Żuławskie zauroczenia

Pamiętam, jak kiedyś powiedziałam, że na Żuławach nie ma niczego ciekawego. Że płasko, pusto, nudno…

A potem… najpierw z rodzinnej historii wylazł mi jakiś pra-szczur na Żuławach, a następnie –  zostałam przewodnikiem…

😀

Konkludując – nigdy już tak nie powiem. Bo im więcej wiem o Żuławach i ich dawnych mieszkańcach, i im serdeczniejsze mam  z nimi kontakty, tym bardziej bliski staje mi się ten Niski Kraj nad Wisłą.

Znalazłam klucz do Ojczyzny dla Przybyszów (bo tak właśnie nazwał ten kawałek świata Peter J. Klassen).

Trudno słowami opisać piękno tego kawałka Polski, który obejmuje około 2,5 tysiąca kilometrów kwadratowych (piszę około, bo nigdy nie pamiętam, ile dokładnie).

A wszystko zaczęło się w latach 1540-tych, kiedy to dwie wielkie powodzie zniszczyły okolice w pobliżu bogatego Gdańska. Rada miejska postanowiła zaprosić ekspertów do pomocy przy zalanych gruntach, a zarazem przeprowadzić akcję osiedleńczą nagle wyludnionych terenów.

A któż mógł zrobić to lepiej niż ludzie z Niskich Krajów?

Tak więc, z ramienia Rady Miasta Gdańska do Niderlandów wybrał się Filip Edzema (sam był z pochodzenia Fryzyjczykiem), celem znalezienia chętnych do osiedlenia się w delcie Wisły –  na wschód i na południowy wschód od Gdańska.

I w ten sposób rozpoczęła się historia osadnictwa Mennonitów nad Wisłą.

Znalazłam w internecie niezmiernie ciekawą książkę Petera J. Klassena, którą bardzo polecam:  Mennonites in early modern Poland & Prussia.

Nie ma dobrych polskich książek dających pełny obraz życia tej grupy społecznej, poza jedną, jedyną rzetelnie napisaną pozycją.

Mam tu na myśli książkę profesora Edmunda Kizika pt. Menonici w Gdańsku, Elblągu i na Żuławach Wiślanych w drugiej połowie XVII i w XVIII wieku.

Chcąc dowiedzieć się więcej, i poznać prawdziwe informacje, należy sięgnąć do lektury książek pisanych przez samych Mennonitów.  A już najlepsze są z nimi spotkania. 🙂

Jestem wielką admiratorką Żuław i ich krajobrazów.

Powojenne władze i administracja (a często i wciąż sami mieszkańcy) robiły i robią wiele, by zupełnie zeszpecić te tereny, a poprzednich mieszkańców skazać na zapomnienie. Modne stało się nawet zaprzeczanie dorobku Menonitów.

Żuławy jednak wciąż zachwycają pięknem, spokojem i ponadczasową harmonią.

Bach, Maciek Meyer, BHP i kwietniowa Święta Lipka

I znowu Święta Lipka.

Zawsze, nieodmiennie skojarzona z Reszlem i dwoma sąsiadami tam pochowanymi.

Skojarzona z Maćkiem Meyerem i jego niesłychanym talentem.

Skojarzona z bezpieczeństwem i higieną pracy.

Dlaczego akurat z tym?

No – bo Maciej Jan Meyer spadł z rusztowania podczas pracy w lipcu 1737 roku. W ten sposób Warmia, ba! Rzeczpospolita, straciła niezwykle utalentowanego malarza.

Maciek urodził się w Lidzbarku Warmińskim – stolicy biskupiej. A że Warmia miała szczęście do światłych włodarzy i do tego majętnych, nie dziwota, że kwitł mecenat.

Tak też i stało się w przypadku młodego Meyera. Zauważył go – dosłownie – Biskup Teodor Potocki. Wprawdzie mówiąc o biskupie często dodaje się epitet „fanatyk”, ale przyznać mu trzeba, iż za jego czasów niezmiernie dużo działo się w księstwie biskupim. Dużo, jeśli chodzi o renowacje, restauracje i fundacje. To jemu zawdzięczamy m.in. przepiękny i pełen elegancji kościół pielgrzymkowy w Krośnie koło Ornety, także rozbudowę założenia w Stoczku Klasztornym.

Ale wracając do Macieja Meyera. Biskup zauważył młodego człowieka, kiedy ten wykonywał malaturę w kościele parafialnym w niedalekim Kraszewie. Zdolności młody człowiek wykazywał wielkie, tylko kreskę miał „niewyrobioną”. Dla wyrobienia tejże, Biskup wysłał młodzieńca na studia do Włoch. Po powrocie z zagranicznych wojaży Meyer dokończył dekorację kraszewskiej świątyni.

W roku 1722 rozpoczął dekorowanie odnowionej (czy jak kto woli zmodernizowanej) świątyni w Świętej Lipce.

Mayerowi przypisuje się wprowadzenie do malarstwa polskiego quadratury (czyli malarstwa iluzjonistycznego naśladującego architekturę) w dekoracji sklepień, wprowadził także panoramiczną dekorację (figuralną).

próbka geniuszu Macieja Meyera w Św. Lipce

Wiemy (a raczej możemy się domyśleć) jak wyglądał artysta, bowiem w dwóch miejscach sanktuarium świętolipskiego pozostawił nam swój autoportret. Jeden na sklepieniu w rogu nad organami, a drugi na obrazie „Chrystus nauczający w świątyni”.

Maćkowe świętolipskie sklepienie

Ale Święta Lipka to nie wszytko, co pozostawił nam Maciej Jan. Spotkamy go w kaplicy św. Brunona w Wozławkach nieopodal Bisztynka. Tu pracował na zlecenie Gotfryda Henryka zu Eulenburg z Galin (proboszcza Wozławek).

wozławeckie polichromie Macieja Meyera

Spotkamy go także we Fromborku, gdzie wykonał malowidła w kaplicy Salwatora (Zbawiciela). Nad wejściem do tej wspaniałej kaplicy pozostawił swoją sygnaturę.

Teodor Potocki nie zapomniał o swoim protegowanym. Kiedy już został prymasem Polski, zamówił u Meyera wystrój swojej kaplicy grobowej w katedrze gnieźnieńskiej.

Prócz malowideł ściennych malował też obrazy olejne. Te jednak należą dzisiaj do rarytasów, i jeden taki znajduje się w Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie.

Ostatnimi pracami Meyera wykonywanymi w Św. Lipce w latach 1733-37 były malowidła na sklepieniu i ścianach w północnej części krużganka kościoła. Należą, jaka twierdzą znawcy, do najbardziej dojrzałych jego prac. Niestety pozostały niedokończone.

Dlaczego?

Otóż w lipcu roku 1737 Maciej Meyer malował na sklepieniach krużganka. Dla wygody tworzenia leżał na rusztowaniu. Tematem sceny była walka anioła z diabłem. Wtedy to właśnie zdarzył się straszny wypadek, bowiem malarz spadł z rusztowania. Kilka dni walczył ze śmiercią, ale niestety walkę przegrał. Jako, że związany był ze Świętą Lipką przez wiele lat, pochowano go w krypcie pod posadzką kościoła. A w drogę stąd do wieczności dano mu atrybuty… 3 pędzle, z którymi niemal się nie rozstawał za życia.

Niewątpliwie był Kimś Znacznym na artystycznej mapie osiemnastowiecznej Rzeczypospolitej.

No i nie byłabym sobą, gdybym nie wtrąciła holośników 🙂 A że świetny wykład dostałam na ich temat od Pana G.B. (jest akustykiem, i tropił  je zapamiętale, m.in. w gdańskiej farze Głównego Miasta) – to i teraz chwytają moje oczy, gdziekolwiek są…

holośniki

Na koniec urywek prezentacji organów, na którą „załapałam się” z moją grupą. Nie dzwoniłam do parafii przed wizytą, pomna niewiarygodnego szczęścia, jakie mi tam towarzyszy. Za każdym razem (mam na myśli czas poza sezonem) trafiam na zamówiony mini koncert. Tak też było i tym razem.I próbkę tego zamieszczam TUTAJ: do posłuchania Bacha a także do  obejrzenia geniuszu malarskiego Maćka Meyera.

A dla porównania TUTAJ próbka brzmienia innego zupełnie – organy fromborskie.

Szuwarek – czyli o Kanale Elbląskim w Radio Gdańsk

Poranny telefon i w słuchawce znajomy głos na dzień dobry – to dzwonił Dominik Sowa z Radia Gdańsk. Tym razem spotkanie przy mikrofonie na temat dość odległy kilometrażowo: Kanał Elbląski.

Zrobiło mi się ciepło na sercu i natychmiast wróciły wspomnienia mojego pierwszego zakochania w Kanale.

Pierwszego – bo tego zakochania było więcej. To pierwsze jednak zapamiętam do końca życia. Wtedy to niemal miesiąc mieszkałam z moimi grupami na statku rzecznym, pływając między przystanią w Leszkowach, Elblągiem, Krynicą Morską a Fromborkiem. W przerwach między rejsami robiliśmy wypady autokarowe do Gniewa, czy Malborka, i właśnie na Kanał… To stąd ten tytułowy „Szuwarek”.  😉

Potem były następne zauroczenia i zakochania w Kanale i kolejne… I w tym roku  znowu będą. I to parokrotnie.

*   /   *

A TUTAJ można wysłuchać audycji, która była następstwem owego  wspomnianego porannego telefonu, a w której miałam frajdę wziąć udział, obok znawców i pasjonatów Kanału. Wśród nich poznać można głos „kopalni” wiadomości wszelkich  – Lecha Słodownika. Świetnie się Go słucha. Ale to temat na osobną historię!

(no i stało się: słowo PRZEPIĘKNE samo mi wlazło na język 😀 – ta uwaga to w nawiązaniu do niedawnego Wiadomego Egzaminu… ).

*   /   *

Nie będę opisywała szczegółowo tego fenomenu techniki, jakim jest Kanał Elbląski, bo po pierwsze można tego wysłuchać w audycji, a po drugie napisałam co nieco o nim tutaj. Tym razem więc nieco o emocjach związanych z owym wyjątkowym miejscem na Ziemi.

Kanał pracuje od maja do września. I właśnie jesienią, kiedy jest już pusto i cicho a drzewa olśniewają kolorami – chyba wtedy lubię Kanał najbardziej. I jeśli ktoś już jeździł (pływał) Kanałem w lecie, to warto wybrać się tam właśnie po sezonie… Można się wtedy spokojnie przejść w dół po którejkolwiek pochylni, i spojrzeć na widoki dokoła. Ich piękno zapiera dech w piersiach.

Z jednej strony wszyscy wiemy, że powinna tam być tzw. infrastruktura dla zwabienia turystów i może zatrzymania ich na chwilę; ale z drugiej – serce boli, że zniknie wtedy ta niepowtarzalna atmosfera miejsca. Dopóki więc nie nadejdą czasy tzw. bazy noclegowo-żywieniowej oraz parkingów – cieszmy się dzikością przyrody.

To tutaj można nie tylko usłyszeć, ale i zobaczyć słowiki, i to wcale nie cudem jakimś, tylko po prostu – one tu są. To właśnie tu, na Kanale, przychodzi na myśl śliczny wierszyk Julinana Tuwina p.t. Spóźniony słowik

Płacze pani Słowikowa w gniazdku na akacji,

Bo pan Słowik przed dziewiątą miał być na kolacji,

Tak się godzin wyznaczonych pilnie zawsze trzyma,

A już jest po jedenastej — i Słowika nie ma!

Wszystko stygnie: zupka z muszek na wieczornej rosie,

Sześć komarów nadziewanych w konwaliowym sosie,

Motyl z rożna, przyprawiony gęstym cieniem z lasku,

A na deser — tort z wietrzyka w księżycowym blasku.

Może mu się co zdarzyło? może go napadli?

Szare piórka oskubali, srebryn głosik skradli?

To przez zazdrość! To skowronek z bandą skowroniątek!

Piórka — głupstwo, bo odrosną, ale głos — majątek!

Nagle zjawia się pan Słowik, poświstuje, skacze…

Gdzieś ty latał? Gdzieś ty fruwał? Przecież ja tu płaczę!

A pan Słowik słodko ćwierka: „Wybacz, moje złoto,

Ale wieczór taki piękny, ze szedłem piechotą!”

Ale to nie wszystko, bo także tutaj można przy odrobinie szczęścia ujrzeć zimorodka 😉  Mnie się to parokrotnie udało…

Historia kanału w skrócie znajduje się tutaj;

A tutaj Rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 14 stycznia 2011 r. w sprawie uznania za pomnik historii „Kanał Elbląski”;

oraz znaleziony w sieci (potęga Internetu!) świetny filmik o Kanale, dla tych, którzy jeszcze nie płynęli, czy jechali (jak kto woli – bo obie wersje są przecież jak najbardziej prawidłowe).

W tym roku – znowu parę razy będę na Kanale; a pierwszy raz w maju… A więc wierszyk o Panu Słowiku będzie jak najbardziej aktualny. 😉

I jak ja mam nie kochać swojej pracy ?

Pluty – wspomnienie wakacji

Często wracam wspomnieniami do naszej listopadowej eskapady wschodniopruskiej. Nie tylko dlatego, że to był wreszcie ów wymarzony wspólny urlop, tak bardzo zasłużony po szaleńczym sezonie. Także dlatego, że parę ważnych miejsc odwiedziliśmy po drodze… Miejsc ważnych dla historii Europy, a obecnie często zapomnianych i zaniedbanych. Celowo zapomnianych, chciałoby się powiedzieć…

Ale też większość województwa warmińsko-mazurskiego to dzisiaj niemal Terra Incognita.

Turyści raczej jeżdżą na Mazury, zaś biura podróży (poza absolutnie nielicznymi, za co im chwała!) wciąż nie widzą nic ciekawego w  drogach i bezdrożach dawnych Prus Wschodnich. W szkołach nauczyciele wciąż unikają tematu, jako drażliwego, sami zresztą niewiele o nim wiedząc. O samej Warmii mówi się w oderwaniu od rzeczywistości, a tym samym wciąż nie bardzo wiadomo, co to takiego ta Warmia.

A tymczasem niedaleko granicy Warmii z Natangią, na trasie z Pieniężna (Mehlsack) do Górowa Iławeckiego (Landsberg) znajduje się mała wieś Pluty (Plauten). Nie wiem, czy ważna była dla Wielkiej Historii, ale na pewno jest ważna dla tych, którzy cenią sobie piękne widoki.

Wieś powstała nieopodal pruskiego grodu Pelten. Wiadomo, że około roku 1325 kapituła warmińska w osobie prepozyta Jordana wybudowała tu zamek. Jordan zarządzał kapitułą w zastępstwie chorego już wówczas biskupa Eberharda z Nysy i niedługo sam został wybrany biskupem warmińskim.

Parafia w Plutach powstała w pierwszej połowie XIVw., i wtedy też pojawiło się uposażenie parafii (to rok 1326).

W roku 1410 podczas Wielkiej Wojny z Zakonem wieś została zniszczona. Wiemy, że przeszło  wiek później (w roku 1583) we wsi funkcjonowała szkoła parafialna.

Kościół parafialny p.w. św. Wawrzyńca jest gotycki i pochodzi z połowy XIV w. Przebudowywany został w wieku XVI, a rozbudowany w 1801 r. M. in.  – przedłużono go w kierunku zachodnim i dobudowano wieżę.  Ledwo już widoczna data „1521” w jednej z blend szczytu zakrystii może być świadectwem ukończenia jakiegoś etapu prac budowlanych przy świątyni. Kościół konsekrował biskup Marcin Kromer w roku 1581.

Kościół zbudowany został na planie prostokąta, a wymurowano go w przyziemiu z kamieni polnych a wyżej z cegły. Otynkowano zaś współcześnie (za wyjątkiem wieży). Posiada przybudówki: od północy zakrystię a od południa kruchtę.

Wyposażenie wnętrza jest barokowe. I muszę tu zawierzyć opisom, bowiem kiedy tam zajechaliśmy podczas naszych peregrynacji – kościół był zamknięty. Lał deszcz, wiał przenikliwy wiatr i żadnemu z nas zupełnie nie w głowie było szukać wielebnego, żeby nam otworzył świątynię.

Z opisów wiem tylko, że ołtarz główny pochodzi z 1694 r. i że został wykonany w Królewcu. A twórcą ołtarza najprawdopodobniej był bądź sam Izaak Riga, bądź jego warsztat. Ołtarze boczne pochodzą z tego samego (mniej więcej) okresu. W jednym z ołtarzy bocznych obraz „Ostatnia Wieczerza” Piotra Kolberga z 1702 r. Ambona pochodzi z 1732 r., chór muzyczny z XIXw. i organy z początku XXw. Ze średniowiecznego wyposażenia ostały się tylko granitowa chrzcielnica i kropielnica.

Wieża kryje oryginalny mechanizm zegarowy z napędem obciążnikowym. Są też dwa dzwony. Pod posadzką kościoła zaś znajduje się krypta z trumnami.

„Grodzisko leży na wschód od wsi, nad Wałszą, na wzgórzu wyniesionym 30 m ponad dolinę. Widoczne są pozostałości wałów obronnych i fos”. Tego też nie miałam okazji sprawdzić…

Optymizmem tchną słowa z jednego z portali turystycznych:

„Jesienią 2010 roku parafia przy współpracy […] Wydziału Inwestycji i Ochrony Środowiska Urzędu Miejskiego w Pieniężnie złożyła wniosek o udzielenie dotacji na dofinansowanie remontu kościoła w ramach programu: Dziedzictwo Kulturowe, Priorytet 1, ochrona zabytków. Wniosek trafił na indywidualną listę do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wniosek został wysoko oceniony i otrzymał dofinansowanie w wysokości 300 tys. zł. Kościół poddany został najpilniejszym pracom zabezpieczającym i konserwatorskim.”

I to, że jakieś prace tam trwają było widać nawet w deszczu 🙂 I mam nadzieję, że wystarczy tak zapału, jak i funduszy…

prace zabezpieczające są jak widać potrzebne, na gwałt!

Wstyd, że na terenie kościelnym płyta nagrobna służy jako schodek!! Gdzie tu szacunek dla zmarłych! Gdzie etyka!!! Zaiste, piękny przykład...

wrażenie, że pieniędzy na remont nie wystarczyło na cały obiekt, było wręcz natrętne...

miejmy nadzieję, że z remontem zdążą, zanim będzie za późno...

coś tam widać w dole... ale wiało wilgocią taką, że wieki wietrzenia nic nie dadzą:(

odnosi się wrażenie, że chęci są, byle tylko funduszy wystarczyło.

Widok na kościół z drogi

Kraków na Dzień Kobiet

Wróciłam ze szkolenia.

Nic nowego; akurat w moim przypadku, to raczej zupełnie naturalne stwierdzenie.

To szkolenie jednak było zupełnie wyjątkowe. Bo i odbywało się w zupełnie wyjątkowym miejscu.

Raz – że w Krakowie, dwa – że w podziemiach Rynku.

Podziemia – to jedna z ciekawszych tras w kraju. Nie tylko ze względu na zawartość, czy jakby ktoś powiedział – ładunek historyczny przekazu materialnego (uffff, ale mądrze zabrzmiało). Ale też ze względu na koncepcję i scenariusz wystawy.

Można oczywiście mieć pretensje do twórców (nie jest nim MHK), że nieco przedobrzyli – bo jest za głośno (chodzi o odgłosy Krakowa historycznego płynące z głośniczków zamontowanych w różnych miejscach wystawy), i przewodnik faktycznie musi nieco wysilać głos. Ale, całość zasługuje na wysoką ocenę.

Kto jeszcze nie był w krakowskich podziemiach Rynku, może „posmakować” nieco podobnego klimatu w gdańskim Błękitnym Baranku.

Jednak w Krakowie twórcy poszli dalej – i zamiast figur zaserwowali zwiedzającym dobry scenariusz z krótkimi filmikami. No i świadki archeologiczne! Niesłychane wrażenie robi zachowana średniowieczna brukowana droga z drewnianymi krawężnikami!

Niestety, jako że A.S. się rozchorowała, jechałam sama, i w związku z tym nie wzięłam aparatu. Bałam się – pomna ryzyka samotnego podróżowania naszymi tzw. środkami masowego rażenia. Na marginesie – gdyby PKP kursowały z równą częstotliwością jak odbywa się sprawdzanie biletów – to mielibyśmy w kraju niemal sielankę…

Kto chce dowiedzieć się nieco więcej o trasie podziemnej, znajdzie informacje TUTAJTUTAJ.

Warto było tłuc się pociągiem 13 godzin do Stolicy po to, by spędzić w podziemiach 6 godzin – a potem… z powrotem do Prus – 14 godzin. Czemu dalej i dużej? Nie wiem, ale XXI wiek w Polsce na pewno powinien przejść do historii uwsteczniania  – i to pod każdym względem 😉

A wracając do tematu – dostałam Książkę 🙂 prof. Michała Rożka „Przewodnik po zabytkach Krakowa”. Z dedykacją. I z chwilą na rozmowę niezapomnianą.

No i jeszcze pogoda była jak zaproszenie do życia; Kraków jak zwykle tłumny (Gdańsku, zazdrość Krakowowi życia tętniącego w sercu miasta i ucz się organizacji !!!)

I obiad w Szarej wyśmienity. No, ale Szara przy Rynku to osobny rozdział 🙂

Tak więc, szkolenie udane pod każdym względem…

A na marginesie – wieki obecności części „polskiej” mojej rodziny w Krakowie dają znać o sobie, ilekroć stawiam nogę w tym właśnie mieście. Wnikam, wsiąkam, wracam. Nawet te plotki krakowskie – niezmienne od wieków (?) są mi miłe. Bo serdeczne. Jednakowoż widok Iławy zza okna pociągu w drodze powrotnej i wzruszenie mimowolne – oto wróciłam do Prus, uzmysławiają niezmiennie, że to moje miejsce na ziemi. Z drugiej jednak strony, nie mam na szczęście tak naprawdę Miejsca Jednego. Mam Miejsca Serdeczne – bo genetycznie zakodowane i bez względu na to, w jakiej odległości się znajdują – zawsze tam jadę/wracam z radością. 🙂

Głos rozsądku popartego wiedzą…

A oto co napisał o absurdalnym żądaniu Muzeum Narodowego w Warszawie w swoim felietonie Pan Andrzej Januszajtis:

Ci, którzy nie wiedzą kim jest A.J.  TUTAJ znajdą garść informacji o nim.

Przez media przetacza się fala wypowiedzi, sprowokowanych groźbą Dyrekcji Muzeum Narodowego w Warszawie, że zażąda zwrotu ołtarzy kościoła Mariackiego, stanowiących podobno jego własność.

Muzeum powołuje się przy tym na osławioną ustawę „o mieniu poniemieckim i porzuconym” z 8 marca 1946 r. Ustawa ta jednak już w chwili wydania nie odnosiła się do obiektów wyposażenia gdańskiej świątyni, bo wcześniej, 29 stycznia tegoż roku, ówczesna Miejska Rada Narodowa przekazała ją na własność Kościołowi katolickiemu, aby – jak stwierdzono – „podkreślić tym historycznym aktem zwycięstwo sprawiedliwości dziejowej”. Z tą chwilą całe wyposażenie, niezależnie gdzie się znajdowało, przestało być mieniem „poniemieckim i porzuconym” w rozumieniu późniejszej o ponad miesiąc ustawy. Rozumienie to było zresztą od początku fałszywe. Jak można nazywać poniemieckimi ołtarze i inne dzieła, w większości pochodzące z czasów przynależności Gdańska do Korony Polskiej? Przypomnijmy: nawet po reformacji kościół Mariacki stał pod patronatem polskich królów (zastrzegł to już w 1410 r. Władysław Jagiełło) i podlegał formalnie biskupowi kujawskiemu. Jeszcze w dobie rozbiorów protestanci z parafii Mariackiej musieli uzyskiwać zgodę na ślub od urzędującego w plebanii katolickiego proboszcza. Obiekty wyposażenia nie były też „opuszczone”, tylko ewakuowane w okolice Gdańska dla uchronienia przed zniszczeniem. Ich prawnych opiekunów w większości wysiedlono (o ile przeżyli), więc trudno mówić o dobrowolnym „opuszczeniu” czy „porzuceniu”. Tak czy inaczej zabytki gdańskie tej ustawie nie podlegały.

Wyobraźmy sobie jednak przez chwilę (uchowaj Boże!!), że Muzeum wygra i zabierze swoje „depozyty” do Warszawy. Jak to będzie realizowane? Przypatrzmy się takiej np. kaplicy Ferberów. Należała do tej sławnej rodziny od 1448 r. Za zgodą biskupa kujawskiego odprawiano tu msze najwcześniej – w lecie o 4, w zimie o 5 rano. „Widzimy w tym” – tak jest w dyplomie – „dla nas i dla gminy wielce korzystne dzieło, najpierw dla kupców i licznych gości, którzy przyjeżdżają tu z Polski i innych krajów(…), dalej dla naszych rzemieślników, przyzwyczajonych do wczesnego udawania się do pracy, którzy będą mogli zapewnić sobie przedtem duchowe wsparcie, wreszcie dla wszystkich wybierających się wcześnie w podróż.” Stoją tu zwrócone przez Muzeum dwa ołtarze i tablica wotywna. Z tym „zwróceniem” to było tak: Będąc w 1975 r. w Hamburgu, odkryłem w tamtejszej Kunsthalle skrzydło ze św. Konstantynem, jak się dowiedziałem od ówczesnego kierownika wydziału kultury p. Volkera Plagemanna, zakupione po wojnie u marszanda w Kopenhadze (jak tam trafiło??) przez sponsorów hamburskiej galerii. Moje rozmowy przyniosły owoce w 1994 r., gdy byłem przewodniczącym rady miasta: dzięki staraniom niemieckich gdańszczan (m.in. Hansa-Lothara Fautha) i życzliwości tegoż p. Plagemanna (tym razem już senatora) skrzydło ołtarza Ferberów wróciło na swoje miejsce. Warunkiem zwrotu był powrót pozostałych części rozparcelowanego (po wojnie!) ołtarza i obiektów wyposażenia kaplicy, co nastąpiło. Dłużej trzeba było czekać na skrzydło ze św. Heleną, odłączone w Warszawie od ołtarza i wtłoczone do magazynu.

Więcej…Powstaje pytanie: Gdyby trzeba było oddać ołtarz do Warszawy, to co ze św. Konstantynem, przekazanym przecież do kościoła, a nie do Muzeum? Albo z ołtarzykiem, stanowiącym nieodłączną część zespołu Pięknej Madonny? Też ma być oddany?

Oto przykłady absurdów, do jakich prowadzi akcja warszawskiego muzeum!

Przedwojenne wyposażenie kościoła Mariackiego, z którego zachowała się ponad połowa, stanowiło niepowtarzalny zespół o niezrównanej wartości. Nie ma w świecie drugiego kościoła, który by miał tyle gotyckich ołtarzy! Jest podstawową prawdą, wręcz dogmatem ochrony dziedzictwa kulturowego, że rozproszenie obniża wartość zespołu. Trzeba zrobić wszystko, by go scalić na dawnym miejscu. Leży to w interesie narodowej kultury. Chcemy odzyskać dzieła wywiezione za granicę. Jak mamy przekonywać o naszych do nich prawach, jeżeli Warszawa nam ich odmawia? Czy dyrekcja warszawskiego muzeum zdaje sobie sprawę, że torpeduje starania o powrót naszych zabytków z Niemiec i Rosji?

Published in: on 26 lutego 2011 at 22:30  Comments (1)  

Środowy ślub

Wiele jest miejsc w Gdańsku związanych z historią Szwecji. Te tzw. szwedzkie ślady w naszym mieście do dzisiaj przyciągają turystów ze Skandynawii (zwłaszcza wywodzących się czy spokrewnionych z rodami związanymi z owymi miejscami).

Jednym z takich miejsc jest niewątpliwe Fara Prawego Miasta – czyli popularny Mariacki.

Ale o tym kościele nie teraz… Będzie o nim wkrótce – bo jest jednym z moich ulubionych miejsc w Moim Mieście.

Teraz chcę wspomnieć o pewnym zdarzeniu w „kraju zamorskim”, które to zdarzenie miało wpływ na powstanie pięknego epitafium (i kaplicy) właśnie w moim Ulubionym Kościele  w Gdańsku.

A było tak:

Johan Nilsson Gyllenstierna (z linii av Ludholmen) niemal od zawsze kochał się w Sigrid Brahe (ze wzajemnością zresztą). Sigrid jednak została „obiecana” Erikowi Bielke. I może by sprawy potoczyły się zgodnie ze scenariuszem gdyby nie… Królewna Anna Wazówna. Otóż Sigrid zaliczana była w poczet dam dworu Królewny i zarazem była jedną z jej faworytek, a Johann Nilsson – był jednym z tych szwedzkich szlachciców, którzy opowiedzieli się za Zygmuntem III Wazą.

Sigrid, prócz swojej Pani Królewny – nie miała nikogo, komu by mogła się zwierzyć ze swojej nielegalnej miłości do pięknego kawalera (tak bowiem opisują Johana Nilssona współcześni).

Anna sama miała romantyczny epizod w życiu (od dzieciństwa niemal zakochana była w Gustawie Brahe), więc któż lepiej od niej mógł zrozumieć rozpacz dwórki.

A do tego doszły jeszcze straszne plotki o wstydliwej chorobie Erika Bielke, jakiej miał się rzekomo nabawić podczas podróży do Polski. Tego dziewczynie było aż nadto – i po prostu uciekła do Stegeborg, zamku swojej pani. Wkrótce też do zamku przybył Johan. Anna poruszona ich miłością, ufna w siłę swojego autorytetu (była wszak siostrą królewską), zaaranżowała pośpieszny ślub.

Była to środa, 19 marca 1595 roku, a świadkami byli Królewna Anna i poseł Zygmunta III – Lindorm Bonde.

W kraju zawrzało. W siedzibach Gyllenstierna, Brahe i Bielke wręcz mówiło się o wojnie rodów. Nic nie można było jednak zrobić, bo przecież ślub zawarty został legalnie. I to w przytomności królewskiej siostry i królewskiego posła.

I tu mała dygresja – jakie szczęście, że w Szwecji nieznane było polskie warcholstwo z nieco wcześniejszych czasów – bo Sigrid niechybnie skończyłaby jak Halszka Ostrogska

Wracając jednak do Środowego Ślubu… Był to zresztą jedyny środowy ślub w historii Szwecji – bowiem małżeństwa zwyczajowo zawierano w niedzielę.

Otóż sprawa stała się na tyle głośna, że oparła się o obrady parlamentu. Anna zaś została nawet skarcona przez swego stryja Karola Sudermańskiego (regenta w owym czasie). Mawia się, że skarciłby ją za cokolwiek, bowiem jej zwyczajnie nie lubił…

Parlament rozwiązał ten narodowy kłopot, w ten sposób, iż nakazano rodzinie Gyllenstierna wypłacić odszkodowanie rodzinie Bielke, a nadto zapłacić nawiązkę dla biednych. W sumie ok. 3 tys. talarów. Uchwalono również, iż młoda para, przez co najmniej 6 miesięcy, pozostanie z dala od tzw. wielkiego świata, by nie drażnić upokorzonej rodziny byłego narzeczonego.

Podczas pobytu w Kalmarze – młodym małżonkom urodził się syn – Zygmunt, nazwany tak na cześć króla polskiego.

Wkrótce zwolennicy Zygmunta III musieli opuścić Szwecję, bowiem Karol – dotychczas będący tylko regentem – dokonał formalnego zamachu stanu i przejął władzę w kraju. Przyszło mu tym łatwiej, że w przeciwieństwie do ultrakatolickiego Zygmunta – był protestantem. Szwecja w owym czasie była także protestancka, zaś postępowanie Zygmunta dalekie było od tolerancji jego polskich przodków po kądzieli.

Johan Nilsson Gyllenstierna z rodziną osiadł w Gdańsku. W roku 1608 owdowiał, a zmarł w 1617.

To właśnie „owoc” słynnego Środowego Ślubu – Zygmunt – ufundował kaplicę, od której zaczęłam…

Kaplica znajduje się w Farze Prawego Miasta – po północnej stronie od wejścia, nieopodal Bramy Szewskiej. I zwana jest Kaplicą Reinholda, a często Kaplicą Guldensternów. Nad wejściem do niej bowiem wisi bardzo ciekawe epitafium tej rodziny.

Fundatorem, jak wspomniałam był Zygmunt – a raczej Sigismund Gyllenstierna. Skąd więc Guldenstern?

Nieznający języka szwedzkiego przyznają, że niezmiernie trudno poprawnie wymówić to nazwisko! Ileż moje grupy mają radości, kiedy usiłuję zmusić język do poprawnej artykulacji.  😉

Taki sam problem mieli Gdańszczanie i polscy dworzanie, z którymi Johan stykał się, z racji swojej pozycji przy królu. Musiała więc nastąpić zmiana nazwiska… I nastąpiła.  Jego syn znany już był jako Guldenstern. I tak zapisany został jako fundator kaplicy oraz w historii.

Ważne jest przesłanie fundatora, iż w kaplicy mają znaleźć spoczynek nie tylko członkowie rodu. Ale też ci, którym zabrano szwedzką ojczyznę… Ale to temat na osobną historię.

A co z Zygmuntem?

Otrzymał świetne wykształcenie w toruńskim Gimnazjum Akademickim, a później na uniwersytetach w Lejdzie, Strasburgu i Rostocku. Wszedł w krąg dworzan krola Zygmunta III, został nawet królewskim łożniczym. W roku 1633 otrzymał indygenat (na sejmie koronacyjnym Władysława IV). W roku 1635 na polecenie królewskie wraz z Gerardem Denhoffem objął kierownictwo nad Komisją Okrętów Królewskich.

Ożenił się z  Anną von Zehmen (Czema), córką kasztelana chełmińskiego Fabiana Czemy.

W roku 1636 w Toruniu był jednym z prowadzących uroczystości pogrzebowe Królewny Anny Wazówny, osoby, dzięki której przyszedł na świat. A 9 lat później w tamtejszym Ratuszu  przewodniczył  luteranom z Królestwa Polskiego podczas Colloquium Charitativum .

Przewodnikom po Zamku w Malborku jest znany z jego nieudanej obrony przed Szwedami w 1656, a przewodnikom Gdańskim – z dzierżenia kasztelanii gdańskiej od października tegoż roku.

Spotkamy go znowu podczas rokowań pokojowych 1660 roku – kiedy to domagał się zwrotu dóbr szwedzkich… Zmarł 6 lat później i został pochowany w kaplicy, którą sam ufundował…

Pozostało tylko epitafium z herbem – złotą gwiazdą, a także wspomnienie o jedynym w historii Szwecji Środowym Ślubie i romantycznej mediacji Anny Wazówny…

Published in: on 24 lutego 2011 at 23:39  Comments (1)  

Świętoandrzejowa cisza

Dzisiaj przy okazji porządkowania śmieci w komputerze (a trochę też z tęsknoty) obejrzałam sobie zdjęcia z Krakowa. Zrobiłam je w zeszłym roku w lecie, podczas kilkunastodniowej tury  z grupą po Polsce.

Część mojej rodziny związana jest z Krakowem od zawsze, toteż nie dziwota, że i ja związana jestem z tym miastem emocjonalnie :). Najbardziej to czuję, gdy patrzę na cegiełki na murze wawelskim.

Swego czasu  mieszkałam niedaleko i wizyty w Krakowie należały do przyjemności a nadto do rodzinnego rytuału (żyła jeszcze wtedy Babcia  Czaykowska). Wtedy też urywałam się ze spotkań rodzinnych na włóczęgi po mieście, niezmiennie zaczynając od Św. Andrzeja (także związanego z krakowską historią mojej rodziny).

To miejsce jeszcze nie zatraciło klimatu i nie jest zadeptane turystycznie. A nadto wciąż niesie bardzo silny przekaz tradycji historycznej. Właśnie w świątyniach, a nie w muzeach, szukamy prawdziwej historii i kultury. Tutaj bowiem dzieła sztuki znajdują się w swoim naturalnym otoczeniu i przekazują odwieczne przesłanie w harmonii z kontekstem, dla którego zostały stworzone.

Siedząc sobie zatem wewnątrz kościoła na swojej ulubionej ławeczce, nakręciłam w lecie  KRÓTKI FILMIK. Nie ma komentarza, bo chciałam pokazać i nagrać ciszę (dlatego należy podkręcić głośniki, by ją usłyszeć w tle). Ktoś na ulicy grał na skrzypcach, dochodził zgłuszony odgłos samochodów, dorożek, tłumów turystów… A w środku odwieczna cisza. I ten sam półmrok, co zawsze. Nawet ta sama lampka, kompletnie niepasująca do wnętrza, mętnie rozjaśnia przedsionek – identycznie jak przed laty, kiedy przychodziłam tu na wagary 😉

Wspaniałe miejsce.

Poniżej parę zdjęć tego wyjątkowego miejsca. W tym zdjęcie tablicy z krótką historią kościoła i klasztoru. Zawsze mnie ciekawiło, jak się udaje tyle wieków historii i to tak burzliwej – zmieścić na kartce nieco większej niż A4…

Aha, i jeszcze jedno. Kiedyś, będąc tu jak zwykle na wagarach psychicznych, ujrzałam taką oto scenę: do drzwi klasztornych podszedł człowiek z koszem wypełnionym warzywami. Zadzwonił, i po chwili drzwi uchyliły się, wysunęła się ręka i odebrała koszyk z rąk człowieka. Drzwi się zamknęły. Po jakimś czasie (mogło to trwać 10 minut, a może 100 lat) drzwi znowu się uchyliły i ta sama (?) ręka znowu się wysunęła podając człowiekowi koszyk – już pusty. Człowiek coś mamrotnął pod nosem i odszedł. Ja zaś tak zostałam w osłupieniu, nie bardzo rozumiejąc, czego doświadczyłam przed chwilą. Oto w samym niemal centrum Dużego Miasta, w XXI wieku, byłam świadkiem czegoś zupełnie wyjątkowego – jakbym nagle wysiadła z wehikułu czasu!

Dureń czyli rozrywki duchowe ;)

Nie będzie wprowadzenia do tego komiksu. Bo przyznam się, że w życiu w durnia nie grałam ;). Inna sprawa, że ja w ogóle w karty nie lubiłam i nie lubię grać, bo to dla mnie strata czasu. Tyle jest wspaniałych książek do przeczytania, że zawsze mi żal było życia na karty. Ale duchy, to co innego. Nawet jeśli cokolwiek marnują, to na pewno nie życie. Czy więc karty to najlepsza ich rozrywka ? Myślę, że nie – czego dowodem są liczne „spotkania” z dziwnymi zjawiskami w Wiadomym Zamku.

A swoją drogą, to musi być miłe móc do kogoś powiedzieć „durniu” tak bezkarnie 🙂

Cukierki, dieta i łakomstwo

Krysia zawsze wyczuje, kiedy mam kryzys 🙂

Trafiła perfekcyjnie w samo sedno. Akurat, kiedy chciałam się rzucić na jedzenie za nic mając sobie bełkot medyczny… Wszystko – nawet cukierki! Właśnie wtedy napisała mi, że „komiks poszedł”. A mnie natychmiast skojarzyło się to z przedzieraniem się „onego” przez chaszcze i wądoły… No faktycznie – szedł chyba przez całe Państwo Zakonne. Ale doszedł. I nagle zdałam sobie sprawę, że przecież ja nie lubię cukierków :).

Wytrwałam, a łakomczuchom „zapodaję” kolejny komiks „by Krysia„. Ze zwróceniem uwagi na kreskę i dbałość o detale. Kiedy Jej komiksy pojawiają się na mojej stronie – oglądalność gwałtownie wzrasta.

Kryś – dziękuję po raz kolejny 🙂 i proszę o jeszcze !!