Na „chybcika”…

Wróciłam w domowe pielesze 🙂

To znaczy, że zakończyłam sezon objazdowy. Sezon „chodzony” trwa, ale przybrał teraz formę „stacjonarną”. To znaczy, że jeśli wyjazd to najwyżej na dwa dni do Torunia, czy na dzień do Malborka, a poza tym Żuławy chabrowe, i Gdańsk – coraz bardziej pusty o tej porze roku.

Teraz czas zabrać się za zaległe pisanie 🙂 bo do opisywania mam całe mnóstwo!

A na razie „wrzucam” parę zdjęć – migawek z trasy 🙂

Published in: on 20 września 2011 at 19:27  Dodaj komentarz  
Tags: , , , , , , , , , ,

Żuławskie zauroczenia

Pamiętam, jak kiedyś powiedziałam, że na Żuławach nie ma niczego ciekawego. Że płasko, pusto, nudno…

A potem… najpierw z rodzinnej historii wylazł mi jakiś pra-szczur na Żuławach, a następnie –  zostałam przewodnikiem…

😀

Konkludując – nigdy już tak nie powiem. Bo im więcej wiem o Żuławach i ich dawnych mieszkańcach, i im serdeczniejsze mam  z nimi kontakty, tym bardziej bliski staje mi się ten Niski Kraj nad Wisłą.

Znalazłam klucz do Ojczyzny dla Przybyszów (bo tak właśnie nazwał ten kawałek świata Peter J. Klassen).

Trudno słowami opisać piękno tego kawałka Polski, który obejmuje około 2,5 tysiąca kilometrów kwadratowych (piszę około, bo nigdy nie pamiętam, ile dokładnie).

A wszystko zaczęło się w latach 1540-tych, kiedy to dwie wielkie powodzie zniszczyły okolice w pobliżu bogatego Gdańska. Rada miejska postanowiła zaprosić ekspertów do pomocy przy zalanych gruntach, a zarazem przeprowadzić akcję osiedleńczą nagle wyludnionych terenów.

A któż mógł zrobić to lepiej niż ludzie z Niskich Krajów?

Tak więc, z ramienia Rady Miasta Gdańska do Niderlandów wybrał się Filip Edzema (sam był z pochodzenia Fryzyjczykiem), celem znalezienia chętnych do osiedlenia się w delcie Wisły –  na wschód i na południowy wschód od Gdańska.

I w ten sposób rozpoczęła się historia osadnictwa Mennonitów nad Wisłą.

Znalazłam w internecie niezmiernie ciekawą książkę Petera J. Klassena, którą bardzo polecam:  Mennonites in early modern Poland & Prussia.

Nie ma dobrych polskich książek dających pełny obraz życia tej grupy społecznej, poza jedną, jedyną rzetelnie napisaną pozycją.

Mam tu na myśli książkę profesora Edmunda Kizika pt. Menonici w Gdańsku, Elblągu i na Żuławach Wiślanych w drugiej połowie XVII i w XVIII wieku.

Chcąc dowiedzieć się więcej, i poznać prawdziwe informacje, należy sięgnąć do lektury książek pisanych przez samych Mennonitów.  A już najlepsze są z nimi spotkania. 🙂

Jestem wielką admiratorką Żuław i ich krajobrazów.

Powojenne władze i administracja (a często i wciąż sami mieszkańcy) robiły i robią wiele, by zupełnie zeszpecić te tereny, a poprzednich mieszkańców skazać na zapomnienie. Modne stało się nawet zaprzeczanie dorobku Menonitów.

Żuławy jednak wciąż zachwycają pięknem, spokojem i ponadczasową harmonią.

Szuwarek – czyli o Kanale Elbląskim w Radio Gdańsk

Poranny telefon i w słuchawce znajomy głos na dzień dobry – to dzwonił Dominik Sowa z Radia Gdańsk. Tym razem spotkanie przy mikrofonie na temat dość odległy kilometrażowo: Kanał Elbląski.

Zrobiło mi się ciepło na sercu i natychmiast wróciły wspomnienia mojego pierwszego zakochania w Kanale.

Pierwszego – bo tego zakochania było więcej. To pierwsze jednak zapamiętam do końca życia. Wtedy to niemal miesiąc mieszkałam z moimi grupami na statku rzecznym, pływając między przystanią w Leszkowach, Elblągiem, Krynicą Morską a Fromborkiem. W przerwach między rejsami robiliśmy wypady autokarowe do Gniewa, czy Malborka, i właśnie na Kanał… To stąd ten tytułowy „Szuwarek”.  😉

Potem były następne zauroczenia i zakochania w Kanale i kolejne… I w tym roku  znowu będą. I to parokrotnie.

*   /   *

A TUTAJ można wysłuchać audycji, która była następstwem owego  wspomnianego porannego telefonu, a w której miałam frajdę wziąć udział, obok znawców i pasjonatów Kanału. Wśród nich poznać można głos „kopalni” wiadomości wszelkich  – Lecha Słodownika. Świetnie się Go słucha. Ale to temat na osobną historię!

(no i stało się: słowo PRZEPIĘKNE samo mi wlazło na język 😀 – ta uwaga to w nawiązaniu do niedawnego Wiadomego Egzaminu… ).

*   /   *

Nie będę opisywała szczegółowo tego fenomenu techniki, jakim jest Kanał Elbląski, bo po pierwsze można tego wysłuchać w audycji, a po drugie napisałam co nieco o nim tutaj. Tym razem więc nieco o emocjach związanych z owym wyjątkowym miejscem na Ziemi.

Kanał pracuje od maja do września. I właśnie jesienią, kiedy jest już pusto i cicho a drzewa olśniewają kolorami – chyba wtedy lubię Kanał najbardziej. I jeśli ktoś już jeździł (pływał) Kanałem w lecie, to warto wybrać się tam właśnie po sezonie… Można się wtedy spokojnie przejść w dół po którejkolwiek pochylni, i spojrzeć na widoki dokoła. Ich piękno zapiera dech w piersiach.

Z jednej strony wszyscy wiemy, że powinna tam być tzw. infrastruktura dla zwabienia turystów i może zatrzymania ich na chwilę; ale z drugiej – serce boli, że zniknie wtedy ta niepowtarzalna atmosfera miejsca. Dopóki więc nie nadejdą czasy tzw. bazy noclegowo-żywieniowej oraz parkingów – cieszmy się dzikością przyrody.

To tutaj można nie tylko usłyszeć, ale i zobaczyć słowiki, i to wcale nie cudem jakimś, tylko po prostu – one tu są. To właśnie tu, na Kanale, przychodzi na myśl śliczny wierszyk Julinana Tuwina p.t. Spóźniony słowik

Płacze pani Słowikowa w gniazdku na akacji,

Bo pan Słowik przed dziewiątą miał być na kolacji,

Tak się godzin wyznaczonych pilnie zawsze trzyma,

A już jest po jedenastej — i Słowika nie ma!

Wszystko stygnie: zupka z muszek na wieczornej rosie,

Sześć komarów nadziewanych w konwaliowym sosie,

Motyl z rożna, przyprawiony gęstym cieniem z lasku,

A na deser — tort z wietrzyka w księżycowym blasku.

Może mu się co zdarzyło? może go napadli?

Szare piórka oskubali, srebryn głosik skradli?

To przez zazdrość! To skowronek z bandą skowroniątek!

Piórka — głupstwo, bo odrosną, ale głos — majątek!

Nagle zjawia się pan Słowik, poświstuje, skacze…

Gdzieś ty latał? Gdzieś ty fruwał? Przecież ja tu płaczę!

A pan Słowik słodko ćwierka: „Wybacz, moje złoto,

Ale wieczór taki piękny, ze szedłem piechotą!”

Ale to nie wszystko, bo także tutaj można przy odrobinie szczęścia ujrzeć zimorodka 😉  Mnie się to parokrotnie udało…

Historia kanału w skrócie znajduje się tutaj;

A tutaj Rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 14 stycznia 2011 r. w sprawie uznania za pomnik historii „Kanał Elbląski”;

oraz znaleziony w sieci (potęga Internetu!) świetny filmik o Kanale, dla tych, którzy jeszcze nie płynęli, czy jechali (jak kto woli – bo obie wersje są przecież jak najbardziej prawidłowe).

W tym roku – znowu parę razy będę na Kanale; a pierwszy raz w maju… A więc wierszyk o Panu Słowiku będzie jak najbardziej aktualny. 😉

I jak ja mam nie kochać swojej pracy ?

Kanonik i jego fundacja

Nikt jeszcze nie „czytał” ołtarza ze Skolit!

Na te słowa zastrzygłam uszami, bo jak to możliwe, żeby takiego genialnego przekazu nie próbowano odczytać!

Ale – najpierw słów parę o osobie fundatora.

Otóż Johann Hannovius (bardziej znamy go, jako HANNOW) był siostrzeńcem Dantyszka, (synem Anny de domo von Hoefen). Urodził się w Gdańsku ( jak większość kanoników warmińskich). Edukację młodego mieszczanina sfinansował wuj. Sytuacja, jaką znamy z życiorysu Doktora Mikołaja Kopernika. I to nic nowego, wszak rodzina miała niejako obowiązek opieki nad dziećmi rodzeństwa. Takie zapisy można znaleźć w testamentach. Także Kopernik sprawował opiekę nad swoją owdowiałą gdańską kuzynką i jej przychówkiem.

Johann po szkole w Chełmnie posłany został na studia do Krakowa. W księgach uniwersyteckich został poświadczony w roku 1541. W stolicy trafił pod opiekę Stanisława Hozjusza. Prawdopodobnie zatrudniony był w kancelarii królewskiej.

Kanonikat fromborski objął w lutym roku 1546.   Jako, że w Kapitule obowiązywał zwyczaj stałej rezydencji przy katedrze,  osiadł na Wzgórzu Katedralnym. Jak wszyscy kanonicy – tak i on otrzymał i stallę i ołtarz po swoim poprzedniku oraz prawo do nabycia kurii i folwarku (allodium), przynoszącego niezły dochód.

Zmarł we Fromborku w roku 1575 i tam został pochowany. Tyle suche fakty. Jakoś nigdy dotychczas nie przyszło mi do głowy poszukać jego płyty nagrobnej…

Nie był jedynym z Hannowów w Świętej Warmii. Oprócz niego był tam też jego brat Kacper. Tytuł doktora obojga praw posiadł po studiach w Krakowie i w Rzymie, oczywiście także finansowanych przez wuja.  Od roku 1545 był kanonikiem warmińskim, i dziekanem kapituły kolegiackiej w Dobrym Mieście. W roku 1547 objął kanonikat we Włocławku. Przyjaźnił się z biskupem Marcinem Kromerem.

Tak na marginesie: to dzięki pewnej zapisce właśnie Kromera – do dzisiaj niejakiego Anonima nazywamy Gallem. Warto też pamiętać, że to właśnie   uczony biskup odnalazł kronikę (tzw. manuskrypt heilsberski).

A co do samego nazwiska Hannow – to warto również pamiętać postać Michała Krzysztofa Hanowa żyjącego w Gdańsku w latach 1695–1773. Piastował stanowisko profesora w Gdańskim Gimnazjum Akademickim. Równocześnie był bibliotekarzem i rozpoczął prace nad „Catalogus alphabeticus universalis Bibliothecae Senatus Gedanensis”. Był też wśród tych, którzy w 1743 roku powołali w Gdańsku do życia Societas Physicae Experimentalis (od roku 1753 zwane Die Naturforschende Gesellschaf). Nadto – Michał Hanow prowadził w Gdańsku regularne obserwacje meteorologiczne w latach 1739 – 1752 i używał „termometru będącego kombinacją termometrów florenckiego i Fahrenheita”.

Ale wracając do Hannowów we Fromborku… Prócz dwóch już wyżej wymienionych, rezydowali tam jeszcze Szymon i Walenty.

No i parę słów o samej wsi. Skolity (niem. Schlitt) leżą w gminie Świątki (woj. warmińsko-mazurskie), i dalej z nieśmiertelnej Wikipedii:

„We wsi znajduje się zabytkowy kościół parafialny pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny. Jest to długa budowla jednonawowa z pseudogotyckim chórem i transeptem (1907). Nawa wzniesiona po pożarze z 1708 r. na miejscu dwu wcześniejszych budowli. Nowy kościół konsekrowano w 1709 r. Wieża w dolnej części o konstrukcji słupowej, szalowana. Strop we wnętrzu świątyni z polichromią (1753-1763), wykonana przez Ferdynanda Guillerepsa z Dobrego Miasta. Ołtarz główny w stylu barokowym z 1684 r., z obrazem Adoracji Matki Boskiej z Dzieciątkiem przez grupę świętych. Obraz namalowany prawdopodobnie przez Jerzego Pipera z Lidzbarka Warmińskiego. W kościele znajduje się także zabytkowy, renesansowy tryptyk z 1557 r., ufundowany przez kanonika warmińskiego Jana Hanowa.

Nieopodal wsi znajduje się Jezioro Skolity. Położone jest w dorzeczu Pasłęki. Zajmuje powierzchnię około 40 ha, średnia głębokość jeziora wynosi 3,6 m. Brzegi porośnięte są drzewami głównie olchą.”

I tyle.

A tu – wieś na mapie:

A co to wszystko ma do ołtarza ze Skolit?

Otóż według tradycji w roku 1557 kanonik Johannes Hannovius  z Fromborka ufundował tryptyk do tamtejszego kościoła.

Tak przynajmniej podają oficjalne opisy. A jak było naprawdę?

J.S. wysuwa tezę, że ołtarz mógł być tak naprawdę ufundowany dla świątyni fromborskiej. Świadczyłyby o tym postaci NMP i Św. Andrzeja. Katedra fromborska bowiem dwojga wezwań jest: Św. Andrzeja – to tradycja przyniesiona z Braniewa, i NMP – to już tradycja fromborska.

No i dalej to już sama radość czytania obrazu, ba! całego tryptyku:

Parę uwag  nasunęło nam* się na gorąco, bowiem odpowiedzi na liczne pytania są aż nadto czytelne w obrazie głównym. Dość na tym, że spędziłyśmy dwa dni przed ołtarzem, zawzięcie dyskutując ;).

A upraszczając (baaaaardzo upraszczając) – mamy tu siedem sakramentów, i Fundament Świata (ciekawe, że potrzebuje aż tak mocnych łańcuchów ;)), jest też dziesięciu Doktorów Kościoła

(no i klops: otóż podczas tłumaczenia tego tekstu do mojego angielskiego bloga dotarło do mnie – że przecież część z tych Doktorów ustanowiona została dopiero w latach 1567-1588, więc nijak się to ma do czasów fundacji ołtarza?!  Którzy to więc są, skoro „tych” Czterech (Św. Ambroży, Św. Augustyn, Św. Grzegorz Wielki i Św. Hieronim) jest wymienionych na Fundamencie Świata?  Niestety moja wiedza teologiczna jest – delikatnie mówiąc – mierna ;)) Czy więc odczytując 4 Doktorów Kościoła między Apostołami na fasadzie Kościoła, można zakładać, że postaci z krzyżami to Prorocy???

No i już wiem, jak mało wiem 🙂 Dziękuję Pani B.S. (jak zwykle niezawodnej!) za niezmiernie cenne uwagi !!!!

Otóż tych dziesięciu, to nie żadni Prorocy, ani Doktorzy Kościoła. Tu zacytuję:

„Tych 10-ciu mają tiary, a więc to papieże – taka swoista oś Kościoła. I chodzi tu bardziej o ideę, niż o konkretne osoby”

Przepraszam za jakość, ale to wina operatora (czyli moja)

A wkraczając na bardziej stabilny grunt – ciekawy jest czas powstania fundacji. To czasy Soboru Trydenckiego i okres tuż po Wojnach Szmalkaldzkich. Z tego przecież  powodu zawieszono obrady soborowe. (kwietniu 1552). Nadto w otoczeniu kanonika wciąż żywo dyskutowane były sprawy odstępstwa od wiary na własnym podwórku. Zachowała się korespondencja między kanonikiem a jego wujem dotycząca Aleksandra Scultetiego (jakże znane gdańskie nazwisko pojawia się w  życiorysie tego zdolnego człowieka).

Nie tak daleko przecież znajdował się dwór Księcia Albrechta Pruskiego. A  tam jednym z bardziej zaufanych dworzan był Georg von Kunheim, którego syn został zięciem samego Marcina Lutra.

W samym Królewcu działała Albertyna (patrz: Jerzy Serczyk „Albertyna – Uniwersytet w Królewcu (1544-1945)…

Wklejam łącze do nadzwyczaj interesującego artykułu, jaki popełnił prof. Janusz Małłek, a jaki może dać obraz tego, co działo się „pod powierzchnią” codzienności warmińskiej  (bo w tym przypadku to akurat nas interesuje ).

W tym niewątpliwym chaosie, jaki zapanował nagle dokoła, sama Święta Warmia miała być przecież wysepką katolicyzmu…

I tak też można próbować odczytywać obraz.

Na oceanie protestantyzmu  – wyspa z ustalonym Porządkiem Świata; łańcuch zależności, czy przywiązań, łączy wszystkich. A może to Wiara spina ich niczym łańcuch… Wiara silnie osadzona, bo wychodząca od Eklezji.

I tu błędnie zinterpretowałam – bo: to Wiara jest bazą Kościoła.

Mimo całego szacunku tak dla intencji twórcy jak i fundatora, oraz do znaczenia przekazu – jednak postać poganina, dosłownie przywalonego Budowlą Kościoła, i rozpłaszczonego zupełnie – robi KOLOSALNE wrażenie 😀

Ale… zaraz nasuwają się refleksje zmuszające do powagi. Otóż myślę tu o zachodnim portalu katedry fromborskiej. Kapitalne opracowanie M. Lubockiej-Hoffmann pt. „Ikonografia wystroju kruchty katedralnej we Fromborku” można znaleźć w  Komentarzach Fromborskich (Zeszyt V).

… trudno (bowiem) znaleźć w ówczesnej Europie kościół o podobnej myśli przewodniej  i podobnym porządku ikonograficznym, trudno choćby dlatego, że Europa w tym czasie była już cała chrześcijańska…

… Autor projektu stworzył program, który niósł najważniejsze, najbardziej uniwersalne myśli dla ówczesnego społeczeństwa warmińskiego.

To był w obliczu ówczesnego zagrożenia pruskiego przekaz bardzo na czasie. A dlaczego tutaj o tym, w kontekście Ołtarza ze Skolit, dwa wieki późniejszego?

No, bo „nowi Prusowie” zagrozili Świętej Warmii, i to znacznie niebezpieczniejsi, bo odbierający „owieczki Pasterzowi”: protestantyzm. Postać Poganina zduszonego przez Kościół jest aż nadto wymowny. Dlatego też, między innymi upieram się, że w czterech narożach obrazu głównego widzimy Marcina Lutra, Ulricha Zwingli, Jana Kalwina i Filipa Melanchtona. Może się mylę ;), ale takie było pierwsze wrażenie. Naiwna wiara fundatora, że mury kacerstwa runą, każe znowu odwołać się do artykułu prof. Małłka.

Można dyskutować na temat warsztatu malarza, ale jedno jest pewne, że propaganda mu wyszła dobra.

Nie dziwi więc cytat z Psalmu 67:

„… mons in quo beneplacitum est Deo habitare in eo; etenim Dominus habitabit in finem…”

I żeby nie było, że moja łacina i znajomość psalmów nagle tak się poprawiły – to dziękuję Krysi Jarosławskiej, za pomoc 🙂 .

„patrzycie z zazdrością na górę, gdzie się Bogu spodobało mieszkać, na której też Bóg będzie mieszkał na zawsze”

Wiele jest szczegółów w obrazie głównym, nakazującym nastawić ucha historii i Historii, a także nawet zwykłym plotkom. Skoro plotki, to natychmiast pojawia się postać Pawła Płotowskiego. Nade wszystko jednak – przyda się staranna lektura   korespondencji Hannowa z Dantyszkiem.

Nie napisałam tu wszystkiego, co można bądź odczytać, bądź intuicyjnie zrozumieć z przekazu na obrazie… To wszystko jeszcze przede mną 🙂

Tu jednak niesłychanie ważny jest kontekst fundacji – który wyżej zasygnalizowałam. A to temat rzeka!!!

Z naiwnych oczu fundatora bije pokora i spokój… Zastanawiam się, czy fundując ołtarz o tak dużym ładunku propagandowym miał nadzieję, na zażegnanie niepokojów. I mam tu na myśli głównie niepokoje dusz.

Do tego artykułu będę pewnie wracała, bo nie da się zamknąć przekazu Ołtarza ze Skolit raz na zawsze. A więc to będzie jeden z tych moich artykułów, który co jakiś czas pewnie będzie ulegał modyfikacji 😀

*   /   *

* nam: to znaczy Desantowi Gdańskiemu. Desant Gdański składa się generalnie z Agi S., Ewy H., Gosi H., Danuśki L. i mnie. Czasem Desant ulega chwilowemu zdekompletowaniu. Ale generalnie najlepiej podróżuje się nam wspólnie, bo nadajemy na tych samych falach ;), bowiem wszystkie jesteśmy przewodniczkami.

Kadyny – miejsce magiczne

Kadyny to mała wieś w województwie warmińsko-mazurskim, zamieszkała przez ok. 600 osób. Położona jest nad Zalewem Wiślanym na terenie Parku Krajobrazowego Wysoczyzny Elbląskiej i Rezerwatu Kadyński Las.

Tyle suche, encyklopedyczne fakty.

Ale gdy się do Kadyn zajedzie – od razu czuje się atmosferę Dużej Historii. I to nie tylko ze względu na pobyt rodziny cesarza Wilhelma II.

Lubię Kadyny, bo leżą na trasie do Fromborka. Od lat tamtędy jeździmy – na „doładowanie akumulatorów” przed każdym sezonem. I od lat trasa wiedzie tamtędy, żeby nie wiem co! Kadyny po prostu stały się częścią rytuału 😉

Ale od początku…

Historia Kadyn ginie w mrokach … legendy. Taki właśnie początek opowieści byłby najlepszy.

No to zacznijmy od legendy – wszak to prof. Widacki kiedyś powiedział, że z legendą się nie walczy, legendę się wyznaje…

A więc….

Kiedyś, Dawno, Dawno, Temu… w czasach, gdy bohaterowie sag rządzili światem i zza każdego rogu mógł wychynąć smok…

Otóż w owych czasach wyspą oblaną Morzem Estów, a zwaną Gepedoios, rządził władca potężny i znany z waleczności. Nazywał się Hogos. Jego imię powtarzane było z szacunkiem wszędzie, gdzie tylko dochodziły statki wędrowców. I w zasadzie byłby władcą szczęśliwym, żeby nie rzec – spełnionym, gdyby nie to, że zamiast tak pożądanego syna miał… aż trzy córki.Mitę, Cadinę i Pogesanę.

Fakt ten spędzał mu sen z powiek. Na próżno usiłował wychować dziewczyny w duchu wojowniczym, one i tak skłaniały się ku łagodności. Pełne miłości do terenów, na których się wychowały i do ludzi, którymi miały w przyszłości rządzić, nijak nie spełniały pokładanych w nich nadziei ojca. Ten w końcu stracił wszelką nadzieję, i zostawiwszy je w zamku chronionym przez nadprzyrodzone moce, a zwanym Tolko, pewnego razu przepadł bez wieści.

Jako, że to Mita była najstarsza, objęła rządy po ojcu i została na zamku. Zamek odtąd nazywany był przez miejscowych TolkoMita. Jako, że jak wspomniałam dziewczęta były istotami łagodnymi, tak też i Mita chciała rządzić. Bez użycia magii i bez straszenia zemstą mocy nadprzyrodzonych. Chciała rządzić poddanymi, którzy nie odczuwaliby strachu na każdy dźwięk burzy, czy szumu drzew. Którzy by potrafili kochać, i współczuć. I tak się stało. Pod wpływem jej mocy – mieszkańcy okolicy stali się wolnymi wprawdzie od zabobonnego strachu i zdolnymi do samostanowienia, ale … śmiertelnikami, bezradnymi wobec chorób czy śmierci. Nadto, skoro zostali uwolnieni od czarów, to posiedli zdolność decyzji. I wkrótce rozproszyli się po ziemiach przyległych. Zatracili zdolność porozumiewania się – jak budowniczowie biblijnej Wieży Babel – przestali się nawzajem rozumieć. Zamek popadł w ruinę, i tylko nazwa malutkiego uroczego miasteczka nad Morzem Estów – Tolkmicko, przypomina o władczyni, która chciała rządzić sercem.

(Na marginesie – warto pamiętać, że burmistrzem Tolkmicka było prekursor rokoka na Warmii – Krzysztof Perwanger)

Siostry pozostały przy magii, ale musiały odejść z zamku. I tak najmłodsza siostra – Pogesana – stała się słynną wieszczką, i wzięła pod opiekę całą krainę, nad którą niegdyś miał władzę jej ojciec. I od jej imienia kraina wzięła swoją nazwę – Pogezania.

Zaś średnia z sióstr – Cadina znalazła sobie miejsce do życia całkiem niedaleko rodzinnego zamczyska. Otóż zamieszkała w magicznym miejscu, pełnym „mocy i sił tajemnych”. Tutaj mogła rozwijać swój talent wróżbiarski. Zaczęła też patronować ludziom czułym na piękno, a także to piękno tworzącym. A łatwo było – bowiem miejsce, gdzie osiadła okazało się bogate w pokłady gliny, z której Cadina nauczyła ludzi lepić cudeńka. I w ten sposób siedziba średniej siostry stała się miejscem serdecznym, otoczonym miłością i opieką Wróżki. Tu było bezpiecznie i dobrze żyć.

Dzisiaj to miejsce na cześć owej średniej siostry nosi nazwę Kadyny.

Tyle legenda.

Naukowcy jak zwykle wszystko musza udowadniać, odrzeć z romantyzmu 😉

I tak – językoznawcy uważają, iż nazwa Kadyny – pochodzi od staropruskiego  albo od litewskiego – kudas, kuds. Znaczy to „jałowy”, „chudy” czy wręcz „biedę”, „niedolę”, a także „wygnanie”. Pewnie koledzy z forum Prusai będą wiedzieć lepiej, wszak wskrzeszają język…

Historia tego miejsca – ta ludzka – wspomina o miejscowości po raz pierwszy w 1255 roku. To czasy państwa krzyżackiego. Kadyny były siedzibą komornictwa, a później okręgu leśnego, który podlegał komturowi elblaskiemu. Znajdował się tu folwark zakonny i zameczek myśliwski. Potem Krzyżacy zbudowali tu dwór obronny.

W 1431 roku właścicielem Kadyn w został Jan Bażyński, który dobra te otrzymał w zamian za długi zakonu (jak zresztą większość na tych terenach). W roku 1605 ostatni z Bażyńskich – Ludwik z żoną Anną z Białobłockich sprzedali Kadyny miastu Elblągowi. W 1682 roku właścicielem Kadyn został Jan Teodor Schlieben. Warto o nim pamiętać w kontekście porwania i śmierci Christiana von Kalckstein, bowiem też należał do opozycji antyelektorskiej. Nawet schronił się w Koronie – tuż po egzekucji Christiana. Potem przeszedł na katolicyzm i ufundował klasztor bernardynów w Kadynach właśnie, za pełną aprobatą biskupa Radziejowskiego

Po jego śmierci w 1695 roku dobra kadyńskie odziedziczył jego najstarszy syn Ernest Zygmunt Schlieben, który odsprzedał wieś Stanisławowi Działyńskiemu (ten Działyński był starostą kiszewskim). Kadyny odziedziczył po nim Jan Ignacy Działyński. A potem znowu pojawiają się tu Schliebenowie – otóż wojewoda inflancki Jan Wilhelm Schlieben (młodszy syn Jana Teodora Schliebena) odkupił miejscowość od Ignacego Jana Działyńskiego.

W 1786 roku wieś kupił pruski generał hrabia Wilhelm von Schwerin.

Zatrzymam się przy Schwerinach, nie dlatego, że jakoś specjalnie ich lubię. Raczej robię to przez sentyment dla Wilhelma – i jego megalomanii. To on kazał wyrąbać szeroką przesiekę w lesie od przystani w Kadynach i tam jego prywatna armia rozpalała pochodnie, kiedy hrabia przybywał do majątku. Bo miał zwyczaj przybywać tam wyłącznie wodą.

Tenże hrabia lubił wino i był jego znawcą… Miał też swojego dostawcę w Szczecinie. Kiedyś zakwestionował jakość którejś z partii. I napisał do handlarza stosowny list. Na co dostał równie stosowną odpowiedź:

„Drogi mój Hrabio Schwerinie
Gdy jadasz ser, nie mocz go w winie,
Inaczej żadne z mych przednich win w Kadynie,
Nie zasmakuje Ci jak w Szczecinie…”

[Za: Dariusz Barton „Kadyn historia niezwykła”]

Następnym właścicielem Kadyn został kanonik kapituły warmińskiej Ignacy Stanisław Matthy.

Miejscowość była jeszcze kilkukrotnie sprzedawana, aż w roku 1817 jej właścicielem został Daniel Birkner – kupiec z Elbląga. Po nim, w 1827 Kadyny odziedziczył jego syn – Eduard Birkner.

I tu zaczyna się Wielka Historia Kadyn. Otóż Eduard Birkner zapisał wieś w testamencie cesarzowi Wilhelmowi II. Cesarz Wilhelm nakazał budowę w Kadynach letniej rezydencji cesarskiej (która to obecnie z roku na rok w coraz gorszym jest stanie…).

Tak pałac wyglądał kiedyś

tak wygląda dziś...

Jedynie herby wciąż sie pysznią

Przekazanie majątku przez Edwarda nastąpiło testamentem – co oprotestowała rodzina (Edward był ponoć skłócony z rodziną). Żaden jednak adwokat nie chciał podjąć się wystąpienia przeciw majestatowi cesarskiemu. I tak zostało. Ale ciekawie o kulisach transakcji można przeczytać TUTAJ.

Jakby nie było – 15 grudnia 1898 roku, Kadyny stały się własnością cesarza.

Cesarz Wilhelm II wybudował w Kadynach letnią rezydencję oraz nową wieś wg projektów berlińskich architektów w tzw. Stylu Zakonnym (Ordenstil). Zachwyca do dzisiaj świetna architektura, i doskonałe rozplanowanie wsi.

W latach 1937 – 1944 mieszkał tu wnuk Wilhelma II, ks. Ludwik Ferdynand z rodziną. Opuścił majątek uciekając przed Rosjanami ponoć w ostatniej chwili. Jak zeznał jego kamerdyner na procesie Gauleitera Forstera – Książę uciekł w dzień swych urodzin, wciskając się przez okno do przepełnionego wagonu kolejowego.  Żoną Ludwika Ferdynanda Pruskiego była księżna Kira, córka wielkiego księcia Cyryla Romanowa (było to małżeństwo z wielkiej miłości, ale to już inna historia).

W latach 1902-05 wybudowano w Kadynach szkołę.

A w roku 1905 z polecenia cesarza powstała w miejscowości manufaktura ceramiczna „Majolika-Werkstatt Cadinen”, specjalizująca się w produkcji majoliki na potrzeby dworu. Wykonano z niej również ceramiczne ozdoby w Gdańsku (w tym zachowany do dzisiaj wystrój sieni i sali operacyjnej dzisiejszego budynku NBP), a kadyńskie wyroby doceniano w kraju i za granicą. W Kadynach produkowano kopie ceramiki greckiej, czy etruskiej, a także kopiowano włoski renesans.

Z małej 9-osobowej fabryczki – manufaktura rozrosła się do zakładu zatrudniającego 50 osób. Wypracowano też własne charakterystyczne wzornictwo a także kolorystykę. Wyroby sprzedawano w sklepach firmowych w Berlinie, Elblągu, Hamburgu, czy Stuttgarcie.

„Kadyńska terakota charakteryzowała się naturalnym bladoczerwonym kolorem. Majolika była malowana i szlifowana, a fajans — pokrywany polewą cynową. Fabryka wypracowała własne receptury farb.

Z Kadynami współpracowała grupa znanych niemieckich artystów. Doradcą cesarza był berliński rzeźbiarz Ludwig Manzel. Projekty wyrobów wykonywali m. in. prof. rzeźby Karol Begas, malarz Paul Heydel, rzeźbiarz Albert Heinrich Haussmann, autor licznych figurek kadyńskich koni, medalier i rzeźbiarz August Vogel. Każdy projekt musiał zyskać osobistą akceptację Wilhelma II. Po pierwszej wojnie światowej cesarz musiał udać się na wygnanie, „Majolika” — przeszła na produkcję masową. Dzięki determinacji kierującego zakładem Wilhelma Dietricha, wychowanka Paula Heydela, kadyńska ceramika nie straciła na jakości. Obok naczyń, serwisów i innych użytkowych przedmiotów, zaczęła wytwarzać charakterystyczne figurki zwierząt — koni, byków, łosi, ptaków, psów w kolorze kadyńskiej glinki. Były figury w stylu art déco oraz ceramika łączona z bursztynem i srebrem.

W Kadynach powstała także ceramika architektoniczna, na wyposażenie budynków i pałaców. Do dzisiaj można ją oglądać na stacji metra berlińskiego przy Teodor Heuss Platz; w holu zakładu kąpielowego w Wiesbaden. Także kasetonowy strop w holu siedziby NBP w Gdańsku i płaskorzeźba z kogą na jednym z budynków w Tolkmicku pochodzi z kadyńskiej „Majoliki”.

Zakład pracował do wybuchu wojny. W Polsce kadyńskie wyroby zostały zapomniane. W fabryce mieściły się potem zakłady ceramiki zabytkowej. Brak katalogów, zniszczenia i powojenne grabieże spowodowały, że okadyńskiej ceramice niewiele wiemy, a ona sama rzadko gości na aukcjach i w antykwariatach.

Obecnie największy zbiór kadyńskiej ceramiki (ok. 40 dzieł) znajduje się w muzeum w niemieckim Münster.”

(za http://new-arch.rp.pl/artykul/201850_Zapomniane_bogactwo.html)

… kiedyś chciałam za ciężkie pieniądze odkupić popielnicę z jaszczurką… produkcja seryjna z lat 30-tych dla wojska,znaleziona … podobna do tej poniżej. Nie udało mi się 😦

Przeminęły lata świetności miejsca, pałac stoi pusty i z roku na rok coraz bardziej zaniedbany. W zabudowaniach stajennych mieści się hotel (z bardzo smacznym ciastem czekoladowym i przemiłą obsługą).

A wieś?  No cóż… boryka się z problemami typowymi dla wsi polskich dzisiaj. Czasem wydaje się, że mieszkańcy pozostawieni zostali sami sobie. Ale w tym wypadku – może to i lepiej… Widać zmiany – i są to zmiany na lepsze.

Zdecydowanie warto zajrzeć do Kadyn – choćby na kawę i ciastko do hotelu, a potem koniecznie iść do Dębu Bażyńskiego (ponoć w czasiach I wojny światowej mieściło się nim do 11 żołnierzy)… Koniecznie należy przejść się trasą wyrąbaną przez służbę dla szalonego megalomana i miłośnika wina.

Dąb Bażyńskiego w Kadynach, fot. © emazury.com

Kadyny zdecydowanie mają w sobie to „coś”. Może to historia wielkiej miłości, jaka połączyła Ludwika Ferdynanda i Kirę? Ale to materiał na osobną historię 😉

Stutthof i Sztutowo

Zeszłotygodniowy Wiadomy Zamek w styczniowej ciszy i mgle. Bez pośpiechu i bez tłumów.

A potem nagła decyzja – niedaleko jest Stutthof. Niecała godzina do zamknięcia. A gdyby tak zdążyć… Vitas wycisnął z autokaru „siódme poty”. Zdążyliśmy. Na 25 minut przed zamknięciem wkroczyliśmy na teren obozu.

Pomijam fakt, że to była chyba moja najkrótsza tura po obozie, ale tym razem mimo sprintu – wrażenie było może najpełniejsze. Grupa młodzieży, świetnej zresztą, ze Stanów, zareagowała przecieraniem oczu na widok i zapach baraków.

I jak zwykle pytania, czy bardzo przeżywam każdorazowe oprowadzanie po takich nieszczęściach i jak daję sobie z tym radę.

Nie oprowadzam po nieszczęściach. Ja oprowadzam po nadziei.

Gdybym miała oprowadzać po nieszczęściach tylko, zwłaszcza po tłumaczeniu tekstów do filmów tam wyświetlanych – to pewnie bym z krzykiem uciekła…

Miejsca martyrologii – przy całej tragedii zawartej w ich historii mają  w sobie właśnie Nadzieję na Przetrwanie.

Szkoda, że zniknęły plansze z opowieściami świadków historii. Była to niezmiernie ciekawa i pouczająca wystawa. Także dla malkontentów, wszędzie widzących przysłowiową szklankę pustą do połowy.

Niestety już nie istnieje w sieci kapitalna strona z monografią KL Stutthof! Można wprawdzie kupić ją (tzn. monografię) jeszcze w sklepiku muzealnym – ale… nie każdy przecież zapędza się na ten kraniec Polski.

Z innych rzeczy, których nie ma… otóż zniknęła tablica z zewnętrznej ściany krematorium nieopodal szubienicy – poświęcona działaczom konspiracji pomorskiej: St. Lesikowskiemu, L. Łanieckiem i L. Cylkowskiemu. Czemu?

Przy każdej wizycie zastanawia mnie, jak rzadko słychać ptaki na terenie obozowym i przyobozowym. Niedawno słyszałam i widziałam dzięcioła, ale to przy stosie całopalnym, czyli w lesie…

I zastanawia mnie człowiek o ciemnych włosach i raczej grubych rysach i południowej urodzie. Widać go na paru zdjęciach z początku wojny w Gdańsku. Jest w książkach, spotkamy go też na planszy na Westerplatte, a także w Muzeum Stutthof w baraku VIII.

Widziałam trzy zdjęcia z owym człowiekiem. Najpierw stoi wraz z innymi aresztowanymi – z podniesionymi rękami gdzieś na ulicy, przed witryną „Salon Schott”, i to samo miejsce, ale ręce mają wszyscy opuszczone. Potem widzimy go znowu – jak je posiłek na stercie cegieł podczas budowy obozu. Koszulka z krótkimi rękawami już nie jest biała, i Człowiek już nie ma szelek u spodni. Je z miski – jeszcze białej i jeszcze emaliowanej.  Kim jest ?

–        *       –

Stutthof ma skojarzenia jednoznaczne, i kiedy się przyznaję, że lubię tam jeździć (mimo rzadko słyszanych ptaków) – ludzie patrzą na mnie dziwnie…

A tymczasem historia tego miejsca sięga daaaaaaaaawnych czasów – bo tych sprzed naszej ery. A na początku naszej ery z Sambii przez Mierzeję i dalej do Rzymu prowadził słynny szlak bursztynowy.

Potem – to znaczy przeskakując kilka wieków – po zdobyciu tych terenów przez Krzyżaków, obficie zalesiony teren Mierzei stał się (w XIII i XIV wieku) terenem łowieckim. Panowie zakonni, jako właściciele ziemscy posiadali przywilej rybołówstwa w rzekach, przy ujściu Wisły i w Zalewie Wiślanym. No i dodatkowo Zakon pozyskiwał bursztyn – a mając na niego monopol, czerpał z handlu całkiem spore zyski. Sprawa bursztynu w państwie zakonnym to zresztą osobny i niezmiernie ciekawy temat (bodaj TV Discovery czas jakiś temu nakręciła świetny dokument o bursztynie w państwie zakonnym). Dość wspomnieć, że cały zebrany bursztyn musiał być sprzedawany Zakonowi. Za zatajenie posiadania tego „magicznego kamienia Bałtyku” groziła nawet śmierć. Ciekawe jest prześledzenie powiązania czasu powstania pierwszych cechów bursztynniczych na przykład w Gdańsku – z „odejściem” Zakonu z Pomorza Gdańskiego.

A wracając do Sztutowa – często nazywamy go po prostu Stutthof. Po staremu. I nieczęsto zastanawiamy się nad pochodzeniem nazwy. A to właśnie tu – Krzyżacy założyli hodowlę klaczy – i to dało nazwę Studhoff (dwór klaczy, Stude=Stute – kobyła, klacz).

Niedaleko istniał też Czerwony Dwór (Rotenhof lub Rotenhaus). Jego położenie określa się z dużym prawdopodobieństwem pomiędzy Sztutowem a Kobbelgrube (wschodnia część Stegny). Jako, że było to miejsce, które często odwiedzali wielcy mistrzowie, więc przypuszcza się, iż był raczej rezydencją, a nie ośrodkiem gospodarczym na większą skalę.  Tutaj wydawano między innymi dokumenty lokujące osady czy nadające karczmy. Wprawdzie dwór uległ zniszczeniu podczas wojny (trzynastoletniej), ale w jego pobliżu – najprawdopodobniej w namiotach – prowadzono pertraktacje polityczne przygotowujące do zawarcia pokoju kończącego wojnę trzynastoletnią. Owe rokowania toczyły się tutaj między 30 sierpnia a 3 września 1456 roku, w „przytomności” Jakuba z Szadka i niejakiego Jana Długosza. Dzisiaj przypuszcza się, że teren rokowań – położony był bliżej kościoła w Stegnie – czyli w Kobbelgrube.

W wieku XV Stutthof znalazł się na szlaku pocztowym z Gdańska do Królewca, kiedy to osady na Mierzei zyskały połączenie drogowe.

Problemem dla całej Mierzei stało się wycinanie porastających je lasów. Spowodowało to uruchomienie wydm i zasypywanie przez piasek miejscowości i lasów. Niebezpieczeństwo udało się zażegnać dzięki metodzie stopniowego opanowywania wydm przez sadzenie traw, a później lasów. Metodę tę zastosował w I połowie XIX w. Duńczyk Sören Biörn.”

Powyższy cytat pochodzi ze strony:

http://www.wrotapomorza.pl/pl/bip/gminy/stegna/gmina_stegna/strategia/dokumenty/strategia_dokumenty

(nie mogę znaleźć numeru Jantarowych Szlaków z całkiem ciekawym artykułem o pomyśle Duńczyka na unieruchomienie wydm).

W razie, gdyby komuś dane było oglądać mapę z roku 1600 – sporządzoną przez mierniczego gdańskiego Friedricha Berndta – to należy pamiętać, że to nie Czerwony Dwór tam można zobaczyć, a dwór, który wybudowano później. A związany jest z historią rodziny Schopenhauer (przypominam, to z tej rodziny wywodził się Artur Schopenhauer).

Potem, po wiekach zdecydowano, aby utworzyć tu fabrykę śmierci.

Dzisiaj z reguły rzadko komukolwiek przychodzi do głowy by zastanawiać się nad długą i ciekawą historią tego miejsca. Niemcy w 1939 roku, tworząc tu obóz koncentracyjny, skutecznie ujednolicili kryteria postrzegania tego terenu…

A jednak, jeśli ktokolwiek się zapędzi do Sztutowa, niech nie ogranicza się wyłącznie do terenów Muzeum KL Stutthof. Warto wybrać się na spacer nad morze. Tu plaża jest znacznie przyjemniejsza niż te w Trójmieście, bo nie jest tak tłoczno i gwarno, ani brudno… Tu jeszcze można odpocząć od zgiełku  i cywilizacji.  Jest się gdzie zatrzymać na noc – a i jedzonko podają niezłe… A ze Sztutowa można robić całkiem ciekawe wypady I nie mam tu wcale na myśli Krynicy Morskiej…

No i można poczuć się jak w Holandii. Ale o tym to trzeba już się samemu przekonać 😉

Rocznicowo zeszłorocznie

Zeszły rok obfitował w rocznice, a także w związane z nimi wydarzenia artystyczne… Przepraszam za ten truizm. Jakoś jednak temat musiałam zagaić. 😉

To był Rok Chopina, którego nie lubię. Więc o tym nie napiszę, poza wzmianką o  recitalu w warszawskim Pałacu Raczyńskich. Recital był zaskakująco dobry.

To był również Rok Grunwaldzki…

Nie lubię rocznicowych „roków” bo z reguły para idzie w gwizdek, a z rocznicy zostaje tylko data i parę odznaczeń (vide zmarnowane Millenium Gdańska).

A jako, że na szczęście sezon turystyczny miałam z absolutną zadyszką, to i nie miałam czasu śledzić ogólnego bałaganu i szamotaniny. Co za tym idzie, nie mam na co specjalnie narzekać. Owszem, wiem, że „się działo”, ale to było do przewidzenia. Bo przecież jak za coś bierze tzw. góra, to imprezom to nigdy nie wychodzi na dobre (vide bałagan na Bitwie).  Ale Bitwa Grunwaldzka jednak się odbyła dzięki temu, że od lat  co roku się odbywa i zawsze organizują ją… sami uczestnicy.

Wszystko jednak  już przeszło i przetoczyło się szczęśliwie, można teraz wybierać tylko perełki.

Parę wydarzeń Roku Grunwaldzkiego zdecydowanie wartych jest zapamiętania.

Z tych nieoficjalnych – okołorocznicowych – zdecydowanie wygrały bigwanty i gacnik 🙂 towarzyszące szałowi tłumaczenia strony do bitwy.

Natomiast z tych oficjalnych wydarzeń – zapadły mi w pamięć trzy.

A więc po kolei:

Jedno, to konferencja w Olsztynie, dzięki której  uczestnicy mieli głównie możliwość poznać rodzaje kataru i niewybredne (nieoficjalne) słownictwo tłumaczy w kabinach, a przy sposobności w tzw. międzyczasie „listę płac” zakonu krzyżackiego… Dla ukojenia nerwów jednak dane nam było delektować się świetną potoczystą i ciętą mową (niestety już św. pamięci) Księdza Alojzego Szorca.

Drugie wydarzenie – to Wystawa a trzecie to Konferencja w Wiadomym Zamku. I z całą świadomością piszę to z dużej litery. Bo tak wystawa jak i towarzysząca jej konferencja były mocnym przytupem w obchodach rocznicowych. Nie byłam na krakowskiej części Konferencji, więc nie wiem czy i tam to był „przytup”.

„… dajmy się oczarować i poddać fantazjom artystycznym poszczególnych grup społecznych, żyjących wówczas na terenie państwa krzyżackiego w Prusach, zrozumieć ich przekaz i potrzeby poprzez wspaniałe dzieła sztuki, jakie po sobie pozostawiły…”

To cytat o Wystawie ze strony Muzeum Zamkowego w Malborku. Wkleiłam go dlatego by oznajmić, że zdecydowanie dałam się oczarować.

Chwała Dyrekcji, że zezwoliła na robienie zdjęć. Bo detale aż prosiły się o uwiecznienie! A niewątpliwie główną rolę grał tam właśnie detal…

No, to wklejam parę zdjęć z Wystawy – bo obiecałam, że o tłumaczkach konferencyjnych zmilczę 🙂 i słowa dotrzymuję… Aczkolwiek kosztuje mnie to bardzo dużo… I robię to wyłącznie z sympatii dla Wiadomego Zamku i … z litości dla pań tłumaczek. 😀

A wracając do konferencji – nie wszystkie wypowiedzi mi się nagrały porządnie. Niestety baterie w dyktafonie padły… Na szczęście mam wspaniałe dwutomowe wydawnictwo – będące pokłosiem Wystawy. Tytuł tej wyjątkowej publikacji to: Fundacje Artystyczne na terenie państwa krzyżackiego w Prusach.

A oto obiecane parę zdjęć z wystawy dla tych, którzy nie byli.

 

U „franciszków”

Popołudniowa cisza w gdańskim kościele Św. Trójcy dała mi czas na podsumowanie roku i spojrzenie za siebie. Podsumowania każdego mijającego roku to niemal zwyczaj – w końcu za parę godzin rozpocznie się nowy – już  2011 z kolei  – rok.

🙂

A że mijające 365 dni były całkiem pomyślne dla mnie i dla mojej rodziny, (a przecież w końcu TO jest najważniejsze),  toteż spojrzałam nieco dalej za siebie. Aż tam, gdzie widać tylko to, co znamy z historii.

Franciszkanie…

Ich gotyckie kościoły zachwycają (truizm). Zachwycają przede wszystkim właśnie gotykiem a często i tajemniczością. Tą dzisiejszą tajemniczością, wynikającą z ciągłego zdumienia. Jak bowiem można w czasach tak konsumpcyjnych i tak niespokojnych chcieć wycofać się z życia i zamknąć w modlitwie. Tak samo pewnie myślały pokolenia przede mną.  A pewnie i następne też będą się nad tym głowić. Dzięki jednak takim, co to zamknęli się dla życia doczesnego – możemy dzisiaj i my znaleźć nieco wytchnienia od zgiełku i schronić się przed codziennym pośpiechem.

Takimi miejscami na wytchnienie pod każdym względem –  są niewątpliwie: gdański kościół Św. Trójcy i toruński kościół  Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny .

To wspaniałe, rzec by można monumentalne budowle. G.H. kiedyś powiedziała, że nie lubi gotyckich budowli bo się w kadrze nie mieszczą… Nie mieszczą się, bo budowano je ku chwale Panu i potomnym ku pamięci.

No, gdański kościół, a raczej klasztor – faktycznie ku pamięci! Tutaj nieco historii klasztoru, ale też w ogóle  Braci Mniejszych na Pomorzu (i od razu małe sprostowanie: w czwartej linijce tekstu – nie w Watemborku a w Wartemborku).

Na stronie gdańskiego konwentu nieco mgliście i „po łebkach” opisano czasy Gdańskiego Gimnazjum Akademickiego. A przecież była to wspaniała uczelnia o świetnej renomie. Nie pierwsza wprawdzie taka szkoła w Prusach Królewskich – bo pierwszą było Elbląskie Gimnazjum Akademickie. Ale wraz z trzecią tego typu uczelnią na tych terenach – Gimnazjum Akademickim w Toruniutworzyła system dający rękojmię dobrego, ba! doskonałego wykształcenia. Nieco o jakości nauczania w szacownej uczelni gdańskiej można znaleźć tutaj.

Dzisiaj gdański kościół Św. Trójcy czeka na swoje 5 minut. A dokładnie –  na fundusze. Remont wciąż trwa i miejmy nadzieję, że następne pokolenia będą miały dokąd chodzić w każdą wigilię każdego nowego roku po spokój 🙂 i że wciąż najpiękniejsze gotyckie szczyty w Gdańsku będą cieszyły oczy, tak jak dzisiaj. A na marginesie – jakże mi brakuje w ruchomej szopce  tego  okropnie skrzypiącego aniołka zjeżdżającego z niebios 🙂

Poniżej najpiękniejsze szczyty gotyckie Gdańska:

I migawki z wnętrza Św. Trójcy

Jakże inne jest wnętrze toruńskie!

Trzeba jednak pamiętać, że Toruń, w przeciwieństwie do zmasakrowanego (i wciąż masakrowanego architektonicznie) Gdańska – nie został zniszczony! Dlatego – jeśli chce się dotknąć gotyk, to jedzie się właśnie tam, do Torunia 🙂

To tu właśnie – u franciszkanów w Toruniu w roku 1243 odbył się synod pod przewodnictwem Wilhelma z Modeny, podczas którego to synodu powołano 4 diecezje pruskie (chełmińską, pomezańską, warmińską i sambijską).

XVII wieczne epitafium tragicznie zmarłego 17-letniego ucznia Gimnazjum Toruńskiego – Jana Mucka von Muckendorfa.

Czasem można spotkać takiego zaaferowanego służbą w kościele kotka… Zdjęcie jest niewyraźne, bo akurat gonił mysz…

Jedna z polichromii z końca XIV wieku.

No i nie wolno zapominać o Mauzoleum Anny Wazówny. Ta wyjątkowa pani w końcu spoczęła w Toruniu. Anna Wazówna „pojawia” nam się także w gdańskiej Bazylice Mariackiej.

Epitafium Guldensternów w farze Głównego Miasta Gdańska.

Czemu akurat przy tym epitafium? Otóż Anna Wazówna wydatnie pomogła rodzicom Zygmunta (jedyny w historii Szwecji tzw. środowy ślub) – ale o tym kiedy indziej. Zresztą Wojciech Łygaś w swojej świetnej książeczce pt. „Gdańsk – szwedzkie ślady historii”  przedstawił sprawę jasno w rozdziale pt. „Kamienie mówią”.

 

Wystawa w Wiadomym Zamku…

Wspomniałam o wyjątkowej sesji naukowej – a tymczasem w Moim Zamku Wiadomym trwa…

„W dniach 26.06-12.09.2010 Muzeum Zamkowe w Malborku przygotowało niepowtarzalną wystawę, która ma na celu uświetnienie dwóch jubileuszy: 700-lecia przeniesienia siedziby wielkiego mistrza Zakonu Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego z Wenecji do Malborka (1309-2009) oraz 600-lecia bitwy pod Grunwaldem.”

A tu odnośnik na stronę Zamku…

I bezwzględnie zachęcam do odwiedzenia wystawy – choćby dla samego dzwonu z Miłoradza… Czy dla samej Kaplicy Św. Anny…

Pająk

Winrych jest moim ulubionym Mistrzem. Kiedyś J.T. zapytał – dlaczego akurat on. Nie wiem. Może dlatego, że zanim został Wielkim Mistrzem – był komturem gdańskim… I że to za jego czasów Gdańsk stał się członkiem Hanzy. Nie potrafię wyjaśnić mojej do niego sympatii. Sympatie i antypatie (jak miłość) często są irracjonalne i niewytłumaczalne.

Dość na tym że On i już.  🙂

Ale skoro go lubię i za nim właściwie przyszłam do Malborka ( 😉 )  to chcę ,by wyglądał godnie…

Jakież więc było moje zdumienie i… zniesmaczenie, kiedy pewnego dnia, idąc z wycieczką, ujrzałam pająka bezczelnie zwisającego mu z nosa…

Jak zwykle wystarczyło, bym Krysi o tym powiedziała a natychmiast dostałam stosowną ilustrację 🙂

Od tego czasu – ilekroć koło winrychowego pomnika przechodzę – wydaje mi się, że mruga do mnie porozumiewawczo 🙂

Published in: on 25 Maj 2010 at 17:08  3 Komentarze  
Tags: , , , , , ,