona ma długość 28,6 km a dorzecza wielkości 325 km2. Bierze swój początek w śródleśnym jeziorku Sobór, 2,5 km na płd. od wsi Mała Piaśnica, około 6 km na płn. zach. od Wejherowa… Następnie płynie przez Puszczę Darżlubską, (czyli także przez Piaśnicę) i dalej przez Jezioro Żarnowieckie by ujść do morza w Dębkach.

Piaśnica, to wciąż jednak najczęściej jedno z typowo rocznicowych miejsc na mapie. I tyle.

Ale, jeśli się wejdzie w las nieopodal pomnika, i ruszy spacerkiem przed siebie – otwiera się inna przestrzeń.

Oswajanie leśnego miejsca to właśnie spacer, zbieranie liści, zaglądanie do norek w ziemi w poszukiwaniu krasnoludków czy leśnych elfów… Tu jednak elfów nie ma. Uciekły porażone grozą.

Tylekroć tu bywałam z kwiatami na 11 listopada, stałam nad grobami i zastanawiałam się nad tym tylko, czy w domu czeka na mnie obiad, czy zdążę jeszcze na jakieś spotkanie…

Tym razem, kiedy tu zajechałam, żeby to miejsce „oswoić”, zdałam sobie sprawę, z faktu, że nigdy tak do końca nie pojmowałam tego miejsca. No, bo kiedyś przyjeżdżałam tylko do MIEJSCA, teraz przyjechałam do LUDZI…

Do Alicji Kotowskiej z wejherowskiego Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstanek – zarazem dyrektorki tamtejszego żeńskiego gimnazjum, odznaczonej Krzyżem Orderu Polonia Restituta za działalności w czasie I wojny…

Do Witolda Kukowskiego z Kolibek,

Do Zakładników Gdyńskich,

Czy wreszcie do dzieci tu zabitych.

Także do księdza z Leśniewa, który tutaj odprawiając mszę w 1992 roku, zmarł na serce.

–           *          –

Odszukaliśmy z Dionizym grób siostry Alicji. Łatwo go znaleźć,  zawsze są na nim świeże kwiaty.

–           *          –

Urodziła się w Warszawie, w roku 1899 – w kochającej rodzinie. Musiała to być rodzina kochająca się, skoro ojciec nazywał swoją żonę „ósmym cudem świata”. Marylka (bo tak się nazywała siostra Alicja, zanim została zakonnicą) była uczennicą zwyczajną. Były i piątki na świadectwach i trójki całkiem nędzne. Kiedy zaczęła studia, była to medycyna. Jednak przerwała je, bo wstąpić do zakonu – właśnie Zmartwychwstanek. Rodzice, aczkolwiek bardzo wierzący, byli zszokowani jej decyzją. Ale, jak mówi tradycja rodzinna, po wielu dyskusjach uszanowali jej decyzję. Przekonała ich dojrzałość, z jaką wytłumaczyła swój krok. Wróciła na studia – tym razem obierając kierunek matematyczno-przyrodniczy.

Magisterium obroniła pracą z chemii poświęconą badaniom ebulioskopowym.

(Ebulioskopia to zespół metod fizykochemicznych stosowany w tzw. ebuliometrach do bardzo dokładnego pomiaru temperatury wrzenia układów jedno- i wieloskładnikowych; również do oznaczania masy cząsteczkowej związków chemicznych, stopnia czystości cieczy, rozpuszczalności substancji).

Ponadto ukończyła seminarium nauczycielskie i po stosownych egzaminach została dyplomowanym nauczycielem szkół średnich.

Wspomniałam, że została odznaczona Krzyżem Orderu Polonia Restituta za działalność szpitalną w czasie I wojny światowej. Wiele zakonnic działało w czasie wojny, ale nie każdą odznaczano TAKIM odznaczeniem.

Mają Anglicy swoją Florence Nightingale, nie wiem, czemu my nie mówimy o S. Alicji.

Kiedy została przeniesiona, do Wejherowa, objęła stanowisko bardzo odpowiedzialne, bo została mianowana dyrektorem Prywatnej Szkoły Powszechnej i Żeńskiego Gimnazjum Ogólnokształcącego, i powierzono jej również kierowanie Prywatnym Przedszkolem i internatem dla dziewcząt. Specyfika tego stanowiska polegała na tym, że to gimnazjum upadało. I tak naprawdę, gdyby to się działo dzisiaj, pewnie by szybciutko je zamknięto – jak to się czyni w imię wyższych celów…

Pod rządami Siostry Alicji nastąpiło odrodzenie szkoły.

Czasem – kiedy mówimy o zakonnicach, mamy tendencje do pokpiwania z tych, jak mawiamy, „pingwinów”. Nie wszystkie są wysokich lotów intelektualnych i tylko bardzo nieliczne mają charyzmę. Siostra Alicja była  jedną z tych bardzo nielicznych.

Nie była zakonnicą, w potocznym tego słowa znaczeniu. Oczywiście – nosiła habit i czarny różaniec ( i po tym też poznano jej szczątki w tym grobie). Ale poza tym, przede wszystkim była osoba wykształconą i bardzo inteligentną!! Była  doskonałym pedagogiem, intuicyjnie wyczuwającym chwilę i dozę pedagogiki! No i jeszcze jedno – niebagatelna sprawa – jako osoba wychowana w kochającym się domu, była pogodna i miała duża dozę poczucia humoru.

W tym kontekście słynna stała się sprawa tajemniczego listu Siostry Alicji… Listu, jaki dosłownie sfrunął z nieba do klasztornego ogrodu. Ten list, zrzucony z samolotu właśnie przez Siostrę Alicję, podczas przelotu nad Wejherowem, stał się powodem wojskowej interwencji – przeszukania. W liście były ” Pozdrowienia z Nieba”, i podpisy paru sióstr, w tym Siostry Dyrektor…

Skąd wiem, że była pogodna? Otóż, nad jej grobem zastałam parę kobiet. Podeszłam i zapytałam, czy ją znali. Starsza z kobiet uśmiechnęła się i to bardziej oczami. Odparła twierdząco. A jaka była…, tu kobieta zamyśliła się na chwilę, po czym z uśmiechem w oczach powiedziała, że była ŻYWA. Nie pytałam o więcej, bo nie bardzo wypadało. Ale już wiedziałam, jaka była Marylka-Alicja. Nie dziwię się, że przepadały za nią jej współtowarzyszki i uczennice.

Została aresztowana przez Gestapo 24 października a 11 listopada  wraz z innymi więźniami wejherowskiego więzienia – rozstrzelana w lesie piaśnickim. Powodem aresztowania była zwykła ludzka zdrada. Zdrada  woźnego…  To on na polecenie Siostry Dyrektor zakopał w ogrodzie klasztornym precjoza zakonne. A następnie doniósł o tym „gdzie trzeba”.

Ciekawa jestem tylko, co stało się z owym woźnym, owym Franciszkiem Prangą (nazwisko tak znane i popularne na tych terenach! )  No więc, nie wiem, co się stało z owym człowiekiem, który ją przeskarżył na Gestapo. To przecież przez niego tutaj zakończyła swoje życie.  Gdyby nie on, Siostra w listopadzie 1939 roku skończyłaby 40 lat.

Więcej o Siostrze Alicji i o zbrodni w Piaśnicy:

http://pielgrzymka1.w.interiowo.pl/z94.htm

http://pl.wikipedia.org/wiki/Zbrodnia_w_Pia%C5%9Bnicy

http://orka2.sejm.gov.pl/IZ5.nsf/main/13E2D652

http://brewiarz.pl/czytelnia/swieci/11-11c.php3