Z cyklu Zaproszenia – Olsztyn – Warsztaty Bałtyjskie

Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie przysłało mi bardzo ciekawe zaproszenia na Warsztaty Bałtyjskie…

Ech… sezon w pełni i na pewno nie pojadę, a chętnie bym posłuchała opowieści o hipotetycznych śladach dziedzictwa kulturowego staropruskich Sasinów w okolicy reliktu ich dawnego grodu stołecznego.

Ale może ktoś z Szanownych Czytaczy będzie miał przysłowiową chwilkę, by zatrzymać się w biegu i przysiąść w sali muzealnej na prelekcję w dniu 31 maja, czwartek, godz. 18.00, Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie.

W biegu – z trasy – po drodze

Sezon „jeżdżony i biegany”.

No i nie da rady pisać. Może by i dało, ale do „robienia” trasy ustalonej dochodzi robienie trasy swojej, na tzw. „zaś”. No i przygotowywanie się każdorazowe do każdej wycieczki…

I nagle okazuje się, że brakuje czasu na czytanie dla siebie i na pisanie z sensem 😉

A tymczasem – nazbierało się wrażeń, oj nazbierało… Daruję sobie te prywatne i złośliwe, a skoncentruję się raczej na uwagach z trasy.

Przede wszystkim – Bristol. Wielki zawód. To zdecydowanie i na pewno już nie ta klasa z opowiadań o babcinych wizytach. No i to nawet już nie ten hotel z dzieciństwa, kiedy pachniał luksusem i wyjątkowością przy każdej wizycie w Polsce. Wtedy nie każdego było na niego stać, nie każdy też mógł tam mieszkać… A dzisiaj? hm… praktycznie żadna różnica (poza cenową) między tym, a innymi dobrymi hotelami. A śniadania? słynne śniadania? są niestety takie same, jak gdziekolwiek indziej. Chociaż – bekon mają bardziej spalony 😉

Co do reszty – zdecydowanie miłe zaskoczenie w gdańskiej Brovarni. Chyba zmieniono tam szefa kuchni, bowiem ryba wreszcie ma smak. I wreszcie nie jest wyprana. Ale aby ugruntować wrażenie – muszę zabrać tam jeszcze parę grup 😉

Częstochowa… Hm… no cóż, może kiedyś doczeka się hotelu z prawdziwego zdarzenia. Ale, tu również zmiana na lepsze 😉 zeszłoroczny raban i pismo do centrali dał widać efekt… Miasto też zaczyna robić coraz lepsze wrażenie, jest coraz ładniejsze.

A co do całej reszty trasy – hm… Kraków jak zwykle tłumny i powala na kolana, Warszawa kolorowa i pełna ciekawostek, Toruń – jak zwykle zachwycający.

A jak na tle tych wielkomiejskich atrakcji wypada mój ukochany  Frombork?

Świetnie!

Kawa i ciastko w Wieży Wodnej, w miłej atmosferze, i z widokiem na Wzgórze Katedralne. To wszystko powoduje, że wszystkie moje grupy, bez wyjątku, są zachwycone Fromborkiem. Pomijam już samą katedrę czy muzeum, które ma świetną ekspozycję (wielka zmiana na PLUS). Tu całość (łącznie z Tolkmickiem, Suchaczem czy Kadynami) sprawia, że to tutaj moje grupy (i ja) znajdują odpoczynek. I co ważniejsze, to tutaj w końcu naprawdę rozumieją życie Doktora Mikołaja K. Ale też i tutaj łatwiej tłumaczyć sens roku 1945. A także to, co wydarzyło się potem.

To tyle… Następny raport z trasy – nie wiem kiedy 🙂

Zdjęcia zamieściłam  TUTAJ – bo na blogu zabrakło już miejsca 🙂

Koń Sobieskiego…

… „Koń jaki jest – każdy widzi”.

Niestety, ksiądz dobrodziej widać nie przewidział, że jednak NIE każdy 😉

Otóż…

Stoi sobie pomnik w Gdańsku: król Sobieski siedzi na koniu. Koń cudny. Król nieco mniej, ale że przecież był w swoisty sposób związany z Gdańskiem, to sobie jest. Tym bardziej, że jak mało co w Moim Mieście – skwer na Targu Drzewnym udał się zarządzającym miejską zielenią…

I tak sobie ten pomnik stał spokojnie, do momentu, aż 12 lat temu poszłam na kurs przewodnicki. Jak na każdym kursie – i my mieliśmy serię obejść miasta z instruktorami. Któraś z kolei nasza trasa wiodła obok pomnika. Instruktor do znudzenia wymieniał daty bitew wszelkich, w których brał (czy nie) udział Jan Sobieski, zupełnie nie zauważając KONIA. Nie wytrzymałam i zadałam pytanie. Pytanie o rasę owego konia.

Dopuszczam odpowiedź „nie wiem”. Absolutnie jednak nie dopuszczam odpowiedzi: „a cóż to za pytanie??” czy co gorsza: „ale to nie ważne”… A to właśnie usłyszałam na moje pytanie.

Zawzięłam się. Nie dość, że właśnie dlatego postanowiłam być innym przewodnikiem, niż autor błyskotliwych odpowiedzi, ale jeszcze postanowiłam sama sobie znaleźć odpowiedź prawidłową.

„A po co ci to?” „Nikt nigdy o to nie pyta” słyszałam dokoła. Nie wiedziałam jeszcze po co mi to. Ale tak na wszelkie wypadek zabrałam się za poszukiwania, wychodząc z założenia, że skoro sama jestem dociekliwym turystą – to mogę trafić na kogoś z podobnym podejściem… Wtedy byłam dopiero na kursie i nie zdawałam sobie sprawy z tego, jakie to ważne i jak bardzo prawdopodobne.

Za poszukiwania zabrałam się u źródeł, czyli we Lwowie. Zadzwoniłam wprost do dyrektora Muzeum Historycznego Miasta Lwowa. Tam niczego konkretnego nie dowiedziałam się od pana dyrektora , bowiem konwersacja nam się rozbiła o… rodzinę. 🙂

Nie zrażona tym wcale, rzuciłam się w wir poszukiwań. Niczym Koziołek Matołek już przeze mnie cytowany, zaczęłam od… Wilanowa. Wszak tam czas jakiś stał ów cudny koń. Niestety poraziła mnie identyczna odpowiedź, jaką usłyszałam od przewodnika na kursie. Noooo, gratulacje za podejście do tzw. sprawy… Zwróciłam się ku swoim – i w gdańskim Ratuszu Głównego Miasta uzyskałam wiele cennych wskazówek od zawsze i niezmiennie życzliwego dra Jerzego Kuklińskiego… Zwróciłam się także do paru znanych stadnin polskich. Wszędzie uprzejmie mnie wysłuchiwali, nie dziwili się ani nie wystraszyli (w przeciwieństwie do Wilanowa). Wszędzie kazali dokładnie opisać konia, po czym okazywało się, że nijak nie pasuje do tam hodowanych. Aż w końcu w Janowie Podlaskim odesłali mnie do Rzecznej… Tam zaś, po stanowczym odrzuceniu wersji z trakenem w roli głównej, odesłano mnie do… Radosława Sikory, autorytetu i eksperta od husarii, autora szeregu publikacji na temat wojskowości XVII wieku. Że też nie wpadłam na to wcześniej!!! Przecież mam przyjemność go znać z czasów arcyciekawego projektu Jakuba Pączka – czyli z czasów strony o JOX Jaremie Wiśniowieckim. Napisałam więc do eksperta i zanim otrzymałam od niego wyczerpującą odpowiedź, najpierw dostałam taki cytat:

Koń turek, chłop Mazurek, czapka megierka, szabla węgierka

Szperając dalej, zachęcona korespondencją z Radkiem i wskazówkami Pana Kuklińskiego, znalazłam mnóstwo informacji. No, ale teraz wiedziałam czego szukałam i jak szukać. 😉

Między innymi, taki cytat mi kiedyś wpadł w oko:

Często sięgano po domieszki ras wschodnich, gdyż powszechnie uznawano, że najlepsze są „Koń turek, chłop Mazurek, czapka magierka, szabla węgierka”. Większość koni kawaleryjskich były to produkty krajowe, uszlachetniane „turkami” właśnie, czyli końmi anatolijskimi, perskimi, turkmeńskimi, kurdyjskimi, krymskimi, kaukaskimi i arabskimi włącznie. Rzadko widoczna była domieszka cięższych koni. Konie husarskie, choć miały być nieco cięższe i roślejsze niż dla „lżejszych znaków”, musiały ważyć niewiele tylko ponad 500 kg. Dźwiganie jeźdźca z uzbrojeniem i wyposażeniem dla Konia lżejszego byłoby trudnym zadaniem, zaś koń ciężki nie posiadałby by wymaganej zwrotności i szybkości. Konie zwane wówczas polskimi stanowiły zatem tak naprawdę swoisty melanż genetyczny. Przy tym jednak miały swoją urodę – we wspomnieniach i anegdotach o Janie III Sobieskim Francois Paul d’Alerac miał pisać: „Siedzi ta jazda na najpiękniejszych koniach w kraju”. Ze względu na urodę ceniono też w Polsce hiszpańskie dzianety, jednak miały one niewielki wpływ na hodowlę konia „polskiego”

Odtrąbiłam więc rozwiązanie zagadki, która to zajęła mi nieco życia. Wtedy bowiem jeszcze pracowałam na tzw. posadzie i nie zawsze miałam możliwość korzystania z internetu, a sama nie miałam jeszcze komputera w domu.

😉

Po paru latach, już jako przewodnik, oprowadzając właścicieli słynnych stajni „Skądś-Tam”, zaprosiłam moich panów na spacer. Nasza trasa wiodła nieopodal pomnika. I nagle dotychczas dystyngowani panowie, jak jeden – dosłownie zachłysnęli się zachwytem na widok Konia Sobieskiego. Już ich lubiłam! Króla jegomościa nawet nie zauważyli 🙂

Kiedy padło TO pytanie, pomyślałam, że mój instruktor z kursu chyba powinien w tym momencie mieć potężną czkawkę, gdziekolwiek wtedy był i cokolwiek robił. 😀

Od tego czasu – ilekroć mam jakiś „orzech do zgryzienia” czyli – zagwozdkę – nazywam to Koniem Sobieskiego.

A propos konia… ciekawe, czy w końcu w tym irracjonalnym współczesnym pędzie do stawiania pomników wszystkim i za wszystko (uszczęśliwiając nas koszmarnymi projektami) –  powstanie wreszcie zasłużony pomnik konia w Gdyni, planowany przecież już przed wojną?

Z cyklu Zaproszenia – Gdańsk – MHMG Wielka Sala Wety w Ratuszu

Dostałam niezmiernie ciekawą informację od Pana Dariusza Rybackiego z Działu Edukacji, Promocji i PR-u MHMG, oto ona:

Muzeum Historyczne Miasta Gdańska

pragnie serdecznie zaprosić na prezentację
postaci neohistorycznych mebli w stylu gdańskim, która odbędzie się
18 kwietnia 2012 roku o godzinie 13:00 w Wielkiej Sali Wety Ratusza Głównego Miasta.

   Termin prezentacji nie został wybrany przypadkowo. Od prawie trzydziestu lat 18 kwietnia obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Ochrony Zabytków, uznawany przez UNESCO za jedną z najważniejszych imprez kulturowych o zasięgu światowym. Nasza Instytucja otrzymała prezentowany komplet mebli w lutym 2012 roku. Darczyńcami są  Państwo Janine Polenthon-Steinert i Detlef Steinert, zamieszkali w Bonn.                         

     Stanowią one ciekawy przykład recepcji form historycznych, nawiązujących do bogatych dziejów naszego Miasta. Obiekty podarowane Muzeum były niegdyś częścią majątku krewnych Darczyńców, którzy w czasach międzywojennych mieszkali w Gdańsku. Opuścili Miasto pod koniec lat 40. ubiegłego wieku. Meble są więc kolejnymi pamiątkami po burzliwych dziejach Wolnego Miasta Gdańska, wchodzącymi w skład zbiorów MHMG.

     Jest to darowizna szczególnie ważna dla naszej Placówki. W sposób wymowny koresponduje bowiem z trwającą od lutego wystawą „Niniejszym przekazuję… Dary i zakupy w Muzeum Historycznym Miasta Gdańska” i jest potwierdzeniem jej fundamentalnego założenia – konieczności szczególnej ochrony nie tylko zabytkowych przedmiotów, ale też rodzinnych historii z nimi związanych. 

     Wyrażamy szczerze przekonanie, że prezentacja podarowanych MHMG mebli oraz ich historii będzie wydarzeniem, które nie tylko godnie wpisze się w obchody Międzynarodowego Dnia Ochrony Zabytków, lecz także podkreśli wagę ochrony dziedzictwa kulturowego Miasta Gdańska. 

Z cyklu Zaproszenia – Gdańsk – Muzeum Bursztynu

Muzeum Historyczne Miasta Gdańska

serdecznie zaprasza na uroczystą prezentację

inkluzji Solifugi (Arachnida Solifugae)

oraz na otwarcie wystawy

,,Granice srebrnych przestrzeni.

Powojenna polska biżuteria z kolekcji prof. Ireny Huml.”

Oba te wydarzenia odbywać się będą 22 marca 2012 r. w Muzeum Bursztynu.

Elbląskie to i owo – a zwłaszcza owo.

Chrzcielnica Mistrza Bernhusera to wyjątkowe dzieło średniowiecznego odlewnictwa. I wszyscy, którzy zaglądną do Świętego Mikołaja choć na chwilę, zatrzymują się przed nią na dłużej. Ma w sobie moc przyciągania wzroku. 😉 Nadto jest szalenie fotogeniczna i wzbudza zasłużony zachwyt każdej kolejnej mojej grupy.

Zdecydowanie zaprzeczam, kiedy słyszę głosy, że Elbląg nie ma nic do zaoferowania, że tu nic nie ma. I że to miasto nie istnieje. Istnieje i ma mnóstwo do pokazania, tylko trzeba umieć patrzeć. Elbląg zawsze był mi bliski. Obecnie powoli i z mozołem zaczyna się odbudowywać po zniszczeniach wojennych. A mnie pozostaje żałować, że jego przedwojenne piękno znam tylko z opowiadań rodzinnych. Na szczęście dzisiaj to, co się proponuje w ramach odbudowy miasta (retrowersja) – napawa optymizmem (przy zupełnym pesymizmie w tej kwestii w przypadku Gdańska).

Po długoletnich wykopaliskach w centrum Starego Miasta (będących największym poligonem archeologicznym w Europie – a zupełnie nie nagłośnionym mimo rewelacyjnych znalezisk!!) – zabrano się za jego systematyczną odbudowę.

Już odbudowano między innymi Dom Królów z przeznaczeniem na hotel. Nadto odrestaurowano (wreszcie) słynną kamienicę przy Wigilijnej. Jednak za otwory drzwiowe i okienne a także za skrzynkę gazową, tak inwestor jak i konserwator – razem powinni dostać Nobla za bezmyślność. Moim marzeniem jest jeszcze zobaczyć odbudowany Dom pod Wielbłądem. Natomiast dom Joosta van Kampen (czy, jak kto woli Josta von Kampen) prezentuje się całkiem, całkiem… No i Muzeum z bardzo ciekawymi ekspozycjami (szczególnie Truso i Goci !). Słowem – Elbląg na pewno by ucieszył mojego Ojca. Bo zaczyna „powracać”.

Niestety są także i minusy. Otóż uczucie zawodu i wielkie zniesmaczenie wywołuje aranżacja u Dominikanów. W krużgankach zorganizowano niby klubo-kawiarnię, sprawiającą raczej wrażenie poczekalni dworcowej. A są tam przecież cenne epitafia i płyty nagrobne. A już szczytem braku dobrego smaku było pomalowanie na czerwono ust Martinowi Michaelowi na jego epitafium. Czegóż to miała być demonstracja? I czy autor coś takiego „wyczyniłby” na portrecie nagrobnym swojego bliskiego? Zresztą trudno doszukiwać się sztuki w całym zmasakrowanym wnętrzu podominikańskim. No – oczywiście poza gotyckimi murami, które same w sobie są sztuką. Ale mimo zdecydowanie krytycznych uwag o wykorzystaniu krużganków i o całej koncepcji Galerii, to jednak dobrze, że w ogóle dawny kościół klasztorny został zaadaptowany. Inaczej, przy powszechnym w Polsce nastawieniu do wszystkiego, co niezabezpieczone (vide rozkradany Most Tczewski) pewnie dawno by „poszedł na cegły”.

Skoro wytykam minusy jednemu z moich ulubionych miast, to „leci” następny: brak ludzi. Stare Miasto nie żyje. Jest niemal puste. Dlaczego? Ta pustka uderza wszystkich przyjezdnych. Każdego lata systematycznie bywam w Elblągu z moimi grupami, większymi lub mniejszymi. I wszyscy jednogłośnie twierdzą, że Stare Miasto jest pustynią. Czy to wina czynszów zbyt wysokich na kieszeń przeciętnego inwestora? Czy też braku pomysłu na ożywienie tej części miasta?

Ale mimo tych minusów, Elbląg to wyjątkowe miasto. I ma nie byle jaką historię! Cytując dr Monikę Jakubek-Raczkowską:

…to pierwsza pruska stolica Zakonu, aż do przeniesienia siedziby Wielkiego Mistrza do Malborka, tu siedział mistrz krajowy, tu znajdowała się (przejściowo wprawdzie, ale jednak) siedziba biskupa warmińskiego, tu znalazły się relikwie Krzyża Świętego, ofiarowane przez cesarza Fryderyka II, chcącego usankcjonować krzyżacką krucjatę w Prusach.

Elbląg wyróżniał się na tle Wielkich Miast Pruskich bardzo wysoką formacją intelektualną, i mimo późniejszego zepchnięcia go z tej pozycji przez Gdańsk i Toruń, zachował bardzo wysoki poziom artystyczny.

Właśnie żeby posłuchać wykładu pojechałyśmy do Elbląga w styczniowy piątek (skład jak zwykle taki sam: A.S., M.H., D.L. i ja). Już samo nazwisko wykładowców – czyli Państwa Moniki i Juliusza Raczkowskich dawało gwarancję jakości. No i nie zawiodłam się – 1,5 godziny minęło szybko, zbyt szybko. Ostatni raz tak mnie bolała ręka po pisaniu na pamiętnej konferencji w Bierzgłowie. Jakże znamienny jest ten poziom toruński…

Ale wracam do piątku w Muzeum. Spotkanie miało tytuł: Elementy średniowiecznego wystroju katedry św. Mikołaja – jako dzieła sztuki i obraz dawnej duchowości elblążan. I traktowało między innymi o duchowości Elblążan, o podporządkowaniu religijności średniowiecznej zmysłom, o kondycji intelektualnej i finansowej Miasta, o elementach wystroju gotyckiego katedry Św. Mikołaja. I właśnie na tle opisu duchowości elbląskiej i sytuacji końca XIV i początku XV wieku, pojawiła się brązowa chrzcielnica ze Świętego Mikołaja.

Bo właśnie między innymi owa chrzcielnica mistrza Bernhusera jest takim niezbitym dowodem na wyjątkowość sztuki tego miasta. Stanowi jedno z nielicznych dzieł odlewnictwa w brązie na terenie państwa zakonnego, przy czym jest najwybitniejszym z nich.

Chrzcielnica to najważniejszy sprzęt kościelny. Związana z fundamentalnym znaczeniem chrztu, zawsze zajmowała stosowne miejsce w przestrzeni kościoła. Takie obiekty, mające znaczenie symboliczne, stawały się nośnikami tak formy, jak i kształtu i przekazu treściowego.

Dla omawianej chrzcielnicy znamy szczęśliwie tak datę powstania jak i twórcę, a także osoby związane z fundacją. Wiemy z inskrypcji na chrzcielnicy, że odlał ją Mistrz Bernhuser po Bożym Narodzeniu roku 1387 (za rok zakończono budowę Katedry we Fromborku). Znamy też nazwisko proboszcza, burmistrza i witryków. Witrycy – z reguły dwaj – zarządzali majątkiem kościoła, byli ( w uproszczeniu) niejako pośrednikami na linii: parafia – parafianie.

Bernhuser nie był artystą, był rzemieślnikiem. Ale rzemieślnikiem wysokiej klasy. I wykonał dzieło wyjątkowe, nie mające analogii na terenie Prus. Aczkolwiek moje angielskie grupy będą zachwycone, bo właśnie do Anglii powinien udać się tropiciel śladów i podobieństw bernhuserowego dzieła. I to nie jedyny związek Elbląga z Anglią (ale o tym kiedy indziej).

Także kształt chrzcielnicy jest wyjątkowy i niespotykany nigdzie indziej na terenie państwa zakonnego. To nie kadź (jak wszędzie), a oktogonalna czasza. Znaczenie ósemki z punktu widzenia średniowiecza jest niebagatelne. Oznacza szczęśliwy początek i odrodzenie duchowe. Jest to liczba chrztu świętego i zmartwychwstania. W tradycji żydowskiej obrzezanie odbywa się ósmego dnia po urodzeniu. Ósemka jest także symbolem Nowego Przymierza i szczęścia. Ósmego dnia zaczyna się nowy tydzień i nowa era. Według Ojców Kościoła to symbolika Zmartwychwstania Pańskiego oraz stworzenie na nowo przez chrzest święty. Dzisiejsza teologia widzi w ósemce symbolikę Ducha świętego. Treści zawarte na trzonie i czaszy wyjaśnione podczas wykładu – dały nam do myślenia, jak dużej wiedzy teologicznej musiał być zleceniodawca. To akurat nie dziwi przy wysokim poziomie nauczania w średniowiecznym Elblągu, i licznych studiach zagranicznych Elblążan.

Teraz przekazywanie treści dzieła Mistrza Bernhusera przyjdzie mi znacznie łatwiej. A cała reszta niezmiernie ciekawych informacji o pozostałych (cudem ocalałych z hekatomby 1945 roku) zabytkach też mi pomoże przy oprowadzaniu. Do tego jeszcze należy dodać specyficzne cechy snycerstwa elbląskiego, no i owe związki z Anglią, a także plejada nazwisk o tym świadcząca! Wszystko to pozwala łatwo wyprowadzić grupę w wyjątkową atmosferę Elbląga. I to nie tylko grupę angielską, ale też polską. Bo zmienia się widzenie tego miasta, wciąż niedocenianego wśród turystów i większości biur podróży.

Na szczęście niezmiernie lubię Elbląg, lubię też po nim oprowadzać. Toteż opracowując plany wycieczek dla moich grup, często wplatam w program chociaż krótką wizytę tutaj. Mam do tego miejsca zupełnie osobisty stosunek (może także dzięki plotkom rodzinnym). Toteż wiem, jak „czytać” to miasto, a moje grupy wyjeżdżają zachwycone tak miastem jak i jego historią. Podoba im się też i jego dzień dzisiejszy. I to mimo owej wspomnianej wcześniej pustki na Starym Mieście…

Na zakończenie – galeria zdjęć elbląskich z różnych moich wizyt w mieście. Bo mimo, że wciąż niedokończony – jest Elbląg bardzo fotogeniczny.

Kadyny – miejsce magiczne

Kadyny to mała wieś w województwie warmińsko-mazurskim, zamieszkała przez ok. 600 osób. Położona jest nad Zalewem Wiślanym na terenie Parku Krajobrazowego Wysoczyzny Elbląskiej i Rezerwatu Kadyński Las.

Tyle suche, encyklopedyczne fakty.

Ale gdy się do Kadyn zajedzie – od razu czuje się atmosferę Dużej Historii. I to nie tylko ze względu na pobyt rodziny cesarza Wilhelma II.

Lubię Kadyny, bo leżą na trasie do Fromborka. Od lat tamtędy jeździmy – na „doładowanie akumulatorów” przed każdym sezonem. I od lat trasa wiedzie tamtędy, żeby nie wiem co! Kadyny po prostu stały się częścią rytuału 😉

Ale od początku…

Historia Kadyn ginie w mrokach … legendy. Taki właśnie początek opowieści byłby najlepszy.

No to zacznijmy od legendy – wszak to prof. Widacki kiedyś powiedział, że z legendą się nie walczy, legendę się wyznaje…

A więc….

Kiedyś, Dawno, Dawno, Temu… w czasach, gdy bohaterowie sag rządzili światem i zza każdego rogu mógł wychynąć smok…

Otóż w owych czasach wyspą oblaną Morzem Estów, a zwaną Gepedoios, rządził władca potężny i znany z waleczności. Nazywał się Hogos. Jego imię powtarzane było z szacunkiem wszędzie, gdzie tylko dochodziły statki wędrowców. I w zasadzie byłby władcą szczęśliwym, żeby nie rzec – spełnionym, gdyby nie to, że zamiast tak pożądanego syna miał… aż trzy córki.Mitę, Cadinę i Pogesanę.

Fakt ten spędzał mu sen z powiek. Na próżno usiłował wychować dziewczyny w duchu wojowniczym, one i tak skłaniały się ku łagodności. Pełne miłości do terenów, na których się wychowały i do ludzi, którymi miały w przyszłości rządzić, nijak nie spełniały pokładanych w nich nadziei ojca. Ten w końcu stracił wszelką nadzieję, i zostawiwszy je w zamku chronionym przez nadprzyrodzone moce, a zwanym Tolko, pewnego razu przepadł bez wieści.

Jako, że to Mita była najstarsza, objęła rządy po ojcu i została na zamku. Zamek odtąd nazywany był przez miejscowych TolkoMita. Jako, że jak wspomniałam dziewczęta były istotami łagodnymi, tak też i Mita chciała rządzić. Bez użycia magii i bez straszenia zemstą mocy nadprzyrodzonych. Chciała rządzić poddanymi, którzy nie odczuwaliby strachu na każdy dźwięk burzy, czy szumu drzew. Którzy by potrafili kochać, i współczuć. I tak się stało. Pod wpływem jej mocy – mieszkańcy okolicy stali się wolnymi wprawdzie od zabobonnego strachu i zdolnymi do samostanowienia, ale … śmiertelnikami, bezradnymi wobec chorób czy śmierci. Nadto, skoro zostali uwolnieni od czarów, to posiedli zdolność decyzji. I wkrótce rozproszyli się po ziemiach przyległych. Zatracili zdolność porozumiewania się – jak budowniczowie biblijnej Wieży Babel – przestali się nawzajem rozumieć. Zamek popadł w ruinę, i tylko nazwa malutkiego uroczego miasteczka nad Morzem Estów – Tolkmicko, przypomina o władczyni, która chciała rządzić sercem.

(Na marginesie – warto pamiętać, że burmistrzem Tolkmicka było prekursor rokoka na Warmii – Krzysztof Perwanger)

Siostry pozostały przy magii, ale musiały odejść z zamku. I tak najmłodsza siostra – Pogesana – stała się słynną wieszczką, i wzięła pod opiekę całą krainę, nad którą niegdyś miał władzę jej ojciec. I od jej imienia kraina wzięła swoją nazwę – Pogezania.

Zaś średnia z sióstr – Cadina znalazła sobie miejsce do życia całkiem niedaleko rodzinnego zamczyska. Otóż zamieszkała w magicznym miejscu, pełnym „mocy i sił tajemnych”. Tutaj mogła rozwijać swój talent wróżbiarski. Zaczęła też patronować ludziom czułym na piękno, a także to piękno tworzącym. A łatwo było – bowiem miejsce, gdzie osiadła okazało się bogate w pokłady gliny, z której Cadina nauczyła ludzi lepić cudeńka. I w ten sposób siedziba średniej siostry stała się miejscem serdecznym, otoczonym miłością i opieką Wróżki. Tu było bezpiecznie i dobrze żyć.

Dzisiaj to miejsce na cześć owej średniej siostry nosi nazwę Kadyny.

Tyle legenda.

Naukowcy jak zwykle wszystko musza udowadniać, odrzeć z romantyzmu 😉

I tak – językoznawcy uważają, iż nazwa Kadyny – pochodzi od staropruskiego  albo od litewskiego – kudas, kuds. Znaczy to „jałowy”, „chudy” czy wręcz „biedę”, „niedolę”, a także „wygnanie”. Pewnie koledzy z forum Prusai będą wiedzieć lepiej, wszak wskrzeszają język…

Historia tego miejsca – ta ludzka – wspomina o miejscowości po raz pierwszy w 1255 roku. To czasy państwa krzyżackiego. Kadyny były siedzibą komornictwa, a później okręgu leśnego, który podlegał komturowi elblaskiemu. Znajdował się tu folwark zakonny i zameczek myśliwski. Potem Krzyżacy zbudowali tu dwór obronny.

W 1431 roku właścicielem Kadyn w został Jan Bażyński, który dobra te otrzymał w zamian za długi zakonu (jak zresztą większość na tych terenach). W roku 1605 ostatni z Bażyńskich – Ludwik z żoną Anną z Białobłockich sprzedali Kadyny miastu Elblągowi. W 1682 roku właścicielem Kadyn został Jan Teodor Schlieben. Warto o nim pamiętać w kontekście porwania i śmierci Christiana von Kalckstein, bowiem też należał do opozycji antyelektorskiej. Nawet schronił się w Koronie – tuż po egzekucji Christiana. Potem przeszedł na katolicyzm i ufundował klasztor bernardynów w Kadynach właśnie, za pełną aprobatą biskupa Radziejowskiego

Po jego śmierci w 1695 roku dobra kadyńskie odziedziczył jego najstarszy syn Ernest Zygmunt Schlieben, który odsprzedał wieś Stanisławowi Działyńskiemu (ten Działyński był starostą kiszewskim). Kadyny odziedziczył po nim Jan Ignacy Działyński. A potem znowu pojawiają się tu Schliebenowie – otóż wojewoda inflancki Jan Wilhelm Schlieben (młodszy syn Jana Teodora Schliebena) odkupił miejscowość od Ignacego Jana Działyńskiego.

W 1786 roku wieś kupił pruski generał hrabia Wilhelm von Schwerin.

Zatrzymam się przy Schwerinach, nie dlatego, że jakoś specjalnie ich lubię. Raczej robię to przez sentyment dla Wilhelma – i jego megalomanii. To on kazał wyrąbać szeroką przesiekę w lesie od przystani w Kadynach i tam jego prywatna armia rozpalała pochodnie, kiedy hrabia przybywał do majątku. Bo miał zwyczaj przybywać tam wyłącznie wodą.

Tenże hrabia lubił wino i był jego znawcą… Miał też swojego dostawcę w Szczecinie. Kiedyś zakwestionował jakość którejś z partii. I napisał do handlarza stosowny list. Na co dostał równie stosowną odpowiedź:

„Drogi mój Hrabio Schwerinie
Gdy jadasz ser, nie mocz go w winie,
Inaczej żadne z mych przednich win w Kadynie,
Nie zasmakuje Ci jak w Szczecinie…”

[Za: Dariusz Barton „Kadyn historia niezwykła”]

Następnym właścicielem Kadyn został kanonik kapituły warmińskiej Ignacy Stanisław Matthy.

Miejscowość była jeszcze kilkukrotnie sprzedawana, aż w roku 1817 jej właścicielem został Daniel Birkner – kupiec z Elbląga. Po nim, w 1827 Kadyny odziedziczył jego syn – Eduard Birkner.

I tu zaczyna się Wielka Historia Kadyn. Otóż Eduard Birkner zapisał wieś w testamencie cesarzowi Wilhelmowi II. Cesarz Wilhelm nakazał budowę w Kadynach letniej rezydencji cesarskiej (która to obecnie z roku na rok w coraz gorszym jest stanie…).

Tak pałac wyglądał kiedyś

tak wygląda dziś...

Jedynie herby wciąż sie pysznią

Przekazanie majątku przez Edwarda nastąpiło testamentem – co oprotestowała rodzina (Edward był ponoć skłócony z rodziną). Żaden jednak adwokat nie chciał podjąć się wystąpienia przeciw majestatowi cesarskiemu. I tak zostało. Ale ciekawie o kulisach transakcji można przeczytać TUTAJ.

Jakby nie było – 15 grudnia 1898 roku, Kadyny stały się własnością cesarza.

Cesarz Wilhelm II wybudował w Kadynach letnią rezydencję oraz nową wieś wg projektów berlińskich architektów w tzw. Stylu Zakonnym (Ordenstil). Zachwyca do dzisiaj świetna architektura, i doskonałe rozplanowanie wsi.

W latach 1937 – 1944 mieszkał tu wnuk Wilhelma II, ks. Ludwik Ferdynand z rodziną. Opuścił majątek uciekając przed Rosjanami ponoć w ostatniej chwili. Jak zeznał jego kamerdyner na procesie Gauleitera Forstera – Książę uciekł w dzień swych urodzin, wciskając się przez okno do przepełnionego wagonu kolejowego.  Żoną Ludwika Ferdynanda Pruskiego była księżna Kira, córka wielkiego księcia Cyryla Romanowa (było to małżeństwo z wielkiej miłości, ale to już inna historia).

W latach 1902-05 wybudowano w Kadynach szkołę.

A w roku 1905 z polecenia cesarza powstała w miejscowości manufaktura ceramiczna „Majolika-Werkstatt Cadinen”, specjalizująca się w produkcji majoliki na potrzeby dworu. Wykonano z niej również ceramiczne ozdoby w Gdańsku (w tym zachowany do dzisiaj wystrój sieni i sali operacyjnej dzisiejszego budynku NBP), a kadyńskie wyroby doceniano w kraju i za granicą. W Kadynach produkowano kopie ceramiki greckiej, czy etruskiej, a także kopiowano włoski renesans.

Z małej 9-osobowej fabryczki – manufaktura rozrosła się do zakładu zatrudniającego 50 osób. Wypracowano też własne charakterystyczne wzornictwo a także kolorystykę. Wyroby sprzedawano w sklepach firmowych w Berlinie, Elblągu, Hamburgu, czy Stuttgarcie.

„Kadyńska terakota charakteryzowała się naturalnym bladoczerwonym kolorem. Majolika była malowana i szlifowana, a fajans — pokrywany polewą cynową. Fabryka wypracowała własne receptury farb.

Z Kadynami współpracowała grupa znanych niemieckich artystów. Doradcą cesarza był berliński rzeźbiarz Ludwig Manzel. Projekty wyrobów wykonywali m. in. prof. rzeźby Karol Begas, malarz Paul Heydel, rzeźbiarz Albert Heinrich Haussmann, autor licznych figurek kadyńskich koni, medalier i rzeźbiarz August Vogel. Każdy projekt musiał zyskać osobistą akceptację Wilhelma II. Po pierwszej wojnie światowej cesarz musiał udać się na wygnanie, „Majolika” — przeszła na produkcję masową. Dzięki determinacji kierującego zakładem Wilhelma Dietricha, wychowanka Paula Heydela, kadyńska ceramika nie straciła na jakości. Obok naczyń, serwisów i innych użytkowych przedmiotów, zaczęła wytwarzać charakterystyczne figurki zwierząt — koni, byków, łosi, ptaków, psów w kolorze kadyńskiej glinki. Były figury w stylu art déco oraz ceramika łączona z bursztynem i srebrem.

W Kadynach powstała także ceramika architektoniczna, na wyposażenie budynków i pałaców. Do dzisiaj można ją oglądać na stacji metra berlińskiego przy Teodor Heuss Platz; w holu zakładu kąpielowego w Wiesbaden. Także kasetonowy strop w holu siedziby NBP w Gdańsku i płaskorzeźba z kogą na jednym z budynków w Tolkmicku pochodzi z kadyńskiej „Majoliki”.

Zakład pracował do wybuchu wojny. W Polsce kadyńskie wyroby zostały zapomniane. W fabryce mieściły się potem zakłady ceramiki zabytkowej. Brak katalogów, zniszczenia i powojenne grabieże spowodowały, że okadyńskiej ceramice niewiele wiemy, a ona sama rzadko gości na aukcjach i w antykwariatach.

Obecnie największy zbiór kadyńskiej ceramiki (ok. 40 dzieł) znajduje się w muzeum w niemieckim Münster.”

(za http://new-arch.rp.pl/artykul/201850_Zapomniane_bogactwo.html)

… kiedyś chciałam za ciężkie pieniądze odkupić popielnicę z jaszczurką… produkcja seryjna z lat 30-tych dla wojska,znaleziona … podobna do tej poniżej. Nie udało mi się 😦

Przeminęły lata świetności miejsca, pałac stoi pusty i z roku na rok coraz bardziej zaniedbany. W zabudowaniach stajennych mieści się hotel (z bardzo smacznym ciastem czekoladowym i przemiłą obsługą).

A wieś?  No cóż… boryka się z problemami typowymi dla wsi polskich dzisiaj. Czasem wydaje się, że mieszkańcy pozostawieni zostali sami sobie. Ale w tym wypadku – może to i lepiej… Widać zmiany – i są to zmiany na lepsze.

Zdecydowanie warto zajrzeć do Kadyn – choćby na kawę i ciastko do hotelu, a potem koniecznie iść do Dębu Bażyńskiego (ponoć w czasiach I wojny światowej mieściło się nim do 11 żołnierzy)… Koniecznie należy przejść się trasą wyrąbaną przez służbę dla szalonego megalomana i miłośnika wina.

Dąb Bażyńskiego w Kadynach, fot. © emazury.com

Kadyny zdecydowanie mają w sobie to „coś”. Może to historia wielkiej miłości, jaka połączyła Ludwika Ferdynanda i Kirę? Ale to materiał na osobną historię 😉

Rocznicowo zeszłorocznie

Zeszły rok obfitował w rocznice, a także w związane z nimi wydarzenia artystyczne… Przepraszam za ten truizm. Jakoś jednak temat musiałam zagaić. 😉

To był Rok Chopina, którego nie lubię. Więc o tym nie napiszę, poza wzmianką o  recitalu w warszawskim Pałacu Raczyńskich. Recital był zaskakująco dobry.

To był również Rok Grunwaldzki…

Nie lubię rocznicowych „roków” bo z reguły para idzie w gwizdek, a z rocznicy zostaje tylko data i parę odznaczeń (vide zmarnowane Millenium Gdańska).

A jako, że na szczęście sezon turystyczny miałam z absolutną zadyszką, to i nie miałam czasu śledzić ogólnego bałaganu i szamotaniny. Co za tym idzie, nie mam na co specjalnie narzekać. Owszem, wiem, że „się działo”, ale to było do przewidzenia. Bo przecież jak za coś bierze tzw. góra, to imprezom to nigdy nie wychodzi na dobre (vide bałagan na Bitwie).  Ale Bitwa Grunwaldzka jednak się odbyła dzięki temu, że od lat  co roku się odbywa i zawsze organizują ją… sami uczestnicy.

Wszystko jednak  już przeszło i przetoczyło się szczęśliwie, można teraz wybierać tylko perełki.

Parę wydarzeń Roku Grunwaldzkiego zdecydowanie wartych jest zapamiętania.

Z tych nieoficjalnych – okołorocznicowych – zdecydowanie wygrały bigwanty i gacnik 🙂 towarzyszące szałowi tłumaczenia strony do bitwy.

Natomiast z tych oficjalnych wydarzeń – zapadły mi w pamięć trzy.

A więc po kolei:

Jedno, to konferencja w Olsztynie, dzięki której  uczestnicy mieli głównie możliwość poznać rodzaje kataru i niewybredne (nieoficjalne) słownictwo tłumaczy w kabinach, a przy sposobności w tzw. międzyczasie „listę płac” zakonu krzyżackiego… Dla ukojenia nerwów jednak dane nam było delektować się świetną potoczystą i ciętą mową (niestety już św. pamięci) Księdza Alojzego Szorca.

Drugie wydarzenie – to Wystawa a trzecie to Konferencja w Wiadomym Zamku. I z całą świadomością piszę to z dużej litery. Bo tak wystawa jak i towarzysząca jej konferencja były mocnym przytupem w obchodach rocznicowych. Nie byłam na krakowskiej części Konferencji, więc nie wiem czy i tam to był „przytup”.

„… dajmy się oczarować i poddać fantazjom artystycznym poszczególnych grup społecznych, żyjących wówczas na terenie państwa krzyżackiego w Prusach, zrozumieć ich przekaz i potrzeby poprzez wspaniałe dzieła sztuki, jakie po sobie pozostawiły…”

To cytat o Wystawie ze strony Muzeum Zamkowego w Malborku. Wkleiłam go dlatego by oznajmić, że zdecydowanie dałam się oczarować.

Chwała Dyrekcji, że zezwoliła na robienie zdjęć. Bo detale aż prosiły się o uwiecznienie! A niewątpliwie główną rolę grał tam właśnie detal…

No, to wklejam parę zdjęć z Wystawy – bo obiecałam, że o tłumaczkach konferencyjnych zmilczę 🙂 i słowa dotrzymuję… Aczkolwiek kosztuje mnie to bardzo dużo… I robię to wyłącznie z sympatii dla Wiadomego Zamku i … z litości dla pań tłumaczek. 😀

A wracając do konferencji – nie wszystkie wypowiedzi mi się nagrały porządnie. Niestety baterie w dyktafonie padły… Na szczęście mam wspaniałe dwutomowe wydawnictwo – będące pokłosiem Wystawy. Tytuł tej wyjątkowej publikacji to: Fundacje Artystyczne na terenie państwa krzyżackiego w Prusach.

A oto obiecane parę zdjęć z wystawy dla tych, którzy nie byli.

 

Eulenburgowie – szkice

Ród Eulenburg (Illeburg) wywodzi się z Saksonii (z okolic miejscowości Eilenburg nad Muldą)

Otto von Ileburg (1199 – 1234) jest uważany za protoplastę rodu. Rodu, dodajmy możnego i mocnego. W opracowaniach o tej rodzinie można przeczytać, iż byli właścicielami ponad 250 włości, oraz około 20 miejscowości tak w Łużycach, Saksonii, jak i w Czechach.

W średniowieczu ród Illeburg (Illenburg) – później znany w historii jako Eulenburg – rozsiadł się na tych terenach. Do nich należało i Sątoczno, i nieistniejące Wicken (czy jak kto woli Wyka a dzisiaj Klimowka po drugiej stronie granicy) i Prosna.

No właśnie… Prosna. Szokiem dla mnie było to, co zobaczyłam zamiast pałacu. I nie rozwłóczyli tego żołnierze armii zwycięskiej. To zrobiono już po czasach PGRów… Nie mogę napisać wprost i szczerze – bo to jednak strona za przeproszeniem … publiczna. Ale kiedy spojrzy się na takie obrazki to zdecydowanie trudno mieć choć nić sympatii dla „okolicznych”…

Ale wracam do Galin.

Kiedy pałac wraz z okolicznym folwarkiem już miał podzielić los innych rezydencji Prus Wschodnich, zjawili się Ludzie z Pasją.

Nie będę tu opisywała kłopotów z odtworzeniem tego co zostało zrabowane i rozwłóczone podczas powojennych lat… To można przeczytać tu i ówdzie w sieci. Jak choćby TUTAJ.

Historia siedliska galińskiego to wiek XV kiedy  to zbudowano tu warownię, przebudowaną na pałac (a raczej dwór obronny)  w zakolu Pisy i Łyny dla Botho Eulenburga. Jak głosi plotka, pod korytem rzeki aż do samego kościoła prowadził niegdyś tunel…

Któryś Botho Ileburg (Botho to niezmiernie często występujące imię w tej rodzinie) z dwoma innymi krewnymi walczył pod Grunwaldem w  1410.

Historia rodu w Prusach Wschodnich zaczyna się dwa pokolenia później, podczas Wojny Trzynastoletniej. Wtedy to Wend Eulenburg służył w wojskach Zakonu jako kapitan najemników. To on wraz z kapitanem Berndtem von Zinneberg wsparł burmistrza Blume w otwarciu bram miasta (Malborka) dla Zakonu (w nocy z 28 na 29 IX 1457 r.).

Wynagrodzeniem za służbę Zakonowi były nadania ziemskie…

Co dalej? to, co dalej napisałam wcześniej – że ród rozgościł się na tych terenach na parę setek lat. Z tych pary wieków mamy wiele informacji na temat koligacji rodzinnych i życia rodu (tu przeplatają się też nazwiska von Alvenslebenów, Lehndorffów, Doenhoffów-Friedrichstein, czy Dohna-Lauck). To nie miejsce jednak na detale 😉

Ale jakbyśmy chcieli śledzić tzw. plotki rodzinne, to należałoby jechać do Fromborka i wsłuchać się w „szept historii” przed epitafium kanonika Eulenburga we Fromborku.

Skąd tam Eulenburg?

To historia miłości i cierpienia. A wielkim skrócie: Gottfried Heinrich Zu Eulenburg (1670 – 1734) z Galin, po śmierci żony i dziecka przeszedł na katolicyzm i został kanonikiem we Fromborku (płyta epitafijna na północnej ścianie katedry). Ufundował też kaplicę przy kościele w Wozławkach (freskami ozdobił ją Maciej Meyer – stan fresków jest … zły 😦 ), bibliotekę przy kościele w rodowych Galinach (o czym tutaj) a także portret ojca Botho Heinricha zu Eulenburg (na blasze). Obraz na szczęście się zachował i znajduje się w muzeum w Kętrzynie.


W wieku XVIII Eulenburgowie otrzymali tytuł hrabiowski. A potem pełnili wiele tzw. zaszczytnych funkcji i stanowisk.

Botho zu Eulenburg-Wicken (Wicken to obecnie Klimowka obwód kaliningradzki) w XIX wieku był premierem Prus.

Friedrich Albrecht Graf zu Eulenburg (1815 – 1881) z Prosny był posłem a także prowadził tzw. Ekspedycję Eulenburga do Syjamu, Chin i Japonii. W latach 1862 – 78 był ministrem spraw wewnętrznych w rządzie Bismarcka.

Jego bratanek, Botho Wendt August Eulenburg (1831 – 1911) z Wicken sprawował po nim posadę ministra spraw wewnętrznych do 1881, a w latach 1892 – 1894 zastąpił Leo von Caprivi’ego na stanowisku premiera rządu pruskiego.

Jego brat August Graf zu Eulenburg  awansował na głównego marszałka dworu, głównego mistrza ceremonii domu Hohenzollernów.

Na przełomie XVIII i XIX wieku linia rodzinna Eulenburg podzieliła się na cztery linie.

Linia Friedricha z siedzibą w Perkunischken (dzisiaj Drosdowka w Obwodzie Kaliningradzkim),  linia Ernsta z Galin,  linia Heinricha z Wicken (obecnie Klimowka w Obwodzie Kaliningradzkim) i linia Wilhelma z Prassen-Leuneburg (majorat Prosna-Sątoczno).

Z linii Friedricha w roku 1867 poprzez małżeństwo i spadki wyszła linia Grafów zu Eulenburg und Hertefeld na północ od Berlina. Otóż Philip Graf zu Eulenburg poprzez spadek żony objął w posiadanie Hertefeldschen. Jego syn – Philip – był przyjacielem cesarza Wilhelma II. To ten Philip, który uwikłany został w słynną Aferę Eulenburga-Hardena… tutaj co-nieco o Hardenie i aferze.

Stąd śliczny dworzec w Budwitach – ale to już inna historia 😉

A tutaj Budwity kiedyś… A tak wygląda to cudo dzisiaj

Tutaj więcej i ciekawiej o podłożu afery (dla anglojęzycznych)

Warto pamiętać, że Libertas Schulze-Boysen (de domo Libertas Viktoria Haas-Heye) była wnuczką Philippa. Stracona została w Berlinie w roku 1942 za antyhitlerowską opozycję.

A co z panami na Galinach?

Ostatni Pan na Galinach Karl Ludwig Arthur Botho-Wendt Zu Eulenburg (urodzony w marcu 1883 roku) zmarł w transporcie na Syberię również w marcu … tyle, że 1945 roku. Żonaty był z Emilią baronówną von Stael-Holstein.

Tyle na razie – bo wciąż jestem w trakcie zbierania wiadomości o tym niesłychanie ciekawym rodzie 🙂


Drewniania stela nagrobna z Morąga

Znajomy Muzealnik popełnił bardzo ciekawy artykuł w „Okolicach Ostródy”. Wydawane są owe „Okolice…” przez Burmistrza Miasta Ostródy i Oficynę Wydawniczą „Retman”.  I tu pozwolę sobie na prywatny wtręt  –  Redaktor Naczelny Oficyny bardzo nam (czyli Desantowi Gdańskiemu) pomógł w przygotowaniach do „zdobycia” Warmii i Mazur.  Miło więc, że ten świat jest taki mały. 🙂

Wracając do artykułu – Muzealnik opisał w nim stelę nagrobną.

No i świetnie – można by powiedzieć –  mało to steli spotykamy na co dzień (mówię tu zwłaszcza o nas – przewodnikach mających kontakt z Mennonitami).

Stela z Morąga jednak nie przypomina żadnej z dotychczas widzianych – i jest „zagwozdką”. Owszem, na upartego można ją próbować porównywać z tablicami z Barcic, czy stelą z Muzeum w Nowym Dworze Gdańskim.  Ale…

Oddaję głos Autorowi.

Zanim jednak „wkleję” skany artykułu (dziękuję za pozwolenie) raz jeszcze gratuluję!

I nie muszę chyba dodawać, że mam nadzieję, iż to początek całej serii artykułów… 🙂

(przepraszam za podkreślenia, bo wiem, że niektórych to oburza. Ale tak wyglądają książki czytane i używane.  I dla mnie są bardzo cenne. Dlatego nigdy ich nikomu nie pożyczam)