Cukierki, dieta i łakomstwo

Krysia zawsze wyczuje, kiedy mam kryzys 🙂

Trafiła perfekcyjnie w samo sedno. Akurat, kiedy chciałam się rzucić na jedzenie za nic mając sobie bełkot medyczny… Wszystko – nawet cukierki! Właśnie wtedy napisała mi, że „komiks poszedł”. A mnie natychmiast skojarzyło się to z przedzieraniem się „onego” przez chaszcze i wądoły… No faktycznie – szedł chyba przez całe Państwo Zakonne. Ale doszedł. I nagle zdałam sobie sprawę, że przecież ja nie lubię cukierków :).

Wytrwałam, a łakomczuchom „zapodaję” kolejny komiks „by Krysia„. Ze zwróceniem uwagi na kreskę i dbałość o detale. Kiedy Jej komiksy pojawiają się na mojej stronie – oglądalność gwałtownie wzrasta.

Kryś – dziękuję po raz kolejny 🙂 i proszę o jeszcze !!

Tutek by Krysia

Mikołajki to wspaniałe święto 🙂

Serio!

Kryś zabawiła się w Mikołajka i oto co dostałam mailem. Mail był do wszystkich krewnych, znajomych i przyjaciół 🙂 A że pozwoliła mi go tu zamieścić, to:

Oto i filmik:

Nie muszę chyba wyjaśniać, któż zacz ten  Tutek vel Tutivilek 🙂

ufffff…. Dzięki P.K. udało się w końcu 🙂

Eulenburgowie – szkice

Ród Eulenburg (Illeburg) wywodzi się z Saksonii (z okolic miejscowości Eilenburg nad Muldą)

Otto von Ileburg (1199 – 1234) jest uważany za protoplastę rodu. Rodu, dodajmy możnego i mocnego. W opracowaniach o tej rodzinie można przeczytać, iż byli właścicielami ponad 250 włości, oraz około 20 miejscowości tak w Łużycach, Saksonii, jak i w Czechach.

W średniowieczu ród Illeburg (Illenburg) – później znany w historii jako Eulenburg – rozsiadł się na tych terenach. Do nich należało i Sątoczno, i nieistniejące Wicken (czy jak kto woli Wyka a dzisiaj Klimowka po drugiej stronie granicy) i Prosna.

No właśnie… Prosna. Szokiem dla mnie było to, co zobaczyłam zamiast pałacu. I nie rozwłóczyli tego żołnierze armii zwycięskiej. To zrobiono już po czasach PGRów… Nie mogę napisać wprost i szczerze – bo to jednak strona za przeproszeniem … publiczna. Ale kiedy spojrzy się na takie obrazki to zdecydowanie trudno mieć choć nić sympatii dla „okolicznych”…

Ale wracam do Galin.

Kiedy pałac wraz z okolicznym folwarkiem już miał podzielić los innych rezydencji Prus Wschodnich, zjawili się Ludzie z Pasją.

Nie będę tu opisywała kłopotów z odtworzeniem tego co zostało zrabowane i rozwłóczone podczas powojennych lat… To można przeczytać tu i ówdzie w sieci. Jak choćby TUTAJ.

Historia siedliska galińskiego to wiek XV kiedy  to zbudowano tu warownię, przebudowaną na pałac (a raczej dwór obronny)  w zakolu Pisy i Łyny dla Botho Eulenburga. Jak głosi plotka, pod korytem rzeki aż do samego kościoła prowadził niegdyś tunel…

Któryś Botho Ileburg (Botho to niezmiernie często występujące imię w tej rodzinie) z dwoma innymi krewnymi walczył pod Grunwaldem w  1410.

Historia rodu w Prusach Wschodnich zaczyna się dwa pokolenia później, podczas Wojny Trzynastoletniej. Wtedy to Wend Eulenburg służył w wojskach Zakonu jako kapitan najemników. To on wraz z kapitanem Berndtem von Zinneberg wsparł burmistrza Blume w otwarciu bram miasta (Malborka) dla Zakonu (w nocy z 28 na 29 IX 1457 r.).

Wynagrodzeniem za służbę Zakonowi były nadania ziemskie…

Co dalej? to, co dalej napisałam wcześniej – że ród rozgościł się na tych terenach na parę setek lat. Z tych pary wieków mamy wiele informacji na temat koligacji rodzinnych i życia rodu (tu przeplatają się też nazwiska von Alvenslebenów, Lehndorffów, Doenhoffów-Friedrichstein, czy Dohna-Lauck). To nie miejsce jednak na detale 😉

Ale jakbyśmy chcieli śledzić tzw. plotki rodzinne, to należałoby jechać do Fromborka i wsłuchać się w „szept historii” przed epitafium kanonika Eulenburga we Fromborku.

Skąd tam Eulenburg?

To historia miłości i cierpienia. A wielkim skrócie: Gottfried Heinrich Zu Eulenburg (1670 – 1734) z Galin, po śmierci żony i dziecka przeszedł na katolicyzm i został kanonikiem we Fromborku (płyta epitafijna na północnej ścianie katedry). Ufundował też kaplicę przy kościele w Wozławkach (freskami ozdobił ją Maciej Meyer – stan fresków jest … zły 😦 ), bibliotekę przy kościele w rodowych Galinach (o czym tutaj) a także portret ojca Botho Heinricha zu Eulenburg (na blasze). Obraz na szczęście się zachował i znajduje się w muzeum w Kętrzynie.


W wieku XVIII Eulenburgowie otrzymali tytuł hrabiowski. A potem pełnili wiele tzw. zaszczytnych funkcji i stanowisk.

Botho zu Eulenburg-Wicken (Wicken to obecnie Klimowka obwód kaliningradzki) w XIX wieku był premierem Prus.

Friedrich Albrecht Graf zu Eulenburg (1815 – 1881) z Prosny był posłem a także prowadził tzw. Ekspedycję Eulenburga do Syjamu, Chin i Japonii. W latach 1862 – 78 był ministrem spraw wewnętrznych w rządzie Bismarcka.

Jego bratanek, Botho Wendt August Eulenburg (1831 – 1911) z Wicken sprawował po nim posadę ministra spraw wewnętrznych do 1881, a w latach 1892 – 1894 zastąpił Leo von Caprivi’ego na stanowisku premiera rządu pruskiego.

Jego brat August Graf zu Eulenburg  awansował na głównego marszałka dworu, głównego mistrza ceremonii domu Hohenzollernów.

Na przełomie XVIII i XIX wieku linia rodzinna Eulenburg podzieliła się na cztery linie.

Linia Friedricha z siedzibą w Perkunischken (dzisiaj Drosdowka w Obwodzie Kaliningradzkim),  linia Ernsta z Galin,  linia Heinricha z Wicken (obecnie Klimowka w Obwodzie Kaliningradzkim) i linia Wilhelma z Prassen-Leuneburg (majorat Prosna-Sątoczno).

Z linii Friedricha w roku 1867 poprzez małżeństwo i spadki wyszła linia Grafów zu Eulenburg und Hertefeld na północ od Berlina. Otóż Philip Graf zu Eulenburg poprzez spadek żony objął w posiadanie Hertefeldschen. Jego syn – Philip – był przyjacielem cesarza Wilhelma II. To ten Philip, który uwikłany został w słynną Aferę Eulenburga-Hardena… tutaj co-nieco o Hardenie i aferze.

Stąd śliczny dworzec w Budwitach – ale to już inna historia… A tutaj Budwity kiedyś. A tak wygląda to cudo dzisiaj

Tutaj więcej i ciekawiej o podłożu afery (dla anglojęzycznych). A tak na marginesie – warto pamiętać, że Libertas Schulze-Boysen (de domo Libertas Viktoria Haas-Heye) była wnuczką Philippa. Stracona została w Berlinie w roku 1942 za antyhitlerowską opozycję.

A co z panami na Galinach?

Ostatni Pan na Galinach Karl Ludwig Arthur Botho-Wendt Zu Eulenburg (urodzony w marcu 1883 roku) zmarł w transporcie na Syberię również w marcu… tyle, że 1945 roku. Żonaty był z Emilią baronówną von Stael-Holstein.

Tyle na razie – bo wciąż jestem w trakcie zbierania wiadomości o tym niesłychanie ciekawym rodzie 🙂

 

Galiny

Od listopada tego roku Galiny zawsze będą mi się kojarzyły ze wspaniałym odpoczynkiem, ciepłem kominka, pysznym jedzeniem, serdeczną atmosferą i… bandytą, który w nocy napluł mi do jogurtu 🙂

Ale – od początku…

Jak już pisałam, postanowiliśmy pojechać na urlop.

W artykule p.t. Granica napisałam:

Wszystkie nasze wagary i urlopy staramy się spędzać w  dawnych  Prusach Wschodnich. Niestety po ostatniej wojnie, te tereny przecięte zostały granicą, a propaganda powojenna i mentalność (wciąż mające się świetnie) nie potrafią poradzić sobie z bogatym dziedzictwem historycznym tych ziem.

My wszakże pojechaliśmy odpocząć i poszukać plotek historycznych. Znaleźliśmy i jedno i drugie. A nadto znaleźliśmy wspaniałe miejsce na prawdziwy odpoczynek. Zatrzymaliśmy się pensjonacie w Galinach. Miejsce nie tak daleko od ludzi, ale jednak dostatecznie – by pozwolić zapomnieć o codzienności. Poza tym pełne ciepła i serdeczności. Galiny widziałam po raz pierwszy niemal dwa lata temu (ten czas tak ucieka, że aż strach ) z okien busa, kiedy jechałam z grupą do Bartoszyc. Potem  – ponownie znowu przejazdem.

I stale życie w pędzie – bez zatrzymania się, nawet na krótki oddech.

Uwielbiam swoją pracę, ale przecież jakiś urlop też mi się od czasu do czasu należy, więc…

Zamówiłam nam pokój w oficynie pałacu…

No właśnie… Galiny. Czemu tak bardzo chciałam tam właśnie?

Z sympatii.

Do rodziny Eulenburg, do obecnych Właścicieli za ich wielką pracę i serce. Z sympatii do tego miejsca na mapie… Zresztą, jesteśmy przykładem powiedzenia, że ktokolwiek choć raz postawi stopę na Ziemi Pruskiej – będzie tam wracał.

Wyjechaliśmy wbrew wszystkiemu – pogoda była typowo jesienna. Deszcz skutecznie wybijał mi z głowy wysiadanie po drodze celem „ustrzelenia” ujęcia.

Daruję sobie opis trasy DO Galin. Bo to będzie w odcinkach jeszcze paru.

Same Galiny są najważniejsze.

Położone są tu:

Wieś powstała – jak większość na tych terenach w wieku XIV na fali tzw. kolonizacji krzyżackiej.  A palce w tym maczał komtur Bałgi.

W wieku XV – po wojnie trzynastoletniej – jak w wielu podobnych przypadkach – wieś była nagrodą za zasługi.  Dostał ją niejaki Wend Illenburg z Saksonii, w służbie Wielkiego Mistrza  Henryka Reuss von Plauen.

Czyli – rzec by można typowe początki wielkich majątków na tych terenach.

A co potem?

A potem był pałac wybudowany w Galinach dla Botho zu Eulenburga (wiek XVI i z tego okresu zachowane jedyne w regionie sgrafitta, wg kobidz.pl) i wieki całe dobrego gospodarzenia.

W tzw. międzyczasie (już w XX wieku) pojawia nam się tu nawet któryś z Hochbergów. To w związku z przebudową założenia pałacowego w roku 1921. Jak mi powiedziano w Pszczynie – kierownikiem robót mógł być książę Jan Henryk XV, bowiem był inicjatorem przebudowy zamku w Książu. Ale równie dobrze mógł to być jego najstarszy syn – Jan Henryk XVII. To  wciąż pozostaje do ustalenia 🙂

Ale wracam do Galin.

Linia Eulenburgów galińskich –  jak wszystko w tym rejonie – trwała tu do stycznia 1945 roku. A potem przeszła „wojenna nawałnica”. Jedni stwierdzą, że sprawiedliwości dziejowej stało się zadość, inni że skończyła się era spokoju a zaczęła era upadku.

Faktem jest, że era upadku Galin trwała do 1995 roku, kiedy to obecni Właściciele podjęli decyzję szaloną… Kupili majątek i zabrali się za  jego restaurację. Napisałam „majątek” bo rzeczywiście, to nie tylko pałac, ale i folwark. Nie będę tu opisywała kłopotów z odtworzeniem tego, co zostało zrabowane i rozwłóczone podczas powojennych lat… To można przeczytać tu i ówdzie w sieci. Jak choćby TUTAJ.

Lata walki z przeciwnościami losu i wieloletnią dewastacją dały świetny efekt.  Jak to dzisiaj wygląda, można zobaczyć na stronie Pałacu Galiny. A najlepiej jechać tam osobiście.

I tu uwaga – ich mus czekoladowy jest świetny! Najlepszy dowód, że ja – nielubiąca słodkości (jeśli coś nie jest kotletem schabowym, to nie istnieje… ) „wciągnęłam” dwa… i do dzisiaj żałuję, że nie zamówiłam trzeciego… A kaczka z kluseczkami i żurawiną, to mistrzostwo świata… Lista jest długa, więc musimy tam wrócić 😉

Szkoda jednak, że otoczenie kościoła wciąż jest nieco zaniedbane.

A przecież to nie byle jaki kościół… W  latach 20-tych XVIII wieku zyskał bibliotekę z daru Gottfrieda Heinricha zu Eulenburg. Tego samego, którego płytę epitafijną można oglądać we Fromborku.  Biblioteka po II wojnie na szczęście trafiła do Biblioteki Uniwersyteckiej w Toruniu. I tam się znajduje 920 pozycji bibliograficznych starodruków (w tym 4 inkunabuły) oraz 8 rękopisów z galińskiej kolekcji.

Przykościelne  mauzoleum Eulenburgów dzisiaj bardziej przypomina celę pokutną niż miejsce grzebalne.

A przecież chowano tutaj członków rodu. I to nie tylko tych, o których krążą legendy.

Pochowano tu też  3-letniego Botho Ernesta zu Eulenburg (w drugiej połowie XVII wieku). I to na jego uroczystości pogrzebowe wykonano CHORĄGIEW NAGROBNĄ. Była to jedna z dwóch znanych chorągwi nagrobnych poświęconych dzieciom na terenie ówczesnych Prus. Obecnie  to jedyny  zachowany  egzemplarz (właśnie zamówiłam sobie publikację na ten temat, to dowiem się więcej). Chorągiew wykonano ze zszytych kawałków lnianego obrusu, a obramowano płótnem bieliźnianym. Na awersie, w części centralnej, chorągiew przedstawia klęczące dziecko, natomiast na rewersie znajdują się inskrypcje epitafijne.

Do roku 1945 chorągiew znajdowała się w kościele galińskim. Pogarszający się stan płótna a także realne zagrożenie zniszczenia tego bezcennego zabytku sztuki funeralnej – zadecydowały o tym że w 1945  została przeniesiona do  Kętrzyna. Tam to bowiem już w styczniu 1945 roku Zofia Licharewa rozpoczęła  zabezpieczanie ocalałych w mieście i okolicy zabytków. Renowacja dzieła trwała kilkanaście lat, a przeprowadziła ją  prof. Bogumiła Rouba. Obecnie chorągiew jest  prezentowana w kętrzyńskich zbiorach muzealnych.

Ale… Że też zawsze musi być jakieś ALE !!!

Chorągiew jest fatalnie eksponowana…

Otóż  pomysł gabloty jest świetny – lustro umieszczone na spodzie gabloty pozwala na ogląd także rewersu chorągwi… Ale sama gablota  jest zbyt mała i źle oświetlona. W efekcie nie widać nic.

A co z tym jogurtem, do którego w nocy napluł mi jakiś bandyta?

Hm… kupiłam w Sątocznie jogurt poziomkowy, bo nigdy takiego nie jadłam… Chciałam spróbować. Ale, że w Galinach karmiono nas nadzwyczaj dobrze nie miałam kiedy tego jogurtu spróbować. Więc wystawiłam go wieczorem na parapet – za okno.

Po jakimś czasie w absolutnych  ciemnościach  usłyszeliśmy chrobot. Chrobot ucichł, kiedy zapaliliśmy światło, by sprawdzić, co to (przypomniały mi się rozrabiające gronostaje nad pokojami w leśniczówce A. i M.K).

Rano – przed śniadaniem chciałam spróbować jogurtu, i sięgnęłam za okno i oto co tam zastałam:

No i nie spróbowałam jogurtu poziomkowego, bo mi w nocy do niego napluł jakiś nocny,  zapewne futrzasty bandyta 😉

I to napluł do obu 🙂

A swoją drogą, to troszkę szkoda, bo już myślałam, że to nocne chrobotanie to były duchy 😀

Bezławki

Uparłam się na Bezławki.

Tak, czy inaczej trzeba było jakoś wrócić z Giżycka do Galin. Równie dobrze więc mogliśmy jechać przez Bezławki.

Po drodze zjedliśmy obiad w Rynie. Ale nie w zamku, a w Karczmie u Wallenroda (oczywiście Fryderyka, pierwszego ryńskiego komtura). Z czystym sumieniem polecam to miejsce, bowiem podają tam prawdziwie soczyste kotlety schabowe! Mniam!!!

A wracając do Bezławek…

Żeby nie jechać przez Kętrzyn, wybraliśmy skróty przez Krzyżany, Gronowo, Wilkowo. Całkiem niezła asfaltowa droga po chwili się jednak skończyła. I trasę do Wilkowa pokonywaliśmy po pięknych acz niewygodnych kocich łbach, pamiętających chyba czasy sprzed I wojny światowej, kiedy to zostały  ułożone. Tak jak je tam ułożono, tak odtąd ich nie ruszano…

Przypomniała mi się moja pamiętna jazda przełajowa po Żuławach Malborskich, kiedy to najpierw zwinięto mi asfalt, a potem i po kocich łbach pozostało wspomnienie; aż w końcu nawet i polna droga się skończyła. Przypomniałam sobie też któryś z naszych skrótów do Zubrzycy Górnej, kiedy droga nam się urwała (dosłownie) w oborze… Na samo wspomnienie zdumionej miny stojącej tam krowy – zachciało mi się śmiać.  Wierzyłam jednak w inne zakończenie poszukiwań Świętego Graala. Bo to właśnie ta tradycja – czy jak kto woli – legenda gnała mnie do Bezławek.

Ale zanim legenda – garść prawy historycznej:

Otóż pierwszy raz historia usłyszała o Bezławkach w połowie XIV wieku za sprawą Johanna Schindekopfa – ówczesnego komtura Bałgi i wójta Natangi. Ten Pan Pruski również pamiętany jest w Kętrzynie – z racji nadania osadzie praw miejskich.

Nadanie Schindekopfa istnieje do dzisiaj – w zmienionej formie. Otóż komtur nadał niejakiemu Henikinowi z Gierdawy (dzisiaj Żeleznodorożnyj w Obwodzie Kaliningradzkim – to jakieś 50 km na północ od Bezławek) młyn wodny (przez miejscowość płynie rzeka Dajna) z jednym kołem wraz z sześcioma morgami ziemi na prawie chełmińskim. Morga chełmińska to ok. 0,59 ha, z tego co pamiętam. I ten młyn funkcjonował do roku 1974, kiedy to zastąpiono go małą elektrownią wodną. Tak więc można przy odrobinie czasu i chęci wytropić przeszłość w terenie.

Nadanie dla Henikina miało związek z kolonizacją tej części państwa zakonnego. Tutaj na terenach przygranicznych powstało wiele osad, wsi i folwarków rycerskich, a także zamków chroniących osadników przed najazdami Litwinów. I Bezławki wpisywały się w system strażnic nadgranicznych. Strażnicą, jaką tu początkowo wzniesiono na miejscu wcześniejszego grodu, zarządzał komornik podległy prokuratorowi w Kętrzynie. Zaś przywilej lokacyjny osada o nazwie Bayselauke (czyli pole Baysego) otrzymała już po śmierci Schindekopfa (w bitwie pod Rudawą – okolice Białegostoku) w latach 70-tych XIV wieku.

Do dzisiaj nieustalona jest data postawienia murowanego zamku. Zdjęcie tablicy informacyjnej, jakie zrobiłam jest niezbyt wyraźne, więc posiłkuję się szkicem… kogóż by innego, jak nie Conrada Steinbrechta, znalezionym w sieci 🙂

Zamek wzniesiono na wzgórzu (także dzisiaj dość trudno dostępnym) najprawdopodobniej na początku XV wieku.

Wiadomo, że w roku 1402 w drodze powrotnej z rejzy litewskiej zatrzymał się w zamku wielki komtur Malborka – Wilhelm von Helfenstein. Ponoć miał ze sobą 900 jeńców (ciekawe, gdzie ich trzymano). Wtedy też przebywał w zamku Świdrygiełło, walczący po stronie krzyżaków. Marzyła mu się władza na Litwie w niezależności od najstarszego brata – króla Polski. Przebywał w Bezławkach do roku 1404.

Artykuł o Świdrygielle znajduje się na stronie Ciekawostek Historycznych pod tytułem: Świdrygiełło. Zły Brat Jagiełły.

Daruję sobie opis zamku, bo ten można znaleźć zarówno w książce państwa Garnców – „Zamki państwa krzyżackiego w dawnych Prusach; Powiśle, Górne Prusy, Warmia, Mazury”, jak i w odmętach internetu.

Po wielkiej wojnie (1409 – 1411) zamek zaczął tracić na znaczeniu, a w wieku XVI został – jakbyśmy to dziś ujęli – zaadaptowany na kościół. Jeszcze po  II wojnie służył protestantom (do lat 70-tych XX wieku), a kiedy ich zabrakło w okolicy – opuszczony niszczał, padając łupem wandali i złodziei (czyli nihil novi na tych terenach). Kiedy wreszcie w latach 1980-tych został przejęty przez parafię rzymsko-katolicką w Wilkowie, przeprowadzono remont. Jednak cześć wyposażenia przepadła bezpowrotnie, bądź skradziona, bądź to zniszczona wcześniej przez złodziei.

Czy poszukiwano tam greckiego kielicha darowanego przez Świdrygiełłę krzyżakom? Czy skradziono również opisane w inwentarzach kościelnych greckie (ruskie) antepedium? Czy wśród rzeczy skradzionych z kościoła był słynny Św. Graal?

Tego nigdy się nie dowiemy. Ale wspomina o nim legenda zamku bezławeckiego…

Otóż według podań – cała historia zaczęła się w Anglii, skąd jakoby święty Graal miał trafić na Litwę. Nie będę tu opisywała całej legendy o Św. Graalu – można ją znaleźć tak w książkach jak i w sieci. Zacznę niemal od końca historii, bo od bitwy pod Hastings.

Otóż po bitwie pod Hastings (1066) dzieci króla Harolda Godwinsona by ocalić życie, musiały uciec z Anglii. Jak chce legenda – udały się przez Litwę i Kijów do Bizancjum. Córka Harolda – Gytha z Wesseksu została wydana za Włodzimierza II Monomacha (Wasyla), Wielkiego Księcia Rusi Kijowskiej. A dwóch synów króla Harolda jakoby miało pozostać na Litwie. Jak chcą niektórzy, Godwin, starszy syn króla Anglii, był przodkiem Władysława Jagiełły… Według miejscowych przekazów antepedium oraz święty kielich były darem księcia litewskiego Świdrygiełły, brata króla Władysława, a więc byłaby to pamiątka rodzinna?

Poszukiwacze skarbów twierdzą, że wspomniany grecki kielich musiał być właśnie Św. Graalem, powołując się na ten wątek w historii, i mając za nic logikę. A ta mówi, że nikt nie oddałby tak cennego przedmiotu. Tak jak i wątpliwe jest by to Świdrygiełło akurat miał być w posiadaniu Kielicha… Ale – jak wiadomo – z legendą się nie walczy – legendę się opowiada (jak mawiał prof. Widacki)… Podczas ostatniej wojny polsko-krzyżackiej, w 1520 kielich zamurowano w ścianie kościoła by go ochronić przed tatarami, którzy grasowali w okolicy… Czy to po nim została dziura w murze?

Ale to miejsce to nie tylko zagmatwana legenda o Św. Graalu.

W XVI wieku pojawia się tu z prawem własności ród von der Groeben… Pragnę przypomnieć, że całkiem niedaleko znajduje się Św. Lipka. I to  właśnie te tereny zostały sprzedane Stefanowi Sadorskiemu przez Otto v.d. Groebena pod budowę słynnego dzisiaj sanktuarium.

Zamek w Bezławkach ma atmosferę niepowtarzalną. Jest z dala od głównych szlaków turystycznych. Z jednej strony to dobrze, ale z drugiej brak nadzoru i pewne opuszczenie na pewno nie  wychodzi mu na dobre.

Tak czy inaczej – jest to na pewno miejsce warte odwiedzenia i powrotu w czasie skowronków.

Ponury jesienny dzień po deszczu, brak liści na drzewach, wiatr, i głosy wron i kawek nadawały miejscu specyficzny klimat podczas naszej tam wizyty. Łatwiej wtedy uwierzyć w legendy, usłyszeć głosy z przeszłości 😉 i znaleźć cegłę…

Wiślany zachód słońca

Przedwczoraj jechałam do Zamku na nocne… rzemiennym dyszlem jechałam 😉 przeszło dwie godziny, bowiem zatrzymał mnie … zachód słońca nad Wisłą.

A potem moje Żuławy…

Aż w końcu dotarłam do Wiadomego Zamku 🙂

Tak sobie po drodze pomyślałam, że mieszkam w pięknym miejscu. I pomyśleć, że gdyby nie wybrano pewnego biskupa krakowskiego na papieża, to pewnie zostałabym w Nigerii…

I nigdy bym nie zdobyła Wiadomego Zamku, ani też nie zagubiłabym się na i w Świętej Warmii, nie uległabym też urokowi Oberlandu…

Ot, takie rozmyślania o zachodzie słońca w drodze na nocne 😉

Wizyta Księcia Danii

Zacznę od truizmu: w pracy przewodnika zdarzają się różne grupy… W ciągu  przeszło 8 lat mojego „przewodniczenia” zdążyłam oprowadzić gości różnej proweniencji.

Nie mam zwyczaju dopytywać się, kim są moi wycieczkowicze, jeśli sami nie mówią. Takie informacje zresztą i tak otrzymuję od stosownych służb, lub agend rządowych. Czasem miewam gości incognito, acz znanych z pierwszych stron gazet czy TV. Czasem moi goście sami się przedstawiają.

Są jednak tacy Goście, którzy zdecydowanie nie muszą się przedstawiać… NIKT ich nie musi przedstawiać…

I jednego z takich właśnie Gości miał Wiadomy Zamek podczas tegorocznej edycji Oblężenia Malborka…

Książę Danii Henrik zapragnął zwiedzić stolicę państwa zakonnego. A mnie przypadła rola Jego przewodnika po tej Wyjątkowej Kupie Cegieł.

Jego Królewskiej Wysokości towarzyszyli Pan Ambasador Królestwa Danii w Polsce, Konsul Honorowy Królestwa Danii, a także baronowie z otoczenia Księcia.

Jakby stresu było mało – czujne oko i ucho Dyrektora Muzeum Zamkowego łowiło moje słowa. Więc po raz kolejny zdawałam egzamin tak muzealny jak i książęcy…

I powiem tak: to był ogromny zaszczyt i wielka przyjemność!

A Zamek…

No cóż – Zamek kolejny raz udowodnił swoją moc – tym razem zachwycając Jego Królewską Wysokość Henryka, Księcia Danii.

*      *      *

Dziękuję Panu Konsulowi za zdjęcia 🙂

M.Q., M.M. – dziękuję za wsparcie i kojącą obecność 🙂

Olsztyńskie wariacje

Czas na Olsztyn, bo o nim tu jeszcze nie pisałam.

No, to teraz to czynię i to z chęcią. Nie będę podawała powodu, dla którego pojechałam tam wczoraj z AP – bo to można przeczytać tu. Dość, na tym, że mimo barbarzyńskiej godziny pobudki – i konferencji niekoniecznie rewelacyjnej – Olsztyn, jak zwykle, okazał się być urokliwy, śliczny, wart odwiedzenia… i co tam jeszcze mamy w słownictwie na opisanie miasta, które wciąż nie docenione – również samo niespecjalnie zdaje sobie sprawę ze swoich walorów i niezbyt umie je wykorzystać.

Napisałam „jak zwykle”, bo do Olsztyna po raz pierwszy trafiłam parę lat temu – podczas przygotowań do egzaminu warmińsko-mazurskiego. Od tego czasu zajeżdżam tu co jakiś czasy, niezmiennie zauroczona.

I gorąco polecam – kto jeszcze tam nie był – koniecznie należy odwiedzić to miasto.

A wszystko zaczęło się 31 października 1353r. Wtedy to dzisiejszy Olsztyn otrzymał prawa miejskie i nazwę Allenstein (Gród nad Łyną – dla Polaków Holstin, później wymawiano Olstyn). Mądre Głowy twierdzą, że nazwa pochodzi z języka pruskiego. No a skądże by miała pochodzić, skoro to ziemie pruskie! Przy okazji praw miejskich, pada imię zasadźcy i zarazem pierwszego burmistrza – Jana z Łajs. Pochodził z rodziny, którą często spotkać można w dokumentach dotyczących kolonizacji południowej Warmii.

Potem dla miasta nastały tak zwane ciekawe czasy.

Moja niezmienna od lat sympatia do miasta – jest tym  mocniejsza, że w latach 1516-1519 i 1520-1521 administratorem dóbr Kapituły Warmińskiej był Mikołaj Kopernik. Podczas swoich tu bytności mieszkał w zamku kapitulnym.  Do dzisiaj pokazuje się na murze krużganku tablicę wykreśloną ręką Doktora Mikołaja (nad wejściem do komnaty, w której przemieszkiwał). Tablicę wykreślił wprost na murze, i przypuszcza się, że służyła mu jako pomoc do obliczeń pozornego ruchu słońca – podczas równonocy tak jesiennej jak i wiosennej.  Nad tą funkcją pomocniczą naukowcy wciąż dyskutują, ale to najmniej ważne. Ważne, że to konkretna pamiątka po Doktorze Mikołaju!

No i nie bez znaczenia jest też iż to tutaj – w olsztyńskim zamku – Pan Administrator Dóbr Kapitulnych osobiście kierował przygotowaniami do obrony podczas wojny z  Zakonem Krzyżackim w latach 1519 – 1521.

A wracając do funkcji Administratora, jaką pełnił Kopernik – warto odnotować, że objąwszy ją – osiadł w Olsztynie 8 listopada 1516 roku. W czasie administrowania dobrami kapitulnymi – prowadził akcję zasiedlania (jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli) ziem opuszczonych głównie w wyniku wojen z krzyżakami.

W celu szczegółowego nadzoru nad osiedleniami – od roku 1481 prowadzono specjalne księgi ewidencjonujące zasiedlone ziemie pod zarządem administratorów. I wśród zapisków w Locationes mansorum desertorum (czyli:  Lokacjach Łanów Opuszczonych) można znaleźć 66 zapisów dokonanych ręką kanonika Mikołaja Kopernika. Z tego 37 dotyczy nowych zasiedleń.

A dalsza historia miasta?? Po tę odsyłam do kalendarium historii miasta.

Warto jeszcze odnotować Wielkiego Olsztynianina – a mianowicie Ericha  Mendelsohna. Bo to powód do wielkiej dumy miasta. Ilekroć bywam w okolicy z grupami – te nie mogą się nadziwić, że to tutaj taka postać przyszła na świat…

A propos bywania z grupami – niestety zbyt rzadko się to zdarza. Biura  podróży wciąż nie umieją na te tereny stworzyć oferty – podczas gdy nasze – indywidualne, przewodnickie pomysły jakoś się świetnie sprzedają 😉 .

Załączam parę zdjęć z Olsztyna. I serdecznie namawiam, by tu zajrzeć po drodze – albo wręcz specjalnie!

Olsztyn także stanowi znakomitą bazę wypadową w okolice.

Niestety zdjęcia są fatalnej jakości – ale na lepsze nie pozwolił aparat… Który zresztą definitywnie dokonał żywota. Może ktoś ma jakieś sugestie, co do sprzętu, jaki powinnam nabyć ??

Wystawa w Wiadomym Zamku…

Wspomniałam o wyjątkowej sesji naukowej – a tymczasem w Moim Zamku Wiadomym trwa…

„W dniach 26.06-12.09.2010 Muzeum Zamkowe w Malborku przygotowało niepowtarzalną wystawę, która ma na celu uświetnienie dwóch jubileuszy: 700-lecia przeniesienia siedziby wielkiego mistrza Zakonu Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego z Wenecji do Malborka (1309-2009) oraz 600-lecia bitwy pod Grunwaldem.”

A tu odnośnik na stronę Zamku…

I bezwzględnie zachęcam do odwiedzenia wystawy – choćby dla samego dzwonu z Miłoradza… Czy dla samej Kaplicy Św. Anny…

Grudziądzkie migawki

Grudziądz… Piękne miasto.

Widok spichlerzy nad Wisłą uzmysławia dziedzictwo średniowiecza. I nawet lata siermiężnej Polski Ludowej nie dały rady tej monumentalnej architekturze. Teraz wydaje się, że w Grudziądzu zaczęto sobie zdawać sprawę z tego, jak piękne to miasto. I jak ważne w historii!

Kibicuję Grudziądzowi w jego zmianach na lepsze, bo to miejsce, które ze wszech miar warte jest odwiedzenia. Tyle peanów – teraz zdjęcia.