Siostra Alicja z Wejherowa

Jako, że dzisiaj jest 1 listopada, i tradycją jest wspominanie zmarłych, postanowiłam i ja wspomnieć.

O nikim z Rodziny – bo o nich myśli się często. Zwłaszcza, jeśli na te myśli – szczególnie ciepłe – zasługują.

Napiszę o kobiecie nietuzinkowej.

O zakonnicy.

O siostrze Alicji Kotowskiej z wejherowskiego klasztoru Sióstr Zmartwychwstanek.

Moja fascynacja tą osobą zaczęła się parę lat temu, kiedy zaproponowano mi współprowadzenie wycieczki szkoleniowej PTTK wraz z dwoma Kolegami – wspaniałymi Przewodnikami. Jako, że tak Jarek jak i Tomasz są żywym zaprzeczeniem obiegowej opinii o przewodnikach monotonnie klepiących bzdury, wiedziałam, że poprzeczka została zawieszona niezmiernie wysoko…

Zawsze staram się pojechać w teren, po którym mam oprowadzać, tak by wiedzieć jak najwięcej. Tak też i zrobiłam wtedy. Dionizy – jako rasowy Pół-Przewodnik (tak nazywamy w naszym przewodnickim żargonie naszych współmałżonków…) zapakował jakieś kanapki, parasol (lało, jesień była jakaś taka mokra i zimna), jakiś termos z gorącą kawą i ruszyliśmy…

Wiedziałam, jaki mam teren do opracowania, bowiem z Kolegami podzieliliśmy nasz wyjazd na trzy części narracyjne. Mnie przypadła, między innymi, Piaśnica.

TA Piaśnica…

–           *          –

Czas jakiś temu wysłuchałam w radio audycji p.t. Alicja już tu nie mieszka. Rzecz było a siostrze Alicji Kotowskiej. Błogosławionej Alicji Kotowskiej. Dla kogoś, kto nie zna historii Siostry i niewiele wie o tym, co stało się tu, na Pomorzu w listopadzie 1939 roku – audycja nie mogła wystarczyć. Nie mogła też oddać całego tak zwanego ducha tamtych czasów i miejsca. Dla kogoś, kto nie ma tutaj swoich korzeni, to jedno z wielu miejsc martyrologii…

Wiedząc, iż w autokarze będzie większość bądź to potomków osadników powojennych bądź wręcz tych, którzy tu przyjechali po 1945 roku, zastanawiałam się, jak oswoić dla nich to miejsce.

Miejsce trudne, a znane tu, na Pomorzu przeważnie ze sloganów typu:

„Miejsce martyrologii Polaków w czasach wojny”,

„Masowe groby bestialsko pomordowanych”,

„12 tysięcy zamordowanych przez hitlerowców”.….

Od czasu do czasu słyszymy w środkach masowego przekazu, że jakaś delegacja złożyła tam kwiaty, i tyle…

Minęło wiele lat od tamtych chwil i rzadko zastanawiamy się nad głębszym znaczeniem owych sloganów.

Wystarczy jednak wybrać się na miejsce – tu, do Piaśnicy – 10 km na płn od Wejherowa, przy drodze na Krokową.

Ogranie nas wspaniały las, porastający piaśnicki sandr.

Parę słów wyjaśnienia geograficznego: piaśnicki sandr – to równina piaszczysto-żwirowa na zachodnim krańcu Kępy Puckiej. Równina ta wznosi się na ok. 60-80 metrach nad poziom morza i odwadniana jest przez rzekę – Piaśnicę. Ma ona ma długość 28,6 km a dorzecza wielkości 325 km2. Bierze swój początek w śródleśnym jeziorku Sobór, 2,5 km na płd. od wsi Mała Piaśnica, około 6 km na płn. zach. od Wejherowa… Następnie płynie przez Puszczę Darżlubską, (czyli także przez Piaśnicę) i dalej przez Jezioro Żarnowieckie by ujść do morza w Dębkach.

Piaśnica, to wciąż jednak najczęściej jedno z typowo rocznicowych miejsc na mapie. I tyle.

Ale, jeśli się wejdzie w las nieopodal pomnika, i ruszy spacerkiem przed siebie – otwiera się inna przestrzeń.

Oswajanie leśnego miejsca to właśnie spacer, zbieranie liści, zaglądanie do norek w ziemi w poszukiwaniu krasnoludków czy leśnych elfów… Tu jednak elfów nie ma. Uciekły porażone grozą.

Tylekroć tu bywałam z kwiatami na 11 listopada, stałam nad grobami i zastanawiałam się nad tym tylko, czy w domu czeka na mnie obiad, czy zdążę jeszcze na jakieś spotkanie…

Tym razem, kiedy tu zajechałam, żeby to miejsce „oswoić”, zdałam sobie sprawę, z faktu, że nigdy tak do końca nie pojmowałam tego miejsca. No, bo kiedyś przyjeżdżałam tylko do MIEJSCA, teraz przyjechałam do LUDZI…

Do Alicji Kotowskiej z wejherowskiego Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstanek – zarazem dyrektorki tamtejszego żeńskiego gimnazjum, odznaczonej Krzyżem Orderu Polonia Restituta za działalności w czasie I wojny…

Do Witolda Kukowskiego z Kolibek,

Do Zakładników Gdyńskich,

Czy wreszcie do dzieci tu zabitych.

Także do księdza z Leśniewa, który tutaj odprawiając mszę w 1992 roku, zmarł na serce.

–           *          –

Odszukaliśmy z Dionizym grób siostry Alicji. Łatwo go znaleźć,  zawsze są na nim świeże kwiaty.

–           *          –

Urodziła się w Warszawie, w roku 1899 – w kochającej rodzinie. Musiała to być rodzina kochająca się, skoro ojciec nazywał swoją żonę „ósmym cudem świata”. Marylka (bo tak się nazywała siostra Alicja, zanim została zakonnicą) była uczennicą zwyczajną. Były i piątki na świadectwach i trójki całkiem nędzne. Kiedy zaczęła studia, była to medycyna. Jednak przerwała je, bo wstąpić do zakonu – właśnie Zmartwychwstanek. Rodzice, aczkolwiek bardzo wierzący, byli zszokowani jej decyzją. Ale, jak mówi tradycja rodzinna, po wielu dyskusjach uszanowali jej decyzję. Przekonała ich dojrzałość, z jaką wytłumaczyła swój krok. Wróciła na studia – tym razem obierając kierunek matematyczno-przyrodniczy.

Magisterium obroniła pracą z chemii poświęconą badaniom ebulioskopowym.

(Ebulioskopia to zespół metod fizykochemicznych stosowany w tzw. ebuliometrach do bardzo dokładnego pomiaru temperatury wrzenia układów jedno- i wieloskładnikowych; również do oznaczania masy cząsteczkowej związków chemicznych, stopnia czystości cieczy, rozpuszczalności substancji).

Ponadto ukończyła seminarium nauczycielskie i po stosownych egzaminach została dyplomowanym nauczycielem szkół średnich.

Wspomniałam, że została odznaczona Krzyżem Orderu Polonia Restituta za działalność szpitalną w czasie I wojny światowej. Wiele zakonnic działało w czasie wojny, ale nie każdą odznaczano TAKIM odznaczeniem.

Mają Anglicy swoją Florence Nightingale, nie wiem, czemu my nie mówimy o S. Alicji.

Kiedy została przeniesiona, do Wejherowa, objęła stanowisko bardzo odpowiedzialne, bo została mianowana dyrektorem Prywatnej Szkoły Powszechnej i Żeńskiego Gimnazjum Ogólnokształcącego, i powierzono jej również kierowanie Prywatnym Przedszkolem i internatem dla dziewcząt. Specyfika tego stanowiska polegała na tym, że to gimnazjum upadało. I tak naprawdę, gdyby to się działo dzisiaj, pewnie by szybciutko je zamknięto – jak to się czyni w imię wyższych celów…

Pod rządami Siostry Alicji nastąpiło odrodzenie szkoły.

Czasem – kiedy mówimy o zakonnicach, mamy tendencje do pokpiwania z tych, jak mawiamy, „pingwinów”. Nie wszystkie są wysokich lotów intelektualnych i tylko bardzo nieliczne mają charyzmę. Siostra Alicja była  jedną z tych bardzo nielicznych.

Nie była zakonnicą, w potocznym tego słowa znaczeniu. Oczywiście – nosiła habit i czarny różaniec ( i po tym też poznano jej szczątki w tym grobie). Ale poza tym, przede wszystkim była osoba wykształconą i bardzo inteligentną!! Była  doskonałym pedagogiem, intuicyjnie wyczuwającym chwilę i dozę pedagogiki! No i jeszcze jedno – niebagatelna sprawa – jako osoba wychowana w kochającym się domu, była pogodna i miała duża dozę poczucia humoru.

W tym kontekście słynna stała się sprawa tajemniczego listu Siostry Alicji… Listu, jaki dosłownie sfrunął z nieba do klasztornego ogrodu. Ten list, zrzucony z samolotu właśnie przez Siostrę Alicję, podczas przelotu nad Wejherowem, stał się powodem wojskowej interwencji – przeszukania. W liście były ” Pozdrowienia z Nieba”, i podpisy paru sióstr, w tym Siostry Dyrektor…

Skąd wiem, że była pogodna? Otóż, nad jej grobem zastałam parę kobiet. Podeszłam i zapytałam, czy ją znali. Starsza z kobiet uśmiechnęła się i to bardziej oczami. Odparła twierdząco. A jaka była…, tu kobieta zamyśliła się na chwilę, po czym z uśmiechem w oczach powiedziała, że była ŻYWA. Nie pytałam o więcej, bo nie bardzo wypadało. Ale już wiedziałam, jaka była Marylka-Alicja. Nie dziwię się, że przepadały za nią jej współtowarzyszki i uczennice.

Została aresztowana przez Gestapo 24 października a 11 listopada  wraz z innymi więźniami wejherowskiego więzienia – rozstrzelana w lesie piaśnickim. Powodem aresztowania była zwykła ludzka zdrada. Zdrada  woźnego…  To on na polecenie Siostry Dyrektor zakopał w ogrodzie klasztornym precjoza zakonne. A następnie doniósł o tym „gdzie trzeba”.

Ciekawa jestem tylko, co stało się z owym woźnym, owym Franciszkiem Prangą (nazwisko tak znane i popularne na tych terenach! )  No więc, nie wiem, co się stało z owym człowiekiem, który ją przeskarżył na Gestapo. To przecież przez niego tutaj zakończyła swoje życie.  Gdyby nie on, Siostra w listopadzie 1939 roku skończyłaby 40 lat.

Więcej o Siostrze Alicji i o zbrodni w Piaśnicy:

http://pielgrzymka1.w.interiowo.pl/z94.htm

http://pl.wikipedia.org/wiki/Zbrodnia_w_Pia%C5%9Bnicy

http://orka2.sejm.gov.pl/IZ5.nsf/main/13E2D652

http://brewiarz.pl/czytelnia/swieci/11-11c.php3

Jesienne dygresje

Lato wprawdzie dawno się skończyło, ale sezon wycieczkowy wciąż trwa. Różne Fromborki, Torunie, Warmie, czy inne Malborki…

No właśnie… z czym mi się kojarzy Malbork?

Z gdaniskiem i rozstrojem żołądka. Nagłym i niepohamowanym rozstrojem żołądka.

Ciemność, zima, zadymka, dzień przedtem Krzyżacy mieli kolejne starcie z niepokornymi Prusami. Udał się nadspodziewanie. W opuszczonym siedlisku można było znaleźć dobra różnego, co niemiara. Najedli się więc łakomi zdobywcy do syta.

Cóż z tego, skoro nazajutrz z rana, do gdaniska, ciągnęła długa i smętna kolejka skulonych postaci. Chyłkiem przemykali zbolałym truchcikiem ku zamkowemu wychodkowi, trzymając się za brzuchy.

I ten wątek historyczny wykorzystywał mój Ojciec, w swoich opowieściach o zamku, kiedy już nie chciałam dalej zwiedzać…

Pytanie: ”wyobrażasz sobie, co się działo, gdy takiego nagle przestraszono w drodze do wychodka…” – do dzisiaj wzbudza we mnie tkliwe uczucia w stosunku do, bądź, co bądź, niemal odwiecznego wroga części moich przodków. No, bo jak tu takiemu nie współczuć, gdy pędzi przepełniony nie tylko żądzą podbojów wszelkich – pędzi ciemnym korytarzem – wypatrując znajomych sylwetek wychodków – a tu nagle, tuż za zakrętem, zza wyłomu w murze wyskakuje postać w bieli: „hu!” – donośny okrzyk – miesza się z pełnym rozpaczy jękiem nagle zatrzymanego, delikwenta… I ten nagły a charakterystyczny zapach, jako dodatek do jęku…

PICT2422
korytarz do gdaniska

Długi, niczym Golgota, korytarz do gdaniska, sam w sobie nasuwa skojarzenia tak jednoznaczne, że nie sposób myśleć o niczym innym. Także figurka diabełka, przed wejściem do korytarza nasuwa tak jednoznaczne  skojarzenia,  że  po  drodze  rozmowa  sama  z siebie schodzi na jeden nieśmiertelny temat.

Ale, ja wcale nie chciałam od tego zacząć. Chciałam zacząć od zupy szczawiowej z jajkiem. Nie dla efektów spożycia takowej, broń Boże. Jedynie dla doznań estetyczno-kolorystycznych.

W Muzeum Narodowym w Gdańsku, znajdują się części zastawy nieborowskiej. Nie jest to najładniejsza zastawa na świecie (niezbicie dająca dowód tezie, iż o gustach się nie dyskutuje…), ale najważniejsze, że ocalała w czasach „równości”.

Ta właśnie zastawa nieodmiennie kojarzy mi się z zupą szczawiową z jajkiem. Taką, jaką jadłam w dawnych dobrych czasach w rabczańskiej stołówce szkolnej. Zupa była zielona i gęsta a po środku majestatycznie pływało jajo.  Zieleń zupy niekoniecznie przywodziła na myśl skojarzenia kulinarne, ale smak miała wyśmienity. I taka zupa od lat nieodmiennie przychodzi mi na myśl przy gablocie z teryną z Nieborowa. Może dla tej zieleni, użytej w ozdobnikach, może przez przekorę.

Zagalopowałam się, a przecież zaczęłam od Malborka.

Malbork istniał w moim życiu od zawsze i to o różnych porach roku.

Najwyraziściej istniał jesienią, jeżeli tylko mojemu Ojcu udawało się wrócić z rejsu albo jeśli akurat całą rodziną byliśmy w Polsce…

Wtedy cały zamek był nasz, bo przewodnika nie potrzebowaliśmy – mój Ojciec od przedwojnia znał zamek i ciekawostki o nim.

I tak to trwało latami, aż w końcu – będąc  już na studiach – dostrzegłam w zamku wspaniałe miejsce na wagary. Pociągi wtedy jeszcze kursowały normalnie, pogoda –  jak zwykle – wagarowiczom sprzyjała; a na uczelni zapowiadał się kolejny nudny dzień… Zamek okazywał mi swą gościnność, dając schronienie.

Któregoś wszakże dnia, kiedy wychodziłam zmordowana pokonanymi  schodami i korytarzami, przed główną bramą zauważyłam pana w kurtce w zieloną kratkę. Siedział na murku przed bramą i zapalał właśnie papierosa. Znałam tego pana…

„Tata?” Pochyliłam się zdumiona ku niemu. „Co ty tu robisz?”

„No, ileż można na ciebie czekać.” Odparł mój Tato – bo to był oczywiście on. Jedyna osoba na całym świecie, która wiedziała, gdzie szukać swojego dziecka na wagarach…

Przyjechał po mnie, bo w domu był jakiś najazd gości, moja Matka zarządziła obecność domowników i kategorycznie zażądała sprowadzenia mnie z uczelni. Myśli o wagarach nie dopuszczała do siebie, zresztą za coś takiego groziłaby mi męka piekielna w postaci wysłuchiwana tzw. szkolenia ideologicznego w wykonaniu mojej matki – przez następne pół roku.

Mój nieoceniony Ojciec wziął więc na siebie trud sprowadzenia mnie do domu. Kiedy pojechał na uczelnię, usłyszał tam, że widywana jestem na Wydziale rzadko, i że jeżeli chce mnie spotkać, to musi poczekać do kolokwium lub do egzaminów, albo łapać mnie w domu… W domu, to akurat mnie nie było, o czym mój  Tato doskonale wiedział. Po obdzwonieniu zaprzyjaźnionego portu wojennego, rodziny w Krakowie, tudzież znajomych w Toruniu, zaryzykował Malbork…

Muszę nieco uwagi poświęcić mojemu Ojcu. Kapitan Żeglugi Wielkiej.  Człowiek o bardzo szerokich zainteresowaniach. Czasem nazywałam Go Człowiekiem Renesansu – bowiem co i rusz zaskakiwał  swoją wiedzą. A poza tym – był Przyjacielem, jakiego nie każdy miewa w życiu.

Nie żyje od wielu lat …

Niemniej jednak musi przebywać niedaleko nas gdyż od czasu do czasu Jego obecność odczuwam szczególnie mocno.

Kiedy w czasie bardzo zimowej zimy, jakiś czas temu wybierałam się pobiegać na nartach, moje Starsze Dziecko (wtedy uczeń szkoły podstawowej) oznajmiło mi, że ze mną nie pójdzie, bowiem obawia się wilków śnieżnych.

Wilki śnieżne, jak dowodził, mają to do siebie, że skradają się spod śniegu i znienacka wciągają narciarza z całym oporządzeniem pod ów śnieg, do jamy, czy nory – nie pamiętam już jak to „leciało”… Oczywiście pożerają tego narciarza od razu i chyba w całości, tu Dziecko się zawahało, bo nie był pewny. Nawet jednak, jeżeli nie pożerają, to na pewno rozszarpują…

A wszystko to prawie w centrum Sopotu, na Łysej Górze, pośród kłębiącego się dziko tłumu.

„Dziecko, czyś ty oszalał, skąd taki pomysł”- oburzyłam się,” Kto ci takich kocopołów naopowiadał”

Moje Dziecko z podejrzanym ogniem w oczach broniło swojej teorii, aż mnie nagle tknęło, „Dobra… to dziadek Wojtek Ci naopowiadał te historie…”

„Skąd wiesz?” Dziecko zdziwiło się trafnością mojego domysłu.

„A hasło kopyta końskie, to co? Ja Twojego Dziadka znałam dłużej niż ty… Przecież ja byłam jego córką”

„Ciebie też robił w trąbę?” zapytał Syn z nadzieją w głosie.

„W dużą jerychońską niklowaną i koncertową trąbę” odparłam i opowiedziałam mu, jak przez wszystkie lata naszej znajomości i przyjaźni mój Tato wmawiał mi, że przyprawa MAGGI robiona jest z kopyt końskich, i jak to dopiero Babcia Gosia pokazała mi roślinę, od której przyprawa wzięła nazwę…

Acha, i jeszcze jedno … Malbork – „wzięty”…

Otóż parę lat temu zdałam egzaminy na przewodnika po Muzeum Zamkowym w Malborku, a dostałam tak wysokie noty, że przy ogłaszaniu wyników zrobiło mi się zwyczajnie słabo z wrażenia.

I to był mój maleńki hołd dla mojego Ojca.

I przy sposobności spełnienie moich marzeń.

😀

Published in: on 23 października 2009 at 18:05  Możliwość komentowania Jesienne dygresje została wyłączona  

Pani z alejki nadmorskiej

Spotkałam ją, kiedy szła alejką w stronę starego domu zdrojowego.

Szła niepewnym krokiem, charakterystycznym dla osób od lat nadużywających alkoholu. Zwróciłam na nią uwagę tylko dlatego, że mimo alkoholowego wyglądu ubrana była ze staroświecką elegancją. A gdy się jej przyjrzałam, zauważyłam, że jej twarz nosiła znamiona urody. Była jednak poorana zmarszczkami i szara. Poszłam dalej, jednak myśląc o tej kobiecie, zastanawiałam się, kim była kiedyś i ile miała lat teraz. Skąd się tutaj wzięła w tej dzisiaj zapuszczonej i złą sławą cieszącej się dzielnicy mojego miasta, będącej niegdyś pięknym kurorcie nadmorskim.

Niespodziewanie po paru tygodniach spotkałam ją na Cmentarzu Nieistniejących Cmentarzy. Stała przed stołem-ołtarzem, w dłoni trzymała bukiecik chabrów. Stanęłam nieopodal, i dyskretnie ją obserwowałam, bałam się bowiem, że ją spłoszę. Była zaabsorbowana swoimi myślami. Usiadłam więc na ławce i zajęłam się spekulacjami nad tym, co ją przywiodło w to miejsce. Ona zaś położyła kwiatki na płycie i wolno odwróciła się ku mnie.

”Czy ma pani papierosa?” Głos miała szorstki, niski i ochrypły latami wypalonych papierosów.

„Mam” odparłam i wyciągnęłam ku niej paczkę.

Zapaliła, i zaciągnęła się dymem. Usiadła koło mnie, pachniała rosyjskimi „duchami”. Teraz, pomyślałam, bo inaczej pójdzie sobie, i koniec.

„Kogoś pani miała na nieistniejących cmentarzach, czy tak pani przyszła, jak ja – podumać i popatrzeć” zagadnęłam starając się jej nie przyglądać zbyt nachalnie.

„Miałam.” Odparła i wstała. „Dziękuję za papierosa” rzuciła na odchodnym. Nie będę jej goniła, pomyślałam, może ją jeszcze spotkam.

Spotkałam. Jechałam na rowerze do portu i na ławce na alejce parkowej siedziała ona. Kiedy mnie ujrzała, uśmiechnęła się do mnie.

„Winna jestem pani papierosa” powiedziała i wskazała mi miejsce na ławce obok siebie. Zsiadłam z roweru i przycupnęłam obok niej.

„E-tam,” machnęłam ręką „Zamiast na zdrowie, powiem – smacznego”. Chwilę milczała, po czym spojrzała na mnie. „Pani tutejsza? Bo nie widziałam pani przedtem.”

Pokręciłam głową „Nie – jestem tu przejazdem” wskazałam na rower.

„No tak, teraz to człowiek wsiądzie na takie coś i nie wiadomo, czy stąd, czy może turysta.”

„A pani tutejsza?” Odważyłam się zapytać, widząc, że ma humor i ochotę na rozmowę.

„Tutejsza, przecież widać po mnie, takie jak ja nie podróżują…”Machnęła ręką. „Ja tutejsza bardziej niż niejeden z tutaj urodzonych, bo ja przedwojenna jestem”.

No, to zapowiada się podróż w czasie, pomyślałam. Przed oczami stanęła mi postać Błękitnej Damy, którą obserwowałam przez wiele lat w Sopocie, mojej sąsiadki z sopockiego domu a także pani z cmentarza nieopodal Góry Gradowej. Czy ta kobieta, zniszczona przez alkohol i życie ma równie mroczną acz romantyczną tajemnicę do opowiedzenia?

„Przedwojenna? To znaczy, że przyjechała pani tutaj przed wojną, czy tu się urodziła?”

„Przyjechałam. Byłam modystką, wie pani kapelusze, i dodatki. Szyłam również sukienki, miałam dryg i zdolności, a poza tym, lubiłam to. Mój ojciec miał zakład w centrum. Dobrze nam się powodziło, dopóki nie zaczęli rządzić ci od Hitlera. Bo ja jestem pół Żydówką.” Dokończyła.

No tak, wiadomo, co było potem. Na tyle, to każdy z nas zna historię naszego kraju, miasta, wioski…

Ona zaś ciągnęła dalej: ”Ojciec zginął, mówiono, że zapił się na śmierć, ale on nie pił przecież. Kiedy znaleziono go w rzece, wyglądał podobno, jakby mu ktoś pomógł. Zostałam sama, bo matka zmarła dawno a ja byłam jedynaczka. Przybrałam więc matki nazwisko. Była węgierką, więc te czarne włosy i urodę jakoś się dało wytłumaczyć. Do czasu. Ale na razie jakoś sobie radziłam. Szyłam. No i przychodziły do mnie panie z różnych sfer. Stałam się modna. Zamawiał u mnie Simson…”

Miałam w domu parę wieszaków od Simsona, zostały po latach odwiedzin Casino Hotelu w „Copotach” przez rodzinę… Nigdy jakoś nie wpadło mi do głowy, żeby na te wieszaki spojrzeć pod kątem tego, że ktoś na nich wieszał swoje ciuchy. Były zawsze tylko wspomnieniem po babcinych fumach i zachciankach, oraz po dziadkowej cierpliwości i hojności.

Kobieta obok mnie widocznie dosyć długo musiała nie mieć z kim rozmawiać, bo spojrzała na mnie przepraszająco: „Ja panią przepraszam, pewnie to panią nie obchodzi, co było kiedyś. Wy młodzi teraz żyjecie inaczej. A ja mam tylko te swoje wspomnienia. Długo piłam i piję nadal. Ale…” Wzruszyła ramionami „Co mi pozostało! Mieszkam w dawnym domu zdrojowym, tam, gdzie niegdyś chadzałam na kawę i likier. Teraz tam mieszkają tacy jak ja, nikomu nie potrzebni, skończeni.”

Ale oni nie maja nawet w połowie takiego życiorysu jak ona, pomyślałam, nie patrząc na nią. Bałam się, żeby nie przestała mówić, a nie chciałam, żeby wzięła mnie za wścibską, ciekawa byłam jej historii. Musiała być ładna, może nie aż tak piękna, jak moja Błękitna Dama, ale w końcu moda na urodę się zmienia, a łączyło je pochodzenie. Musiała więc być przynajmniej ładna.

Ona zaś wstała i spojrzała na mnie. „Jak pani będzie tutaj kiedyś znowu, to niech pani tutaj siądzie, ja tu często bywam. Do widzenia”. Skinęła głową i poszła ku budynkowi dawnego domu zdrojowego.

Zostałam na tej ławce jak niepyszna. No i jak i skąd dowiedzieć się czegoś o niej.

Nie żyje ani Błękitna Dama ani moja sopocka sąsiadka, ani pani z cmentarza. I nawet gdyby żyły, nie powiedziane, że ją znały. Chociaż, Błękitna Pani na pewno u niej się ubierała, już jej oficer zadbał o to na pewno.

Przypomniała mi się historia Błękitnej Pani i jej oficera. Paradoksalnie, gdyby nie wojna to na pewno nie byłoby tych romantycznych historii. Spotykając na ulicach ludzi, nawet sobie nie wyobrażamy, jakie mieli życie.

Piwny galop po Mierzei

Mierzeja Wiślana jest miejscem magicznym…

Dla mojego Starszego Młodego Pokolenia była także miejscem zamieszkania, kiedy był rybakiem w Piaskach.

A że wtedy – czyli ładnych parę lat temu  – w Piaskach było (i niestety wciąż jest) niewiele do roboty po zakończonych połowach, toteż chadzał z rówieśnikami do Krynicy Morskiej na piwko… No, i –  potem trzeba było jakoś wrócić…

Wracali zazwyczaj całą grupą, przez las. Spotykali po drodze zwierzaki, jako że Mierzeja to przecież niemal raj – także dla zwierząt. Więc spotykali a to sarenki, a to liski… Także dziki. Nasze, tzn. te rozpieszczone z Piasków, przemykały z kwikiem, czasem tylko sprawdzając, czy też te rozgaworzone postaci z ogolonymi łepetynami, nie mają czegoś do jedzenia (a zazwyczaj mieli).

Którejś nocy wszakże – młodzieńcy – rozgadani i roześmiani, wracali wieczorem z Krynicy do Piasków (spory kawałek, by piwko zdążyło wywietrzeć z głów), kiedy usłyszeli tętent za sobą. Przekonani byli, iż ktoś w nocy jedzie konno.

Kawaleria chyba, mruknął któryś z chłopaków. Odwracali się, co i raz, a nuż to okoliczne, miejscowe biesy pędzą za nimi.

Trzeba by się pospieszyć… Tak też i uczynili: przyspieszyli kroków.

Już nieco mniej rozgadani, a na pewno mniej roześmiani. Piwo wietrzało coraz szybciej…

Za nimi tez coraz głośniejsze były odgłosy pogoni, i to niezmiernie tłumnej.

Ki czort? – Zapytał niespokojnie jeden z obecnych. Faktycznie, w ciemnościach parnych i rozświerszczonych, niedoświetlonych księżycem przez zarośla przedzierała się jakaś wataha, niczym stado diabłów z baśni.

I nagle dotąd dumni z siebie, wytrenowani w sportach przeróżnych młodzi chłopcy jak jeden mąż rzucili się przed siebie.

Na oślep, byle do domu!!! Ku światłu!!!!

Pędzili przez las, trzaskający od suszy letniej, duszny od zapachów lipcowych, gonieni przez coraz bliższą pogoń.

Nie wiadomo, który dał hasło: „Padnij”. Dość na tym, że wszyscy padli na twarze, kuląc się i zasłaniają twarze, i ochraniając karki.

Galop i niesłychany zgiełk przetoczył się po nich, koło nich i wokoło nich… Apokalipsa jakowaś… I nagle wszystko ucichło…

I tylko pojedynczy delikatny kwik kazał im spojrzeć wokoło. Nad jednym z chojraków piwnych stał młody dzik i obwąchał go z wyraźnym zaciekawieniem, po czym odstąpił od niego (widać piwne opary nie wywietrzały dokładnie) i pognał świńskim truchcikiem za resztą pobratymców, które już znikły nie tylko z zasięgu wzroku, ale i ucha…

To były dziki z rosyjskiej strony, czymś niesłychanie przestraszone, wracały na noc do siebie… A nasi młodzieńcy biegli we wschodnich stylach walki, zyskali jeszcze jedną biegłość…

W bieganiu 🙂

Gazda z PKS-u

Lata 70-te. PKS relacji Nowy Targ – Zakopane. Oczywiście, jak to w owych czasach – zapchany do niemożności. Baby z targu w Nowym Targu  (czwartek to był), z koszami pełnymi dobra wszelkiego. Jakieś prosię w tyle autobusu kwiczało niesamowicie, komuś kura zniosła jajko na spódnicę, słowem dzień powszedni z życia wyjęty.

A pośród tego wszystkiego – moja Matka – Etykieta Dworu Hiszpańskiego, kobieta o klasycznej urodzie, i klasycznym stylu, dystyngowana (ale o południowej proweniencji). Zdecydowanie przedarła się przez to rozgdakane, rozkwiczane i rozgadane towarzystwo na jedyne wolne jeszcze miejsca, ciągnąc mnie za sobą.

Za nami usiadła nadgabarytowa gaździna z koszem na kolanach. Z kosza łeb wystawiła gęś i gęgając zatopiła dziób w koku mojej dystyngowanej Matki. Mama uchyliła głowę, co jednak nic nie dało – jako że gęsi posiadają długie szyje. Po raz nie wiadomo który, przekonałam się, że jednak krótkie włosy są praktyczniejsze 😉 …

Obok nadgabarytowej gaździny usiadł chudy jak szczapa gazda. Portki cyfrowane opadły mu prawie na biodra, „kłosula no-iron nieco przyblakła tyz” – słowem biéda straśna.

Autobus ruszył.

Gęś gaździny podskubywała koka mojej Mamy z wyraźnym zadowoleniem. Ja usiłowałam nie okazywać jaką to u mnie wywoływało wesołość. Autobus gęgał, gdakał, kwiczał… i nagle gazda zakasłał. Walnął się pięścią żylastą w piersi, aż zadudniło: ”Ech… Cosim dzisio nieaktualny, bedzie dysc”, powiedział słabym głosem, kaszląc na potęgę i waląc się w tę chudą zapadłą pierś.

[Gęś skubnęła koka Mamy ponownie wyciągając zeń jedną harnadlę (harnadla to taka długa spinka używana do spięcia koka).]

Na to gaździna, zaplótłszy ręce pod ogromnym biustem, spojrzała na sąsiada uważnie i poprawiwszy ten swój biust wylewający się zewsząd, odparła spokojnie: ”Zdałoby sie wom gazdo świstoce sadło”.  Cała reszta pasażerów – pomrukiem pełnym aprobaty – potwierdziła diagnozę.

„Oj zdałoby się, zdało…” – odparł kaszląc gazda i tłukąc się w piersi. Gęś spokojnie zajęła się kolczykami mojej Mamy. Mama spokojnie na odlew strzeliła gęś w dziób. Gęś przeniosła zainteresowanie z powrotem na maminego koka. Ja taktownie zaś zajęłam się obserwacją krajobrazu, by nie być świadkiem gwałtownie detronizowanej dostojności mojej Matki.

Gaździna spojrzała na gazdę krytycznie raz jeszcze i unosząc zarówno tak brew jak i ogromny biust, dodała: „E, i niedźwiedzie sadło tyz by dało”… Mrucząca aprobata  tłumu dała się ponownie słyszeć…

„Oj dałoby dało…” – odparł gazda pokasłując dalej, a oczy miał zupełnie jak zbity pies. Moja Matka wsunęła wyciągniętą harnadlę z powrotem na miejsce, gęś tę harnadlę znowu wyciągnęła. Spoważniałam, spiorunowana spojrzeniem Etykiety Dworu Hiszpańskiego. Zabawa trwała.

Gaździna spojrzała na gazdę krytycznie i poprawiwszy biuścisko pod serdakiem, palnęła na cały autobus: ”E, gazdo wom to i gzybki w łoccie tyz bedom dobre”.

Na takie dictum, rozległ się gromki śmiech stłoczonych znajomych i nieznajomych. I niósł się chyba „aż do samiuśkich Tater…”

Niestety całą zabawę popsuła moja Matka, bowiem na jednym z ostatnich przystanków przed wyjazdem z Nowego Targu – po prostu zaordynowała naszą ewakuację – pozostawiając w zatłoczonym autobusie tak scenkę z gazdą, jak i gęś (z harnadlą w dziobie)…

Published in: on 21 października 2009 at 23:15  Dodaj komentarz  
Tags: , , , , , , , , , , , , ,

Garnki w ścianie

Dostałam kiedyś od znajomego Muzealnika skany artykułów z Młodego Technika (lata 50-te) i z którejś Ochrony Zabytków (nie mam numeru, a tylko skany stron).

Teksty traktują o… holośnikach (kiedy ten tekst pisałam, komputer uparcie zmieniał mi „holośniki” na „holowniki” – więc nawet to świadczy o tym, jak mało znany, albo i wcale, jest ten temat). Właśnie sprawdziłam w necie hasło „holośnik” i wywala mi albo mojego bloga, albo malborskie forumowisko, gdzie czas jakiś temu padło parę uwag o garnkach w ścianie morąskiego kościoła. A poza tym zero! Nic więcej… Czyżby temat zbyt mało poważny dla naukowców? 😉

A wracając do lektury wspomnianych wyżej artykułów…

Holośnik – jak to zostało nazwane w jednym z nich – to garnek w ścianie potęgujący głos. Takie garnki wmurowywane były w ściany cerkwi na Rusi, ale także na naszych ziemiach. Otwór takiego naczynia wmurowanego w ścianę – był skierowany do wnętrza świątyni.

Jak podaje artykuł – najstarsza wzmianka o takim naczyniu – pochodzi z XI wieku i mówi o stosowaniu garnków podczas budowy cerkwi Św. Bazylego w Owruczu.

Artykuł dalej mówi o tym, jak to w 1340 roku biskup Maciej z Gołańczy (herbu Topór) kazał wmurować w ściany katedry włocławskiej po cztery garnki w ściany wokół okien, dwa pod sklepieniem prezbiterium i dwa nieco niżej. Do tego dochodziły jeszcze te ponad wejściem i w sklepieniach. Z tego ponoć powodu katedra włocławska zwana była grzmiącą katedrą. (

Czy to z tych czasów pochodzi powiedzenie o grzmiącym głosie księży?

Jak dalej można w artykule przeczytać, garnki takie wyrabiano z gliny z domieszką grafitu. Wyrobem takich naczyń trudnili się garncarze w Czechach i na Rusi, ale także i u nas (pytanie: co to znaczy; U NAS, a co za tym idzie: GDZIE u nas?).

Wbudowanie takich naczyń w ściany (nieotynkowane!) dawało pomieszczeniu stosowny pogłos, przy jednoczesnym głuszeniu echa, tak, że słowo wypowiedziane nabierało wyraźnego brzmienia.

Kiedy w XIX wieku konserwatorzy zalepiali owe dziury w ścianach i sklepieniach kościołów, nie znając ich zastosowania i uznając za zbędne – nagle prezbiteria kościelne „ogłuchły”, jak mawiano.

Jak można się dalej dowiedzieć z artykułu – na Mazowszu przestrzegano wymiarów takich naczyń.

I tak – głębokość = 18 cali, średnica otworu = 4 cale. Wg „Geometry Polskiego” ks. Solskiego z roku 1683 – cal = 12 ziarnkom jęczmienia.

Było ponoć także i inne zastosowanie takich garnków. Otóż używano ich jako pustaków do budowy sklepień.

W drugim z artykułów można dowiedzieć się, że podczas konserwacji polichromii w jednym z kościołów znaleziono pod tynkiem ceramiczne „szpule”, jak je nazwano.

„… w trakcie prac odkrywczych natrafiono na dość regularnie umieszczone w oryginalnej zaprawie ciemne krążki. Przy odsłanianiu ich i próbie wyjęcia okazało się, że są to jakby szpule z otworem w środku osadzone na gruz w walcu z tego samego materiału i w tej samej barwie. Po wyjęciu i dokładnym zbadaniu jednego z nich, wyjaśniło się, że są to ceramiczne szpule z czarnej gliny, długie na 105 mm, o średnicy z jednej strony 51,5 mm, z drugiej 38 mm, zwężając się ku środkowi do 26 mm, o otworze wewnętrznym na wylot przez długość o 16mm średnicy. Waga takiej szpuli wynosiła 172 g. Szpule te tkwiły w szyjkach urn wmurowanych w pozycji poziomej dnem do zewnątrz kościoła. Dla bliższego zapoznania się z naczyniem, którego kształt wydawał się pękaty, i zrobienia dokładnych rozmiarów odsłoniliśmy w jednym miejscu na ścianie północnej dwa obok siebie leżące naczynia, z których jedno wmurowano już spękane. Wysokość naczyń waga się od 43,5 do 48 cm, średnica dna ca. 20 cm, średnica największego wybrzuszenia 28,5 do 39 cm, najwęższe miejsce w szyjce 8 cm, u wylotu 10 cm. Grubość ścianki przy szyjce 10 -11 cm.”

Jak zauważono dalej – ilość owych naczyń w okolicach łuków sklepiennych – wahała się od 5 do 7. Przypuszczano, iż garnki owe mogły służyć bądź do poprawy akustyki bądź do zabezpieczenia od zawilgocenia wnętrza.

Zastanawiające są te podane grubości ścianek – zwłaszcza ta w szyjce u wylotu. 10 cm to przecież niesłychana grubość ścianki, jeśli chodzi o takie naczynie.

Wklejam swoje osobiście zrobione zdjęcia takich garnków, szpul czy holośników…

Są to sklepienia Letniego i Zimowego Refektarza w zamku malborskim, jak i spływów sklepiennych kościoła Św. Piotra i Pawła w Reszlu, a także ściany kościoła morąskiego (też p.w. Św. Piotra i Pawła…), dodaję też toruńskie świętojakubowe.

Ciekawi mnie, czy i diabły orneckie nie pojawiły się przypadkiem jako  ideologiczne opracowanie owych dziur 😉 Na wszelki wypadek… gdyby myśli wiernych chciały uciekać precz, miały je zatrzymać diabły i wtłoczyć na powrót do głów… Historia o Tutivillusie znakomicie może się tu wpisać. To jednak tylko moje luźne gdybania i muszę to dokładnie sprawdzić. Bowiem skąd tylko w Ornecie takie opracowanie? I skoro to teren świętej Warmii, to dlaczego diabeł musiał pilnować ? No i na dodatek nie dość, że  Święta Warmia, to jeszcze czas jakiś Orneta była siedzibą biskupa…

Wklejam zdjęcia mojego orneckiego ulubionego – tego w szlafmycy :-).

Wklejam też zdjęcia otworów z Oliwy, z kościoła pocysterskiego (obecnej Archikatedry). Otwory te znajdują się na ścianie północnej ambitu, a także w ścianie nawy północnej, jak i po południowo-zachodniej stronie wejścia głównego. Czy są to otwory do (jak chcą niektórzy) „ogrzewania geotermicznego (termalnego) ? nie wiem, nikt mi tego nie umie wytłumaczyć. Faktem jednak jest – że posadzka po tej stronie kościoła jest zawsze sucha, inaczej niż w innych kościołach gotyckich, gdzie rano można wodę zbierać szmatą 😉 To pewniw jedna z tych zagadek średniowiecznych wciąż czekających na rozwiązanie…

Są też w Oliwie holośniki na spływach sklepiennych. Jednakże w wieku XVI zostały  zasłonięte gwiazdkami. Tam, gdzie gwiazdki odpadły – można zobaczyć niemal z bliska, jak taki holośnik wygląda… 

Wiele cennych informacji na ten temat otrzymałam swego czasu od eksperta w dziedzinie akustyki – Pana Gustawa Budzyńskiego, którego miałam zaszczyt i ogromną przyjemność poznać podczas pewnego spotkania na PG.

Pan Budzyński dał mi też swoje opracowania akustyki Kościoła Mariackiego w Gdańsku, jak i wiele cennych wskazówek, bardzo pomagających mi w pracy. 

Dziękuję za pomoc i cenne wyjaśnienia !!!

Tematem „tajemniczych” otworów zajmowano się już na forum międzynarodowym – właśnie w kontekście waz akustycznych w sklepieniach średniowiecznych kościołów.
Swego czasu otrzymałam skany od Pana Budzyńskiego własnie – części materiałów z roku 1986, kiedy to ten temat był referowany na sesji w Berlinie przez akustyków z Politechniki Gdańskiej. Otrzymałam projekt tekstu po polsku, i konkluzję:

„Najciekawsze jednak chyba są dawne zdjęcia sklepień Bazyliki Mariackiej w Gdańsku, fotografowane pionowo w górę, na których widać, jak liczne były otwory w tych sklepieniach. Otworom odpowiadają obszerne uwypuklenia na wierzchnich powłokach sklepień, sugerujące obecność „waz akustycznych” przyłączonych wewnątrz sklepień do otworów.”

Tyle ekspert, który zajmował się „garnkami w ścianach” wiele lat. Temat otwarty, bowiem jak na razie wszystkie sugestie wypływają bądź od fascynatów, bądź od historyków – do tego jednak potrzebne są dogłębne badania akustyków.

Hipoteza o otworach „odpływowych” również funkcjonuje wśród fascynatów tematu i ma pełne uzasadnienie (zważywszy na funkcjonalność architektury średniowiecznej). Niewątpliwie nie wszystkie otwory w sklepieniach były otworami akustycznymi (i to często nawet widać nawet tzw. gołym okiem).

Zaś spory o garnki w ścianach są równie gorące i równie bezprzedmiotowe, jak te, o ślady po świdrach ogniowych 😉 Bo w gruncie rzeczy każdy ma rację.

Jednakże dopóki nie odezwie się ktoś, kto podważy naukowo badania akustyków, pozostaje czerpać z dorobku akustyków właśnie. I „póki co” – lepiej opierać się na zdaniu ekspertów w tej kwestii.

Letni Refektarz w malborskim zamku

a to najprawdopodobniej ogrzewanie „geotermalne”. Ale niestety nikt mi nie potrafi na to odpowiedzieć – bo trywialny, czy niedostatecznie poważny temat?

Dawne Prusy Wschodnie – jesienią…

No, i wreszcie mieliśmy CAŁE dwa dni wspólnego urlopu..

Postanowiliśmy wykorzystać je na wyjazd do Barcji… Niby niedaleko – a żadne z nas nigdy tam nie było! 

Pogoda, jak to jesienią –  była bardziej niż byle jaka (lało, jak z przysłowiowego cebra) – więc na rozpieszczanie ciepełkiem nie mieliśmy co liczyć. Spakowaliśmy tobołki, ogaciliśmy się i rano  ruszyliśmy na wschód…

Zaopatrzeni w mapy województwa warmińsko-mazurskiego i w moje różne notatki (z czasów harówki do-egzaminacyjnej jak i z przygotowań do wycieczek) wyjechaliśmy z deszczowego Gdańska przez deszczowe Żuławy do deszczowych Prus Wschodnich…

jesienne niebo gdzies miedzy Warmia a Zulawami (7)Jesienne niebo gdzieś między Żuławami a Warmią

Trasa „siódemką” nie należy już do przyjemności. Namnożyło się różnej maści i autoramentu nowobogackich chojraków o zerowym poziomie rozumu, ale za to z wielkim poziomie samochodowej ambicji. Na szczęście w miarę szybko dojechaliśmy do Pasłęka i tam skręciliśmy na trasę – gdzie wciąż niewielu się spieszy. I gdzie czas jakby wciąż jeszcze nie nadążał za wariactwem dnia dzisiejszego.

Naszym pierwszym celem był Lidzbark Warmiński. Dlatego też  jadąc przez Ornetę, tym razem się tam nie zatrzymaliśmy. Orneta zawsze pozostanie mi bliska – w końcu to tutaj po raz pierwszy spotkałam Tutivillusa

Lidzbark powitał nas deszczem niemal ulewnym i korzyść z tego wyniosłam taką, ze dostałam od Dionizego nowy parasol – iście przewodnicki. Czerwono-czarny duży i co najważniejsze – nieprzemakający. Zaś nasz poprzedni parasol – wylądował w koszu na śmieci.

Zamek biskupi piękny, cichy i niemal pusty o tej porze roku. Szkoda, że wciąż we wnętrzach nie pozwalają robić zdjęć… Zaś na krużgankach  nie chciało mi się wyjmować aparatu – w zacinającym deszczu nawet uroda bluszczu do mnie nie przemawiała. Ale na szczęście z poprzednich jesiennych wizyt na zamku mam nieco zdjęć, z równie pięknym – jak w tym roku – bluszczem lidzbarskim krużgankowym …

Bluszcz lidzbarsko-warmiński krużgankowy

Warta wspomnienia jest Pizzeria przy ul. Dębowej 5. Wstąpiliśmy na pierogi 🙂 bowiem na fasadzie budynku widniała stosowna reklama. No i z czystym sumieniem serdecznie polecam każdemu, kto zajrzy do Lidzbarka Warmińskiego po ucztę dla oka i ducha na Zamku – niech zajdzie na ucztę dla żołądka do Pizzerii. Acha – i na dodatek  jeszcze podają tam dobrą kawę 😉

Następnym przystankiem na trasie był Bisztynek. Ciekawe miasteczko… Piszę – miasteczko – bowiem liczy niecałe 3000 mieszkańców. To, co rzuca się w oczy przejeżdżającym – to Brama Lidzbarska. Jeśli ktoś nie lubi baroku – tu, w Dominium Warmińskim musi się do niego albo przekonać, albo po prostu przyzwyczaić  (zupełnie  jak z mrówkami faraona, jak się nie da wytępić, należy pokochać 🙂 )

Historia Bisztynka wiąże się z osadnictwem – a właściwie powinnam napisać z kolonizacją tych terenów w średniowieczu.

A że za dużo miejsca by zajęło opisanie historii – odsyłam na stronę pasjonata:

http://www.bisztynek.strona.pl/historia1.html

Bisztynek – Kościół farny pw. św. Macieja i Przenajdroższej Krwi Pana Jezusa

Grunt, że trafiliśmy do Kamienia Biskupiego (stąd zresztą niemiecka nazwa tego miasta – Bischofstein). Teraz to się nazywa Kamień Diabelski i robi wrażenie. Szkoda tylko, że jego otoczenie pozostawia tak wiele do życzenia…

Prusy Wschodnie. Historia i mit.


Na jednym z forów internetowych napisałam recenzję książki, którą serdecznie polecam!!!

Andreas Kossert.

Prusy Wschodnie. Historia i mit.

Świetna książka, po prostu świetna!

Zawiera wszystko, co niby wiedzą ci, którzy są jakkolwiek związani sercem i duszą z tym kawałkiem świata. Ale podane to wszystko zostało z chłodnym obiektywizmem. I w taki sposób, że beznamiętne fakty mieszają się z cytatami – tworząc z książki coś na kształt koronki – uplecionej z faktów, wspomnień i cytatów różnych „niegdysiejszych”…

Podkreślanie tzw. wielokulturowości Prus (nie lubię tego słowa, bo spłyca pojęcie, ale widać nikt nie wymyślił niczego mądrzejszego) i „rzucanie w oczy” ciekawostkami – po prostu nie pozwala się od książki oderwać.

Polecam na stronie 130 – wzmianka o … flakach – to dla smakoszy 😉

I cytat, bo nie mogę się oprzeć jego urodzie:

„Królewiec to nie tylko stolica Prus, Królewiec to także stolica cukierników. Kto nie zna królewieckiego marcepana? Królewiec wszystkich miast w Europie i na świecie ma na pewno najwięcej pracowni dzieł sztuki nie kanelowanych, lecz kandyzowanych, owych rzeźb z najdelikatniejszego cukrowego alabastru, które jednakowoż równie krótko opierają się zębowi czasu, jak i temu w ustach, dosłownie umierając od słodyczy, z jaką oddają się w służbę smakowi. Królewiec ma – cum grano salis – mniej więcej tyle cukierni, co Lipsk księgarń”

Zapłaciłam w Ossolineum w Gdańsku 43,- zł, – warta każdego grosza!!!

Polecam z czystym sumieniem. Zwłaszcza tym, którzy wciąż nie mogą zrozumieć tego bogactwa kultur i zwyczajów. Tym, którzy na historię tych ziem patrzą wciąż „jednośladowo”. W barwach białej i czarnej, nie widząc odcieni….

Zagwozdka

Czas jakiś temu dostałam od Lady M. zdjęcie obrazu.

Niby nic nadzwyczajnego, bo dostałam od niej wiele zdjęć. To wszakże było i jest wyjątkowe. Otóż, jest na nim pałac, niezmiernie przypominający Finckenstein.

Lady M. kupiła go w jakimś malutkim antykwariacie w dawnym Leningradzie. Człowiek, który jej to sprzedał, był ponoć weteranem wojennym i zarzekał się, że to pałac z „tych stron” . Obraz jest oryginalny. Zresztą Lady M. trzyma w domu wyłącznie oryginalne dzieła sztuki. Większość z nich już zapisała różnym muzeom na wypadek swojej śmierci…

Zapytałam o pałac dwóch znawców tematu – obaj mieszkają w dawnych Prusach Wschodnich. Jeden w Elblągu, drugi w Oberlandzie. I nic!

Obaj zaparli się. Pałac nie istnieje. Albo jest nie tutejszy… Gdyby nie zabudowania wokoło, to naprawdę byłby to istny Finckenstein…

*   *   *

W Elblągu otwarto ciekawą wystawę p.t. „Rezydencje pruskie i śląskie w litografiach wydawnictwa Aleksandra Dunckera (1857-1883) – z kolekcji Wojciecha Lizaka”.

http://www.muzeum.elblag.pl/index1.php?id=1&idp=293

http://www.zlb.de/digitalesammlungen/

Niestety nawał pracy nie pozwolił mi pojechać na wystawę, więc wysłałam zdjęcie Koledze. Odpisał, że był, sprawdził i … nie ma…

A więc – zagwozdka wciąż czekająca na rozwiązanie.

Najgorsze jest to, że Lady M. nie odpisuje na moje listy. Obawiam się najgorszego. Wszak kiedy widziałyśmy się parę lat temu – była w wieku „słusznym”. Rodziny nie miała, więc nawet nie mam do kogo napisać z zapytaniem czy wszystko o.k. ….

Nie lubię zagadek nierozwiązanych, a ta zdaje się taka pozostanie.

Jak powstały Żuławy, Kociewie i Kaszuby…

Niedawno Kolega przesłał mi książkę p.t. „Gotyckie zabytki sakralne na terenie Gminy Miłoradz” ks. Andrzeja Starczewskiego.

Zabrałam się ochoczo do czytania, jako, że to moje ulubione tereny i na dodatek nader często przez mnie odwiedzane. Zwłaszcza, że prowadzę tamtędy wycieczki.

Ciekawa książka, i pożyteczna bardzo. Warto ją kupić, i wziąć ze sobą na wyprawę. Tym bardziej, że niestety zabytki Żuław giną bezpowrotnie.

Ks. Starczewski opisał zabytki sakralne, w tym niezwykłe, bo jedyne w swoim rodzaju ossuarium. Ale ileż domów żuławskich ginie bezpowrotnie!!! Zaiste potrafimy niszczyć – dlaczego nie umiemy zachować tego, co kiedyś stworzono? Nie chcę tu jednak pisać o tym, jak bardzo denerwuje podejście do zabytków, i to nie tylko na Żuławach…

Napiszę o tym, jak bardzo się zdziwiłam czytając wstęp do książki ks. Starczewskiego.

Otóż na wstępie jest strawestowana legenda o tym,  jak to Pan Bóg stworzył Żuławy… w odnośniku zapisano adres internetowy, z którego wzięto legendę.

No i ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że to jest legenda, którą niegdyś napisałam do spółki z Koleżanką. Siedząc w niezmiernie nudnej pracy nad kolejnym pozbawionym sensu projektem, obie się rozmarzyłyśmy. A że czas był przedurlopowy, każdą z nas ciągnęło na łono natury, tak powstała owa legenda….

Zamieszczam ją poniżej….

Lubię ją, tak jak lubię Żuławy.

Cieszy mnie niezmiernie, że i Wielebnemu przypadła do serca.

„Jak powstały Żuławy, Kociewie i Kaszuby…”

Kiedyś, Pan Bóg bardzo zmęczony tworzeniem świata, przycupnął sobie na chwilkę. Chciał odpocząć przed generalną lustracją swego dzieła. Gdy tak sobie siedział, jego wzrok padł na totalny bałagan na północnym krańcu świata. Tam, gdzie Wielka Rzeka uchodzi do Małego Morza.

Zmarszczył brwi. Czyżby coś zaniedbał? Wyciągnął z przepastnych fałdów szaty swoje notatki, pióro pięknie zaostrzone zza ucha i jął przeszukiwać zapiski – co tam miało być.

Zdumiał się, bowiem własnoręczne zapiski Jego Boskiego Majestatu mówiły wyraźnie:

„Najpiękniejsze 3 miejsce na ziemi. Kojące oko i duszę, ale wzmagające apetyt na przygodę, a także budzące ciekawość i fascynację.”

Zadumał się Pan Bóg.

Jak to pogodzić, trzy tak różne potrzeby…

I nagle, niczym natchniony artysta, porwał się z miejsca.

„Wiem!” – zakrzyknął, aż zadudniło na świecie.

Pochylił się i położył ciężką, spracowaną dłoń na tym bałaganie. Wygładzał, wyrównywał, głaskał tę ziemię z uśmiechem tajemniczym na twarzy, ale i z zadumą…

Powstały z tego Żuławy. Kraina płaska, wygładzona ręką boską, z tajemniczymi mgłami, pogodnymi zachodami słońca, z zadumaniem wśród wierzb płaczących.

Krajobraz zulawski w Jeziorze

Krajobraz żuławski - Jezioro (fot. A.S. - dziękuję)

Ziemię, którą zgarnął stamtąd, Bóg rozsypał następnie po lewej stronie Wielkiej Rzeki. Ale rozsypał nierówno, tu troszkę pozgarniał, tam troszkę wypiętrzył, tu kapnął wodą, tam posypał lasem…

Uniósł brwi i podrapał się po brodzie, poczuł zadowolenie, oto bowiem stworzył coś innego. Nieznanego. Ciekawego…

Tak powstało Kociewie. Kraina nie płaska a nie górzysta, z ogromnymi połaciami pól pofałdowanych z jeziorami – niespodziankami. Zaproszenie do przygody.

Teraz pozostało tylko rozrzucić gdzieś tę pozostałą część ziemi i coś trzeba było zrobić z tym zapasem wody w garściach….

No i zepchnął Pan Bóg ziemię nogą na bok, upchnął ją kawałek dalej. Tak mocno, jak się dało ją poupychał, w tym jedynym wolnym miejscu na świecie. Bawił się, jak dziecko, usypując pagórki, wzniesienia, ba! góry niemal. Strzepnął wodę z rąk, przeciągając ją palcami z miejsca na miejsce, jak nieregularne plamy rozlanego atramentu. Nad brzegiem Małego Morza usypał wydmy z lotnego piasku, wygładził przepiękne plaże, wybielając słońcem pokrywającą je ziemię. W końcu sypnął lasami z rękawa. Czuł radość i niepokój tworzenia.

W końcu zmęczony westchnął w zachwycie: ”Ależ to piękne!”….

I tak powstały Kaszuby.

Pan Bóg, schodząc na odpoczynek, klasnął jeszcze w dłonie i spośród splotów jego brody rozleciały się na te przepiękne tereny skowronki, jaskółki, bociany, i inne ptactwo by zasiedlić i rozśpiewać łąki i lasy.
I w ten sposób mamy 3 najpiękniejsze regiony na ziemi: nostalgiczne, zadumane Żuławy, grzybne Kociewie, wielobarwne Kaszuby. Miejsca pełne maków, chabrów i skowronków.

Do Akademii Rzygaczy napisały: wirt. prof. Kasia i wirt. prof. Pętelka