Łapka jeziernicka

Zdjęcia robię wszędzie, lepsze lub gorsze, mniej lub bardziej udane. Nie tylko, żeby utrwalić w pamięci obraz tego, co widziałam. Ale tez dlatego, że bywają miejsca, które szczególnie przyciągają oko. Toteż w końcu utworzyłam parę albumów w sieci, a także na zapasowym dysku twardym (czy jakkolwiek to ustrojstwo się nazywa). Tu osobny album, który był pierwszą moją galerią  zdjęć wszelakich. A TUTAJ i TUTAJ następne jakieś… I wciąz przybywa nowych zdjęć.

A wszystko zaczęło się od cegły… Nawet za tło bloga mam cegłę i to nie byle JAKĄ, bo uroczą łapkę jeziernicką 🙂

Psia łapka w Jezierniku

To nasza (w sensie, że ulubiona wspólnie) Agi S. i moja cegła.

Acha – gdyby kiedykolwiek cokolwiek się stało i jeziernickie mury by runęły – to my się okropnie wtedy pokłócimy – może nawet pozabijamy o tę psią łapkę… Takie samo ujęcie łapki ma każda z nas czterech (zazwyczaj, czyli od jakichś 10 lat, jeździmy w tym samym „składzie” 😉 )

Od lat ją odwiedzamy na trasie, przy okazji, i bez okazji…

Zauważyłyśmy ją parę lat temu – kiedy zaczęłyśmy tropić ślady po świdrach ogniowych 🙂

*   *   *   *   *

p.s. … a kościół w Jezierniku warto zobaczyć, zwłaszcza po ostatniej renowacji.

Published in: on 7 grudnia 2009 at 21:16  13 Komentarzy  

Zamek Bierzgłowski 3-4 grudzień 2009

D.L. przysłała maila z informacją o konferencji w Zamku Bierzgłowskim.

Ponieważ program przedstawiał się niezwykle interesująco – postanowiłam nas tam wepchnąć za wszelką cenę. Mimo iż konferencja miała charakter zamknięty – na szczęście trafiłam na świetnych ludzi, którzy zrozumieli, że 4 przewodniczki chcą wiedzieć więcej.

Niestety, jak się okazało, D.L. nie mogła jechać z nami, więc pojechałyśmy w końcu w trójkę – Gosia, Aga i ja (tzw. stały zestaw).

I ten sposób w dniach 3 i 4 grudnia b.r. połączyłyśmy przyjemne z pożytecznym: zobaczyłyśmy na własne oczy oryginał słynnego tympanonu,  a także przysłuchiwałyśmy się niezmiernie ciekawej konferencji historycznej.

Konferencja nosiła tytuł: Procesy Zakonu Krzyżackiego z sąsiadami w XIV – XV wieku. Myśl polityczna i ośrodki jej kształtowania.

Organizatorem był Instytut Historii i Archiwistyki UMK w Toruniu w osobie prof. Wiesława Sieradzana.

Program zaś przedstawiał się następująco: Konferencja – Procesy

Tematyka – jak najbardziej uzasadniona – jako, że w tym roku mija 670 rocznica II procesu polsko-krzyżackiego (procesu warszawskiego).

I tym bardziej na miejscu, że odbyła się w zamku komtura bierzgłowskiego (w którym dzisiaj mieści się Diecezjalne Centrum Kultury).

Nie mówiono wyłącznie o samych procesach, a więcej o ich genezie i entourage’u epoki, a także całej otoczce dyplomatycznej. Dokumenty latami „przekopywane” przez historyków odsłoniły niezmiernie ciekawe informacje. Tym więc ciekawsze były referaty. A dla nas wprost bezcenne – do wykorzystania w naszej pracy przewodnickiej.

I tak dowiedziałam się o pracy dokumentacyjnej Benedykta Makraia – subarbitra Zygmunta Luxemburskiego. Przez pół roku (od listopada 1412 roku do maja roku następnego) objeżdżał on ziemie Państwa Zakonnego i Litwy, zbierając informacje od świadków w związku z nierozstrzygniętym konfliktem Wielkiej Wojny.

Aczkolwiek podróż rozpoczął w Brześciu Kujawskim, zaraz jednak udał się do Malborka. Stamtąd, zgodnie z sugestią Wielkiego Mistrza, objechał Ordenstaat. W jego itinerarium znalazło się także Kowno, w związku z roszczeniami Witolda. Potem zjechał „w dół” mapy – do Drohiczyna. Stamtąd przez Warszawę, ziemie: dobrzyńską i michałowską – do Szczecinka, gdzie podróż zakończył.

Informacje, jakie zbierał subarbiter – dotyczyły jeńców z 2 folwarków koło Wystruci (Insterburga – dzisiaj zwanego Czerniachowskiem), witoldowego zamku w Wielonie, oraz spornej Żmudzi. Co do jeńców – sprawa była o tyle ciekawa, że wszyscy opowiedzieli się za pozostaniem w niewoli, nie chcąc powracać do Panów Pruskich. To skłoniło do refleksji czy chcieli z własnej woli, czy też z powodów tzw. natury obiektywnej (sugestia, jakoby ich rodziny mogły stać się zakładnikami strony litewskiej, wydaje się być całkiem prawdopodobna)…

Pozostając w czasach Benedykta, poznałam jednego z kanoników warmińskich – Kacpra Schuwenpfluga. Ten utalentowany człowiek, mimo iż nie posiadał doktoratu z prawa, w czasie soboru w Konstancji dał się poznać jako bezkompromisowy i ostry retoryk ( a także złośliwiec… ;-)). Nie należał wszakże do zwolenników rozwiązywania konfliktów drogą zbrojną. Był współredaktorem 43 artykułów stanowiących replikę na polskie zarzuty wobec zaboru ziem przez Krzyżaków. Rezydując we Fromborku, pozostawał w służbie najpierw Henryka v. Plauena, a następnie Michała Küchmeistra. Jako uhonorowanie swojej służby – otrzymał biskupstwo ozylskie (Inflanty). Skądinąd jednak wiadomo, że go to nie usatysfakcjonowało (skarżył się na ubóstwo biskupstwa), marzyło mu się bowiem bądź biskupstwo warmińskie czy nawet arcybiskupi stołek w Rydze…

I tu ciekawostka – na 250 zidentyfikowanych kanoników warmińskich od XIV do XV wieku – co najmniej 60 związanych było z zakonem krzyżackim. Także na ten czas przypadają informacje o pierwszych stypendiach fundowanych przez Wielkich Mistrzów, jako, że Frombork uchodził w owych czasach za jeden z ważniejszych ośrodków umysłowych.

Inny z referatów dotyczył profanacji miejsc świętych w zeznaniach świadków… Padło tu parę ciężkich oskarżeń pod adresem Krzyżaków, co wywołało ożywioną dyskusję po referacie. Obrona Panów Pruskich jakiej podjął się dr Rozynkowski niejako podzieliła zgromadzonych na dwa obozy. Jako pozostające w służbie krzyżackiej w ich Domu Głównym – wszystkie trzy skłonne byłyśmy przejść raczej do obozu obrońców. Bo przecież świadkowie nie zawsze bywali (a i dzisiaj też nie zawsze bywają) obiektywni. Zwłaszcza w tak ważnych sprawach, jak roszczenia terytorialne, czy rewindykacja ziem zagrabionych.

A skoro minęło tyle wieków – już pewnie nigdy nie dowiemy się prawdy …  🙂

A swoją drogą, w czasach gdy morale odpowiedzialnych za stan państwa zeszły na psy, gdy dokoła tyle niegodziwości i zwykłego chamstwa – spór o to, czy profanowali czy nie – wydał mi się nagle cudowną okolicznością i szczęśliwym sposobem na oddalenie brudów czytanych w prasie czy oglądanych w TV.

Na konferencji dowiedziałam się też, iż tuż koło Archiwum Skarbca Koronnego na zamku krakowskim trzymano… bakalie, co miał0 niebagatelny wpływ na stan zachowania tegoż archiwum. Jako, że owe bakalie (a także po sąsiedzku archiwum) – nader często odwiedzane były przez myszy i szczury…  Do tego stopnia, że w XVI wieku kazano zatrudni0nym tam niewolnikom tatarskim wywieźć pogryzione dokumenty do spalenia…

Znamienne także słowa padły przy porównaniu archiwów:

Archiwum Koronne – skład,

Archiwum Krzyżaków – archiwum.

No i zastanawiające było podejście strony polskiej do przygotowania procesowego – podczas, gdy strona krzyżacka przedstawia dokumenty – strona polska dopiero ich poszukuje ( a więc z braku dokumentów często posiłkuje się świadkami, którzy coś gdzieś kiedyś słyszeli od kogoś 😉 )

Niemal jakbym słyszała słynny cytat z Wieszcza: „Ja z synowcem na czele i jakoś to będzie…”

Jeden z wykładów omawiał tematykę procesu ryskiego, o którym tak na dobrą sprawę nieczęsto się mówi. Wspomina się go w kontekście Świętej Warmii, czy muśnie w opracowaniach. I koniec. A tu pojawił się jako odrębny temat – i to w połączeniu z Gdańskiem. Bowiem wydarzenia gdańskie w roku 1308 – zwane do dzisiaj nader chętnie Rzezią Gdańska – zostały wykorzystane w zeznaniach świadków procesowych tamże.

Pojawiła się też postać Johanna von Wallenrode – jako jedynego spośród Krzyżaków zaangażowanego w prace soborowe, a także uczestnika konklawe (podczas którego to wybrano na papieża Oddone ColonnaMarcina V) …

Ach… gdybyż ta konferencja odbyła się przed moją Regułą na kursie u J. !!!

Podczas tych dwóch dni zdałam sobie sprawę, z tego, że tematy poruszane oscylowały wokół paru wielkich osobowości i osobistości owych czasów – takich jak Benedykt Makrai, Kasper Schuwenpflug, Piotr z Ornety, Andrzej Łaskarz, Johann von Wallenrode czy wreszcie Paweł Włodkowic (przedstawiony w bardzo ciekawym i szczegółowym opracowaniu).

Pozostaje oczekiwać wydania materiałów pokonferencyjnych, bowiem nie wszystkie swoje notatki mogę odczytać. Dawno nie pisałam tak szybko – bo też dawno nie słuchałam tak ciekawych referatów i dawno tak mi nie zależało na zapamiętaniu wszystkiego.

Śmiało mogę stwierdzić, że czas w Zamku Bierzgłowskim spędziłam w świecie przesłuchań, świadków, mataczenia, zmagań intelektualnych,  procesów kanonicznych, wyroków, sądów arbitrażowych…

Szkoda, że tak mało się mówi o tym aspekcie historii średniowiecza w szkołach. A jeśli się już mówi, to nudno i usypiająco!

Kolejni ministrowie edukacji niestety okazują się być kolejnymi pomyłkami – poprzez nierozsądne reformy i poprawki do poprawek reform – skutecznie zniechęcający uczniów do nauki tej wspaniałej dziedziny jaką jest historia.

Na koniec zdjęcia – niewiele ich jest – zaledwie parę (co wywołało zdumienie po moim powrocie do domu). Ale też nie miałam czasu na latanie z aparatem. A szkoda, bo nie zrobiłam zdjęcia „witaczowi” – jak go Aga nazwała (jedno-psiemu komitetowi powitalnemu). Piesek malutki – w sensie, że niziutki – jakby był hodowany pod szafą 😉 ale z uśmiechniętym pyszczkiem, witający machnięciem ogonka (a może raczej parodią ogonka) każdego kolejnego gościa.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

🙂

Franciszek Sokół – Komisarz Rządu w Gdyni

Wśród ludzi niepospolitych, do jakich niegdyś Gdynia miała szczęście, był Franciszek Sokół, Komisarz Rządu w Gdyni.

Stefan Franciszek Sokół urodził się w grudniu roku 1890, w wielodzietnej rodzinie chłopskiej, we wsi Cyranka, koło Mielca. W roku 1913 ukończył gimnazjum w Mielcu, maturę złożył u dyrektora Józefa Niemca – który to w czasach późniejszych związany był z gimnazjum w Gdyni (którego to gimnazjum tak tradycje, jak i budynek przejęło II Liceum Ogólnokształcące). W czasach szkolnych poznał Eugeniusza Kwiatkowskiego. Ta przyjaźń zaowocowała w latach późniejszych ścisłą współpracą obu panów.

Lata I wojny światowej dla Franciszka Sokoła oznaczały przerwanie nauki na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego. 14 sierpnia 1914 wstąpił do Legionów Polskich. Służył od 6 sierpnia 1914 roku do 5 marca 1918 w I Brygadzie Piłsudskiego. Walczył w 35 bitwach i potyczkach – najpierw jako kapral, potem jako sierżant liniowy. Po pobycie w szpitalu Fortecznym w Krakowie w roku 1915 i rekonwalescencji, dalszą służbę pełnił w Piotrkowie. W roku 1918 działał w Radzie Głównej Opiekuńczej w okolicach Kutna.

W listopadzie 1918 roku został mianowany podreferendarzem, potem referendarzem, w Starostwie Powiatowym w Kutnie. W 1925 roku ukończył Wydział Prawa na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza we Lwowie.

W latach 1931-1933 był wicewojewodą w Stanisławowie. W wyniku zatargu z wojewodą został przeniesiony w styczniu 1933 na stanowisko Komisarza Rządu w Gdyni. O tej „nominacji” sam tak pisał w swoich wspomnieniach pt. „Żyłem Gdynią”:

Do Gdyni przeniesiony zostałem karnie – po to, abym się, jak to pospolicie się nazywało – w morzu utopił lub w Gdyni się wykończył.”

Do nowej funkcji przyjechał jednak dobrze przygotowany i po początkowym okresie wyobcowania, wrósł w środowisko i został przez nie zaakceptowany. Zyskał nie tylko sympatię ale i uznanie.

Funkcja Komisarza Rządu skupiała zarówno władzę prezydenta miasta, jak i przewodniczącego Rady Miejskiej oraz starosty grodzkiego. Spadła więc na Franciszka Sokoła ogromna odpowiedzialność i duży zakres. Potrafił jednak dobrać sobie doskonałych i oddanych pracowników. Siedem lat spędził Komisarz Rządu Sokół w Gdyni. W tym czasie, Gdynia z miasta zaniedbanego, „przyklejonego” do portu, zaczęła wyrastać na piękne miasto o światowym obliczu. Nazywano ja polskim Nowym Jorkiem. Liczba mieszkańców wzrosła z 48 tysięcy do 120 tysięcy. Brak środków finansowych nie pozwolił na realizację wszystkich śmiałych planów, ale i tak Gdynia zyskała za rządów Sokoła oblicze wielkomiejskie. Przyczynił się do powstania wielu ważnych inwestycji w mieście, do rozbudowy sieci komunikacji miejskiej, za jego sprawą poprawiło się zaopatrzenie w artykuły rolno-spożywcze. Podkreśla się jego wielką rolę w niedopuszczeniu do upadłości Stoczni Gdyńskiej. Dzięki Franciszkowi Sokołowi Gdynia w roku 1937 była 6 do co wielkości miastem w Polsce. W swoim opracowaniu z marca 1939 roku napisał iż „Gdynia jest najlepszym interesem, jaki kiedykolwiek Polska mogła zrobić”.

Mało osób wie, iż dwupasmową Aleję Zwycięstwa (dawną Szosę Gdańską) od Urzędu Miasta (dawnego Komisariatu Rządu) do dzisiejszej ulicy Wielkopolskiej zawdzięcza Gdynia właśnie Franciszkowi Sokołowi. Wybudowano ją za kwotę 600 tys. złotych (sumę wówczas niebotyczna) w roku 1939.

Sokół zmierzał do wykupienia przez miasto z rąk niemieckich wszystkich majątków na Kępie Oksywskiej, jako że właśnie u jej podnóża znajdował się port wojenny i umocnienia Marynarki Wojennej. To on wysłał w pierwszych dniach września pismo do Przedsiębiorstwa Żegluga Polska w Gdyni, nakazujące wykonanie 500 drążków do osadzania kos i bagnetów dla oddziałów Kosynierów Gdyńskich (o których to wciąż wśród historyków toczą się spory, a na temat których można znaleźć wzmianki w Rocznikach Gdyńskich).

We wrześniu 1939 Franciszek Sokół roku został mianowany komisarzem obrony cywilnej Gdyni, a władza jego rozciągała się na cztery powiaty: Morski, Kartuski, Kościerski i grodzki w Gdyni. W dniu 12 września został wezwany przez adm. Unruga do opuszczenia miasta. Kiedy plany uratowania Komisarza zawiodły, Dowódca Floty powołał go do służby czynnej, licząc na to, iż jeżeliby dostał się do niewoli zostanie potraktowany zgodnie z konwencją o jeńcach wojennych. W nocy z 16 na 17 września Sokół odpłynął na Hel, i tam został przydzielony do sztabu kmdr Frankowskiego.

Wraz z załogą helską dostał się do niewoli 2 października 1939 roku. Trafił do Oflagu w Nürnburg nad Wezyrą, później w Spittal nad Drawą. W marcu 1940 został przewieziony do Gdańska, gdzie oskarżono go o działalność na szkodę III Rzeszy. Po długim śledztwie osadzono go w obozie w Sztutowie. Przeniesiono go później do Mauthausen, i tam doczekał wyzwolenia. 18 czerwca 1945 roku wrócił do kraju. Wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski ściągnął go wkrótce do Delegatury Rządu do Spraw Wybrzeża w Gdańsku i powierzył mu stanowisko szefa Działu Odbudowy Miast, później Działu Zagadnień Materiałów i Wyposażenia Technicznego.

W roku 1947 uniknął wprawdzie losu Eugeniusza Kwiatkowskiego, ale zmuszono go do przeniesienia się do Warszawy. W październiku 1947 został Dyrektorem Biura Ekonomicznego w Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej, a jednocześnie był wicedyrektorem w Departamencie Zatrudnienia. W styczniu 1950 został przeniesiony na stanowisko Głównego Inspektora w Urzędzie Pełnomocnika Akcji Rozbiórkowych. Umarł w Krynicy w czerwcu 1956 roku.

I znowu, jak w wypadku dwóch poprzednich Wielkich Ludzi Gdyni, tak i Franciszek Sokół, poza małą uliczką na Chwarznie, nie doczekał się upamiętnienia…

Aleja Zwycięstwa wciąż nie nazywa się  Aleją Franciszka Sokoła… Za to mamy Drogę Różową – ni z gruszki ni z pietruszki …

–           *          –

Minister Eugeniusz Kwiatkowski

Dobrym Duchem Gdyni, był inż. Eugeniusz Kwiatkowski.

Urodził się w Krakowie w roku 1888, jako syn Jana (inżyniera kolejnictwa) i Wincenty z domu Moszczeńskiej. Dzieciństwo spędził w Czernichowcach na pograniczu Podola i Wołynia, uczęszczał do gimnazjum oo. Jezuitów w Bąkowie pod Chyrowem, studiował chemię na Politechnice Lwowskiej. W 1912 roku uzyskał dyplom inżyniera chemika na uniwersytecie w Monachium. W okresie wojny polsko-bolszewickkiej  pracował w Głównym Urzędzie Zaopatrzenia Armii przy Ministerstwie Spraw Wojskowych. Wystąpił z wojska w roku 1921 w stopniu porucznika.

Jan Nowak-Jeziorański w swoim wspomnieniu o inżynierze pisze, że z nazwiskiem jego  wiążą się wszystkie wielkie osiągnięcia Drugiej Rzeczypospolitej: zwycięstwo w polsko-niemieckiej wojnie celnej, budowę Gdyni, floty handlowej i rybackiej, związanie Śląska z Wybrzeżem Morskim, magistrala kolejowa Katowice-Gdynia, rozbudowa Warszawskiego Okręgu Przemysłowego, Stalowa Wola, Mościce, Centralny Okręg Przemysłowy…

Polska odzyskawszy niepodległość, jednocześnie zyskała pogardliwe miano „Państwa Sezonowego” nadane jej przez Niemcy. Losy Fabryki Związków Azotowych w Chorzowie miały być pokazem bezradności Polaków i upadku nowopowstałego państwa. Opuszczając te zakłady zabrali bowiem Niemcy kadrę inżynierów, a całą dokumentację zniszczyli. Pewni byli iż Polacy nie dadzą sobie rady ze skomplikowanymi procesami technologicznymi, a co za tym idzie fabryka upadnie. Tymczasem fabrykę objął Ignacy Mościcki, i natychmiast ściągnął na dyrektora technicznego młodego docenta Politechniki Warszawskiej, Eugeniusza Kwiatkowskiego. Nie tylko fabryka w Chorzowie nie upadła, ale wkrótce (tzn. po 2 latach) produkcja jej przekroczyła tę, za czasów niemieckich.

Kiedy Ignacy Mościcki objął prezydenturę Rzeczypospolitej Polskiej, natychmiast powołał zdolnego docenta na ministra Przemysłu i Handlu. Ten zaś wykazał się doskonałym zmysłem strategicznym. Już w ciągu pierwszych dziesięciu dni piastowania urzędu zapowiedział wznowienie budowy portu w Gdyni, która to budowa utknęła w martwym punkcie z powodu kłopotów finansowych. Tutaj inżynier Wenda znalazł w ministrze Kwiatkowskim gorącego poplecznika dla swojej idei. W ciągu trzech tygodni minister podpisał umowę z konsorcjum francuskim, w ciągu kilku miesięcy zamówił we Francji pierwsze pięć statków handlowych. Dwa lata wystarczyły ministrowi Kwiatkowskiemu na zdobycie funduszy na budowę portu – sześciokrotnie większych od tych, jakie wydał Skarb Państwa w ciągu pierwszych lat budowy. Gdynia, dzięki impulsowi od ministra, budowana była w tempie szybszym od amerykańskiego, stając się jednym z największych portów na Bałtyku a zarazem jednym z najnowocześniejszych w Europie. Dzięki dalekowzroczności ministra powstała Polska Flota Handlowa, uwalniająca Polskę od opłacania obcych armatorów i Dalekomorska Flota Rybacka, przynosząca dewizy.

Ponieważ te inwestycje otworzyły Polskę i jej rynki zbytu na tzw. Świat, zredukowało to udział Niemiec w polskich obrotach handlowych z niemal połowy do kilkunastu procent. Minister Kwiatkowski wygrał bitwę Polski o niezależność. Udowodnił Niemcom iż Polska nie jest państwem sezonowym…

Intrygi otoczenia Piłsudskiego spowodowały usunięcie ministra z urzędu  po czterech latach, ale nie oznaczało to jego usunięcia się w cień. Przypomniał o sobie książką „Dysproporcje”, w której ukazane zostały polskie problemy w perspektywie historycznej. Kiedy po śmierci Piłsudskiego rządy objął Mościcki, Kwiatkowski natychmiast został powołany na stanowisko Wicepremiera i Ministra Skarbu. I znowu przystąpił do realizacji planów uprzemysłowienia kraju, podniesienia rolnictwa i rozbudowy systemu komunikacyjnego. Plan rozwoju gospodarczego sięgał roku 1954…

Niestety los bywa okrutny i nieszczęścia nie ominęły i ministra Kwiatkowskiego. Wybuchła wojna, Kwiatkowski został internowany w Rumunii, jego ukochany jedyny syn poległ, Sikorski odrzucił jego prośbę o przyjęcie do wojska w stopniu podporucznika, jakiego się dosłużył w wojnie z bolszewikami. W Warszawie spłonęły jego dokumenty i notatki, całe jego archiwum. Mimo wszystko jednak, nie zasklepił się w cierpieniu. Uczył w polskiej szkole i jednocześnie pisał książkę o dziejach gospodarczych świata.

Wciąż postrzegał Polskę, jako kraj pełen możliwości. Toteż po zakończeniu wojny przyjął propozycję komunistycznego rządu w kraju do powrotu i objęcia stanowiska pełnomocnika do odbudowy Wybrzeża. Został przez swoje środowisko oskarżony o zdradę, o sprzeniewierzenie się ideom. On jednak wierzył, iż w każdych warunkach można i trzeba dla Polski pracować i dawać z siebie to, co najlepsze. Uważał, że pracuje się nie dla siebie ani dla kolejnych rządów, czy ideologii, a właśnie dla kraju. Dla niego kraj był apolityczny… I takie było jego działanie – toteż stanowczo odmówił wstąpienia do PPR-u, co potem doprowadziło do skrajnych szykan wobec niego.

A wspaniałe jego dzieło okrzyknięto pejoratywnie „kwiatkowszczyzną”…

Był człowiekiem niespożytej energii, kryształowej uczciwości i ogromnej inicjatywy. Te zaś przymioty nie przystawały do ówczesnej wizji społeczeństwa. Został w 1948  roku usunięty ze stanowiska z nakazem opuszczenia domu w którym mieszkał w rodziną, oraz z zakazem osiedlenia się w Warszawie, Poznaniu i na Wybrzeżu. Był dla polskiego morza tak bardzo zasłużony a nigdy go już nie miał ujrzeć, za karę… Osiedlił się w Krakowie. Tam spadły na niego kolejne szykany. Pozbawiono go prawa wykładania na Uniwersytecie Jagiellońskim, cenzura zabroniła wydania drugiego tomu „Dziejów gospodarczych świata”. Gdziekolwiek się ruszył, był śledzony przez służby bezpieczeństwa. Do dwupokojowego mieszkania, w którym mieszkał z żoną, chciano mu koniecznie dokwaterować „milicjanta”. Do roku 1952 nie przyznawano mu emerytury. Ratował się pisaniem podręczników chemii, na co dostał w końcu łaskawe przyzwolenie. Później jego miesięczne potrzeby finansowe określono na 250 złotych… Za czasów Bieruta zabrano mu spadek po rodzicach – resztówkę Owczary pod Krakowem.

Jan Nowak-Jeziorański w swoim wspomnieniu o ministrze Kwiatkowskim pisze: „Nie tylko snuł dalekosiężne plany, ale czynił wszystko, by dobywać dla nich poparcie społeczne. Pisał i przekonywał, przemawiał i rozmawiał, porywał ludzi swoim cudownym darem wysłowienia. Zarażał swoim entuzjazmem nie tylko otoczenie ale i całe społeczeństwo. Roztaczał wizje, które przemawiały do wyobraźni, i jednoczył wokół nich ludzi.”

Stefan Bratkowski jeszcze trafniej scharakteryzował Ministra:

„Dlaczego Kwiatkowski.

Po pierwsze dlatego, że dzisiaj takich nie ma, a byłoby dobrze, gdyby byli – fachowi, kompetentni ludzie przemysłu, z pełną znajomością gospodarki światowej i wyobraźnią wybiegającą poza opłotki doraźności.

Po drugie dlatego, że trzeba znać swoich największych, nie tylko najmocniejszych w piórze, w gębie, czy w szabli, ale takich, którzy decydują o nowoczesności lub zacofaniu krajów i narodów.

Po trzecie dlatego, że ludzie przemysłu rzadko władają sprawnie piórem i rzadko wyrastają do miary intelektualnych czy duchowych przywódców narodu, a Eugeniusz Kwiatkowski to właśnie potrafił.”

Ten nietuzinkowy inżynier chemik, minister, a przede wszystkim skromny człowiek, zmarł w Krakowie w roku 1974.

Gdynia uhonorowała go nader skromnym pomniczkiem na skwerku przy ulicy 10 Lutego. Estakadę, której budowa wlokła się przez wiele lat i jest do dzisiaj synonimem tandety i niedbałości – i przynosi Gdyni wstyd raczej niż chlubę, nazwano jego imieniem.

Czyżby na ironię ?

Post scriptum

24 stycznia 2008 roku w Stoczni Północnej w Gdańsku zwodowano statek Eugeniusz Kwiatkowski. Ceremonia była podniosła, bowiem wodowanie odbyło się dla nowopowstałej spółki Gdańskie Linie Morskie S.A.

Niestety – jak zwykle –  na pompie się skończyło. Statek  nie pływa pod polską banderą.

Inż. Tadeusz Wenda

Inż. Tadeusz Wenda, to postać, która automatycznie przychodzi na myśl, kiedy wypowiada się słowo „Gdynia”. Był tym, który wybrał miejsce pod budowę portu, był autorem jego koncepcji technicznej i planu budowy, był także kierownikiem robót.

Jeżeli jednak mówi się o tej postaci, nie sposób nie wspomnieć jeszcze jednej osoby – wojskowego, gorąco wspierającego inż. Wendę w jego poczynaniach.

Tym wojskowym był wiceadmirał Kazimierz Porębski. Kierował on Departamentem do Spraw Morskich przy Ministerstwie Spraw Wojskowych i to on zlecił swojemu współpracownikowi (którym był właśnie inż. Wenda), lustrację Wybrzeża. Przeprowadzili ją zresztą obaj. A znali się i ogromnie szanowali, jeszcze z czasów pracy w Rosji. Gwoli dokładności trzeba napomknąć, że Kazimierz Porębski był twórcą Szkoły Morskiej w Tczewie.

Wróćmy do inż. Tadeusza Wendy. Z dowodu osobistego wyczytamy iż urodził się 23 lipca 1863 w Warszawie (ciekawe jest skądinąd, że wielu wybitnych ludzi związanych z morzem urodziło z dala od niego). Tymczasowe miejsce zamieszkania: Gdynia, willa Marysieńka, przy ulicy Kuracyjnej (od 1926 roku ul. 10 Lutego). W tej willi T. Wenda wynajął najpierw małe umeblowane mieszkanie, a następnie mieszkanie trzypokojowe. Dopiero w 1929 roku, po powstaniu budynku Kierownictwa Budowy Portu przy ul. Nadbrzeżnej (obecna ul. Waszyngtona) pod nr 38, inż. Wenda otrzymał nowe mieszkanie i użytkował je na koszt skarbu państwa. To tutaj w dniu 10 lutego 2002 roku, w obecności syna inżyniera, odsłonięto pamiątkową tablicę.

Parę słów o bohaterze artykułu: inż. Wenda był absolwentem Instytutu Inżynierów Komunikacji w Petersburgu, a w latach 1890 – 1915 zatrudniony był w Ministerstwie Komunikacji Rosji carskiej, najpierw w Zarządzie Dróg Żelaznych, potem jako radca dworu na stanowisku kierownika robót przy budowie Zaniemeńskich Kolei Żelaznych: Patarancy – Olita – Suwałki – Augustów – Grodno. W latach 1903 – 1914 zatrudniony był przy budowie portu morskiego w Windawie, Royen koło Rygi i Rewlu (dzisiaj Tallin). Zaprojektował i zbudował most kolejowy przez Niemen pod Olitą. Od 1915 roku pracował w Warszawie, m.in. jako honorowy opiekun robót publicznych. Po wycofaniu się wojsk rosyjskich z miasta, T. Wenda pozostał w kraju i tutaj rozpoczął pracę – zawodową i społeczną. Był w latach 1918 pracownikiem Ministerstwa Robót Publicznych, kierownikiem w Inspektoracie Wodnym, a wkrótce inspektorem w Warszawskiej Inspekcji Żeglugi. Społecznie pracował w Sekcji Pracy Komitetu Obywatelskiego m. Warszawy. Wkrótce rozpoczęły się studyjne i analityczne prace nad polskim Wybrzeżem (było tego zaledwie 147 km, od Kolibek do Żarnowca z Mierzeją Helską). Celem tych prac miała być budowa polskiego portu morskiego. Powodem takiej decyzji było utworzenie Wolnego Miasta Gdańska i trudności w pełnym wykorzystaniu polskich prerogatyw w tym mieście. Szczególnie dało się to odczuć podczas wojny polsko-bolszewickiej. W tym celu już 30 marca 1920 roku T. Wenda delegowany został do Gdańska, w celu dokonania rozeznania, co do możliwości korzystania z portu wojennego, a także dla zbadania celowości budowy portu morskiego w Tczewie. Te sprawy leżały w sferze zainteresowań zarówno władz cywilnych  jak i wojskowych. Głównym rzecznikiem budowy nowego portu na polskim Wybrzeżu był, wspomniany już, wiceadmirał Kazimierz Porębski.  Rozkazem Ministra Spraw Wojskowych – gen. Kazimierza Sosnkowskiego –  z 6 maja 1920 roku, inż. Wenda, jako oficer sztabowy, został delegowany przez K. Porębskiego bezpośrednio do dyspozycji Przedstawiciela do Spraw Morskich przy Generalnym Komisariacie RP w Wolnym Mieście Gdańsku  – na stanowisko inżyniera budownictwa portowego.

Przyszło mu rozpatrywać parę koncepcji budowy  nowego portu:

  • Na Jeziorze Żarnowieckim z wejściem do portu z Morza Bałtyckiego – jednakże port znajdowałby się zbyt blisko granicy niemieckiej – a więc zbyt blisko wroga.
  • W Zatoce Puckiej z wejściem do portu od strony Wielkiej Wsi również z otwartego morza, ale tutaj konieczne byłoby przekopanie Półwyspu Helskiego a to poniosłoby za sobą groźbę jego przerwania.
  • w Pucku, z wejściem od Zatoki Puckiej – ale tutaj trudnością był długi kanał, zamulanie i zamarzanie zatoki.
  • W Rewie z wejściem od Zatoki Puckiej – lepszy od poprzedniego planu, ale tutaj wystąpiłyby trudności kolejowe.
  • Wielki Port w Zatoce Puckiej z przecięciem Półwyspu Helskiego w okolicach Kuźnicy i wejściem z otwartego morza (wał-grobla na Rewie Mew), z drugim wejściem przez wąski kanał Depka (Rafa Czajcza). Projekt inż. Rafalskiego z Poznania. Duży port, ale budowa jego trwałaby ok. 30 lat, koszty budowy byłyby zbyt duże.
  • Na końcu półwyspu – w Helu. Jednakże tutaj występowały trudności komunikacyjne. Linię kolejową Puck – Hel, o długości 43,7 km, oddano do użytku dopiero w marcu 1922
  • W Tczewie – ale przewidywano trudności w utrzymaniu żeglowności Wisły dla dużych statków. Ponadto zamarzanie rzeki, wrogie nastawienie Gdańska, znaczny koszt utrzymania żeglowności rzeki i oddalenie od morza przeważyły na niekorzyść tej koncepcji.
  • W Gdyni – był to projekt własny inż. Wendy, na podstawie planów historycznych i dogodności położenia.

Za Gdynią wypowiedzieli się pozytywnie nie tylko krajowi fachowcy, ale też dawny dyrektor budowy portu w Dakar, który został delegowany przez Francję do zbadania Gdyni. Profesor Schultze z Politechniki Gdańskiej także przychylnie zaopiniował projekt inż. Wendy. Również Komisja Komunikacyjna Ligi Narodów w 1926 roku zaopiniowała pozytywnie ów projekt. Zarzuty niemieckie dotyczące posadowienia portu gdyńskiego na piaskach i ewentualnej jego destrukcji przez wszechobecną wodę, spowodowały iż rząd RP zasięgnął opinii przedstawicieli Szwecji i Norwegii (jako całkowicie neutralnych i bezstronnych), co do celowości budowy portu w Gdyni. Inżynierowie Knut, Patterson i Möen, w kwietniu roku 1931, w pełni pozytywnie ocenili zarówno samą lokalizację, jak i budowę portu…

Ten nieco długi opis konieczny był dla zrozumienia wielkiej intuicji Tadeusza Wendy i niepospolitego wyczucia chwili i miejsca.

Wracając do rekonesansu inżyniera w roku 1920 – 27 października tego roku przewodniczył on komisji konkursowej, rozpatrującej zgłoszone projekty. 9 grudnia 1920 roku własny projekt inż. T. Wendy został zgłoszony do zatwierdzenia ministrowi Spraw Wojskowych. Pierwsza, niejako robocza nazwa portu brzmiała: „tymczasowy port wojenny i przeładunkowy w Gdyni”. Jego nazwa zresztą była kilkakrotnie zmieniana. Projekt wstępny zyskał nazwę „Tymczasowy Port Wojenny i Schronisko dla Rybaków”. Projekt Wendy – opracowany bezpłatnie, złożony został w Sejmie i  uzyskał I lokatę.

Tadeusz Wenda, „kierownik badań portu w Gdyni”, w piśmie z dnia 23 sierpnia 1920 roku, informował swoich wojskowych przełożonych, że „konieczna jest jak najszybsza budowa w Gdyni schroniska dla torpedowców i przystani do wyładunku statków do 5m głębokości”. Sugerował by na południe od ujścia Chylonki wybudować falochron i przygotować teren pod tę inwestycję. Kontrargumentem dla powstania portu w tym miejscu była utrata części plaży, jako że Gdynia przewidywana była jako kąpielisko morskie. Ustalenia dotyczyły też pochodzenia drewna – miało pochodzić z lasów Darżlubskich. Pośpiech w podejmowaniu decyzji w sierpniu 1920 roku wynikał z faktu iż toczyła się wojna polsko-bolszewicka. Chodziło więc o szybkie przyjęcie transportów wojskowych pochodzących z zachodu, jak również o szybki ich transport drogą lądową z ominięciem terytorium Wolnego Miasta Gdańska.  W piśmie do władz wojskowych,  datowanym 15 października 1920 roku, ,  pojawiła się nazwa „tymczasowy port wojenny i wyładunkowe schronisko dla rybaków”.

23 czerwca 1922 roku udało się w Sejmie przeprowadzić ustawę o budowie portu w Gdyni. Port powstawał pośród wielu trudności, i już w sierpniu roku 1922 inż. Wenda informował admirała Porębskiego (kierującego wszystkimi poczynaniami gdyńskimi osobiście, jak wspomniano, jako Szef Departamentu dla Spraw Morskich przy Ministerstwie Spraw Wojskowych), iż prace utknęły w martwym punkcie z braku środków finansowych i że konieczna jest dotacja, bowiem grozi zatrzymanie inwestycji i zaprzepaszczenie jej.

1 października 1923 roku Tadeusz Wenda sporządził sprawozdanie z wykonanych zadań przy budowie portu, w którym to sprawozdaniu m.in. pisze, że rozpoczęte w 1921 roku prace prowadzone były bardzo szczupłymi środkami finansowymi. Niemniej jednak owe prace posunęły się tak daleko iż w sierpniu 1923 roku, podczas strajku robotników w porcie gdańskim, do Gdyni mógł zawinąć statek oceaniczny „Kentucky”. Przystań miała 7 m głębokości, 150 m długości. Dalej pisał T. Wenda: „zbudowane już jest molo południowe, które ciągnie się na przestrzeni 550m od brzegu i osłonięte jest od wiatrów wschodnich „łamaczem fal” długości 170m. Od wiatrów północnych przystań osłonięta zostanie nabrzeżem północnym, oraz osłaniana jest naturalnie cyplem Oksywskim. Przystań ma oświetlenie elektryczne, połączona jest koleją ze stacją Gdynia i będzie wkrótce zaopatrzona w słodką wodę.”

To opis portu z dnia 13 sierpnia 1923 roku, kiedy to przyjął on pierwszy w swoich dziejach statek.

Nie wszystko jednak wyglądało tak optymistycznie i bezproblemowo. Inż. Wenda natykał się na poważne trudności finansowe i stale walczył z brakiem pieniędzy na materiały budowlane i na wykonawstwo.

8 lipca 1924 roku minister Przemysłu i Handlu zwolnił Tadeusza Wendę z dalszego kierowania budową portu. Obowiązki te przejęło Konsorcjum Francusko-Polskie.  Inżynier został, z ramienia ministerstwa, mianowany Naczelnikiem Budowy Portu. Tytuł i nazwa stanowiska zmieniały się zresztą podczas budowy portu, a często są one kurtuazyjne. Wynikało to z tego, że inżynier Wenda był w Gdyni postacią popularną, szanowaną i lubianą. Tytułowano go m.in. „Dyrektor Budowy Portu Rzeczy Pospolitej w Gdyni”, lub „Naczelnik Budowy Pierwszego Portu Rzeczypospolitej”.

Kiedy przystąpiono do budowy portu wewnętrznego, należało pod ten port pozyskać tereny. I to właśnie inżynier Wenda, będący Kierownikiem Budowy Portu, brał na siebie żmudne i niewdzięczne zadanie dokonywania aktów kupna – sprzedaży gruntów stanowiących własność Kaszubów, lub kupców, którzy je od nich wcześniej odkupili. Formalności załatwiane były u notariusza wejherowskiego, dr Stefana Czarneckiego. Nasilenie tej działalności nastąpiło w latach 1926-1928 a takt i ogromna kultura inżyniera pozwoliły na przebrnięcie przez ten trudny okres bez zadrażnień.

Inżynier, jako osoba znana w Gdyni, zajmował się również sprawami społecznymi. Był założycielem Gdyńskiego Towarzystwa Technicznego (wraz z m.in. Józefem Unrugiem, czy inż. Z. Horydem), był członkiem – założycielem Klubu Sportowego „Gryf”.

Pismem z 3 stycznia 1934 roku został Tadeusz Wenda upoważniony do współpracy z Wydziałem Technicznym Komisariatu Rządu w Gdyni, w zakresie uzgadniania i realizacji planów zabudowy miasta. Był osobą wszechobecną i wszechmogąca w porcie. To on walczył o każdy przysłowiowy grosz na budowę, to jemu przypadło w udziale dokonywanie zakupu terenów pod przyszły port, to on wreszcie upominał się o każdego pracownika zatrudnionego przy tym wielkim dziele. Nie znosił protekcji, każdego oceniał według jego zasług własnych. A troska o pracowników i kultura w obcowaniu ze współpracownikami – oby inspirowała współczesnych szefów.

Pomimo jednak tak wielu zasług, popularności i deklarowanego wobec niego szacunku – nie został zaproszony, jako Kierownik Budowy Portu w Gdyni, na uroczyste poświęcenie portu połączone z oddaniem Dworca Morskiego, jakie odbyło się w dniu 8 grudnia 1933 roku z udziałem prezydenta R.P. prof. Ignacego Mościckiego.

Wtedy to jego współpracownicy, oburzeni taką postawą tzw. Czynników Wyższych, w akcie uznania dla wielkich zasług Wendy, ofiarowali mu pamiątkową plakietkę, która znajduje się w zbiorach Muzeum Miasta Gdyni. Jest to mosiężna tabliczka o grubości 1 cm i wymiarach 14cm x 19cm. Na jej awersie znajduje się zarys portu gdyńskiego z roku 1933 i dedykacja od „inżynierów gdyńskich”, a na rewersie – podpisy czterdziestu ośmiu  osób.

Za swoją pracę i poświęcenie, a także zasługi dla kraju i gospodarki morskiej, inżynier Tadeusz Wenda został udekorowany wieloma odznaczeniami państwowymi. 11 marca 1929 otrzymał Medal Dziesięciolecia Odzyskania Niepodległości, 1 stycznia 1936 roku – Medal XV-lecia Odzyskania Morza, 13 października 1938 dyplom dyrektora Urzędu Morskiego i medal za  „Długoletnią Służbę”. 10 listopada 1928 roku Prezydent R.P. nadał mu Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, a 30 czerwca 1937 roku Krzyż Komandorski tego orderu. 16 lutego 1929 Prezydent R.P. zezwolił T. Wendzie na przyjęcie i noszenie Krzyża Kawalerskiego Legii Honorowej.

W roku 1937, w wieku 74 lat, inżynier Tadeusz Wenda został przeniesiony  na emeryturę. Żegnany był przez prezydenta, Radę Portu, przez przyjaciół i współpracowników. Został zaproszony do komitetu redakcyjnego, który miał opracować monografię portu gdyńskiego. Niestety z powodu wybuchu wojny praca ta nie została doprowadzona do końca.

Po zakończeniu wojny, ze względu na stan zdrowia, inżynier Wenda nie był w stanie czynnie uczestniczyć w odbudowie portu ze zniszczeń wojennych, ale wspomagał budowniczych portu swoimi bezcennymi wskazówkami i doświadczeniem. Napisał wiele publikacji dotyczących zarówno historii jak i problemów technicznych budowy portu w Gdyni. Zmarł w Komorowie pod Warszawą w roku 1948.

Piękne wspomnienie o człowieku, któremu Gdynia zawdzięcza port, a Polska rozgłos zapisała Mirosława Walicka w swojej wzruszającej książeczce „Gdynia – pejzaż sprzed wojny”. Rozdział o Inżynierze nosi tytuł „Sumienny i ludzki”…

Gdynia uhonorowała pamięć Tadeusza Wendy jedną z bocznych ulic dojazdowych do portu, nabrzeżem jego imienia na szczycie mola Węglowego, basenem portowym, także jego imienia, pogłębiarką portową, ostatnio tablica pamiątkową na ścianie budynku przy ul. Waszyngtona 38, gdzie mieszkał a także spiżową tablicą pamiątkowa przy wejściu do Dworca  Morskiego…

Jakże skromnie w porównaniu z zasługami.

Gadająca głowa i zagwozdka

To było dość dawno temu, kiedy Ewa Kowalska wystartowała ze swoją stroną turystyczną. Umówiłyśmy się na nagranie  – czyli na krótkie filmowe migawki ze mną w roli gadającej głowy… Przystałam na tę przygodę tym chętniej, że tak jak Ona, uważam iż nie powinno się „kupować” przewodnika z netu. Powinno się go usłyszeć … i zobaczyć 😉

Kiedy tak sobie chodziłyśmy po Mieście Niepokornym w poszukiwaniu miejsca na nagranie – zdałam sobie sprawę z tego, że tylekroć byłam i jestem wciąż nagrywana podczas wycieczek mniej lub bardziej oficjalnych – ale nigdy dotąd nie miałam tremy.

No cóż, widocznie zawsze musi być ten pierwszy raz…

Poszło ponoć całkiem nieźle (tak twierdziła Ewa). 

A ja – oglądając potem już zmontowane nagranie – wreszcie usłyszałam, jakie to Moje Miasto jest gwarne…

Po powrocie do domu – zabrałam się za przeszukiwanie mojego archiwum zdjęć, jako że Ewa mobilizowała mnie do nadsyłanie ich na stronę w ilości dowolnej.

No i pośród mnóstwa fotograficznych szaleństw (jako, że robię zdjęcia stale i wszędzie niemal) znalazłam parę zdjęć epitafium Bartłomieja Schachmanna.

I od razu mi się przypomniała „zagwozdka” z Muzeum w Nowym Dworze Gdańskim.

Ale o tym już gdzie indziej

Published in: on 2 grudnia 2009 at 11:28  Dodaj komentarz  

Migawki fromborskie cz.1

Właśnie wróciłam z dwudniowego doładowywania akumulatorów psychicznych we Fromborku.

TUTAJ parę zdjęć z tego wypadu 🙂

Od paru lat – co jakiś czas (bez względu na to, czy to szczyt sezonu, czy tuż po nim) pakujemy się z Dziewczynami na weekend (częściej jednak jesienią lub wiosną, niż latem) do tego urokliwego miasteczka nad Zalewem Wiślanym.

„Zamieszkałem na końcu świata” – tak napisał Mikołaj Kopernik, kiedy osiadł we Fromborku.

Zawsze jeździmy w tym samym składzie – 4, czasem 5 bab – same Przewodniczki – szalone na punkcie cegły, palców i dziur. A nadto zauroczone Świętą Warmią. Tak też i było tym razem – zapakowałyśmy bety i toboły, jakbyśmy jechały co najmniej na tydzień, i wyruszyłyśmy w sobotę rano. Po drodze, jak to mamy w zwyczaju – zajechałyśmy do Kadyn na wspaniałe ciastko czekoladowe w Hotelu Kadyny.

Niestety pałac cesarski, tuż obok, nie robi dobrego wrażenia i należy się obawiać, że tradycyjnie następny zabytek zniknie z powierzchni ziemi przez tradycyjne i przysłowiowe już niemal zaniedbanie… A wszystko w majestacie niemocy – odpowiednich acz nieodpowiedzialnych służb…

Ale ciastko i kawa w hotelu Kadyny Country Club (www.kadyny.com.pl) przednie – niezmiennie i obsługa niezmiennie sympatyczna. Od lat ta sama dobra, sprawdzona jakość.

No i w końcu Frombork… Ale tym razem poświęciłyśmy też czas na odwiedzenie Szpitala Św. Ducha. Wycieczki rzadko tam zaglądają. Nie wiem, czy dlatego że miejsce na uboczu – poniżej Wzgórza Katedralnego. Czy dlatego może, że tradycja każe przede wszystkim wejść do muzeum i na wieżę, a także obowiązkowo do katedry będącej wciąż kopalnią piękna, mimo ewidentnego (aczkolwiek niestety wciąż bezkarnego!) zaniedbania.

No więc – Szpital Św. Ducha we Fromborku – miejsce warte odwiedzenia ze wszech miar!!! Wokoło szpitala założono ogród przyszpitalny (herbarium) – cudny wiosną i latem bogactwem barw i form. Jako, że szpitale średniowieczne samowystarczalne były pod względem zaopatrzenia w leki (a przynajmniej powinny) – to i tutaj postarano się o to, byśmy mogli spacerując pośród roślin (znanych nam bądź z przepisów kulinarnych, bądź to jako przyprawy) – zrozumieć potęgę zielarstwa. A przy sposobności można pochylić się nad dzisiejszą dość powszechną niewiedzą zielarską… Zapatrzeni w chemiczne leki – zapominamy, że żyjąc wśród ziół i regularnie je pijąc czy zjadając – chronimy się przed chorobami i przypadłościami (wszelkimi). Ale z drugiej strony – nieumiejętnie stosując zioła – możemy na choroby różne i przypadłości zapaść….

Nie dziwota więc, że tak bano się zielarek wszelkich i znachorstwa kiedyś. A i dzisiaj niechętnym okiem patrzą lekarze wszelkiej maści i autoramentu na leczenie tzw. „niekonwencjonalne”… Ale nie o tym autoramencie miałam pisać… Zresztą o tym, co się dzieje w dzisiejszej niezdrowej służbie (o tym, że są właśnie SŁUŻBĄ zapomnieli chyba już wszyscy)  – wszyscy wiemy, więc szkoda nerwów.

Wróćmy do Fromborka i jego Szpitala Św. Ducha – są tam przecież osławione „trzy krowy na gzymsie”!!! Absolutna rewelacja. Gniazdo bocianie – które „obcinane” było już parokrotnie, tak by nie zawaliło się samo, a też by nie pociągnęło za sobą szczytu wschodniego, na którym jest zbudowane.

Wnętrze szpitala ukazuje świetną ekspozycję związaną z lecznictwem i medycyną w ogóle. W nawach bocznych – znajdowało się 12 cel dla chorych (ślady po ściankach działowych zaznaczone są w podłodze), a dzisiaj prezentowane są różne narzędzia medyczne i księgi. Szpitale warmińskie pod wezwaniem Św. Ducha istniały w takich miastach jak Dobre Miasto, Orneta, Braniewo, Lidzbark Warmiński, Olsztyn, Reszel no i ten we Fromborku. Wszystkie proweniencji średniowiecznej – XIV w. (Komentarze Fromborskie – zeszyt 4, – art. T.Piaskowskiego/J.Poklewskiego). Lokowane były poza bramami miejskimi, nad wodą (tak, tak… we Fromborku kiedyś płynął kanał Baudy, ale niestety, cały dorobek wieków przeszłych zaprzepaszczono po wojnie), czy w pobliżu mostów.

Biogramy gdyńskie

Tadeusz Wenda, Eugeniusz Kwiatkowski, Franciszek Sokół

Załączam artykuł, jaki parę lat temu popełniłam dla Jantarowych Szlaków, w związku z 80-leciem nadania Gdyni praw miejskich.

Artykuł – niestety z ogromnymi zmianami – ukazał się w druku. Nie wszyscy czytelnicy zgadzali się z poczynionymi zmianami i skrótami – twierdząc, że po nich tekst stracił spójność i sens. Istotnie.

Tutaj więc zamieszczam go w całości, jednak z osobnych „oknach”, co mam nadzieję, nie zmieni jego sensu.

Artykuł podzieliłam na 3 części – tak jak to było moim zamysłem od początku. Każdą częśc zamieszczam osobno (niestety są dość długie 😉 )

Całość traktuje o trzech indywidualnościach Gdyni. Śmiało można powiedzieć, że ci trzej spowodowali to, co dzisiaj nazywamy Fenomenem Gdyńskim. Jak wyraził się jeden z ekonomistów – gdyby ci trzej żyli do dzisiaj – nie byłoby problemu stoczni dzisiaj.

Nie ma dzisiaj w Polsce Polityków czy Społeczników tej miary. Dziś są tylko politykierzy i społecznikowcy…

Szkoda.

–           *          –

W roku 1634 inżynier Jan Pleitner (przybyły do Gdańska w orszaku króla Władysława IV) wymyślił sobie port.

Po niemal 300 latach, w roku 1920  pewien skromny pan z mapą w ręku zdecydował, że ten wymyślony port wybuduje. Inny – doceniając położenie tego skrawka ziemi na morzem, zainicjował połączenie go magistralą kolejową z resztą kraju. Potem do tego duetu, godnego zapamiętania, doszedł człowiek, który spowodował rozbudowę infrastruktury nowopowstałego miasta przy porcie.

Tych trzech panów, to inż. Tadeusz Apolinary Wenda, Eugeniusz Felicjan Kwiatkowski i Stefan Franciszek Sokół.

A skrawek ziemi nad morzem z wymyślonym portem – to Gdynia.

Gdynia miała w swoim istnieniu szczęście do ludzi zdolnych. Miała szczęście do ludzi otwartych umysłów i odważnych decyzji; miała wreszcie szczęście do Patriotów. Patriotów, myślących o przyszłości, potędze i realnych zyskach… Myślących dla kraju.

–           *          –

Wszyscy ci trzej opisani przeze mnie Ludzie Gdyni, wraz z wieloma innymi, o których te krótkie notki nie wspominają, to postaci, którym to miasto zawdzięcza fakt iż mimo czasu, jaki dzieli jego dzień dzisiejszy od powstania – Gdynia jest wciąż miastem o szerokich perspektywach.

Jest ciągle wizytówką Wybrzeża.

A port, budowany w pierwszym dwudziestoleciu XX wieku, wciąż jest nowoczesny.

Gdynia wciąż zadziwia rozmachem i „wielkomiejskim oddechem”.

–           *          –

W opracowaniu powyższego tematu o Ludziach Gdyni korzystałam z życzliwej pomocy pracowników Muzeum Miasta Gdyni (gdy jeszcze nie było mowy o nowym pięknym budynku przy Riwierze, a biura mieli przy ul. Chrzanowskiego…) także z pomocy członków Towarzystwa Miłośników Gdyni, oraz z lektury Roczników Gdyńskich (nr  8, 10, 11), Bedekera Gdyńskiego Kazimierza Małkowskiego, jak również z uroczej książki Mirosławy Walickiej „Gdynia – pejzaż sprzed wojny”.

–           *          –

(uzupełniłam w lutym 2009 – przed kolejnymi urodzinami Miasta z Morza i Marzeń…)

–           *          –

Niestety – nie ma już takich ludzi – tym razem Stocznia nie została obroniona, a polityka i partykularyzm wciąż liczą się przed ekonomią i zdrowym rozsądkiem…

grudzień 2009

Pan Minister i Pra…Wnuk

A co mi tam…. pochwalę się….

Oto parę wyrywków z mojego przewodnickiego życia wziętych.

http://www.stutthof.pl/node/102

tu – oprowadzałam Pana Ministra ds. Kombatantów Australii wraz z panią Ambasador Australii w Polsce. Ogromna przyjemność. I wielka satysfakcja. Bo niewielu polityków zagląda do tego muzeum – położonego niejako na uboczu wszystkiego…

Pan Minister zażyczył sobie wizyty w Stutthof, po tym, jak wspomniałam o obozie – podczas wizyty przy pomniku więźniów Stalagu XXB w  Wielbarku (dla niewtajemniczonych – Wielbark to dzielnica Malborka).  A potem – pojechaliśmy zwiedzić Muzeum Stutthof – z mnóstwem pytań i zadumą. Wizyta Ministra ds. Kombatantów Australii związana była z uroczystościami rocznicowymi 1 września b.r.

W Malborku miałam przyjemność tłumaczyć Jego spotkanie z Władzami Miasta, następnie towarzyszyłam w składaniu kwiatów na cmentarzu Commonwealth, potem oprowadziłam Gości po Zamku w Malborku no i w końcu po Muzeum  Stutthof.

No i Wielka Wystawa (jedna z wielu wielkich w Wiadomym Zamku)… Ale szczególna, bo bliska mi poprzez postać pewnego szczególnego gościa. Wystawa nosiła tytuł „Portret artysty na nowo odkryty. Johann Carl Schultz (1801-1873) znany i nieznany”. A traktowała o naszym Johannie Carlu Schultzu.

(nowa zamkowa strona ze zdjęciami z wydarzeń różnych, w tym opisywanych tutaj)

Na specjalne zaproszenie Muzeum Zamkowego w Malborku, z ogromną przyjemnością przywiozłam na wystawę Pra…wnuka i Pra…wnuczkę Johanna Carla Schultza. To była już druga wizyta Pra…wnuka w Polsce, ale po raz pierwszy tak huczna.

Postać Pana K. i jego wspaniałej pełnej ciepła i życzliwości Żony – od lat towarzyszy mi w mojej pracy, nawet gdy nie odzywają się długo. Lubię ich i mam wielką radość z bycia ich Przyjaciółką.

Kiedy zaś pochwaliłam się moją wieloletnią znajomością z Pra…wnukiem w Wiadomym Zamku, natychmiast dostałam zadanie sprowadzenia Go na otwarcie wystawy.

Mało tego – Dyrekcja wystosowała specjalne zaproszenie do Pra…wnuka. No i – stało się… Przyjechał. Aczkolwiek z raportów mailowych wiedziałam, że źle się czuł, i wcale nie planował ponownego przyjazdu na koniec świata – jakim dla niego jest Polska…

🙂

Panorama Lojalności – Prusy Królewskie i Prusy Książęce w XVI wieku

Panorama Lojalności -Prusy Królewskie i Prusy Książęce w XVI wieku.

Tom 4 pod red. Jerzego Axera wydany przez Ośrodek Badań nad Tradycją antyczną w Polsce i Europie Środkowowschodniej – Uniwersytet Warszawski – Warszawa 2001

–          *          –

Czas jakiś książkę już mam i korzystam z niej, bo ciekawa i wciąż bardzo aktualna.

A korzystam zwłaszcza, gdy mam wycieczki oczekujące od części historycznej wyłącznie czarno-białej kolorystyki. Eseje zawarte w zbiorze, dotyczą różnych aspektów historii tych jedynych w swoim rodzaju tworów politycznych, jakimi były obie części Prus.

Podwójny Kraj – tak usiłowano nazywać i tak często nazywano tę część Korony Polskiej o własnej i silnej identyfikacji, gdzie nazwa społeczności wywiodła się od nazwy ziemi, kraju, w którym żyła.

Świetnie zostało to ujęte w eseju pt. „Prusy Królewskie w II połowie XV i w XVI stuleciu”, autorstwa prof. Mariana Biskupa, na stronie 10:

„…Prusy Królewskie bezspornie są włączone do Korony, ale mają własne prawa. Dlatego Prusacy są członkami Korony, ale nie jej poddanymi”.

W 11 esejach zawarto najciekawsze i niezbędne informacje do zrozumienia tego skrawka Polski – wciąż do dziś niezrozumianej.

Warto przeczytać o tzw. piramidzie wierności stanów pruskich, w eseju Igora Kąkolewskiego „Lojalność stanów pruskich wobec zwierzchności lennej na tle walk o przestrzeganie zasady indygenatu w Prusach Książęcych w XVII wieku”,

Zaś Hans-Jügern Bömelburg w swoim referacie przybliża rodzinę Dohnów – szerzej nieznaną polskiej historiografii. Pojawia się na chwilę w kontekście Gdańska i na tym raczej koniec… A ród niezmiernie ciekawy, wielki, szeroko rozrodzony i niezwykle skoligacony – polecam wizytę w Muzeum im. Johanna Gottfrieda Herdera w Morągu. Tam dużo o nich – zresztą zameczek w Morągu wspomniany w tekście.

Polecenia godny jest też artykuł Jerzego Axera o Janie Dantyszku – postaci aż nadto wybielanej w literaturze polskiej. A był przecież typowym wytworem swojej epoki, z cechami charakteru wcale niepięknymi. Ale widać nie chce się o tym pamiętać – nadmiernie go gloryfikując. Artykuł podaje nam Dantyszka obiektywnie.

Niech za konkluzję posłuży cytat:

„Skłonny jestem raczej patrzeć na tę biografię jak na historię wykorzenienia, wykorzenienia wielokrotnego, za każdym razem dobrowolnego… Jednego jestem pewien – Dantyszek był osobowością niezwykle plastyczną. Odnosił sukces, wielokrotnie zmieniając rolę społeczną i za każdym razem odmieniając kodeks moralnym obyczaje, strój i rekwizyty.”

Polecam książkę każdemu, kto chce lepiej zrozumieć ten Podwójny Kraj, który po II wojnie stał się Podzielonym Krajem, a dla wielu wciąż jest Obcym Krajem.