Sopocki romans

Była niesympatyczna i kłótliwa. Poza tym, wyglądała, jakby nogi prostowano jej na beczce. Wrzaskliwym głosikiem dawała znać, że jest, że idzie po schodach i że w ogóle istnieje. Obrzydliwa stara baba. Wścibska na dodatek. Tym swoim kaczym chodem skutecznie walczyła z moim pogodnym nastawieniem do ludzi.

Kłaniałam jej się na schodach, bo była moją sąsiadką, ale ileż mnie to kosztowało! I za każdym razem to jej piskliwe:”A dokąd to paniusiu?” I małe świdrujące oczka zaglądające mi niemal w duszę.

Któregoś dnia, idąc po schodach, usłyszałam ją, jak przede mną, za zakrętem szuka czegoś w swojej starej przepastnej torebce, pamiętającej chyba jeszcze początek XIX wieku.

Przechodząc, mruknęłam jak zwykle „…dobry”. Ona zaś, nagle się wyprostowała i błagalnym tonem poprosiła: ”Znajdzie mi pani tabletki w torebce?” – podając mi bezkształtny tobół, niegdyś będący pewnie całkiem elegancką damską torbą. Westchnęłam i zagłębiłam rękę w tobole. Wreszcie, po wędrówkach po zakamarkach torby – trafiłam na opakowanie, wyjmując tabletki – zerknęłam na nie – to nasercowe, dość mocne tabletki. Podałam jej, i wyciągnęłam ze swojej torby butelkę wody. „Niech pani popije, łatwiej się połyka”

Uśmiechnęła się „Oj, dzięki paniusieczko, dzięki, a taka mnie sapka wzięła, że myślałam, ze umrę na tych schodach” – jej głos zabrzmiał miło.

„Choruje pani na serce…” Bardziej stwierdziłam, niż zapytałam, by jakoś podtrzymać konwersację, bowiem widziałam wdzięczność w jej oczach i czułam się zażenowana sytuacją, i moimi wojowniczymi myślami.

„A – tak już się biję z tym sercem moim, paniusiu, odkąd wojna zabrała mi rodzinę”.

Nastawiłam ucha. „Wojna?” Zapytałam wbrew sobie.

„No tak, wie pani, ta wojna tutaj…” Westchnęła „Zabrało mi ich i teraz jestem samiutka…”

„Tutaj? To znaczy gdzie, w tym mieście?” Znowu wbrew sobie poczułam się zaciekawiona.

„No tak, bo ja gdańszczanka jestem” wysapała siadając na schodach.

Usiadłam wraz z nią, teraz już nawet jej sapanie i trzymanie się teatralnym gestem w okolicach serca, mi nie przeszkadzało. Co musiała przeżyć tutaj ta kobieta? I nagle zrozumiałam jej wścibstwo i jej zły wzrok kiedy patrzyła na bawiące się na podwórku dzieci. Ona zazdrościła innym radości życia.

„Przyjechałam tu za chlebem z  Łeby” odezwała się. „Mój tatk był rybakiem”

No a czymże mógł być? Pomyślałam, spoglądając na nią kątem oka.

„No i zamieszkałam w Sopocie. Ale nie sama, o nie. Z bratem. Służyłam u tej pani od oficera, wiesz paniusieńko, tej co naprzeciwko kościoła mieszkała…”

No to jestem w domu, pomyślałam… Teraz to nie odpuszczę zanim się nie dowiem wszystkiego…

Pani od oficera… Moja Pani od Oficera….

Błękitna Dama – jak ją nazwałam w duchu. Bohaterka Sopockiego Romansu.

Nie pamiętam szczegółów  tych plotek sopockich… A tyle mi ich naopowiadała. Niestety, to nie były czasy dyktafonów, a notować nie wypadało…

No i dlatego nie pamiętam kim on był, ale na pewno jakimś oficerem – nie wiem, czy Wehrmachtu, czy, nie daj Bóg, Gestapo.

Dość na tym, że mieszkał właśnie w Sopocie, ona zaś była bodaj służącą u jakichś Niemców. Podczas kolejnych czystek i wywózek, po prostu została zgarnięta. Ponieważ posiadała niepospolita urodę – widoczną jeszcze, kiedy już była mocno starszą panią, więc jeden z oficerów obecnych przy owej akcji – po prostu wyciągnął ją z tego zamieszania. Zakochał się w niej do szaleństwa – miała wspaniałe klasyczne rysy – niczym reliefy ze starożytnego Egiptu – wielkie oczy – czarne i o zupełnie migdałowym kształcie. Włosy – wtedy za młodu musiała mieć kruczoczarne, smagła, wysoka – rasowa. Piękna. Całą resztę wojny opiekował się nią. Mieszkała u niego – fikcyjnie pełniąc rolę jego pokojówki.

Po wkroczeniu wojsk radzieckich i po rozgardiaszu marcowym, kiedy nowa władza zaczęła skrupulatnie zapisywać, kto jest i kto był kim, nagle okazało się, że ona – owszem, mogłaby zostać na miejscu, w końcu – Żydówka, przedstawicielka nacji z premedytacją tępionej przez nazizm. Ale on – bez znajomości języka polskiego, kto wie, czy nie z charakterystycznym tatuażem pod pachą. Z kartoteką dającą przepustkę do sali rozpraw i na szafot. Nie miał szans na uratowanie się – i na pozostanie na miejscu. Trudno było mu zorganizować jakąkolwiek ucieczkę, bo w tych ostatnich dniach, kiedy na nabrzeżach gdańskich panował szał ewakuacyjny – został postrzelony w kolana. Plotka sopocka mówiła, że ranny był w kręgosłup i dlatego nie mógł chodzić, inni twierdzili, że strzelił do niego jego własny kamerdyner, żeby nie dostał się na Goyę. Nie wiem, czy to Goya, czy Gustloff, a może inny okręt.

Dość na tym, że Niemiec faktycznie był ranny i nie mógł chodzić. Jego Pani stanęła na głowie i tym razem to ona jego wyciągnęła z opresji. I znowu – plotka sopocka mówiła, że zameldowała go jako swojego męża, niedorozwiniętego i sparaliżowanego, na dodatek niemowę.

Kiedy ją zaczęłam kojarzyć na ulicy – była już bardzo starsza panią w tonacji błękitnego fioletu. Nigdy się nie uśmiechała. Zawsze chadzała sama. Godna i wyprostowana. Wciąż piękna.

Zachodziłam w głowę, kim jest ten łysy człowiek, którego wywoziła na wózku na balkon – w dni słoneczne i bezwietrzne. Dowiedziałam się w końcu, że to ów Niemiec, który po postrzale nigdy nie wstał już z wózka. Zmarł w latach 80-tych. Ona – na początku 90-tych. Nagle zrobiło się pusto w Sopocie. Już nie spotykam jej na alejce nadmorskiej, stojącej bez ruchu przed najwspanialszym sopockim pałacykiem nadmorskim. Nie wiem do dzisiaj, czy to tam mieszkali, czy ten pałacyk miał dla niej jakieś znaczenie. Ale – pozostała po nich aura czegoś pięknego, nie wiem, czy to była miłość. Może. Jak zwykle plotka zrobiła z niego wspaniałego i przystojnego młodego Nordyka, z niej cud dziewczynę. Ją widywałam, i skoro była tak piękna jako osoba starsza, to na pewno nie była brzydka za młodu. Jego widziałam tylko na tym balkonie, z odległości. Świeciła mu się w słońcu łysina. Ale głowę miał zgrabną. Jaka była prawda – już nikt się nie dowie. Bo ja przez całą te luźną z nią znajomość nie odważyłam się na nic, poza nieśmiałym „dzień dobry”, na które odpowiadała z jakąś łagodnością w oczach, i lekkim półuśmiechem, widocznym bardziej w oczach właśnie, niż na ustach.

*  *  *

Czas jakiś temu napisałam tę historię do Akademii Rzygaczy.  Napisano potem do mnie ze strony www.dawnysopot.pl, z zapytaniem o zgodę na publikację tego tekstu na ich stronie. Z przyjemnością się zgodziłam, tym bardziej, że takich historii znam parę. I każda z nich jest owiana lekką mgiełką sopockiej tajemnicy.

A potem…

Po latach przyszło mi oprowadzać byłego SS-mana. Był po wielu operacjach plastycznych i traktował mnie z góry. Wysokiej góry. Wywiązała się dość ostra wymiana zdań, bowiem ja absolutnie nie mam kompleksów ani jako Polka, ani jako człowiek. Przełknął pigułkę, tym bardziej, że pochodzenie miał zdecydowanie nie gotajskie… Zdumiało go, że bezbłędnie wywnioskowałam, w jakiej formacji służył. Jestem z tego pokolenia, które po prostu takie rzeczy wie…  No, a że  jechaliśmy przez całą Polskę, powoli zaczęliśmy rozmawiać. Po jakimś czasie – to on zaczął opowiadać. I tak dowiedziałam się, że moja hipoteza o Błękitnej Damie z Sopotu wcale nie była wyssana z palca…

Dzisiaj wspominam postaci z mojej ulicy w Sopocie i zastanawiam się, czy dowiedziałabym się tylu ciekawych rzeczy, gdyby nie niespodziewana „sapka” mojej sąsiadki na schodach 😉

Adrian Pauli

To jeden z tych, którzy do problemu zdrowotności podchodzili naukowo.

Urodził się w Gdańsku 18 września 1583 roku.

Rodzicami byli Elżbieta z Fischerów, zaś ojciec – także Adrian, w latach 1548-1611 był diakonem, a następnie pastorem kościoła ŚŚ. Piotra i Pawła. Był także rektorem szkoły działającej przy tym kościele.

W maju 1596 roku Adrian junior rozpoczął naukę w gimnazjum w Gdańsku. W tych czasach wielkim poważaniem cieszył się zawód medyka. Wybierał ten kierunek zainteresowań. Następnie – udał się na studia lekarskie do uniwersytetu w Heidelbergu. Był on w tych czasach celem peregrynacji wielu ówczesnych gdańszczan. Tam – w roku 1605 promował się na doktora medycyny. W latach 1607-1609 kontynuował naukę na uniwersytecie w Montpellier we Francji (słynnym z edukacji wielu znanych postaci renesansu, jak choćby m.in. wielki humanista i lekarz Franciszek Rabelais).

Po studiach – Adrian wraca do Gdańska, gdzie w roku 1611 obejmuje stanowisko profesora nauk przyrodniczych w Gimnazjum Akademickim. Wiadomo też, iż rozpoczął działalność praktyczną.

Odrodzenie w Gdańsku, ale również w innych ośrodkach naukowych Europy – to ściślejszy związek medycyny z naukami przyrodniczymi.

Lekarze zaczęli poświęcać się naukom przyrodniczym – zdając sobie sprawę z tego, że badania w tym zakresie mogę medycynie tylko pomóc i pchnąć stan wiedzy do przodu. Życie Adriana Pauli w Gdańsku, to w związku z tym nie tylko praca pedagogiczna, ale i naukowa. Wyniki swoich badań wydawał w szeregu publikacji, spośród których najbardziej znaną była: De temperamentis. Disputatio physiologica cum Delineatione logica, wydana w Gdańsku w roku 1615. W pracy tej Pauli przyjął istnienie czterech cech organizmu (ciepło, zimno, wilgotność i suchość). Temperament według niego miał powstawać ze zmieszania ze sobą poszczególnych cech. Rozróżniał temperamenty proste, tzw. simplicia temperamenta, w których to jedna właściwość dominowała nad pozostałymi oraz złożone – composita temperamenta, gdy dwie właściwości górowały nad innymi.

W efekcie Pauli głosił przekonanie o istnieniu dziewięciu odmian temperamentów: czterech prostych, tyle samo złożonych oraz, dodatkowo, temperamentum uniforme, gdy wszystkie właściwości znajdowały się w jednakowym wzajemnym stosunku. Przyjmował zmienność temperamentów w czasie życia osobnika, w zależności od czynników wewnętrznych jak np.: starzenie się organizmu w związku ze zmianą tempa procesów biologicznych oraz w zależności od czynników zewnętrznych, na które składały się: warunki klimatyczne (powietrze) oraz pożywienie i leki (to ostatnie spostrzeżenie było nowum w tym czasie) Pauli zajął się też oceną fizjonomii człowieka. Jego zdaniem bowiem stanowiła ona drogowskaz prowadzący do poznania stanu narządów wewnętrznych. W tym przypadku opierał się na poglądach Arystotelesa i Hipokratesa. Czerpał też z dorobku Galena – zawartego w jego Ars parva.W przeciwieństwie do swoich wielkich poprzedników, uważał jednak, że cechy fizjonomii służą do oceny naturalnej skłonności osobnika.

Doktor Pauli stworzył także naukowe podstawy dla stosowania metali w lecznictwie. Dał temu wyraz w swojej następnej publikacji: Dysputatio physica de metallis wydanej w Gdańsku 29 kwietnia 1618.. Ten kierunek badań był nadzwyczaj ważny w tamtych czasach. Wszak chemia i alchemia zajmowały wówczas umysły nie tylko lekarzy. Pauli zajął się eliminacją błędów w sztuce leczenia. To bowiem zdarzało się nader często – w praktykach oszustów wykorzystujących częściowe wiadomości o właściwościach ciał chemicznych.

Autor wyróżnił pięć metali ciężkich, jego zdaniem istotnych w lecznictwie. Pierwsze miejsce w układzie metali zajmowało złoto, leczące serce i służące wzmocnieniu organizmu. Następne w kolejności były – srebro ołów, miedź i żelazo.

Pauli wyróżniał trzy rodzaje ołowiu: czarny, popielaty i biały (zwany cyną). Ołów był przez niego zalecany do “oziębiania gorących nerek”. Żelazo uważał za metal najmniej szlachetny, wskazany przy zaburzeniach żołądkowych.

Doktor Adrian Pauli “nie wykluczał naukowych możliwości dokonywania przemian metali, np. przemiany srebra w złoto. Jego zdaniem istniały teoretyczne podstawy dla takich poszukiwań, tkwiące we wspólnych właściwościach metali.”

Innym przykładem potwierdzającym różnorodność zainteresowań doktora był bursztyn. Napisał na ten temat rozprawę pt. Disquisitio philosophica de succini natur (Gdańsk 1614 r.). Przyjął tutaj pochodzenie bursztynu z żywicy, która uległa kondensacji w morzu. Z dużą dokładnością opisał właściwości fizyczne bursztynu (jak zabarwienie, przezroczystość czy zapach) a także właściwości przyciągania opiłków żelaza. Wspomniał także o zatopionych w bursztynie drobnych owadów, określając je jako bestiolae. Dzielił powszechną (do dzisiaj zresztą) wiarę w nadzwyczajne wartości lecznicze bursztynu. Polecał stosowanie go w wielu schorzeniach somatycznych. Odrzucał jednak nadprzyrodzone pochodzenie bursztynu. Jego poglądy na powstanie bursztyn jak i jego istotę do dzisiaj uchodzą za bardzo postępowe. Z pewnością pomogły mu tutaj liczne kontakty z zagranicą i to co dzisiaj nazywa się poszerzaniem wiedzy – jako że w okresie odrodzenia wzrósł ogólny zakres wiadomości z geologii i mineralogii – jako ważnych dziedzin w poznawaniu przyrody.

Adrian Pauli zmarł w Gdańsku w wieku 39 lat. Jego pogrzeb odbył się w dniu 20 maja 1622 roku.

Nie wiemy nic o jego rodzinie, czy taką posiadał, ani nie wiemy, czy był lubiany, czy często go wzywano do chorych, czy był szczęśliwy. Nie wiemy nawet gdzie w Gdańsku mieszkał. Wiemy jednak, iż w swoim życiu i pracy starał się opierać na metodach doświadczalnych i racjach rozumowych nie było to łatwe w tamtym czasie. Powszechnie panowały przesądy astrologiczne, które szereg przyczyn tłumaczyły zależnością od położenia ciał niebieskich. Metody doświadczalne zaś przeciwstawiały się ślepemu uznawaniu autorytetów i nabierały coraz większego znaczenia dla postępu, jaki osiągano w pracach badawczych. Tym cenniejsza jest więc postać doktora Adriana Pauli. Dzięki takim właśnie ludziom przecież wytworzyła się na przestrzeni wieków obecna medycyna naukowa.

Tekst jest mojego autorstwa – zamieszczony czas jakiś temu na stronach Akademii Rzygaczy.

wykorzystałam:

1. Trzy wieki nauki gdańskiej – K. Kubik, L. Mokrzecki

2. Wielka Księga Miasta Gdańska

3. notatki W. Czaykowskiego

Joahim Oelhaf

Rok 1580 był rokiem przełomowym dla gdańskiej medycyny.

Wtedy to wprowadzono w Gdańskim Gimnazjum Akademickim wykłady z anatomii, a także otworzono katedrę anatomii i medycyny. Na jej czele stanął pierwszy oficjalny profesor anatomii w Polsce – Jan Mathesius.

Jego następca został Joachim Oelhaf. Ten Gdańszczanin był jednym z najwybitniejszych lekarzy polskich XVII wieku. Studiował w Wittenberdze. Następnie czas jakiś spędził na dworze królewskim, gdzie dane mu było korzystać z doświadczeń nadwornego medyka Zygmunta III Wazy – Jana Baptysty Gemmy.

Stypendium przyznane przez Radę Miejską w Gdańsku pozwoliło Oelhafowi na kontynuację studiów w Padwie i Montpellier, gdzie uzyskał doktorat z medycyny. W owych czasach Padwa była głównym ośrodkiem odkryć anatomicznych. Powrócił do Gdańska w roku 1602, obejmując funkcję fizyka miejskiego. Rok 1602 to w Gdańsku rok zarazy, która pochłonęła, jak się oblicza, co najmniej 15 tysięcy ofiar – przy szacunkowej liczbie mieszkańców około 50 tysięcy – licząc z przedmieściami (Cieślak – Historia Gdańska t. 2).

Doktor Oelhaf wykazał się podczas tego strasznego czasu wielkim poświęceniem, dał dowód, iż lekarzem został z powołania. Swoją ofiarnością zdobył sobie wielkie uznanie Gdańszczan. Gdy epidemia wygasła i życie w mieście powoli wróciło do normy – w ponownie otwartym Gimnazjum – Joachim objął stanowisko profesora anatomii i medycyny.

Teraz, prócz praktyki lekarskiej, prowadził wykłady, uczestniczył w uczonych dysputach, co należało do dobrego tonu, a także pisał prace naukowe. Ponieważ interesował się botaniką, jako nauka pomocniczą medycyny, na wałach miejskich założył ogród dla hodowania ziół leczniczych.

Medycyna była jego pasją, poznanie – drogą do niej. Przeprowadził dowodnie 3 sekcje zwłok. Pierwszą z nich była sekcja zwłok dziecka z patologią wątroby, następna – była sekcją prof. Keckermanna. W roku 1613 (27 lutego) przeprowadził pierwszą w tej części Europy publiczną sekcję zwłok (n.b. w sali dzisiejszej ekspozycji złotnictwa gdańskiego – czyli w małym refektarzu zespołu pofranciszkańskiego). Była to sekcja dziecka z zespołem wad mnogich, urodzonego w niedalekim Pruszczu Gdańskim. Wyniki sekcji zostały opublikowane – stąd stała się ona znana w całym ówczesnym międzynarodowym świecie lekarskim.

W czasie swoich pobytów w Gdańsku, król chętnie odwiedzał Oelhafa, co niewątpliwie podnosiło prestiż fizyka miejskiego.

Życie Oelhafa było bardzo intensywne, bowiem prócz praktyki lekarskiej, wykładów w Gimnazjum, dysput, prowadził eksperymenty, badał lecznicze właściwości roślin, dokonywał operacji, pisał traktaty o fizjologii i anatomii.
Niestety to pasmo sukcesów i aktywności przerwała zaraza w roku 1630. Joachim był jedną z jej ofiar.

Syn Joachima, Mikołaj, kontynuował badania swego słynnego ojca nad ziołami. Wydał pracę z dziedziny ziołolecznictwa – prekursorską w tej dziedzinie. Z jego dzieła można było poznać 350 roślin stosowanych w lecznictwie. Mikołaj był także lekarzem miejskim (fizykiem), a także nadwornym lekarzem króla Władysława IV. Zważywszy chorobę nerek, na którą cierpiał od wczesnej młodości król – Mikołaj był bardzo zajętym lekarzem nadwornym.

Niestety – nic więcej na razie nie wiem o jego dalszym życiu.
Artykuł ten napisałam czas jakiś temu do internetowej Akademii Rzygaczy – obecnie tutaj uzupełniłam o notatki z sesji naukowej poświęconej 450 rocznicy Gdańskiego Gimnazjum Akademickiego, jaka odbyła się w listopadzie 2008 roku.

wykorzystałam:

1. Wielka Księga Miasta Gdańska

2. notatki W. Czaykowskiego (mojego Ojca)

3. notatki z sesji „450 rocznica Gdańskiego Gimnazjum Akademickiego”

Nathaniel Mateusz Wolf

Patrząc na Biskupią Górkę, widzimy wieżę i zabudowania dawnego schroniska młodzieżowego, obecnie zaanektowanego przez policję.

Tylko tyle.

Nie zdajemy sobie sprawy, pędząc do lub z pracy, że tam – w roku 1781 – powstała “dostrzegalnia gwiazd”. I że stała do roku 1818. Nie wiemy też często o tym, że tam też, jeszcze czas jakiś po II wojnie światowej (co opisał prof. Jan Kilarski), znajdował się grób tego, dla którego ową dostrzegalnię zbudowano.

Nataniel Mateusz Wolf.

Astronom Wolfhttp://www.astrotczew.org/?q=node/208

Ekscentryk i oryginał, noszący własne włosy – ufryzowane i z harcapem (wtedy jeszcze nie całkiem popularnym). Astronom. Lekarz. Znany i szanowany w mieście, do którego przeniósł się po I rozbiorze Polski, by nie być poddanym pruskim. Prekursor stosowania surowicy do szczepień przeciwko ospie.

Lekarz nadworny marszałka wielkiego koronnego, Stanisława Lubomirskiego, a także generalnego starosty ziem podolskich – Adama Kazimierza Czartoryskiego. Po mianowaniu tegoż na komendanta Korpusu Kadetów, Wolf został generalnym lekarzem wojsk polskich.

Wolf – niegdyś znany i uznany.

Dzisiaj – zapomniany i nieupamiętniony.

Był synem chojnickiego aptekarza. Urodził się w Chojnicach w roku 1724, zmarł w Gdańsku w roku 1784, podczas epidemii grypy.

Ale zanim nastał rok 1784 – były lata wytężonej pracy nad sobą i dla innych.
Ojca stracił wcześnie, i byłby pewnie przejął po nim aptekę, gdyby nie głód wiedzy. Pociągała go medycyna, filozofia, matematyka i astronomia. Studiował w Jenie, w Lipsku, potem w Halle. Nienajlepsza kondycja finansowa, w jakiej się początkowo znajdował, odbiła się na jego zdrowiu. Zachorował na gruźlicę, wtedy nazywaną suchotami. Dopiero stypendium ufundowane przez biskupa warmińskiego Adama Grabowskiego, pomogło mu przetrwać studia. W Erfurcie uzyskał dyplom uniwersytecki.

Po raz pierwszy pojawił się w Gdańsku w roku 1749. Duża konkurencja i niechęć środowiska lekarskiego, a także brak stosownych znajomości (skąd my to znamy?)spowodowały, że długo tu nie zabawił. Chyba jednak urodził się był pod szczęśliwą gwiazdą, bowiem dostał posadę nadwornego lekarza Stanisława Lubomirskiego. Marszałek wielki koronny był chory na gruźlicę, zaś od dziecka słabowity. Potrzebował więc stałej opieki lekarskiej. Nataniel zaś, jako człowiek z natury życzliwy i dobry, z całym oddaniem tę opiekę sprawował.

Praca dla tak znamienitego pacjenta zaowocowała zarówno stabilizacją finansową, jak i popularnością, która sięgnęła aż na dwór szwedzki.
Doktor Wolf, po rozstaniu z Lubomirskim w roku 1761, został lekarzem nadwornym Adama Kazimierza Czartoryskiego. Pan generalny starosta ziem podolskich pochodził ze zdrowej rodziny, a ponadto był o 10 lat młodszy od swego medyka.

Prowadził dom otwarty, należał do twórców Teatru Narodowego, parał się zarówno teorią jak i krytyką literatury. U księcia bywało wiele znanych nazwisk epoki. Ba! Nawet sam Casanova (który n.b. o doktorze Wolfie wyrażał się per “kreatura” – a to za sprawą pewnego paskudnego żartu doktora).

Król Stanisław August Poniatowski, sam będąc również pacjentem Nataniela, nobilitował go w roku 1768. Akt nobilitacji przywiązał syna chojnickiego aptekarza do Polski bardzo szczerze i do końca życia.

Wolf, wraz ze swoimi chlebodawcami podróżował, bywał. Swoboda finansowa, jakiej doświadczył, a także doskonałe zdrowie księcia Adama, pozwoliły mu na zajęcie się swoja pasją. A tą była astronomia.

Kiedy książę Czartoryski został komendantem Korpusu Kadetów, Nataniel objął tam stanowisko generalnego lekarza wojsk polskich.

W roku 1769 jednak – Wolf opuścił Warszawę. Podobno zmusiła go do tego choroba. Dość, że trochę podróżował, m.in.. do Anglii, by wreszcie osiąść w …Tczewie. Przypuszcza się, iż miał tam rodzinę. No, bo jakież inne względy mogły zagnać znanego lekarza do prowincjonalnego miasta. A może pragnienie ciszy i spokoju dla kontynuowania swoich ukochanych badań astronomicznych… Tego się już pewnie niestety nie dowiemy.

Rok 1772, a więc rok pierwszego rozbioru Polski, wygonił go z sennego Tczewa, zagarniętego przez Prusy. Szczerze oddany Polsce, w której przecież zrobił karierę i odniósł sukcesy, wyjechał do Gdańska, wtedy jeszcze pozostającego przy Polsce. Tutaj z listami polecającymi trafił pod łaskawą i życzliwą opiekę opata cystersów oliwskich, Jacka Rybińskiego. Jemu też zawdzięczał pierwsze i całkiem wygodne lokum w Gdańsku. Na drugim piętrze domu na rogu ulicy Garncarskiej i Targu Drzewnego. Dom ten w latach 1436 – 1831 był własnością cystersów oliwskich. Tutaj w narożnym pokoju doktor Wolf urządził sobie obserwatorium, sprowadzając do niego nowoczesne przyrządy astronomiczne.

Wciąż żądny wiedzy i wymiany doświadczeń – związał się z Gdańskim Towarzystwem Przyrodniczym (utworzonym przez Daniela Gralatha). Został powołany na członka Royal Society w Londynie. Publikował, badał, leczył, dokształcał się.

W mieście dał się poznać, jako dobry i nowoczesny lekarz, i stał się popularny. Zajmował się nie tylko leczeniem i swoją ukochaną astronomią, ale też systematyką roślin, a także kolekcjonowaniem rzadkich okazów muszli i minerałów.

W tym też czasie, Towarzystwo Przyrodnicze zakupiło na Biskupiej Górce miejsce pod budowę obserwatorium, które Nataniel był gotów tak sfinansować, jak i wyposażyć.

Kiedy w Gdańsku zaczęto mówić o pierwszych szczepieniach przeciwko ospie – dokonywanych w zachodniej Europie, dr Wolf stał się gorącym ich zwolennikiem. W końcu Rada, w dniu 27 maja 1774 wydała zezwolenie na szczepienia, ale wyłącznie poza miastem (ze względów bezpieczeństwa).
Napisałam “w końcu”, bowiem w mieście rozgorzała prawdziwa dyskusja nad celowością i bezpieczeństwem szczepień. Jedni odwodzili iż to wręcz zbrodnia, drudzy ostrzegali przed gniewem bożym, inni zaś z lubością cytowali zagraniczne pisma donoszące o sukcesach szczepień. Wbrew jednak stanowisku środowiska lekarskiego, które generalnie było przeciwne szczepieniom, nieufne wobec nowinek, pomysł wzbudził zainteresowanie. Ospa była w tych czasach jedną z najgroźniejszych chorób, pojawiała się co kilka lat i powodowała ogromną śmiertelność, zwłaszcza wśród dzieci.

Bogate mieszczaństwo gdańskie, obyte i wykształcone, okazało się podatne na nowinki medyczne, i coraz częściej dopytywało o szczepienia dla swoich dzieci.

Pierwszym, który zdecydował się na eksperyment, był Christian Henryk Trosiener. Kazał zaszczepić swoje trzy córki. Jedynym lekarzem, który gotów był to szczepienie przeprowadzić, był Nataniel Wolf.

Wiadomość o tym, jak technicznie przebiegało owo szczepienie i na czym polegało, zawdzięczamy pamiętnikowi jednej z panien Trosiener, Joannie (od 1785 roku pani Schopenhauer, przyszłej matce filozofa). “Gdańskie Wspomnienia Młodości” – zawierają wiele informacji zarówno o życiu w mieście, jak i o ekscentrycznym lekarzu. Są ciepłe i pełne nostalgii.

Wracając do naszego doktora Wolfa, szczepienie się “przyjęło” i dziewczynki Trosienerów stały się przykładem dla innych. To wzmocniło prestiż lekarza oraz jego popularność w kręgach bogatego mieszczaństwa.

W 1781 roku powstała na Biskupiej Górce “dostrzegalnia gwiazd” a Nataniel wyposażył ją w sprzęt, jakbyśmy dzisiaj to nazwali – najnowszej generacji.
Niestety, nie dane było panu Wolfowi cieszyć się długo swoją “dostrzegalnią”. Zmarł podczas epidemii grypy w grudniu 1784, niosąc cały czas pomoc chorym i potrzebującym. Prawdopodobnie, organizm osłabiony gruźlicą, nie wytrzymał choroby.

To jednak nie koniec opowieści o doktorze z harcapem.

Otóż, prawdopodobnie, czując swój koniec, zawczasu przygotował się do podróży stąd do wieczności. Miastu zapisał obserwatorium wraz z wyposażeniem oraz kwotę 4 tysięcy dukatów, na funkcjonowanie tegoż. Stworzył tym samym fundację do badań astronomicznych w Gdańsku. Sam zaś zażyczył sobie spocząć w specjalnej dębowej kapsule, wypełnionej roztworem o składzie “podobnym do formaliny”, co miało zmumifikować zwłoki. Pochować się kazał koło ukochanego obserwatorium. Testamentem zezwolił na otwarcie grobu po 100 latach.

Niestety, w roku 1813, generał Rapp – podczas oblężenia Gdańska nakazał rozebranie obserwatorium. Zarówno grób Wolfa, jak i pomnik na nim, choć uszkodzone, ocalały z oblężenia. Jednak kiedy zdecydowano się już w roku 1869 otworzyć grób lekarza i astronoma, stwierdzono iż, w kapsule-trumnie zachowały się same kości. Najprawdopodobniej podczas oblężenia 1813 roku wyciekł z uszkodzonej trumny płyn konserwujący…

Zanim pochowano szczątki w miejscu poprzedniego grobu, wykonano gipsowy odlew czaszki lekarza i przekazano Towarzystwu Przyrodniczemu. To zaś, po otrzymaniu odszkodowania za zniszczone na Biskupiej Górce obserwatorium, – w roku 1845 – przeniosło się do domu, zakupionego przy ulicy Mariackiej, i tam otworzyło nowe obserwatorium, które działało do ostatniej wojny. Teraz, w tym budynku mieści się Muzeum Archeologiczne.
Zaś po grobie Mateusza Wolfa, poza krótka notatką profesora Jana Kilarskiego, nie pozostał ślad.

I próżno szukać jakiegokolwiek tropu na Biskupiej Górce, która stała się dzielnicą zupełnie nie przystającą do marzeń doktora.

Tekst jest mojego autorstwa – zamieszczony czas jakiś temu na stronach Akademii Rzygaczy.

wykorzystałam:

1. Gdańskie wspomnienia młodości – Joanny Schopenhauer

2. Wielka Księga Miasta Gdańska

3. notatki mojego Taty – Wojciecha Czaykowskiego

Leopold von Winter

Stara fotografia ukazuje pana z tzw. “wysokim czołem” i dość słusznym wąsem (pewnie co wieczór zakładał nań bindę). Pan założył prawą dłoń za połę surduta, niczym Napoleon. Wygląda na tym wyblakłym zdjęciu niczym urzędnik lokalnego urzędu, może jakiś referent.

Leopold_von_Winter

http://wapedia.mobi/de/Leopold_von_Winter_(Politiker)

Nie tak sobie wyobrażałam Nadburmistrza Gdańska.

Urodził się w Świeciu, w dniu 23 stycznia 1823 roku.

Świecie XIX wieku przeżywało rewolucję, bowiem nie dość, że niedawno zostało siedzibą utworzonego parę lat wcześniej powiatu, to jeszcze początek wieku to czas organizacji “przenosin” miasta. Nastąpiło to po jednej z dużych powodzi, i aby uniknąć zniszczeń w przyszłości, translokowano miasto na lewy brzeg Wdy. Cała akcja trwała do końca 1885 roku.

W tym czasie w rodzinie ewangelickiego superintendenta też dokonała się, rewolucja, bo Leopold zdążył dorosnąć, ruszyć w “świat” i zrobić karierę.

Ukończył gimnazjum w Bydgoszczy, potem po studiach prawniczych i ekonomicznych w Berlinie został wysłany do pracy w administracji państwowej. Można było o nim usłyszeć w Kwidzynie, Malborku no i w Gdańsku.

W roku 1850 zastajemy go na stanowisku landrata powiatu Lebus, koło Frankfurtu nad Odrą.

Zaś w 1859 zostaje radcą w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych w Berlinie a także komisarycznym prezydentem policji. Jego liberalne poglądy musiały jednak być zbyt nowatorskie w oczach jego przełożonych skoro został przeniesiony (co było swoistym zesłaniem) na stanowisko prezydenta rejencji w Sigmaringen, położonej w Baden-Württemberg na południu Niemiec.

8 grudnia 1862 roku powołany został na stanowisko nadburmistrza Gdańska. I był to pierwszy “obcy” na tym stanowisku.

Urzędowanie rozpoczął od nowego roku, 6 stycznia 1863 r., (4 dni przed uruchomieniem metra w Londynie, 5 dni po zniesieniu niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych, i na 16 dni przed wybuchem powstania styczniowego).

Leopold zjechał do Gdańska i osiadł w nim na 27 pracowitych lat. Zamieszkał niedaleko Ratusza Głównego Miasta , bo przy ulicy Grosse Gerbergasse (Garbary) 5.

Patrząc na zdjęcie, trudno sobie wyobrazić, że Nadburmistrz miał niespożytą energię, i że był bardzo zdolny organizacyjnie. Czasem narzekamy dzisiaj, że aż nadto, bo to za jego rządów w mieście znikła większość przedproży. Czyli to, co nas tak by dzisiaj zachwycało.

Von Winter zaczął swoje urzędowanie od stanu sanitarnego w mieście. Zaledwie 32 lata przed jego przyjazdem, przez Gdańsk przetoczyła się cholera. Nadburmistrz zdawał sobie sprawę, że bez nowoczesnych wodociągów i systemu kanalizacji miasto stale będzie nawiedzane przez epidemie. Woda pitna dostarczana była do miasta albo z beczkowozów, albo pochodziła ze studni miejskich, dopływając tam systemem rur pamiętających czasy krzyżackie. Europa już zaczynała patrzeć na życie przez pryzmat sanitariatów, powstawały pierwsze sieci kanalizacyjne. Hamburg skanalizowany był już od roku 1843. Również estetyka miała wiele do powiedzenia, wszak wszechobecny smród nie wpływał pozytywnie na wizerunek Miasta.

W tym celu władze Miasta ściągnęły do Gdańska inżyniera budownictwa, Eduarda Friedricha Wiebe.

Ten potomek mennonickich osadników, urodzony w Stalewie niedaleko Malborka, wykształcony w berlińskiej Akademii Budowlanej a także w Berlińskim Uniwersytecie był już znanym projektantem systemów kanalizacyjnych dla dużych miast niemieckich (m.in. dla Berlina).

Już w czerwcu 1863 przedstawił władzom miejskim projekt urządzeń wodno-kanalizacyjnych dla części centralnej Gdańska. Przygotował też projekt pola irygacyjnego na Stogach i plan osuszania terenów dla Dolnego Miasta.

W roku 1869 projekt ten został w końcu zaaprobowany i zlecony do wykonania firmie J. & A. Aird z Berlina. Inwestycja została przeprowadzona w latach 1869-1874. Był to system spławny, rozgałęziony, a jego punktem węzłowym była istniejąca do dziś przepompownia ścieków “Ołowianka”.

Jednocześnie wybudowane zostały pola irygacyjne, oraz ujęcie wody “Polanki” i ujęcie w Pręgowie. System ten – po kilku modernizacjach – funkcjonuje do dzisiaj.

Nadburmistrz nie poprzestał na tej inwestycji – dopiero się rozkręcał. W latach 1870-1879 zarządził położenie kamiennych chodników a także wybrukowanie wszystkich ulic. W latach 1865-1880 regulacji poddano ciągi komunikacyjne w mieście, wybudowano około 20 budynków szkolnych, poddano reorganizacji szkolnictwo podstawowe i średnie w Mieście. W roku 1872 otwarto Muzeum Miejskie, a wkrótce później także Muzeum Prowincjonalne (1880). W końcu lat 80-tych XIX wieku rozpoczęto też budowę Stoczni Schichaua. W roku 1864 została uruchomiona w Gdańsku komunikacja miejska – omnibusy, zaś tramwaje konne wprowadzono do miasta w roku 1873. Na Westerplatte utworzone zostało kąpielisko miejskie z uzdrowiskiem. Port został unowocześniony, zaś Wrzeszcz rozparcelowano pod zabudowę mieszkalną i usługi.

Jedno się von Winterowi jednak nie udało – otóż nie uzyskał zgody władz wojskowych na całkowitą rozbiórkę fortyfikacji nowożytnych i umocnień. To przekreśliło jego plany budowy nowoczesnego dworca kolejowego.

Od roku 1873 był prezesem rady nadzorczej spółki akcyjnej powołanej przez Richarda Damme do budowy i eksploatacji linii kolejowej Malbork-Mława.

Działał w licznych towarzystwach i radach muzealnych ( w tym – w pierwszym zarządzie Towarzystwa Upiększania Zamku w Malborku).

1 lipca 1890 przeszedł na emeryturę. A 10 lipca tegoż roku przyznano mu honorowe obywatelstwo Miasta Gdańska.

Wycofawszy się z aktywnego życia, resztę swoich dni spędził niedaleko Świecia, w swoim majątku Gelenz (Jeleniec), gdzie zmarł 10 lipca 1893 roku.

W roku 1904 wmurowano w fasadę domu przy Grosse Gerbergasse 5 tablicę upamiętniającą słynnego mieszkańca. Zresztą to nie była jedyna forma upamiętnienia tego, któremu Gdańsk tak wiele zawdzięcza. Targ Maślany nosił miano Winterplatz (Plac Wintera), co po II wojnie bezmyślnie przetłumaczono jako “Plac Zimowy”.

Dzisiaj mało osób zdaje sobie sprawę z tego, komu zawdzięczamy bruk na ulicach, czy chodniki. Nawet się nie zastanawiamy nad tym, skąd mamy kanalizację. No chyba, że przychodzi nam płacić za ścieki, czy wodę.

Leopold von Winter… Szkoda, że po wojnie nie pomyślano o ponownym jego upamiętnieniu na fasadzie domu przy ul. Garbary nr 5.

Moja publikacja na stronie Akademii Rzygaczy 20 stycznia 2007

(z późniejszymi uzupełnieniami)

wykorzystano:

1. Mirosław Gliński – Ludzie Dziewiętnastowiecznego Gdańska

2. Wielka Księga Miasta Gdańska

3. Rein in den Main – Stadtenwässerung Frankfurt Am Main

Post Scriptum

W roku 2009 ukończono nową nawierzchnię ulicy Garbary. Uliczka zyskała nowy wizerunek. Mam nadzieję, że mój postulat powieszenia tablicy pamiątkowej “ku czci” Nadburmistrza spotka się z odzewem… Byłby to wspaniały gest. Takie tablice spotyka się co krok w nieodległym Toruniu…

Post Scriptum nr 2

Mamy początek roku 2011. Poza małym raczej symbolicznym szumkiem i zapewnieniami o trosce o prawdę historyczną w Moim Mieście, cisza. Śmiem twierdzić, że ta cisza potrwa dopóki ktoś nie odkryje, że to świetna reklama  (dla siebie oczywiście :D)…  Do jakiegokolwiek celu jednak to ma służyć, czas może wziąc przykład z Torunia! Tam także niepolskie nazwiska (u nas w Gdańsku to jakaś fobia 😉 ) a jednak co któryś budynek ma tablicę stosowną…

A tłumaczenie, iż ufundowaniu tablicy przeszkadza znajdujący się w tym miejscu sklep o wiele mówiącej nazwie: SETA, doprawdy jest nieco … dziecinne.

Post Scriptum nr 3

W roku 2018 (!! tak, po wieeeeelu latach od pierwszej mojej publikacji, i od pierwszej mojej rozmowy z władzami miasta na temat tablicy, i po wielu deliberacjach czy i dlaczego, czy i jak związany jest / był z historią miasta, i czy to polityczne czy nie, zresztą szkoda nawet wspominać te żenujące lata) – WRESZCIE odsłonięto tablicę upamiętniającą tego chyba najlepszego w historii włodarza naszego miasta

Oczywiście był czas na błysk flesza i opowieści o staraniach (;) ) – ale też był i ważny gość, bo pra…wnuk Burmistrza. Nie było mnie na uroczystości, bo trwał szaleńczy sezon, zatem nie wzięłam udziału w tej farsie. I może to i dobrze, bo po co miałabym psuć uroczystość paroma słowami prawdy o tym, jak naprawdę wyglądała „droga do tablicy” 😉 .

Zatem mamy wreszcie tablicę, a i tak 99% Gdańszczan i gdańszczan nie ma pojęcia jak ważnym włodarzem był von Winter.

Wilhelm August Stryowski

Wśród gdańskich artystów wyjątkowe miejsce zajmuje Wilhelm August Stryowski.

Ale czy na pewno zajmuje, czy też raczej powinien zajmować…

Bo dzisiaj jakoś krucho ze znajomością tej postaci w jego rodzinnym Mieście, czego najlepszym dowodem jest błąd w pisowni jego nazwiska w nazwie ulicy na gdańskich Stogach, która nosi nazwę „Stryjewskiego”.

Wzmianki encyklopedyczne informują, że Wilhelm August Stryowski urodził się 23 grudnia 1834 r. w Gdańsku, zmarł w Essen 3 lutego 1917 r. i pochowany został w Gdańsku. Nadto dowiemy się, że był malarzem, kolekcjonerem, konserwatorem, muzealnikiem, pedagogiem.

Tyle krótkie notki w encyklopediach.

Warto jednak nieco wypełnić te 83 lata życia człowieka, którego obrazy pokazują nam zaginiony bezpowrotnie koloryt Gdańska.

Otóż urodził się Wilhelm August na gdańskim Zaroślaku, w domu położonym niemal nad samym kanałem Raduni. Miał 4 braci i siostrę. Ojciec gromadki był rzeźnikiem, a rodzina Stryowskich w Gdańsku posadowiona była już od XVII wieku. Jednak nie tylko rzeźnik tworzył historię rodziny, ale także jego szwagier, znany i popularny portrecista – Dawid Franz, mający swoją pracownię przy Targu Drzewnym. I u niego właśnie przyszły malarz uczył się podstaw fachu, po czym stał się uczniem gdańskiej Szkoły Sztuk i Rzemiosł (Kunst-und Gewerbeschule). Tutaj sam jej dyrektor – Johann Carl Schulz – wziął się poważnie za edukację młodego człowieka i nawet spowodował przyznanie mu stypendium Zachodniopruskiego Towarzystwa Pokoju (Friedesnsgesellschaft in Westpreussen – Gesellschaft zu Unterstützung Studierender), które zajmowało się udzielaniem materialnej pomocy ubogim, ale utalentowanym studentom.

Stypendium pozwoliło Stryowskiemu na studia zagraniczne. I tak – w wieku 18 lat Wilhelm August wyjechał do Düsseldorfu studiować w tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych między innymi u samego jej dyrektora – Friedricha Wilhelma Schadowa (syna twórcy Kwadrygi Zwycięstwa na Bramie Brandenburskiej). Studiowanie w owych czasach było barwne, a w wypadku Stryowskiego nawet zbyt barwne… Dość na tym, że nie dość, że buntował się przeciw skostniałemu sposobowi nauczania, to jeszcze wpadł w nieciekawe towarzystwo. Jednak mimo tego – uczelnię ukończył i odbył, zgodnie z ówczesnym zwyczajem, podróż artystyczną (nie jedyną w swoim życiu). Trasa wiodła przez Niderlandy, Paryż, Berlin, a w końcu zahaczył nawet o Galicję. W jego życiorysie wspomina się o księciu Salm-Dyck (Salm-Reifferscheid-Krautheim u. Dyck), mecenasie młodych artystów (kupił jeden z obrazów młodego artysty). Jednakże wsparcie ze strony księcia musiało być dla początkującego malarza niewystarczające, bo czytamy też o trudnościach z otwarciem własnego atelier.

Do Gdańska wrócił Wilhelm August około roku 1864. Czas jakiś wynajmował pracownie w różnych miejscach. Między innymi pomieszczeń użyczył mu Rudolf Freitag, z którym malarz pozostawał w przyjaźni wiele lat. Z tego czasu pochodzi wspaniały obraz Freitag rzeźbiący popiersie Heweliusza.

Freitag rzezbiacy popiersie Heweliusza

Freitag rzeźbiący popiersie Heweliusza, 1870

Pracownię Stryowski miał też przez jakiś czas w domu zwanym Adam i Ewa – przy ulicy Długiej (w świadomości Gdańszczan kamienica ta funkcjonowała jako nawiedzony dom). Jeszcze parę razy zmieniał pracownie, bowiem mamy informacje o tym, że miał kąt przy ulicy Korzennej – w browarze, a także przy Ogarnej. Tutaj też powstała seria scen obrazujących życie miasta.

Był jednym z współtwórców Muzeum Miejskiego, później zresztą był w nim konserwatorem dzieł sztuki. Wykładał też w gdańskiej Szkole Sztuki i Rzemiosł Artystycznych, którą kiedyś sam ukończył. Od roku 1887 był kustoszem Muzeum a także sekretarzem Towarzystwa Przyjaciół Sztuki. Jego działalność została uwieńczona tytułem profesora nadanym mu przez cesarza Wilhelma II.

Z nazwiskiem pana kustosza wiąże się pewien brzydki postępek innego malarza – zwanego w Polsce narodowym. Otóż w roku 1877 Jan Matejko wyłudził od Stryowskiego siodło z rzędem. Stryowski pożyczył mu ów rekwizyt do sceny w malowanym właśnie przez Matejkę obrazie Bitwa pod Grunwaldem (ciśnie się na usta pytanie po co mu było barokowe siodło do średniowiecznej bitwy…) . Matejko, jak to się obecnie tłumaczy, „zapomniał” oddać owo siodło. Zachowały się monity listowne Stryowskiego w tej sprawie – można je było zobaczyć (wraz z siodłem zresztą) parę lat temu – w roku 2002 – na jedynej po wojnie wystawie monograficznej poświęconej W. A. Stryowskiemu. Trudno uwierzyć, by tak duży eksponat jak siodło, zawieruszył się w pamięci. Siodło do dzisiaj pozostaje „własnością” Muzeum Narodowego w Krakowie…

Na szczęście nie tylko w takie niemiłe sytuacje wplątany był pan kustosz… zdarzyło się coś, co odmieniło zdecydowanie życie malarza – i to odmieniło na dobre.

W roku 1887 ożenił się z panną Clarą* (Klarą) Bädeker, swoją młodziutką uczennicą. Panna Clara była bratanicą słynnego Carla – księgarza, od którego nazwiska wywodzi się tzw. „literatura przewodnikowa” – czyli wszelkie „bedekery”. Clara okazała się doskonałą towarzyszką życia malarza. Zamieszkali nad Kanałem Raduni, urządzając dom ze smakiem i na ówczesną modłę – niczym małe muzeum. Pełno w nim było tzw. pamiątek przeszłości – mebli gdańskich, kołatek i klamek, naczyń cynowych i porcelany. Gromadzili też obrazy. Wśród nich – znajdował się portret Władysława IV, wykonany prawdopodobnie przez szkołę Rubensa. Opis domu państwa Stryowskich można znaleźć w pamiętnikach Stanisława Tarnowskiego, który ich odwiedził w roku 1881.

Pani Stryowski-Baedeker (nazwisko męża przyjmuje się na Zachodzie jako pierwsze) była doktorem medycyny i w 1906 uczestniczyła w opracowaniu reformy ubioru kobiecego, dotychczas szalenie niezdrowego i niewygodnego. Zajmowała się też między innymi strojem do ćwiczeń gimnastycznych, które zresztą gorąco propagowała.

Wilhelm zaś malował… Uchodził za folklorystę. Jego obrazy są pełne nastroju, w ciepłej kolorystyce. Obrazy człowieka szczęśliwego. Zasłynął jako malarz flisaków. Na jednym z flisaczych płócien pozostawił nam swoją podobiznę a także podobiznę swojej ukochanej Klary.

W roku 2002, o czym wspomniałam wyżej, Muzeum Narodowe w Gdańsku zorganizowało wystawę monograficzną Wilhelma Augusta, gromadząc na nim 24 dzieła. Niestety katalog wydrukowany w minimalnej ilości, rozszedł się niczym ciepłe bułeczki. Dodruku się nie przewiduje.

Oboz filsakow nad Wisla

Obóz filsaków nad Wisłą

Niewiele prac pozostało nam w Gdańsku po tym nastrojowym artyście. Nie tylko dlatego, że najpierw była II wojna światowa, a potem mieliśmy tu rok 1945 i rabunek nie tylko wojenny, ale też i dlatego, że dzieła Stryowskiego były dosłownie rozchwytywane na przeróżnych wystawach jeszcze za życia artysty (w 1869 roku na wystawie w Berlinie otrzymał złoty medal). Rozchwytywane były, jak to się mawia – jeszcze na sztalugach.

Jednak nie dane było artyście tworzyć do końca swoich dni. W wieku 78 lat został dotknięty częściowym paraliżem ręki (w następstwie wylewu). To wyeliminowało go z czynnego tworzenia. Okazało się też, że jak zwykle w takich przypadkach – przyjaciele nagle zniknęli z życia państwa Stryowskich. Oboje zdecydowali się więc wyjechać do Essen, tam, gdzie rozgałęziona rodzina pani Klary była blisko ze swoją życzliwością. Tam też artysta zmarł 3 lutego 1917 roku. W testamencie jednak zastrzegł, iż chce być pochowany w swoim rodzinnym Mieście.

Jego woli stało się zadość już w tydzień później. 10 lutego 1917 roku odbył się pogrzeb artysty na cmentarzu Zbawiciela w Gdańsku. W nekrologu wymienione są żona Clara i córka Ewa.

wil_profProf. Klara (Clara) Stryowski-Bädeker na zdjęciu z hrabią Christianem-Friedrichem zu Stolberg-Wernigerode – ze strony http://www.rudawyjanowickie.pl/

Pani Klara Stryowski-Baedeker czas jakiś mieszkała z bratem Carlem w pałacu Grafa Christiana-Friedricha zu Stolberg-Wernigerode w Janowicach Wielkich.

23 grudnia 1934 roku (w setną rocznicę urodzin Wilhelma Augusta) otwarła w Pałacu Opatów w Oliwie wystawę poświęconą twórczości męża. Zmarła w roku 1938 i została pochowana obok męża. Dzisiaj próżno by szukać tak grobowca, jak i miejsca po uroczym domku nad Kanałem Raduni. Córka – Ewa wyszła za mąż za niejakiego Meyera i nosiła podwójne nazwisko. Zmarła jednak podczas porodu swego pierwszego dziecka (według H. Hertel „Dokumentation vom Heimatort Rohrlach”, wyd. w Wolfsburgu, w marcu 2003). O braciach wiem tylko tyle, że jeden zasiadał w Senacie Wolnego Miasta Gdańska, i że mieszkali wciąż nad Radunią.

wil_flisacy_nad_wisla

Flisacy nad Wisłą, 1881

powyżej obraz Flisacy nad Wisłą, 1881

Pozostały obrazy z flisakami a wśród nich ten, z pełną uroku młodziutką dziewczyną i statecznym starszym człowiekiem. Wspomnienie miłości i przyjaźni dwojga tak różnych ludzi.

Na skądinąd ciekawej stronie o Trzcińsku istniej jednak pewna nieścisłość, którą obecnie wyjaśniam, jako, że Klara (Clara) nie mogła być córką Gustava, jak tam napisano. Gustav bowiem zmarł w roku 1820…

Ilustracje:
1) Mirosław Gliński, Ludzie dziewiętnastowiecznego Gdańska, Gdańsk 1994
2) www.malarze.com
3) artyzm.com
4) rudawyjanowickie.pl
5) Wikipedia

to jest zupełna przeróbka mojego artykułu, jaki zamieściłam na stronie Akademii Rzygaczy w lutym 2009, jednak w miarę postępu w zainteresowaniach Panią Clarą, oraz wzrostu dostępnych materiałów, postanowiłam go zabrać do siebie oraz przerobić stosownie.

Sprostowania nazwiska (Dawid Franz) wuja W. A. Stryowskiego (owego malarza, u którego stawiał pierwsze kroki w swoim przyszłym fachu) –  dokonałam w dniu dzisiejszym, (07.01.2010) po opowieści Pani Marii Marty Góralskiej – „Wilhelm Stryowski – patron głównej ulicy Stogów” (Pani M.M. Góralska jest emerytowanym kustoszem Muzeum Narodowego w Gdańsku).

* w tekście używam zamiennie pisowni Klara bądź Clara, bo tak też figuruje w wielu dokumentach.

Henryk Reuss von Plauen i disco polo

Zamieszczam opowieść zasłyszaną czy przeczytaną – dla samej opowieści jest to nieistotne. Dość na tym, że dotyczy miejsca istniejącego i całkiem realnego. A przy tym mającego magię…

Miejsce jest do znalezienia na mapie, a najlepiej gdyby osobiście – w Prusach Górnych – czyli historycznym Oberlandzie…

To Morąg – dawny Mohrungen.

Jest tam zamek – pierwotnie gotycki – a teraz właściwie to dom mieszkalny rzadkiej brzydoty. Jego brzydota wynika z wielowiekowych przebudów, i nie do końca przemyślanych „modernizacji”.

Jednak, jeśli ktoś ma oko zdolne wyłapać gotyckie piękno – za nic będzie miał oficjalną opinię o urodzie budowli. Znajdzie tam piękno, będące echem dawnej świetności. No i przede wszystkim… cudne cegły gotyckie! Jedną taką śliczność załączam na zdjęciu, bowiem jest wyjątkowa.

cudnosci moraskie

W tym domu – a raczej dawnym zamku – straszy….

Raz, że krąży tam duch młodej Barbary Schwann. Młodej, bo z dzisiejszego punktu widzenia, właściwie dziewczynki – 14-latki, która udusiła swoje nowo narodzone dziecko. A że rzecz miała miejsce w XVIII wieku, to i kara stosowna była do ówczesnych czasów. Dość na tym, że skazano ją na przemyślne tortury, a w końcu ścięto. Jakby to nie wystarczyło, to jej głowa osadzona na pice, pokazywana była w tzw. wieży czarownic ku przestrodze. Pozostaje pochylić się nad cierpieniem dziewczyny, niewątpliwie działającej w tzw. szoku poporodowym… A także nad obyczajowością widzącą w kobiecie li tylko narzędzie do prokreacji, czy też jeszcze gorzej – diabelski pomiot. Jakże aktualne przemyślenia, zwłaszcza kiedy mówimy o pełni praw kobiet, a może – wciąż o braku ich pełni…

Ale…, aby opowieść nie stała się ponurą rozprawką filozoficzną, nie o tym duchu opowiem, a o innym – starszym i historycznie dobrze udokumentowanym.

To duch Henryka Reuss von Plauena. W latach 1469-70 był Wielkim Mistrzem Zakonu Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. W czasach zdecydowanie nie najlepszych dla tegoż… Kto wpadnie do Torunia po „gotyk na dotyk”, niech wejdzie do staromiejskiego ratusza i stanie przed obrazem Mariana Jaroczyńskiego pt. „Traktat Toruński” – by po prawej stronie obrazu, tuż obok postaci Wielkiego Mistrza, ujrzeć Henryka Reuss von Plauena – wówczas jeszcze Wielkiego Komtura. Postać ma szlachetną i wyniosłą. Jest przedstawiony jako rycerz – z pewnością nieustraszony i niepokorny.

Zupełnie inaczej go przedstawiono w broszurce z XIX wieku.

Heinrich_Reus_von_Plauen z Wikipedii

Tak wyobrażano sobie Henryka Reuss von Plauena w broszurce „Mohrungen eine Stadt in Ostpreußen” z roku 1877 (źródło: Wikipedia)

Zanim został Wielkim Mistrzem był komturem Bałgi i wójtem Natangii. Później awansował i został Wielkim Szpitalikiem, i zarazem komturem Elbląga (złośliwcy mówili, że pomogło pokrewieństwo z Wielkim Mistrzem – był bowiem siostrzeńcem Ludwiga von Erlichshausena).

W pierwszym etapie wojny 13-letniej – tuż przed słynną bitwą pod Chojnicami, rozegraną 18.09.1454 (pierwszą bitwą pod Chojnicami) – wyznaczył Bernarda Szumborskiego na dowódcę zaciężnych. Dzięki przemyślanej decyzji tę bitwę wygrali właśnie krzyżacy – zmieniając bieg pierwszej fazy długiej wojny.

Tuż po podpisaniu Pokoju Toruńskiego (II Pokoju Toruńskiego) w toruńskim Dworze Artusa, został komturem Pasłęka, zaś po śmierci wuja w roku 1467 objął namiestnictwo.

W panującej sytuacji politycznej – wycofał się do Morąga, który teraz znajdował się na terenie tzw. Prus Zakonnych, aby poczekać na rozwój wypadków, a przede wszystkim, by przeciągnąć w czasie zwołanie Kapituły Wyboru Wielkiego Mistrza…

Król jednak naciskał na konkretne decyzje… Był wtedy znaczącą siłą, z którą należało się liczyć… W końcu kapituła została zwołana w roku 1469. No i zgodnie z oczekiwaniami Henryk został wielkim mistrzem. A jako taki – musiał – postanowieniami Traktatu Toruńskiego złożyć hołd królowi. Wyraźnie do tego zobowiązywał punkt VI traktatu pokojowego, podpisanego przez jego wuja…

„Winniśmy zaś my, Ludwik, mistrz wspomniany, i każdy następca nasz, podniesiony do godności w. mistrza oraz mający być do niej podniesiony, po sześciu miesiącach od dnia podniesienia do godności w. mistrza przedstawić się osobiście wspomnianemu najjaśniejszemu panu Kazimierzowi królowi i następcom jego, królom polskim, i tam za nas, komturów i ziemie pruskie jemu i następcom jego, królom, i Królestwu Polskiemu złożyć przysięgę należnej wierności oraz zachowania obecnego pokoju oraz że nigdy nie będziemy zabiegali o absolucję lub o zwolnienie od przysięgi ani jako o rzecz już uzyskaną, która ma być uzyskana.”

Zaraz też po wyborze na W. Mistrza – co stało się 17 października 1469 – wyruszył Henryk w drogę do Piotrkowa (dzisiaj zwanego Trybunalskim) aby zadość uczynić owemu VI punktowi traktatowemu. Już 1 grudnia tego roku – złożył hołd królowi. W drodze powrotnej został rażony apopleksją, jak mówiono – ze złości czy raczej może z upokorzenia całą sytuacją. Zmarł w Morągu na początku następnego roku, zaś pochowano go w Królewcu.

Tyle fakty.

Wiemy, że Henryk miał charakter i był nie w ciemię bity – bowiem już za czasów swego wuja grał tzw. pierwsze skrzypce w zakonie.

Wiemy też, że kochał piękno.

Kiedy się stanie na dawnym dziedzińcu zamku morąskiego zwłaszcza podczas zachodu słońca – nietrudno się z tym zgodzić.

A wracając do Morąga, von Plauen ponoć ten zamek szczególnie sobie upodobał. Dbał więc o niego, upiększał, jako że lubił otaczać się pięknem i pięknymi przedmiotami. Ponoć nawet grajków trzymał i po zamku niosła się muzyka…

No i po wiekach wielu…, kiedy nastała moda na własne zamku (co niekoniecznie zamkom wychodziło i wychodzi na zdrowie), różnego autoramentu postaci zaczęły kupować pałace i zamki – dorabiając sobie potem tak herby, jak i parantele….

Między innymi w morąskim zamku osiadła osoba nadzwyczaj wredna…. – tak twierdzą, ci, którzy ją znali. Nie tylko że niewiele wiedziała o specyfice murów gotyckich, ale też niewiele robiła sobie z historii miejsca, za nic mając jego urok.

W opowieściach o losie zamku w tym czasie pojawiają się informacje, iż flejtuch z osoby był. A już wieszając pranie wszelakie, zwłaszcza niepiękne niewymowne, tu i ówdzie wprost upokarzała historię i tradycję tego urokliwego miejsca.

Mówiono jej, że duch Mistrza cierpiał. Cierpiał bezgłośnie i niewidzialnie… Wzruszała tylko ramionami, i ponoć odmawiała nawet wiary w ducha.

Ale wszystko jest do czasu!!!

Otóż owa persona, mieszkająca na zamku, pewnego dnia odpaliła muzykę… Disco polo! Na całą moc głośników. Charakterystyczne „YMPS YMPS UMCA UMCA” niosło po okolicy, podrywając do lotu wszystkie okoliczne ptaki.

Tego już biedny Plauen nie wytrzymał! Przecież on za życia był koneserem sztuki!!!!

Któregoś wieczoru nagle pies – raczej do łagodnych nie należący i pilnujący na co dzień zamku – podkuliwszy ogon i piszcząc żałośnie wtłoczył się pod kanapę, świeca stojąca na stoliku przewróciła się i zaczęła się toczyć pod górę (tak podają opowieści)…

Na dodatek rozległ się na cały zamek gromki ryk, zagłuszający koszmarną muzykę „WOOOOOON!!!!!!!!!!!”.

Persona muzykę wyłączyła i na nocleg opuściła zamek. Po jakimś czasie – zamek sprzedała. Wciąż jednak wersja wydarzeń według persony była taka, że nie wiadomo, o co temu duchowi chodziło; na pewno chciał nawiązać znajomość… – „może chciał się przedstawić”?

Teraz tam mieszkają ludzie znający historię, ceniący piękno, jak i niegdysiejszy mieszkaniec… Właściciel ponoć puszcza muzykę renesansową… i ponoć czasem muzyka się sama włącza.

Zamek pełen jest duchów, i z czasem powstają o nich całkiem nowe opowieści. A to, że raz kogoś duch ze schodów zepchnął, kiedy indziej na korytarzu wionęło zimnem przejmującym, jakby przechodził ktoś prosto z mrozu, a rzecz miała się w lecie… Stosowną nawet tablicę „Uwaga Duchy” postawiono przed bramą…

Uwaga na duchy

Nic to jednak nad widoki przecudne – zwłaszcza o zachodzie słońca, i nad ptasie śpiewy.

Wszyscy są mile widziani, pod warunkiem, iż słuchają miłej muzyki, disco polo jest zabronione…. i że owi wszyscy zachowują się przyzwoicie…

Linki:

http://www.morag.pl/
http://www.castlesofpoland.com/prusy/morag_duch_zamku.htm
http://www.castlesofpoland.com/prusy/morag_zdjecie005.htm
http://www.ruinyizamki.pl/warminsko-mazurskie/morag.html
http://pl.wikipedia.org/wiki/Henryk_VI_Reuss_von_Plauen

Spotkanie drugie z Tutivillem

Często mówi się, że diabeł tkwi w szczegółach… Diabeł ogonem nakrył…. Diabeł mówi dobranoc… Diabli wiedzą…

Ano wiedzą… Tkwi… Nakrył…

On, czyli Tutivillus.

©K.Czaykowska – Diabły orneckie w spływach sklepiennych

Diabeł podsłuchiwacz – szpieg Pana Boga mawia się, po prawdzie jednak to szpieg Władcy Piekieł. Jedyny taki, który ma prawo – ba! nawet poniekąd obowiązek – siedzieć w parafialnych czy klasztornych kościołach (tu nad stallami), a także na krużgankach klasztornych. Siedzi, przycupnięty gdzieś w kącie i spisuje, albo podsłuchuje nasze grzechy i zaniechania…

Podsłuchuje i zapamiętuje, by potem o nich zdać relacje.

Inna wersja mówi, iż szpieguje i podsłuchuje, notuje, zbiera grzechy by je “wywlec” na Sądzie Ostatecznym.

TUTIVILLUS…

A początek był całkiem prozaiczny – otóż – wymyślony został nasz bohater w jakimś klasztorze, bodaj w XII wieku.

Otóż – reguła zakonna wymaga, by mnisi spotykali się na wspólne modły mniej więcej, co trzy godziny. Niekoniecznie wszyscy bardzo ochoczo, i niekoniecznie wszyscy bardzo przytomnie. W nocy musiało to być szczególnie uciążliwe. A jeszcze jak pomyślimy sobie o zimnie w kościele, i ubiorze mniszym. Brrrr. No i kiedy odśpiewywano ostatni psalm – właściwie większość mniszych myśli krążyła już wokół własnej celi i bardziej lub mniej wygodnego – ale zawsze… łóżka. Przełożeni więc wymyślili bat na śpiochów i niezbyt pilnych – Tutivillusa.

Diabeł, który miał pierwotnie być niejako wrotnym – bowiem siedział przy wejściu i notował, kto pięknie a kto niedbale pokłonił się Panu Bogu.

Diabeł notujący

©K.Czaykowska – Tutivillus malborski

Nie, nie zauważymy go, bo sprytne to stworzenie i chowa się przed naszymi oczami. Więc by nas nie wpisał na listę – mając wodę święconą tuż przy wejściu, użyjmy jej i pokłon niski a szczery oddajmy Panu, i wtedy szpieg nie będzie miał nic do roboty.

Profesor Widacki powiedział kiedyś, że z legendą się nie walczy, legendę się opowiada (to przy sposobności badań nad domniemanymi szczątkami Strasznego Jaremy na Św. Krzyżu)….

I tak też było w tym wypadku – legenda, szybko została adaptowana, a diabeł został “oswojony”… Stał się nawet niejako elementem naszej codzienności. Naszej – bowiem jak wspomniałam na wstępie – w codziennym słownictwie funkcjonuje mnóstwo powiedzeń z tym właśnie diabłem w roli głównej. Nawet sobie z tego nie zdajemy sprawy – ile wokół nas Tutivillusa.

diabelek2

©K.Czaykowska – Tutivillus malborski

No bo to przecież nie ten wielki straszny czort z piekieł – jak mu tam… Belzebub, czy inny Lucyfer. To nasz Tutivillus.

Jak ustalił jeden z “tropicieli” Tutivillusa – ówże szpiegował na terenie Niemiec, Austrii, Czech, Szwajcarii, Szwecji i Danii a także w dalekiej Finlandii, także w Anglii oraz Estonii. Ukrywał się głównie na polichromiach.

W XVI-wiecznej Anglii miano tutivilla mieli ludzie delikatnie mówiąc niezbyt rozgarnięci i – co tu ukrywać – kmioty (pod każdym względem). Więc miano to było nader pogardliwe.

Bywało się i też bywa wścibskim jak Tutivillus, drobiazgowym niczym Tutivil.

Spotkanie pierwsze z Tutivillem

Poniższy tekst jest roboczym tłumaczeniem strony autorstwa Timothy’ego DeVinney (za jego osobistym pozwoleniem):

Titivillus (czasem pisany “Tutivillus”) czasem bywa nazywany przez współczesnych pisarzy “diabelskim patronem skrybów” (czy tez kaligrafów). Powiada się, ze był aktywny szczególnie w średniowieczu, wpadając do skryptoriów klasztornych i wprowadzający błędy do pracy skrybów, ilekroć ci stawali się mniej uważni.(1)

Zagadkową historię Titivillusa trudno jednak rozwikłać. Współczesne przekazy bywają pełne fantazji, podczas gdy poważni naukowcy niechętni są do jakiejkolwiek wyraźnej polemiki, skupiając się raczej na wpływach, podobieństwach czy sugerowanych wnioskach.

Mimo tego, najlepszym nowożytnym studiom Titivillusa jest naukowy artykuł Margaret Jennings “Tutivillus: “Literacka kariera notującego demona” w: Studies in Philology 74, no. 5 (grudzień 1977).

Częściowo, zamieszanie jest zgodne z historią Titivillusa (i pewnie z jego intencjami także – dopisek mój): był nieuchwytny, zmienny – od samego początku. Jego charakter był nie tylko niejasny, ale został uformowany przed czasami praw autorskich, czy znaków firmowych, więc mógł sobie pojawiać się wielokrotnie, upiększając swoją historię w różny sposób.

Stał się ważną figurę w średniowiecznych exemplach – homiliach z morałem, które były gromadzone przez kaznodziejów dla wpajania w kongregacjach praktycznego i duchowego znaczenia unikania grzechu.(2) Titivillus odgrywał rolę w historiach koncentrujących się wokoło efektów grzechu acedii (duchowe lenistwo). Wśród laikatu, acedia mogła powodować, iż uczestnicząc w religijnych nabożeństwach “szumieli”, plotkowali, czy wręcz wplątywali się w czczą gadaninę, co powodowało, że duchowni przyspieszali odmawianie modlitw, mamrotali słowa, czasem wręcz opuszczali całe frazy.(3)

Titivillus wyłonił się z dwóch różnych narracji – jednej poświęconej zapisującemu czy notującemu demonowi, i drugiej – poświęconej demonowi niosącemu worek. Z tych dwóch historii – ta o demonie notującym jest starsza, sięgająca czasów babilońskich. Były znane później w czasach egipskich ascetów w IV wieku(4). Ten notujący demon miał bywać w kościołach i klasztorach by spisywać grzechy wszystkich tam spotkanych. Te pozbierane grzechy zabierał następnie do piekł, gdzie były liczone w Dniu Sądu. (Interesujące jest, że z początku Titivillus nie wykazywał żadnych preferencji, jeśli chodzi o grzechy mające związek z uchybieniami w pisaniu).

Jedna z często spotykanych wersji historii mówiła o diakonie wybuchającym śmiechem podczas mszy w kościele. Ksiądz robił wyrzuty diakonowi, który się bronił mówiąc, iż podczas mszy widział demona zapisującego czczą gadaninę parafian. Demon szybko zapełnił pergamin, na którym pisał, i żeby zrobić więcej miejsca, pociągnął zębami za koniec pergaminu. Pergamin był tak naciągnięty (przez długi spis próżnych rozmówek i mamrotanych modlitw), że pękł, zaś Demon fiknął koziołka na plecy. I to właśnie tak rozśmieszyło diakona… Ksiądz był pod wrażeniem opowieści, i historyjka była później przekazywana parafianom, tak by wiedzieli, iż ich pogaduchy podczas nabożeństwa będą podnoszone przeciw nim podczas Dnia Sądnego, bowiem gdzieś pomiędzy nimi krąży Diabeł, obserwujący i podsłuchujący modlitwy “ukradzione Bogu” przez ich zaniedbanie..(5)

Inna grupa historii, z których wyrósł Titivillus zaczęła się od przekazów o diable ładującym worek. Caesarius z Heisterbach w swojej XIII-wiecznej pracy Dialogus Miraculorum (ok.1230), bez nazwania Titivillusa, opisał “‘pewnego diabła’ stojącego na podwyższeniu, i wyłapującego ‘voces tumultuosas’ prawą ręką i wsuwającego je zgrabnie do zbiornika trzymanego w lewej…”(6)

Inni autorzy – jak Jacques de Vitry w Sermones Vulgares z lat 1220-tych, dał bardziej upiększone świadectwo opisując przeciążony worek dopełniany przez demona. Mniejszą uwagę poświęcali gwarowi niż, jak już wspomniano – mamrotaniu, odklepywaniu modlitw, czy opuszczaniu sylab, czy próżnym myślom podczas mszy w kościele.(7)

To przy sposobności Demona niosącego worek – po raz pierwszy pojawił się Titivillus nazwany po imieniu. (8) Opisał go John z Walii w swoim Tractatus de Penitentia (ok. 1285), w wersie, który stał się słynny przez całe średniowiecze:

Fragmina verborum titivillus colligit horum
Quibus die mille vicibus se sarcinat ille.(9)

W wolnym tłumaczeniu znaczy to mniej więcej:

Titivillus zbiera fragmenty (tych) słów
którymi wypełnia swój worek po tysiąckroć dziennie.(10)

Oba demony – i ten zapisujący i ten z workiem w końcu stały się słynne jako Titivillus (albo Tutivillus) w XIV wieku. Jego wpływ na kongregacje oraz moc straszenia gnuśnych utrzymywała się przez następne sto lat.

W XV wieku jednak Titivillus stał się generalnie złośliwym demonem powodującym zamieszanie między ludźmi. Niektórzy współcześni pisarze podnoszą iż to wtedy Tutivillus stał się diabolicznym patronem skrybów i był obwiniany o błędy jakie robili, przepisując manuskrypty..(11)

Wpływy Tutivillusa w życiu religijnym zanikają, ale za to zaczyna on robić karierę w dramacie. Pojawia się jako rejestrator wszelkiego rodzaju grzechów w Judicium Wakefielda Mastera (pocz. XV w.) – wciąż bez specjalnego statusu jako powód błędów u pisarzy i skrybów. W nieco późniejszej sztuce Mankind, Titivillus był Demonem Piekieł, namawiającym ludzkość, do porzucenia jakiejkolwiek wspólnotowej staranności, czy troski (nie wspominając o modłach) tym samym dołączając do “kompani demonicznych drani.”(12)

Na początku XVI wieku, Titivillus, jeśli w ogóle się pojawiał w teatralnych przedstawieniach, był jednym z wielu demonów(13). A do czasu, kiedy wspomniał o nim Shakespeare, był niemalże nieznany: jego imię stało się bardziej terminem parodystycznym. Pojawia się jako “Tilly-vally” czy “Tilly-fally” .(15)

Jennings opisuje oba przypadki użycia przez Shakespeare’a imienia Titivillusa jako “gorszące modły wzywające Tutivillusa do zbierania uwag głupich na tyle, by znaleźć się w jego worku..” (16)

A więc tak czy inaczej Titivillus był kiedyś demonem patronem skrybów, i powrót jego imienia do aktywnego słownictwa wydaje się być spodziewany wraz z rozwojem współczesnej komunikacji i internetu, jako ktoś, do kogo będziemy mogli się odwołać – jako do zbieracza “szumów”, czczej gadaniny, oraz rezultatów naszej własnej nieuwagi. I będzie zaiste bardzo zajęty.

———–

Notes
1. Marc Drogin, Medieval Calligraphy: Its History and Technique (London: Prior, and Monclair, New Jersey: Schram, 1980), 18-19.

2. Margaret Jennings, “Tutivillus: The Literary Career of the Recording Demon,” Studies in Philology 74, no. 5 (December 1977): 7.

3. Ibid., 4, 12.

4. Ibid., 3, 24.

5. Ibid., 27-30, 44-45.

6. Ibid., 13, 36.

7. Jennings, “Tutivillus,” 11-25, cytaty z Jacques de Vitry, Sermones Vulgares (late 1220s), w Thomas F. Crane, ed., The Exempla or Illustrative Stories from the Sermones Vulgares of Jacques de Vitry (London, 1890).

8. Jennings, “Tutivillus,” 14-16.

9. Jennings, “Tutivillus,” 16, cytowane z British Museum, MS Royal 4, D, IV, fol. 257r. wskazuje że “praktycznie ientyczne wersje przykłady Tutivillusa pojawiają się w manuskryptach Johna z Walii Tractatus lub Summa, szczególnei B.M. Royal 10, A, IX,fol. 40; Paris Maz. 295, fol. 86; Bodley 402, fol. 336.” (Jennings, “Tutivillus,” 16 n. 20.)

10. Uprzejma pomoc w tłumaczeniu Michaela Martina, mającego swoją stronę o Tutivillusie pod adresem:
http://www.unidial.com/~martinus/Titivillus.html na stronie poświęconej modlitwom łacińskim. (strona nie chodzi – przyp. mój)

11. Drogin, Medieval Calligraphy, 19.

12. Jennings, “Tutivillus,” 67, używa tekstu sztuki in Mark Eccles, ed., The Macro Plays (London, 1969).

13. Jennings, “Tutivillus,” 71-72.

14. Ibid., 70.

15. William Shakespeare, Henry IV, Część Druga (II, iv, 76-78), zaczerpnięte z: http://the-tech.mit.edu/Shakespeare/2henryiv/2henryiv.2.4.html

16. Jennings, “Tutivillus,” 70.
________________________________________

A na deser ciekawy artykuł na stronie Gazeta.pl w dziale: Turystyka.

i dla anglojęzycznych – jeszcze jeden odnośnik do ciekawej strony o Tutivillusie

Dziury w cegłach

Co robi pilot czy przewodnik w czasie wolnym? Ano, zwiedza… Oczywiście miejscem, gdzie każdy poszukiwacz przeszłości zawsze się zatrzymuje, jest kościół – zwłaszcza, jeśli jest średniowieczny. Toteż, każdorazowo penetrując tereny przykościelne – robię zdjęcia ścian samej świątyni, bowiem można z nich wiele wyczytać.

Czas jakiś temu na ścianach kościołów zwróciły moją uwagę dziury w cegłach – w formie dołków, jak po łyżeczce do lodów. Są albo okrągłe, albo przywodzące na myśl kielnię. Zaciekawiło mnie też, że są one przeważnie zebrane wokół głównego (zachodniego) portalu, a także na południowej ścianie, mniej więcej do miejsca, gdzie wewnątrz zaczyna się prezbiterium (ale to nie jest regułą, bo często dziury są na ścianie wschodniej także).

Zazwyczaj dziury znajdują się na wysokości dogodnej dla człowieka, nierzadko trzeba jednak się schylić, by je sfotografować. W niektórych jednak kościołach – dziury są wyżej, a także po północnej stronie. Czasem nawet nad kruchtą północną, ale wśród cegieł późniejszych. Czy zatem zostały wtórnie użyte?

Nie znalazłam takich dziur na kościołach klasztornych – co naturalne, zważywszy zabudowania klasztorne (z reguły po południowej stronie kościoła), ale dziur nie ma nawet przy wejściu.

Posadowienie dziur wokół portalu zachodniego czy na południowej ścianie wiąże się z tym, iż to strona światła a portal? Wystarczy zacytować słowa Chrystusa z Ewangelii wg Św. Jana: “Ja jestem bramą. Jeśli kto wejdzie przeze mnie, będzie zbawiony;… i będzie wchodził, i wychodził, i pastwiska znajdzie…” 

Wracając do dziur i cegieł….

Zaczęłam zbierać hipotezy na ten temat, a także informacje, czy i gdzie jeszcze poza moim terenem są znajdowane. Dowiedziałam się, o takich dołkach w Szwecji, Brandenburgii, Meklemburgii czy na Rugii. Występują też na terenie całej Polski. 

Jedną z hipotez jest charakter ekspiacyjny dziur. Mianowicie – grzesznik po wyspowiadaniu się miał odprawiać pokutę wiercąc palcem w ścianie kościoła. Sprawdziłam. Po takim doświadczeniu przez parę dni palce miałam oklejone plastrem. Poza tym, wiercąc dość długo, nie zrobiłam żadnej „krzywdy” cegle. Ta teoria upadła więc, jako nielogiczna. Wprawdzie – znając pomysły księdza Stolarczyka (słynnego pierwszego proboszcza w XIX-wiecznym Zakopanem), to kto wie…

Niemal tak popularna jak ekspiacyjna, jest teoria o znachorstwie. Owszem, pył uświęcony zadawany bywał czasem do pożywienia dla krów, czasem też stosowany przez lokalnych znachorów. Jednak marginalne zastosowanie takiego pyłu, a także liczne podówczas pielgrzymki – nasuwają myśl, że jeśli faktycznie miało coś takiego miejsce, to bardziej w sanktuariach, do których pielgrzymowano.

Spotyka się też wersję, iż w taki wydrążony dołek chory wdmuchiwał swoją chorobę. Ale – pojawia się wątpliwość, by kościół – zwłaszcza średniowieczny zezwolił na takie praktyki. A poza tym – czy fakt istnienia mniejszej ilości dziur w niektórych miejscowościach lub ich brak – oznacza, iż społeczność ta była zdrowsza?

Najbardziej wiarygodna jest teoria o łuku ogniowym, czy jak kto woli – o świdrze ogniowym.

Nie będę tu opisywała samego łuku ani techniki wykonania – odsyłam zainteresowanych bądź na stronę (do znalezienia na YouTube) eksperta od survivalu – Bartosza Gorayskiego, (który daje bardzo ciekawy i jasny wykład, jak zrobić i jak użyć, tak łuk jak i świder ogniowy), bądź TU, żeby zobaczyć jak działa łuk ogniowy. Ci z Państwa, którzy byli kiedyś (lub są) w harcerstwie doskonale wiedzą, jak się używa łuku ogniowego.

Kiedy ogląda się dziury na ścianach kościołów, widać wyraźnie, że jedne z nich są głębsze inne płytsze, jedne bardziej osmolone, inne mniej.

Zastanawiające są też inne ślady na kościele ŚŚ. Janów w Toruniu. Zdjęcie poniżej:

torunskie dziury swietojanskie

Czy możliwe by to łuk ogniowy pozostawił takie podłużne ślady?

Co jednak w końcu oznaczają owe dziury i jakie miały znaczenie?
W czasach, kiedy chrześcijaństwo dopiero się osadzało, między innymi na dzisiejszych ziemiach polskich – nie tylko kościoły budowano na miejscach dawnych praktyk religijnych. Absorbowano lub inaczej: oswajano też wiele z dawnych zwyczajów i wierzeń.

Szczególnie ważny był kult solarny. Wszystkie ludy, począwszy od starożytnych Egipcjan poprzez Słowian, German, Skandynawów czy Prusów aż do naszych czasów czciły i czczą tak słońce jak i ogień. Często nie zdając sobie z tego sprawy, jesteśmy bardzo umocowani w wierzeniach naszych przodków. A także w przesądach… Jako, że od słońca pochodzi ogień – bogowie ognia stanowili niegdyś ważne postaci w panteonie bóstw.

Dla Prusów takim bogiem mającym władzę nad ogniem był Perkunas (odpowiednik nordyckiego Thora). U Litwinów i Żmudzinów Perkunasowi palono wieczny ogień, którego miały pilnować westalki tak za dnia jak i w nocy. Jeśliby kiedykolwiek ów ogień zgasł – musiał natychmiast być na nowo… niecony.

Nie od parady wspominam właśnie Perkunasa, bowiem pośród licznych swoich świąt – miał też święto na czas, dzisiaj określany jako Wielkanoc. 

I stąd już blisko do dziur w cegłach.

Otóż w czasach przedchrześcijańskich okres przypadający obecnie na Wielkanoc świętowany był jako przejście z ciemności ku światłu. Z mroku ku życiu. A życie dawał ogień. Najlepiej, gdy był niecony.

Niecono ogień za pomocą właśnie świdrów ogniowych. Kiedyś odbywało się to niecenie o ołtarz ofiarny lub podstawę pomnika bóstwa, potem o cokoły świątyń czy wręcz o ich ściany. I stąd owe wklęsłe ślady w murach. Jeden koniec świdra oparty był o deszczułkę, drugi właśnie o ścianę… Ważny był materiał pełniący rolę hubki. Od otrzymanego w ten sposób ognia zapalało się paschał, będący symbolem zmartwychwstałego Chrystusa. Po zakończonej liturgii wierni zabierali ogień do domu i tam rozpalali wygasłe paleniska. W niektórych parafiach taki zwyczaj zachował się do dzisiaj.

Kiedy zrezygnowano ze świdrów, i czy zastąpiono je kamiennym krzesiwem? A może równocześnie używano i jednego i drugiego? Dokładnie nie wiadomo, bowiem ten aspekt obrzędowości jest jakoś omijany przez naukowców.

Wspomniałam o kamiennym krzesiwie, bowiem obok dziur okrągłych znaleźć można na ścianach kościołów także dziury o wrzecionowatym kształcie, przypominające ślady po kielni. I tu znowu istnieje wiele hipotez dotyczących powstania tych dziwnych śladów.

Tu dziury na ścianie kościoła Św. Jakuba w Olsztynie

olsztynskie dziury swietojakubowe

Jedna mówi o uderzaniu mieczem (czy szablą) o mury świątyni na szczęście – i miała to być forma poświęcania broni przed bitwą/wyprawą/wojną. Inna zaś o ostrzeniu broni o mury świątyni, a tym samym uświęcaniu krwi przelanej w bitwie. Jest także hipoteza mówiąca o zamianie świdra ogniowego na kamień…

Która z hipotez jest właściwa?

Obserwuje się dziury po świdrze ogniowym na świątyniach kamiennych, na ceglanych, ba! Nawet na drewnianych.

Potem ten zwyczaj zanika. Kiedy było to potem? Czy wpływ na to miała Reformacja? Czy też inne aspekty religijności zaczęły być w modzie?
Wciąż nas zaskakują ślady przeszłości i wciąż nam owa przeszłość przesyła informacje, tylko nie zawsze potrafimy je prawidłowo odczytać.

Dla zainteresowanych:

!. Artykuł T. Wróblewskiego pt. Zagadkowe ślady na ścianach kościołów wielkopolskich w: Studia i materiały do dziejów Wielkopolski i Pomorza, Tom IV, Zeszyt 2, 1958 s. 195-205

2. M. Baruch  Boże Stopki. Archeologia i folklor kamieni z wyżłobionymi znakami

Poniżej zamieszczam listę miejscowości (niekompletną oczywiście – i uzupełnianą stale), w których istnieją takie dziury w cegłach na średniowiecznych kościołach (parę informacji dostałam od Znajomych – dziękuję, czekam na fotki 😉 ) :

  • Braniewo (mimo zmasakrowania kościoła przez „wyzwolicieli”)
  • Dobre Miasto
  • Elbląg
  • Fiszewo
  • Frombork (Katedra)
  • Gdańsk
  • Gniew
  • Iława (M. – dziękuję za informacje !)
  • Kończewice
  • Koźliny
  • Kraków – kościół Św. Wojciecha w Rynku
  • Krzywe Koło
  • Kwietniewo
  • Lichnowy
  • Lubiszewo
  • Marynowy
  • Mątowy Wielkie
  • Miłoradz
  • Morąg
  • Myślice
  • Nowy Staw
  • Olsztyn
  • Osice
  • Ostaszewo
  • Ostrów k. Sulęcina (dziękuję za podpowiedź !!! 🙂 )
  • Pasłęk
  • Praga (kościół M.B. przed Tynem)
  • Prandocin k. Krakowa
  • Prusice na Dolnym Śląsku (dziękuję za podpowiedź!! 🙂 )
  • Pruszcz Gdański
  • Reszel
  • Rypin (ziemia dobrzyńska) – i znowu M. dziękuję za informację !
  • Starogard Gdański
  • Steblewo
  • Tczew u fary
  • Trutnowy
  • Tuja
  • Wocławy
  • Zalewo
  • Zator w Małopolsce

p.s. Tak sobie podczytuję różne domniemania na temat pochodzenia tych dziur w cegłach… I zastanawia mnie, dlaczego nie chcemy wierzyć w najprostsze i logiczne wytłumaczenie?

Zrozumiałam to 11 kwietnia 2009 r… Otóż właśnie tego dnia odbyły się chrzciny mojej wnuczki… Dla mnie – ateistki (a może raczej wręcz agnostyczki) było to swego rodzaju przeżycie. I pomijam tu fakt, że to były chrzciny mojej wnuczki. Chodzi mi o całą otoczkę… Otóż była to Wielkanocna Sobota. Nie pamiętam całości nabożeństwa. Ale w pewnym momencie zza ołtarza padły słowa o wygaszeniu światła… Zrobiło się ciemno, i potem tłum wylał się z kościoła. Na stronę południowo – zachodnią kościoła… Kotłowali się tam na zewnątrz dość długo – wiadomo cała oprawa trwa – w końcu jest to misterium. I kiedy wreszcie wrócili do kościoła – każdy niósł światło. 

Światło. Poświęcone Światło. Dotarło do mnie wtedy, czego tak naprawdę byłam świadkiem!!! Oto zaadoptowane klasyczne święto przejścia. 

Wprawdzie nikt teraz nie nieci ognia o ściany kościołów. Ale kiedyś? Jasne, że tak. Po całym dniu ciepłym – to właśnie ściany południowe były tymi najcieplejszymi. Człowiek religijny wytłumaczy to tak, że strona południowa to ta „dobra” (porównać można z posadowieniem klasztorów i kościołów choćby u cystersów – od północnej strony – tej ciemnej a wiec złej – znajduje się kościół, a więc świętość. Ochrona przed złem.)

Sens Wielkiej Soboty polega na budzeniu się życia. Ogień – to przecież życie i oczyszczenie. Musi być święty. A że przy sposobności adaptowano wiarę przodków (pogańskich) do nowych realiów? Toż nawet kościoły budowano często w miejscach dawnego kultu…

A zanikło niecenie ognia – w XVI wieku… Protestantyzm wniósł wiele nowego i częstokroć przekreślił tzw. stare.  Jak to ma w zwyczaju każde „nowe”…