Ostre Bardo

Właśnie w internecie obejrzałam Panoramę Gdańską, gdzie wspomniano o Akcji Wisła (tutaj także informacja). Wreszcie mówi się o tej tragedii, i to coraz bardziej otwarcie. I mam wrażenie, że coraz więcej prawdy jest w informacjach o tym kawałki naszej historii. Wspólnej.

Czemu o tym piszę? I czemu akurat dzisiaj?

Otóż dzisiaj jest wigilia u Grekokatolików i Prawosławnych.

A drugim powodem jest to, że nie tak dawno – bo w listopadzie – odwiedziliśmy z Dionizym Ostre Bardo (do 1945 roku: Klingenberg).

Miejsce urokliwe, położone na krańcach Polski. I chyba pod każdym względem na jej krańcach…

Prowadzi tu droga nr 512 z Bartoszyc przez Szczurkowo. A raczej – nie wjeżdżając do Szczurkowa należy skręcić w prawo… Dalej – jedzie się około 6 czy 7 kilometrów – częściowo wzdłuż granicy z Rosją.

Daruję sobie opis, jakim przeżyciem dla mnie było ujrzenie na tzw. własne oczy TEJ granicy!!

no i tak się jedzie wzdłuż granicy, mając ją po swojej lewej stronie....

... aż minie się tablicę z nazwą wsi.

Jadąc dalej – trafi się przed zadbany teren, na którym stoi piękny kościół. Obok bocianie gniazdo i dalej widok na przestrzeń…

Wieś w latach międzywojennych leżała w obrębie tzw. Trójkąta Lidzbarskiego. A właściwie na jego granicy. Jako, że Niemców tu, na terenach Prus Wschodnich nie obowiązywały ograniczenia traktatu wersalskiego mogli wznosić umocnienia. Ten interesujący kawałek historii – dla miłośników fortyfikacji czyni z tego terenu miejsce ciekawe i warte odwiedzenia.

Po wojnie wieś, już nie Klingenberg a Ostre Bardo, została najpierw wysiedlona, a w roku 1947 całkowicie zasiedlona w trakcie Akcji Wisła dopiero. Ludzi zwieziono aż spod Przemyśla. Dopiero jednak w roku 1957 zaczęto odprawiać tam pierwsze msze. Wtedy to wieś zyskała pierwszego duszpasterza w osobie o. Bazylego Oszczypko, zwolnionego z zesłania w okolicach Irkucka. Oficjalnie greckokatolicką parafię w Ostrym Bardzie ustanowił ks. prymas Stefan Wyszyński 17 października 1958 roku.

Dzisiaj msze odbywają się w pięknym kościele z XVI wieku (tym z gniazdem bocianim obok).

Obecnie jest to Cerkiew parafialna p.w. Narodzenia NMP, należąca do Dekanu Olsztyńskiego Archidiecezji Przemysko-Warszawskiej. W latach 1985-1989 wikariuszem samodzielnym w parafii Ostre Bardo był Włodzimierz R. Juszczak, dzisiaj Ksiądz Biskup, Ordynariusz Eparchii Wrocławsko – Gdańskiej (tę informację znaleźć można na stronie serwisu Diecezji Wrocławsko-Gdańskiej Cerkwi greckokatolickiej w Polsce – http://www.cerkiew.net.pl)

Nieopodal wsi przepływa rzeka Łyna. Za nic sobie mając sztuczny powojenny podział tych ziem, przekracza granicę niedaleko wsi. Można tu dopłynąć kajakiem z Lidzbarka Warmińskiego szlakiem podzielonym na 7 etapów.

Dla tych, co mają czas i lubią takie wyzwania z pewnością taka trasa pozostanie niezapomnianym przeżyciem.

A więc – trawestując popularne powiedzenie – dla każdego znajdzie się coś ciekawego…

Ale to dzisiaj, a kiedyś?

Stojąc przed cerkwią i spoglądając w stronę granicy, zastanawiałam się jak ciężkie musiało być życie ludzi tutaj tuż po osiedleniu. Tym bardziej, że Wydział III SB Komendy Wojewódzkiej MO w Olsztynie nader czynnie zajmował się nadzorem nad mniejszościami narodowymi. Skutkowało to różnymi prowokacjami a także częstym „nachodzeniem” ludzi w domach czy w miejscu pracy. Do dzisiaj przecież tu i ówdzie można przeczytać enuncjacje IPN-u o wyimaginowanych czy prawdziwych współpracownikach SB. O tym, że i tutaj nie odpuszczono (a może tym bardziej tutaj) w czasach tzw.  komuny – można się przekonać, czytając choćby liczne publikacje na ten temat.

Jako, że Ostre Bardo jest wciąż wsią przygraniczną, tu podaję link do ciekawego dokumentu „… o uproszczonym trybie przekraczania granicy państwowej przez obywateli zamieszkałych w miejscowościach przygranicznych…”. Dokument podpisano w Moskwie 14 maja 1985 r.  Warto zwrócić uwagę na nazwisko podpisującego ze strony polskiej.

Ostre Bardo jawi mi się, w pewnym sensie, jako miejsce skrzywdzone. Może na takie postrzeganie wpływ miała jesienna pogoda, a może znajomość losów tych ziem po 1945 roku…

Jak wielkie jednak poczucie krzywdy musiało tkwić w ludziach Stamtąd nagle rzuconych Tu, skoro wieś długo porozumiewała się wyłącznie językiem ukraińskim. Wspomina o tym pan Miron Sycz (Poseł na Sejm RP VI kadencji). Tutaj link do ciekawego artykułu o tym, jak żyło się w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej człowiekowi ze wsi tęskniącej za ojczyzną.

Dzisiaj Ostre Bardo wciąż jest na krańcach świata, ale świat czasem tu zagląda. Jak na przykład w roku 2006 kiedy tu wystąpił zespół „Berkut” w roku 2006.

Folk-rockowa grupa „BERKUT” powstała  w 2004 r. w stolicy Warmii i Mazur Olsztynie. Nazwa zespołu pochodzi od gatunku orła, który zamieszkuje góry Karpaty. Członkami zespołu są Polacy i Ukraińcy, których połączyła wspólna pasja tworzenia muzyki inspirowanej folkiem ukraińskim. … Berkut to aktualnie jeden z najpopularniejszych i najbardziej rozpoznawalnych zespołów z solidną pozycją ukraińskiego folk-rocka w Polsce. Ich muzyka jest łatwa w odbiorze, melodyjna, rytmiczna, doskonale nadająca się do słuchania i zabawy, rozgrzewa publiczność swoją wyjątkowością. Niepowtarzalny charakter i umiejętności muzyków gwarantują wspaniałe przeżycia, które na długo po koncercie pozostają w pamięci widzów i słuchaczy.

Ze strony zespołu: http://www.berkut.com.pl

Wrócimy do Ostrego Bardo w lecie – bo koniecznie chcę zobaczyć, czy gniazdo bocianie jest zamieszkałe.

Chcę też dowiedzieć się czegoś więcej o historii wsi do roku 1945…

P.S. Banał stary jak świat mówi, że życie plecie się znacznie ciekawiej niż jakakolwiek opowieść. I to prawda. Pośród Miłych Czytelników tego co tu piszę jest Pan TP (za cenne wskazówki raz jeszcze bardzo dziękuję i zawsze na nie czekam).

Przesłał mi LINKA, który dotyka tematu tzw. współistnienia i poczucia krzywdy…

Wciąż się o tej części polskiej historii mówi zbyt mało. Wciąż to temat tabu, umiejętnie jednak wykorzystywany tu i ówdzie. Dlatego też każda publikacja odsłaniająca złożoność jakichkolwiek relacji na terenie dzisiejszej Rzeczypospolitej wywołuje takie emocje, jak choćby merkantylna książka Grossa.

U „franciszków”

Popołudniowa cisza w gdańskim kościele Św. Trójcy dała mi czas na podsumowanie roku i spojrzenie za siebie. Podsumowania każdego mijającego roku to niemal zwyczaj – w końcu za parę godzin rozpocznie się nowy – już  2011 z kolei  – rok.

🙂

A że mijające 365 dni były całkiem pomyślne dla mnie i dla mojej rodziny, (a przecież w końcu TO jest najważniejsze),  toteż spojrzałam nieco dalej za siebie. Aż tam, gdzie widać tylko to, co znamy z historii.

Franciszkanie…

Ich gotyckie kościoły zachwycają (truizm). Zachwycają przede wszystkim właśnie gotykiem a często i tajemniczością. Tą dzisiejszą tajemniczością, wynikającą z ciągłego zdumienia. Jak bowiem można w czasach tak konsumpcyjnych i tak niespokojnych chcieć wycofać się z życia i zamknąć w modlitwie. Tak samo pewnie myślały pokolenia przede mną.  A pewnie i następne też będą się nad tym głowić. Dzięki jednak takim, co to zamknęli się dla życia doczesnego – możemy dzisiaj i my znaleźć nieco wytchnienia od zgiełku i schronić się przed codziennym pośpiechem.

Takimi miejscami na wytchnienie pod każdym względem –  są niewątpliwie: gdański kościół Św. Trójcy i toruński kościół  Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny .

To wspaniałe, rzec by można monumentalne budowle. G.H. kiedyś powiedziała, że nie lubi gotyckich budowli bo się w kadrze nie mieszczą… Nie mieszczą się, bo budowano je ku chwale Panu i potomnym ku pamięci.

No, gdański kościół, a raczej klasztor – faktycznie ku pamięci! Tutaj nieco historii klasztoru, ale też w ogóle  Braci Mniejszych na Pomorzu (i od razu małe sprostowanie: w czwartej linijce tekstu – nie w Watemborku a w Wartemborku).

Na stronie gdańskiego konwentu nieco mgliście i „po łebkach” opisano czasy Gdańskiego Gimnazjum Akademickiego. A przecież była to wspaniała uczelnia o świetnej renomie. Nie pierwsza wprawdzie taka szkoła w Prusach Królewskich – bo pierwszą było Elbląskie Gimnazjum Akademickie. Ale wraz z trzecią tego typu uczelnią na tych terenach – Gimnazjum Akademickim w Toruniutworzyła system dający rękojmię dobrego, ba! doskonałego wykształcenia. Nieco o jakości nauczania w szacownej uczelni gdańskiej można znaleźć tutaj.

Dzisiaj gdański kościół Św. Trójcy czeka na swoje 5 minut. A dokładnie –  na fundusze. Remont wciąż trwa i miejmy nadzieję, że następne pokolenia będą miały dokąd chodzić w każdą wigilię każdego nowego roku po spokój 🙂 i że wciąż najpiękniejsze gotyckie szczyty w Gdańsku będą cieszyły oczy, tak jak dzisiaj. A na marginesie – jakże mi brakuje w ruchomej szopce  tego  okropnie skrzypiącego aniołka zjeżdżającego z niebios 🙂

Poniżej najpiękniejsze szczyty gotyckie Gdańska:

I migawki z wnętrza Św. Trójcy

Jakże inne jest wnętrze toruńskie!

Trzeba jednak pamiętać, że Toruń, w przeciwieństwie do zmasakrowanego (i wciąż masakrowanego architektonicznie) Gdańska – nie został zniszczony! Dlatego – jeśli chce się dotknąć gotyk, to jedzie się właśnie tam, do Torunia 🙂

To tu właśnie – u franciszkanów w Toruniu w roku 1243 odbył się synod pod przewodnictwem Wilhelma z Modeny, podczas którego to synodu powołano 4 diecezje pruskie (chełmińską, pomezańską, warmińską i sambijską).

XVII wieczne epitafium tragicznie zmarłego 17-letniego ucznia Gimnazjum Toruńskiego – Jana Mucka von Muckendorfa.

Czasem można spotkać takiego zaaferowanego służbą w kościele kotka… Zdjęcie jest niewyraźne, bo akurat gonił mysz…

Jedna z polichromii z końca XIV wieku.

No i nie wolno zapominać o Mauzoleum Anny Wazówny. Ta wyjątkowa pani w końcu spoczęła w Toruniu. Anna Wazówna „pojawia” nam się także w gdańskiej Bazylice Mariackiej.

Epitafium Guldensternów w farze Głównego Miasta Gdańska.

Czemu akurat przy tym epitafium? Otóż Anna Wazówna wydatnie pomogła rodzicom Zygmunta (jedyny w historii Szwecji tzw. środowy ślub) – ale o tym kiedy indziej. Zresztą Wojciech Łygaś w swojej świetnej książeczce pt. „Gdańsk – szwedzkie ślady historii”  przedstawił sprawę jasno w rozdziale pt. „Kamienie mówią”.

 

Galiny

Od listopada tego roku Galiny zawsze będą mi się kojarzyły ze wspaniałym odpoczynkiem, ciepłem kominka, pysznym jedzeniem, serdeczną atmosferą i… bandytą, który w nocy napluł mi do jogurtu 🙂

Ale – od początku…

Jak już pisałam, postanowiliśmy pojechać na urlop.

W artykule p.t. Granica napisałam:

Wszystkie nasze wagary i urlopy staramy się spędzać w  dawnych  Prusach Wschodnich. Niestety po ostatniej wojnie, te tereny przecięte zostały granicą, a propaganda powojenna i mentalność (wciąż mające się świetnie) nie potrafią poradzić sobie z bogatym dziedzictwem historycznym tych ziem.

My wszakże pojechaliśmy odpocząć i poszukać plotek historycznych. Znaleźliśmy i jedno i drugie. A nadto znaleźliśmy wspaniałe miejsce na prawdziwy odpoczynek. Zatrzymaliśmy się pensjonacie w Galinach. Miejsce nie tak daleko od ludzi, ale jednak dostatecznie – by pozwolić zapomnieć o codzienności. Poza tym pełne ciepła i serdeczności. Galiny widziałam po raz pierwszy niemal dwa lata temu (ten czas tak ucieka, że aż strach ) z okien busa, kiedy jechałam z grupą do Bartoszyc. Potem  – ponownie znowu przejazdem.

I stale życie w pędzie – bez zatrzymania się, nawet na krótki oddech.

Uwielbiam swoją pracę, ale przecież jakiś urlop też mi się od czasu do czasu należy, więc…

Zamówiłam nam pokój w oficynie pałacu…

No właśnie… Galiny. Czemu tak bardzo chciałam tam właśnie?

Z sympatii.

Do rodziny Eulenburg, do obecnych Właścicieli za ich wielką pracę i serce. Z sympatii do tego miejsca na mapie… Zresztą, jesteśmy przykładem powiedzenia, że ktokolwiek choć raz postawi stopę na Ziemi Pruskiej – będzie tam wracał.

Wyjechaliśmy wbrew wszystkiemu – pogoda była typowo jesienna. Deszcz skutecznie wybijał mi z głowy wysiadanie po drodze celem „ustrzelenia” ujęcia.

Daruję sobie opis trasy DO Galin. Bo to będzie w odcinkach jeszcze paru.

Same Galiny są najważniejsze.

Położone są tu:

Wieś powstała – jak większość na tych terenach w wieku XIV na fali tzw. kolonizacji krzyżackiej.  A palce w tym maczał komtur Bałgi.

W wieku XV – po wojnie trzynastoletniej – jak w wielu podobnych przypadkach – wieś była nagrodą za zasługi.  Dostał ją niejaki Wend Illenburg z Saksonii, w służbie Wielkiego Mistrza  Henryka Reuss von Plauen.

Czyli – rzec by można typowe początki wielkich majątków na tych terenach.

A co potem?

A potem był pałac wybudowany w Galinach dla Botho zu Eulenburga (wiek XVI i z tego okresu zachowane jedyne w regionie sgrafitta, wg kobidz.pl) i wieki całe dobrego gospodarzenia.

W tzw. międzyczasie (już w XX wieku) pojawia nam się tu nawet któryś z Hochbergów. To w związku z przebudową założenia pałacowego w roku 1921. Jak mi powiedziano w Pszczynie – kierownikiem robót mógł być książę Jan Henryk XV, bowiem był inicjatorem przebudowy zamku w Książu. Ale równie dobrze mógł to być jego najstarszy syn – Jan Henryk XVII. To  wciąż pozostaje do ustalenia 🙂

Ale wracam do Galin.

Linia Eulenburgów galińskich –  jak wszystko w tym rejonie – trwała tu do stycznia 1945 roku. A potem przeszła „wojenna nawałnica”. Jedni stwierdzą, że sprawiedliwości dziejowej stało się zadość, inni że skończyła się era spokoju a zaczęła era upadku.

Faktem jest, że era upadku Galin trwała do 1995 roku, kiedy to obecni Właściciele podjęli decyzję szaloną… Kupili majątek i zabrali się za  jego restaurację. Napisałam „majątek” bo rzeczywiście, to nie tylko pałac, ale i folwark. Nie będę tu opisywała kłopotów z odtworzeniem tego, co zostało zrabowane i rozwłóczone podczas powojennych lat… To można przeczytać tu i ówdzie w sieci. Jak choćby TUTAJ.

Lata walki z przeciwnościami losu i wieloletnią dewastacją dały świetny efekt.  Jak to dzisiaj wygląda, można zobaczyć na stronie Pałacu Galiny. A najlepiej jechać tam osobiście.

I tu uwaga – ich mus czekoladowy jest świetny! Najlepszy dowód, że ja – nielubiąca słodkości (jeśli coś nie jest kotletem schabowym, to nie istnieje… ) „wciągnęłam” dwa… i do dzisiaj żałuję, że nie zamówiłam trzeciego… A kaczka z kluseczkami i żurawiną, to mistrzostwo świata… Lista jest długa, więc musimy tam wrócić 😉

Szkoda jednak, że otoczenie kościoła wciąż jest nieco zaniedbane.

A przecież to nie byle jaki kościół… W  latach 20-tych XVIII wieku zyskał bibliotekę z daru Gottfrieda Heinricha zu Eulenburg. Tego samego, którego płytę epitafijną można oglądać we Fromborku.  Biblioteka po II wojnie na szczęście trafiła do Biblioteki Uniwersyteckiej w Toruniu. I tam się znajduje 920 pozycji bibliograficznych starodruków (w tym 4 inkunabuły) oraz 8 rękopisów z galińskiej kolekcji.

Przykościelne  mauzoleum Eulenburgów dzisiaj bardziej przypomina celę pokutną niż miejsce grzebalne.

A przecież chowano tutaj członków rodu. I to nie tylko tych, o których krążą legendy.

Pochowano tu też  3-letniego Botho Ernesta zu Eulenburg (w drugiej połowie XVII wieku). I to na jego uroczystości pogrzebowe wykonano CHORĄGIEW NAGROBNĄ. Była to jedna z dwóch znanych chorągwi nagrobnych poświęconych dzieciom na terenie ówczesnych Prus. Obecnie  to jedyny  zachowany  egzemplarz (właśnie zamówiłam sobie publikację na ten temat, to dowiem się więcej). Chorągiew wykonano ze zszytych kawałków lnianego obrusu, a obramowano płótnem bieliźnianym. Na awersie, w części centralnej, chorągiew przedstawia klęczące dziecko, natomiast na rewersie znajdują się inskrypcje epitafijne.

Do roku 1945 chorągiew znajdowała się w kościele galińskim. Pogarszający się stan płótna a także realne zagrożenie zniszczenia tego bezcennego zabytku sztuki funeralnej – zadecydowały o tym że w 1945  została przeniesiona do  Kętrzyna. Tam to bowiem już w styczniu 1945 roku Zofia Licharewa rozpoczęła  zabezpieczanie ocalałych w mieście i okolicy zabytków. Renowacja dzieła trwała kilkanaście lat, a przeprowadziła ją  prof. Bogumiła Rouba. Obecnie chorągiew jest  prezentowana w kętrzyńskich zbiorach muzealnych.

Ale… Że też zawsze musi być jakieś ALE !!!

Chorągiew jest fatalnie eksponowana…

Otóż  pomysł gabloty jest świetny – lustro umieszczone na spodzie gabloty pozwala na ogląd także rewersu chorągwi… Ale sama gablota  jest zbyt mała i źle oświetlona. W efekcie nie widać nic.

A co z tym jogurtem, do którego w nocy napluł mi jakiś bandyta?

Hm… kupiłam w Sątocznie jogurt poziomkowy, bo nigdy takiego nie jadłam… Chciałam spróbować. Ale, że w Galinach karmiono nas nadzwyczaj dobrze nie miałam kiedy tego jogurtu spróbować. Więc wystawiłam go wieczorem na parapet – za okno.

Po jakimś czasie w absolutnych  ciemnościach  usłyszeliśmy chrobot. Chrobot ucichł, kiedy zapaliliśmy światło, by sprawdzić, co to (przypomniały mi się rozrabiające gronostaje nad pokojami w leśniczówce A. i M.K).

Rano – przed śniadaniem chciałam spróbować jogurtu, i sięgnęłam za okno i oto co tam zastałam:

No i nie spróbowałam jogurtu poziomkowego, bo mi w nocy do niego napluł jakiś nocny,  zapewne futrzasty bandyta 😉

I to napluł do obu 🙂

A swoją drogą, to troszkę szkoda, bo już myślałam, że to nocne chrobotanie to były duchy 😀

Garbno – Elisabeth Boehm

Tereny dawnych Prus Wschodnich nie przestają zadziwiać.

Czas jakiś temu musnęłam temat Agnes von der Groeben, a niedawno znowu natknęłam się na następną niepospolitą kobietę z tych terenów.

A wszystko – jak zwykle przez przypadek…

Otóż, podczas naszego urlopu galińskiego – wybraliśmy się do Kętrzyna. Koniecznie chciałam zobaczyć chorągiew nagrobną Botho Zu Eulenburga

Po drodze, zahaczyliśmy o Łabędnik (hm… nie wszystko musi w realu wyglądać tak, jak sobie to wyobrażamy) no i wionęliśmy przez Garbno. Nawet nie zjechaliśmy z trasy Bartoszyce – Kętrzyn, by zobaczyć tę miejscowość leżącą nieco z boku głównej drogi.  A szkoda.

A czemu szkoda?

Aby na to odpowiedzieć, trzeba zacząć od przysłowiowego pieca 😉

Dawno, dawno temu…

W czasach pruskich Garbno wcale się tak nie nazywało. Nosiło nazwę Laumygarbis w XIV wieku, a już w następnym Lamegarben. Nazwa miejscowości może pochodzić z języka pruskiego. Lamem – oznaczało moczary, bagna, zaś garbis – oznaczało wzgórze. Natomiast „lama” – to mokre miejsce. A więc było to „Wzgórze wśród moczarów”. Często można spotkać w opracowaniach wywód nazwy miejscowości od „laume” – czarownica, i tłumaczenie nazwy jako „Wzgórze czarownic”.  Te czarownice – to pewnie od błędnych ogników, o których często wspominamy mówiąc o bagnach…

A potem, standardowa historia na tych terenach, czyli: Krzyżacy i ich nowe porządki. Pojawiają się zamki, dwory obronne i przede wszystkim kościoły. Kościoły często stawiane w miejscu dawnego kultu.

I tak jest z kościołem w Garbnie, który stoi na wzniesieniu, prawdopodobnie na miejscu kultu Bartów.

Zamku nie ma – został zburzony w trakcie wojny trzynastoletniej.  Oczywiście, jak to bywa – nowa propaganda musiała miejsce oswoić. A więc wymyślono legendę o baranku, który pokazywał się stale i niezmiennie. A złapany uciekał w cudowny sposób, by znowu pojawić się podczas żniw… No i wymyślono, by postawić mu kościół.

Trzeba jednak pamiętać, że ten teren nadano wolnym Prusom (wbrew potocznej i obiegowej opinii, Prusowie nie zostali eksterminowani przez Zakon, oni się zasymilowali, bodaj w XVI wieku).

W XIII wieku założono wieś – dzisiejsze Garbno – na prawie chełmińskim. A już w następnym – XIV w. we wsi były 4 karczmy i młyn.

No a potem – jak to bywa – historia znowu zmieniła bieg.

Na początku roku 1521r. Wielki Mistrz Zakonu Albrecht przekazał 14 włók ziemi w Garbnie Henrykowi von Egloffstein. I w rękach tego rodu wieś pozostała do roku 1832.

Aczkolwiek – najprawdopodobniej miejscowość była dzierżawiona. Egloffsteinowie mieszkali w pałacu w Arklitach, zaś z Garbnem, a raczej z Lamgarben – związane jest przez jakiś czas nazwisko von Buddenbrock. To tutaj na początku roku 1810 urodził się Gustaw von Buddenbrock, późniejszy oficer armii pruskiej i kawaler orderu Pour La Merite (za udział w wojnie francusko-pruskiej).

W roku 1832 Garbno zyskuje nowego właściciela. Zostaje nim Krystian Bierfreund. Po paru latach – majątek wędruje w ręce porucznika Konrada von Redeckera, który już w roku 1856 sprzedaje nabytek Edwardowi Krause. (Z Redeckerami spotka się każdy, kto choć na chwilę zainteresuje się historią pałacu w Nakomiadach).

W 1880 r. majątek przeszedł, jako prezent ślubny na Otto Boehma z Głowbit (d. Glaubitten). I tu właśnie natknęłam się na wspomnianą na wstępie niepospolitą kobietę.

Otto bowiem otrzymał majątek od ojca z okazji swojego ślubu z panną Elisabet Steppuhn z Łękajn (Landkeim).

Elisabet była twórczynią pierwszego na terenie Niemiec Związku Kobiet Wiejskich (stało się to   22.02.1898r). Celem podstawowym owego związku było przede wszystkim kształcenie kobiet wiejskich i umożliwienie im wymiany doświadczeń. Na tym nie koniec, bowiem Związek także zajmował się dystrybucją przetworów. Elisabeth była organizatorką sieci szkół dla kobiet na terenie całych Niemiec. Szkoły te miały za zadanie przygotowanie kobiet do prowadzenia gospodarstw domowych. Idea się przyjęła tak w Europie jak i za oceanem. Z tego ruchu także w Polsce wyrosły Koła Gospodyń Wiejskich.

W 1911 Boehmowie byli zmuszeni sprzedać majątek i przenieśli się do Królewca. Powodem decyzji była choroba Otto. To jednak nie spowolniło działalności Elisabet. Z własnych funduszy powołała fundację, która otworzyła w jednej z dzielnic Królewca szkołę dla gospodyń domowych i kobiet wiejskich (Szkoła im. Księżniczki Cecylii w Koenigsberg-Metgethen).

Czasy, w których działała pani Boehm były dość trudne dla kobiet – w sensie społecznym były bowiem tylko dodatkiem do mężczyzny. Oczekiwano od nich (w dużym uproszczeniu) pracowitości, dobrego wychowania i zdolności dania następcy/dziedzica.

Znakiem rozpoznawczym Związku Kobiet Wiejskich była pszczoła. Nie tylko dlatego że pszczelej pracowitości wymagano od kobiet na wsi, ale też dlatego, że pracowicie i systematycznie Związek starał się zmienić mentalność kobiet by z potulnych bezwolnych (żeby nie powiedzieć wręcz bezmyślnych) robotów pracujących w gospodarstwie, stały się świadomymi towarzyszkami swoich mężów. Z dzisiejszego punktu widzenia – nic nadzwyczajnego. Wtedy to niemal rewolucja!

I tę rewolucję doceniono w roku 1913. Otóż podczas wizyty cesarzowej Wiktorii w Królewcu w jednej ze szkół Boehmowej – Elisabet została odznaczona przez cesarzową srebrnym medalem. Jak doceniono „pracę u podstaw” dawnej właścicielki Garbna – świadczy fakt iż  w roku 1920 powołano w Rządowych Izbach Rolniczych referaty d.s. praktycznego kształcenia kobiet wiejskich. W roku 1929 Elisabeth Boehm otrzymała od Uniwersytetu w Królewcu doktorat honoris causa i honorowe obywatelstwo miasta. Elisabet zmarła w roku 1943 w Halle.

Pod koniec wieku XX – w roku 1993 podobizna Elisabet znalazł się na jednym ze znaczków poczty niemieckiej w serii „Sławne kobiety”.

W roku 1998 na ścianie dworku w Garbnie zawisła tablica poświęcona tej wyjątkowej kobiecie. Dodam, że nie tylko mądrej ale i pięknej 🙂

A co z Garbnem ?

Ano… W roku 1911 nabył go Erich Schultz-Fademrecht. Był znanym hodowcą koni pociągowych dla wojska i rolnictwa. Gospodarował tam do stycznia 1945r. będąc zarazem ostatnim wójtem tej miejscowości.

A potem przyszedł a może raczej przeszedł front i nastały… znowu nowe czasy w historii. Czy to już ostatni zakręt historii tego miejsca?

I wcale bym się o tym wszystkim nie dowiedziała, gdyby nie wpadła mi w ręce „Gazeta w Kętrzynie” z roku 2006, gdzie jest świetny artykuł Mariusza Kwiatkowskiego o tej niezwykłej kobiecie.

Wystawa w Wiadomym Zamku…

Wspomniałam o wyjątkowej sesji naukowej – a tymczasem w Moim Zamku Wiadomym trwa…

„W dniach 26.06-12.09.2010 Muzeum Zamkowe w Malborku przygotowało niepowtarzalną wystawę, która ma na celu uświetnienie dwóch jubileuszy: 700-lecia przeniesienia siedziby wielkiego mistrza Zakonu Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego z Wenecji do Malborka (1309-2009) oraz 600-lecia bitwy pod Grunwaldem.”

A tu odnośnik na stronę Zamku…

I bezwzględnie zachęcam do odwiedzenia wystawy – choćby dla samego dzwonu z Miłoradza… Czy dla samej Kaplicy Św. Anny…

Drewniania stela nagrobna z Morąga

Znajomy Muzealnik popełnił bardzo ciekawy artykuł w „Okolicach Ostródy”. Wydawane są owe „Okolice…” przez Burmistrza Miasta Ostródy i Oficynę Wydawniczą „Retman”.  I tu pozwolę sobie na prywatny wtręt  –  Redaktor Naczelny Oficyny bardzo nam (czyli Desantowi Gdańskiemu) pomógł w przygotowaniach do „zdobycia” Warmii i Mazur.  Miło więc, że ten świat jest taki mały. 🙂

Wracając do artykułu – Muzealnik opisał w nim stelę nagrobną.

No i świetnie – można by powiedzieć –  mało to steli spotykamy na co dzień (mówię tu zwłaszcza o nas – przewodnikach mających kontakt z Mennonitami).

Stela z Morąga jednak nie przypomina żadnej z dotychczas widzianych – i jest „zagwozdką”. Owszem, na upartego można ją próbować porównywać z tablicami z Barcic, czy stelą z Muzeum w Nowym Dworze Gdańskim.  Ale…

Oddaję głos Autorowi.

Zanim jednak „wkleję” skany artykułu (dziękuję za pozwolenie) raz jeszcze gratuluję!

I nie muszę chyba dodawać, że mam nadzieję, iż to początek całej serii artykułów… 🙂

(przepraszam za podkreślenia, bo wiem, że niektórych to oburza. Ale tak wyglądają książki czytane i używane.  I dla mnie są bardzo cenne. Dlatego nigdy ich nikomu nie pożyczam)

Płyta w kościele… Kwietniewo

Tak sobie myślę, że mimo iż Zagwozdka (czyli domniemany Finckenstein na obrazie Lady M.) nie zostanie prawdopodobnie nigdy rozwiązana, na brak zagadek nie mogę narzekać 😉

Otóż od jakiegoś czasu (dość niemrawo wprawdzie, ale jednak) – zabieram się za Loitzów…

A to za sprawą płyty nagrobnej z Kwietniewa:

Lewa heraldyczna - Loitz, prawa - Rawicz...

Jedyne co mi przychodzi do głowy to Zofia Loitzówna (córka Hansa III i Elżbiety von der Osten z Płotów)  i Szymon Bahr z Gdańska… (1578)

I znowu pytanie – co kto wie?

Bo ja na razie nawet nie mam kiedy zająć się poszukiwaniami…

Życie przewodnika wbrew pozorom to wariactwo. I nie ma mowy o spokojnym „szperaniu” w bibliotekach… 😉

Płyta w kościele… Pasłęk

Przy sposobności lektury forum sercemazur.pl (dział: Płyty nagrobne z kościołów i kaplic) przypomniałam sobie wizytę w Pasłęku.

Ciemno i aparat nędzny, ale to co uchwyciłam – prezentuję poniżej.

Może ktoś wie czyja to płyta ???

płyta pasłęcka

Detal płyty

Jesienna Święta Lipka

Pośród wspaniałych jesiennych kolorów przyrody zza łuku drogi ukazała się Święta Lipka. Nie powiem, żeby to było jakieś zauroczenie i zachwyt od pierwszego wejrzenia.

Pierwsze wrażenie świętolipskie

Mało tego, ja w ogóle nie przepadam za barokiem. A może powinnam raczej napisać to w czasie przeszłym… Kiedyś głębokim niesmakiem napawały mnie te wszystkie małżowiny i chrząstki. Przepraszam A.P. – ale wreszcie wzięłam się na odwagę, żeby to wyznać publicznie J. Słuchałam zachwytów nad barokiem mojej Drogiej Koleżanki A.P. z wielkim zdumieniem. Jak można widzieć cokolwiek pięknego poza gotykiem.

Aż w końcu… zostałam przewodnikiem po województwie warmińsko-mazurskim.

No i zaczęło się – gdzie się nie ruszyłam, tam barok. Jak nie kościół, to kaplica czy chociaż ołtarz … I jeszcze wspaniała narracja J.S. o Kaplicy Szembeka we Fromborku.

Postanowiłam więc przyjąć zasadę stosowaną w Afryce przy mrówkach faraona: nie da się wytępić, trzeba pokochać. No może z tym uczuciem to przesada, ale zaczęłam zauważać urodę architektury barokowej.

No i tak trafiłam do Świętej Lipki.

Akurat może nie najpiękniej trafiłam, bo w czasie remontów wielkich. Na tle tego remontowego rozmachu, jakże smutno wygląda Krosno koło Ornety (widać, nie ma tej siły przebicia – a niemniej piękne, ba! wręcz bardziej eleganckie).

Moje ulubione Krosno k. Ornety

Święta Lipka ze strony internetowej: http://www.swlipka.org.pl                oczywiście zdjęcie już nieaktualne, bowiem Św.Lipka odzyskała koloryt historyczny. Daleko bardziej „adekwatny” niż ten poprzedni i szczerze powiedziawszy – znacznie ładniejszy 😉

To, jednak co w Świętej Lipce obecnie można zwiedzać, to nie pierwsza świątynia w tym miejscu.

Wszystko zaczęło się od …

No właśnie – ma Gdańsk swoją legendę o Pięknej Madonnie (o niej, kiedy indziej) – podobną ma Święta Lipka. W obu przypadkach skazańcowi w lochu ukazuje się Madonna, następnie skazaniec rzeźbi figurkę Madonny z Dzieciątkiem i w obu legendach – więzień zostaje ułaskawiony (czy jak chcą niektórzy – uniewinniony). Świętolipska Madonna została przez ułaskawionego z lochów kętrzyńskich zawieszona na lipie przy drodze wiodącej z Kętrzyna do Reszla. Szybko zasłynęła z cudów. Wkrótce wokół niej wybudowano kaplicę, którą opiekowali się krzyżaccy księża. A więc legenda znajduje umiejscowienie w czasach Panów Pruskich. Ciekawe – że i ta gdańska także… (Świętolipska tradycja została spisana w roku 1626 r.).

Do świętolipskiej kaplicy odbywano liczne pielgrzymki – i jednym z pielgrzymów był sam wielki mistrz Albrecht von Brandenburg-Ansbach. Jak wieść gminna niesie szedł na piechotę z Sępopola (do którego zjechał z Królewca). I szedł aż 4 mile!

(Czyli 30 kilometrów – bo mila pruska to jakieś 7,5 km. Wynika z tego, że musiał iść na skróty, bowiem z Sępopola do Św. Lipki jest około 36 kilometrów, ale pewnie się czepiam.)

Pierwsza kaplica została zniszczona w XVI wieku podczas reformacji. I jak mi powiedziano – w miejscu po zburzonej kaplicy i wyciętej lipie została ustawiona szubienica.

I może by tak zostało, gdyby nie niejaki Stefan Sadorski z Legin (jesteśmy już w wieku XVII). Otóż, udzielał się – jakbyśmy to dzisiaj nazwali – społecznie na rzecz Kościoła. Spotkamy go w otoczeniu biskupa warmińskiego Szymona Rudnickiego. Biskup miał ambicję odbudowy, czy raczej pobudowania nowej kaplicy świętolipskiej w miejscu zniszczonej przez protestantów. Jednakże na przeszkodzie tej ambicji stał Otto von der Gröben – właściciel włości, w obrębie których leżała Święta Lipka. Jako kalwin wcale nie był zainteresowany postawieniem kościoła katolickiego (Święta Lipka leży już poza Świętą Warmią, nieopodal granicy wprawdzie, ale jednak poza…). Kiedy starania biskupa nie przyniosły skutku, na scenę wkroczył nasz działacz – Stefan Sadorski, będący sąsiadem Gröbena.

W tym wypadku Otto z pewnością nie zgodziłby się ze słowami piosenki „jak dobrze mieć sąsiada”, bowiem stał się niejako obiektem ataków… epistolarnych. Niewątpliwie za sprawą Stefana (sekretarza królewskiego zresztą…) listy szły od biskupa Jakuba Zadzika – biskupa i sekretarza królewskiego, od samej królowej Konstancji, królewicza Władysław, a w końcu – od samego króla Rzeczypospolitej Obojga Narodów – Zygmunta III Wazy.

Po takim zmasowanym ataku, Otto najpierw sprzedał drogiemu sąsiadowi 3 morgi ziemi – w miejscu dawnej kaplicy. Po dwóch latach sprzedał całość – czyli 5 łanów*. Wszystko dlatego, że Sadorskiemu nie wystarczyły owe 3 morgi. I nie mogły wystarczyć. Bowiem do uzyskania pozwolenia na budowę kaplicy należało być właścicielem całych włości, by mieć prawo patronatu nad wszystkimi kościołami tamże.

Transakcja została przeprowadzona 12 kwietnia 1619 roku (rok ów jest także rokiem przejścia von der Gröbena na katolicyzm). Budowa kaplicy świętolipskiej na ruinach poprzedniej musiała postępować szybko, skoro już listopadzie tego samego roku biskup Rudnicki mógł dokonać konsekracji. Nową-starą kaplicę oddano pod opiekę jezuitom. Jako, że pielgrzymów przybywało i nie mieścili się w kaplicy – w roku 1688 postanowiono o przebudowie. Przedsięwzięcie nie było łatwe, bowiem teren budowy trzeba było ustabilizować – czyli spalować. Założono więc około 10 tysięcy pali olchowych i przystąpiono do budowy. I trwała ona właściwie do lat 20-tych XVIII wieku. Powstała w ten sposób trójnawowa bazylika z krużgankami.

Wśród artystów pracujących nad pięknem nowego kościoła można znaleźć nazwiska powtarzające się także w innych miejscowościach Prus (obecnego województwa warmińsko-mazurskiego).

Między innymi – rzeźbiarz Krzysztof Perwanger, autor rzeźb na zachodniej fasadzie założenia. Perwanger był z pochodzenia Tyrolczykiem, ale mieszkał w Tolkmicku, gdzie burmistrzował. Był także piwowarem, które to zajęcie dawało niezły dochód. Niekiedy mawia się, że był lepszym rzeźbiarzem niż burmistrzem – ale to z pewnością plotki.

Spotkamy też w Świętej Lipce, znanego nam z Fromborka czy Wozławek, malarza Macieja Jana Meyera. To on wprowadził złudzenie optyczne dla symulacji elementów architektonicznych w swoim malarstwie.

Próbka talentu K. Perwangera ze Stoczka Klasztornego

Mayerowe polichromie świętolipskie

Kratę – przepiękną kratę świętolipską – wykonał Jan Schwarz z Reszla. Brama przez niego wykuta (około 4,5 tony), miała swój występ w Warszawie w roku 2003, kiedy to po konserwacji została „wystawiona” na dziedzińcu Zamku Królewskiego w Warszawie. Koronkowa niemal robota mistrza kowalskiego z Reszla do dzisiaj wzbudza zachwyt. Prace Schwartza nad bramą trwały 2 lata (1731-1733) a potem jeszcze rok zabrał montaż na dębowej konstrukcji. Tę zastąpiono po II wojnie konstrukcją betonową.

Schwartzowa koronka w obrzydliwej zieleni

Do pełni wrażeń należy dodać Świętolipskie Wieczory Muzyczne, jakie odbywają się każdego lata, a także prezentacje organów dla turystów. I tutaj na pewno mogłabym zostać posądzona o stronniczość, ale … organy oliwskie, czy fromborskie, brzmią „huczniej”. Niemniej jednak warto posłuchać prezentacji, by mieć porównanie.

Warto też zauważyć wyjątkowość bazyliki świętolipskiej. Jako dzieło barokowe, dojrzałe, plasowane jest w tzw. ścisłej czołówce architektury barokowej w Polsce. Wymieniana jest jednym tchem wraz z przepyszną farą poznańską, czy zachwycającą akademicką Św. Anną w Krakowie.

Organy świętolipskie

A co się stało z Otto von der Gröbenem?

Ano – wstąpił na służbę u króla Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Został jego „mężem zaufania” w Prusach, a wkrótce także sekretarzem. Ze służby odszedł już w czasach panowania Władysława IV. Po wycofaniu się ze służby królewskiej wrócił do swojego majątku w Jeżewie. Dla Świętej Lipki ufundował ołtarz boczny, a do pobliskiego reszelskiego gimnazjum jezuickiego przekazał swoją bogatą bibliotekę. Zmarł w Jeżewie i pochowany został w Reszlu – w kościele jezuickim (obecnie Cerkiew Przemienienia Pańskiego).

Niegdyś kościół jezuicki w Reszlu – obecnie Cerkiew Przemienienia Pańskiego, gdzie znaleźli ostatni spoczynek sąsiedzi

Tam też – ale 4 lata wcześniej pochowany został jego drogi sąsiad, Stefan Sadorski.

I to właściwie koniec o Świętej Lipce. Bo nie mam na razie miejsca na blogu, aby wstawić film z nagraniem koncertu, czy raczej prezentacji organów. O nich nie wspomniałam, ale specjalnie – bowiem to osobny temat! I niezmiernie ciekawe porównanie prezentacji organowych w Świętej Lipce, Fromborku i katedrze oliwskiej. Ale o tym kiedy indziej.

Poniżej parę detali świętolipskich

Znalazłam w sieci próbkę brzmienia świętolipskiego (jakość taka sobie, ale wklejam bardziej dla dźwięku):

http://www.youtube.com/watch?v=4DhTktptAak&feature=related

*1 morga pruska – tzw. duża – to około 0,5 hektara,

1 łan to 30 mórg, a to z kolei mniej więcej odpowiada 17,955  hektara,

Z rozpędu podaję inne łany:

1 łan (huba) pruska 16,5 ha (~30 mórg = 66 pruskich mórg)

1 łan warmiński        17,3387 ha (Prusy (~30 mórg, ~ 67 pruskich mórg)

1 łan olecki                15,648 ha (Prusy Wschodnie 1720)

http://www.olecko.info/index.php?option=com_content&view=article&id=82:olecka-ws&catid=18:historia&Itemid=34

Stoczek Klasztorny

Ponieważ zima w pełni i nie zapowiada się, by odpuściła tak szybko – robię remanent wśród zdjęć. W taki sposób nieco słońca wpuszczam do domu. Wśród tych wszystkich moich zdjęć – są takie, do których wracam chętniej niż do innych. Warmia! Święta Warmia.

Oto Stoczek zwany Klasztornym. Miejsce wyjątkowe. Pośród „nigdzie”, nagle wyłania się bryła zabudowań klasztornych.

Oto ZDJĘCIA tego miejsca na skrzyżowaniu Nigdzie z Donikąd.

Wieś Stoczek związana jest z Ornetą – osobą założyciela – biskupa Hermana z Pragi. Dzisiaj próżno by jednak szukać jego śladów. Mieści się tu jedno z licznych warmińskich sanktuariów maryjnych. Jego powstanie wiąże się z polityką i to ściśle się wiąże. Otóż w XVII wieku północne krańce Rzeczypospolitej trapione były „wizytami” szwedzkimi. Także Warmii nie ominęli. W końcu, w roku 1629 zawarto rozejm  w Starym Targu. Na sześć lat. Powszechnie obawiano się, iż po upływie tego czasu znowu kraj nawiedzą wojska. Bano się tak samo obcych jak i swoich. Cóż… Wojna, to wojna!

Biskup warmiński – ówcześnie panujący – Mikołaj Szyszkowski znany był ze swojego szczególnego nabożeństwa do Maryi Panny. W obliczu niepewnej sytuacji politycznej – biskup „powziął był ślub”, iż jeśli uda się wojny uniknąć – postawi Matce Boskiej kościół. W roku 1635 w Sztumskiej Wsi zawarty został kolejny rozejm ze Szwecją – tym razem na 26 lat.  A skoro przedłużono okres pokoju – biskup uznał to za dobrą wróżbę i… wypełnił swój ślub. Miejsce pod kościół wybrano nieprzypadkowo. Ale aby doczytać całą historię do końca odsyłam na stronę sanktuarium.

Minęło parę wieków – i w latach 1953 -1954 więziono tu kard. Stefana Wyszyńskiego. Jego celę można zwiedzić, wystarczy zadzwonić. Dzwonek znajduje się przy drzwiach.

Obecnie Stoczkiem opiekują się księża Marianie. Zakon, został założony w wieku XVII, i jest pierwszym, jaki powstał na ziemiach polskich.

Stoczek dzisiaj to przede wszystkim ciekawa bryła architektoniczna, i dzieła sztuki godne co najmniej odnotowania. No i ta ambona!!!! Żelazne dzieło kowala z Dobrego Miasta Hermana Katenbringka. Jeszcze jedno jego dzieło spotkamy – w Głotowie!!!