Replika…

Arcybiskup Sławoj Leszek Głódź: dzieła sztuki zostaną w Bazylice Mariackiej!

„Konia ze stajni się nie wyprowadza. Te dzieła sztuki tam są i tam pozostaną, bo one tam były od zawsze” – stwierdził arcybiskup Sławoj Leszek Głódź, metropolita gdański, komentując spór Muzeum Narodowego w Warszawie z Bazyliką Mariacką w Gdańsku o dzieła sztuki.

Jarosław Zalesiński/PAP

– Skończmy te monologi, które prawdopodobnie wywołała sama pani dyrektor muzeum. Wyszła przed szyk, ona nie jest symetryczną stroną całego sporu, partnerem jest minister – mówi metropolita gdański. –
Sprawa jest zamknięta. Roma locuta, causa finita. Zresztą rozmawiałem dzisiaj z panem ministrem Zdrojewskim. Oświadczył, że pozostaje, sprawa jest zamknięta, w ogóle nawet nie jest przedmiotem żadnej dyskusji – dodawał.

W sporze o dzieła sztuki, ciągnącym się od wielu lat, obie strony posługują się argumentami prawnymi. W wydanym we wtorek oświadczeniu dyrekcja muzeum dodatkowo zarzuciła Bazylice Mariackiej, że pomija „rygorystyczne wymogi bezpieczeństwa, dotyczące przechowywania zabytkowych dzieł sztuki”.

– Nonsens – oburza się Tomasz Korzeniowski, konserwator zabytków w Bazylice Mariackiej. – W kościele są zachowane wszelkie wymogi bezpieczeństwa. Mamy na ten temat opinię, wystawioną przez Ośrodek Ochrony Zbiorów Publicznych.

Ośrodek wydał pozytywną opinię w tym okresie, gdy dyskutowana była możliwość przeniesienia do bazyliki „Sądu Ostatecznego” Hansa Memlinga, jednego z najcenniejszych dzieł sztuki, znajdujących się w Polsce. Takie same zabezpieczenia istnieją i dzisiaj.

– Jestem też oburzony – kontynuuje Tomasz Korzeniowski – medialnymi wypowiedziami na temat rzekomo zmieniającego się mikroklimatu w bazylice. Te mikroklimat jest niezwykle stabilny od 500 lat. Jego stabilność potwierdziły przeprowadzone jakiś czas temu badania. No, chyba że przeciwnicy bazyliki mają na myśli wpływ globalnego ocieplenia – ironizuje na koniec Korzeniowski.

Podstawowy spór między dyrekcją Muzeum Narodowego a parafią Bazyliki Mariackiej dotyczy jednak nie warunków przechowywania dzieł, tylko tego, czyją są one własnością. W kompromisie, który we wrześniu ubiegłego roku został wstępnie wypracowany między parafią bazyliki a Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego, ustalono, że rozwiązaniem, które zakończyłoby tyloletni spór byłaby umowa o darowiźnie zabytków na rzecz Bazyliki Mariackiej. W ten sposób zabytki znalazłyby się w murach świątyni bez rozstrzygania przedtem prawnych zawiłości.

– Zwracamy się z apelem o pomyślne i ostateczne rozwiązanie sprawy – stwierdzają z kolei pomorscy posłowie Zbigniew Kozak i Andrzej Jaworski, w liście otwartym do ministra kultury. – Celowe byłoby zakończenie tej sprawy i przekazanie wszystkich dzieł w formie darowizny Bazylice Mariackiej.

 

 

Published in: on 9 lutego 2011 at 23:16  Dodaj komentarz  

Głos rozsądku…

Jacek Friedrich o sporze między muzeum a kościołem

rozmawiała Alicja Katarzyńska

Muzea to zasłużone instytucje, ale proces wysysania sztuki z kościołów i innych zabytkowych przestrzeni, który się dokonał głównie w XIX w., miał fatalne skutki – mówi Jacek Friedrich*

Alicja Katarzyńska: Jaki jest status prawny średniowiecznych dzieł, o które Muzeum Narodowe w Warszawie zamierzało nawet walczyć w sądzie?

Jacek Friedrich: Nie wiem. Ale status prawny nawet najsłynniejszych dzieł oglądanych przez nas w muzeach nie jest całkiem oczywisty. Przypomnijmy choćby niekończące się spory Greków z Brytyjczykami o rzeźby z ateńskiego Partenonu, czy nagłośnione ostatnio roszczenia Egiptu wobec przechowywanego w Berlinie sławnego popiersia Nefretete. Przypuszczam, że podobnie może być w wypadku dzieł z Gdańska czy Wrocławia, które po wojnie znalazły się w warszawskim Muzeum Narodowym. Nie sądzę, żeby ich status prawny był w pełni klarowny.

Co zrobić, żeby raz na zawsze ustalić prawnego właściciela tych dzieł?

– W cywilizowanym państwie takie spory powinny rozstrzygać sądy. Ale w tym przypadku trzeba wziąć pod uwagę to, że sytuacja prawna i polityczna, która towarzyszyła pojawieniu się tych dzieł w Warszawie, była wynikiem całkowitego załamania się wcześniejszego ładu. Obawiam się przy tym, że wprowadzane w Polsce po 1945 roku prawo często nie miało wiele wspólnego z duchem praworządności. Nie wiem nawet, czy akty, na które powołuje się dziś warszawskie muzeum, obowiązywały w chwili, gdy te dzieła przejmowano. Nie wiem także, czy kwalifikacja prawna jest tu w ogóle do utrzymania. O ile wiem, mówi się tu o przejęciu na podstawie przepisów o mieniu porzuconym. Jak jednak można mówić o tym, że te dzieła były porzucone? Przecież większość z nich podczas wojny została przez niemieckich konserwatorów pieczołowicie zabezpieczona i ukryta poza Gdańskiem, a potem często odnajdywali ją polscy muzealnicy przy pomocy swych niemieckich kolegów – wystarczy przywołać świadectwa Jana Kilarskiego. O jakim więc porzuceniu może tu być mowa? Poza tym, czy w całej sprawie bierze się pod uwagę to, że Wolne Miasto Gdańsk nie było częścią Niemiec? Nie można więc wobec gdańskich dzieł stosować procedur zastrzeżonych dla tak zwanych terenów „poniemieckich”. Być może ta konkretna sytuacja jest tak skomplikowana, że konieczne byłyby nowe rozstrzygnięcia ustawodawcze.

Czy proboszcz bazyliki może zrobić coś legalnie, żeby nie oddać ich do Warszawy?

– Jeśli gospodarze kościoła Mariackiego zobowiązali się do zwrotu tych dzieł muzeum warszawskiemu, to albo powinni je teraz oddać, albo w ciągu tych minionych dziesięciu lat powinni byli zadbać o wyjaśnienie strony prawnej. Nie sądzę, by taka „partyzantka” była tu na miejscu. Choć podkreślam, osobiście jestem głęboko przekonany, że dzieła te powinny zostać w gdańskiej świątyni, tyle tylko, że byłoby dobrze, gdyby dokonało się to z zachowaniem reguł prawnych.

Co możemy stracić? Jaka jest wartość historyczna i artystyczna tych dzieł?

– Ogromna. Chodzi między innymi o Tablicę Dziesięciorga Przykazań, figurę Pięknej Madonny, ołtarz św. Doroty. Zwłaszcza pierwsze dzieła należą do najwspanialszych osiągnięć w całych dziejach gdańskiej sztuki.

Dyrektor warszawskiego muzeum twierdzi, że te cenne dzieła w bazylice niszczeją i nie mają należytej opieki konserwatorskiej?

– Nie jestem przekonany, że to poważny argument. I te, i tysiące innych dzieł sztuki przez setki lat przechowywano w europejskich kościołach i jakoś w ogromnej większości przetrwały do naszych czasów. A przecież w XV czy XVIII wieku możliwości zachowania parametrów konserwatorskich były o wiele mniejsze niż dziś. Myślę, że w kościołach można na ogół zapewnić tym zabytkom przyzwoite warunki, a już na pewno w takim, jak gdański kościół Mariacki, który ma wszelkie dane, by być zarówno żywą świątynią, jak i przestrzenią o charakterze muzealnym.

A historyk sztuki gdzie widzi najwłaściwsze dla nich miejsce: w muzeum czy kościele?

– Z mojej perspektywy sytuacją idealną jest, jeśli dzieła sztuki są w tym miejscu, do którego duchowo, ideowo, historycznie należą. Oczywiście muzea to bardzo zasłużone instytucje, ale myślę, że ten gwałtowny proces wysysania sztuki z kościołów i innych zabytkowych przestrzeni, który się dokonał głównie w XIX w., miał też fatalne skutki. Przestaliśmy rozumieć te dzieła jako część większej całości, przyzwyczailiśmy się patrzeć na nie jedynie pod kątem stylu, wartości artystycznej. A przecież ich sens był o wiele bardziej złożony. Nie sądzę, żeby na przykład krakowski ołtarz Wita Stwosza zyskał cokolwiek w muzeum, a straciłby na pewno bardzo wiele. Byłbym szczęśliwy, gdyby udało się przywrócić historyczną przestrzeń kościoła Mariackiego, a więc także możliwie wszystkie dzieła sztuki pochodzące z tej wspaniałej świątyni. Wymagałoby to jednak także ogromnego wysiłku ze strony gospodarzy Bazyliki – po wojnie zrobili w tej mierze wiele dobrego, ale i bardzo wiele popsuli. Tak więc może warto by było kiedyś siąść w szerszym gronie i pogadać o tych sprawach.

Jacek Friedrich, historyk sztuki, pracownik naukowy i wicedyrektor Instytutu Historii Sztuki UG.

Źródło: Gazeta Wyborcza Trójmiasto

Published in: on 9 lutego 2011 at 22:59  Dodaj komentarz  

Czekając na wiosnę…

Już niecałe 40 dni do wiosny, a tymczasem prognozy pogody zapowiadają nawrót chłodów. Toteż czekając na tę najpiękniejszą porę roku, wklejam trzy filmiki, jakie zrobiłam późną wiosną ( a może to już wczesne lato było) zeszłego roku.

Jakość samego filmików jest taka sobie, ale głównie dla ptasich śpiewów   nagrywałam 🙂

Filmik 1

Filmik 2

Filmik 3

 

 

Szklanka czyli za grosz optymizmu…

No i doczekałam się!!!

Ba – doczekaliśmy się wszyscy – po długiej przerwie Kryś popełniła komiks :).

Jak wszystkie poprzednie i ten miał swoją genezę… Otóż, parę dni temu Kryś zamieściła na Facebook-u szkic twarzy von Plauena.

von Plauen (rys. Krystyna Jarosławska)

Von Plauena mniej więcej znałam z jej opisów. Zresztą, czas jakiś temu obie byłyśmy na ciekawej konferencji w Kwidzynie (której to pokłosie można przeczytać w książeczce nader ciekawej). I na konferencji wyraźnie opisano, wręcz dano portret pamięciowy owego Pana Pruskiego. Ale o ile grube rysy von Plauena mogłam sobie wyobrazić, to  Ludolfa nie wyobrażałam sobie zupełnie.

I nagle Kryś wyczarowała twarz melancholika (a swoją drogą, zdolna z niej  Dziewczyna !!!) :

Ludolf König (rys. Krystyna Jarosławska)

Napisałam, co o nim myślę; że musiał należeć do tych, co to szklankę zawsze widzą pustą i musiał mieś sam ze sobą problemy. Tacy ludzie emanują smutkiem. To znaczy, atmosfera wokół nich jest smutna i beznadziejna sama z siebie. Takich ludzi się zazwyczaj unika, bo „zabierają” dobrą energię. Poza tym, nikt nie lubi smutasów 😉

No i Kryś, jak zwykle, natychmiast podchwyciła temat, po czym dzisiaj – proszę bardzo – mamy komiks!!!!!

A swoją drogą, Ryński chyba to zrobił umyślnie 😉 I już wiemy za co ten mściwy topór krzyżacki – ale to materiał na inną opowieść/komiks 😀

Bez komentarza…

PRZEGLĄD PRASY. Państwo pozwie Kościół, a ściślej to Muzeum Narodowe w Warszawie pozwie Bazylikę Mariacką w Gdańsku. Chodzi o zwrot 18 średniowiecznych dzieł sztuki – czytamy w „Dzienniku Gazecie Prawnej”.

Chodzi o dzieła unikalne w na skalę europejską, takie jak np. tablice Dziesięciorga Przykazań, rzeźbę Pięknej Madonny z 1410 r., ołtarze, skrzynie i świeczniki. Na początku lat 90. zostały one wypożyczone z Muzeum Narodowego bazylice, która teraz nie chce ich oddać. Nie pomogła mediacja ministra kultury. W tej sytuacji muzeum zdecydowało się na proces.

„Zabytki były od zawsze własnością Kościoła”

– To byłaby grabież. Jak trzeba będzie, użyjemy koktajlów Mołotowa, a zabytków nie oddamy – komentuje oburzony proboszcz bazyliki ks. infułat Stanisław Bogdanowicz w rozmowie z „DGP”. Ksiądz podkreśla, że zabytki są „odwieczną własnością Kościoła”, a zostały zagarnięte przez państwo w 1946 r. na mocy komunistycznego dekretu o mieniu poniemieckim i porzuconym. Kościół nie widzi żadnej możliwości pójścia na ugodę.

„Nie każdy historyczny właściciel ma prawo własności”

– Nie jest tak, że każdy historyczny właściciel ma prawo do dzieł, które są naszym dziedzictwem narodowym – odpowiada Agnieszka Morawińska, dyrektor Muzeum Narodowego. Według muzeum zabytki z Prus Wschodnich zostały w większości wywiezione przez Niemców, a państwo je odzyskało i sklasyfikowało. Morawińska twierdzi, że ksiądz nie podpisał nowych umów na użyczenie unikatowych dzieł.

Ksiądz nie wpuszcza konserwatorów

Dyrektorka muzeum zaznacza, że państwo mogłoby zgodzić się na przechowywanie przez bazylikę zabytków, ale według informacji muzeum są one narażone na kradzież i niszczeją. Proboszcz Bogdanowicz nie chce wpuścić konserwatorów, bo „w ten sposób uznałby, że muzeum ma prawo własności” wobec średniowiecznych fragmentów ołtarza. – Zabytki są w jak najlepszym stanie – utrzymuje ksiądz.

A jednak będzie komentarz:
Muzeum Narodowe w Warszawie – posługuje się argumentacją z piaskownicy. Instytucja Muzeów Narodowych w kraju jest skostniała i czas może przewietrzyć, tak kadry jak i zbiory… Przy sposobności pytanie: ile dzieł sztuki (bezcennych) marnieje w magazynach muzealnych z braku funduszy bądź niezrozumienie znaczenia dzieła? Może warto odwrócić sprawę i zacząć od tego…

Źle, że Muzeum, jako instytucja sztuki walczy przeciw Sztuce. Nie mówiąc już o szkodzie wynikającej z elementarnego braku zrozumienia spraw dotyczących odbioru (percepcji) dzieła sztuki sakralnej w oderwaniu od entourage’u.

No cóż… albo sprawa odbędzie się z wielkim hukiem, lub zostanie wyciszona i wszystko odbędzie się zza biurka. Muzeum boi się jak ognia stworzenia precedensu, bo wiele ma do oddania…

Obym się myliła.

Published in: on 8 lutego 2011 at 11:29  2 Komentarze  

Kanonik i jego fundacja

Nikt jeszcze nie „czytał” ołtarza ze Skolit!

Na te słowa zastrzygłam uszami, bo jak to możliwe, żeby takiego genialnego przekazu nie próbowano odczytać!

Ale – najpierw słów parę o osobie fundatora.

Otóż Johann Hannovius (bardziej znamy go, jako HANNOW) był siostrzeńcem Dantyszka, (synem Anny de domo von Hoefen). Urodził się w Gdańsku ( jak większość kanoników warmińskich). Edukację młodego mieszczanina sfinansował wuj. Sytuacja, jaką znamy z życiorysu Doktora Mikołaja Kopernika. I to nic nowego, wszak rodzina miała niejako obowiązek opieki nad dziećmi rodzeństwa. Takie zapisy można znaleźć w testamentach. Także Kopernik sprawował opiekę nad swoją owdowiałą gdańską kuzynką i jej przychówkiem.

Johann po szkole w Chełmnie posłany został na studia do Krakowa. W księgach uniwersyteckich został poświadczony w roku 1541. W stolicy trafił pod opiekę Stanisława Hozjusza. Prawdopodobnie zatrudniony był w kancelarii królewskiej.

Kanonikat fromborski objął w lutym roku 1546.   Jako, że w Kapitule obowiązywał zwyczaj stałej rezydencji przy katedrze,  osiadł na Wzgórzu Katedralnym. Jak wszyscy kanonicy – tak i on otrzymał i stallę i ołtarz po swoim poprzedniku oraz prawo do nabycia kurii i folwarku (allodium), przynoszącego niezły dochód.

Zmarł we Fromborku w roku 1575 i tam został pochowany. Tyle suche fakty. Jakoś nigdy dotychczas nie przyszło mi do głowy poszukać jego płyty nagrobnej…

Nie był jedynym z Hannowów w Świętej Warmii. Oprócz niego był tam też jego brat Kacper. Tytuł doktora obojga praw posiadł po studiach w Krakowie i w Rzymie, oczywiście także finansowanych przez wuja.  Od roku 1545 był kanonikiem warmińskim, i dziekanem kapituły kolegiackiej w Dobrym Mieście. W roku 1547 objął kanonikat we Włocławku. Przyjaźnił się z biskupem Marcinem Kromerem.

Tak na marginesie: to dzięki pewnej zapisce właśnie Kromera – do dzisiaj niejakiego Anonima nazywamy Gallem. Warto też pamiętać, że to właśnie   uczony biskup odnalazł kronikę (tzw. manuskrypt heilsberski).

A co do samego nazwiska Hannow – to warto również pamiętać postać Michała Krzysztofa Hanowa żyjącego w Gdańsku w latach 1695–1773. Piastował stanowisko profesora w Gdańskim Gimnazjum Akademickim. Równocześnie był bibliotekarzem i rozpoczął prace nad „Catalogus alphabeticus universalis Bibliothecae Senatus Gedanensis”. Był też wśród tych, którzy w 1743 roku powołali w Gdańsku do życia Societas Physicae Experimentalis (od roku 1753 zwane Die Naturforschende Gesellschaf). Nadto – Michał Hanow prowadził w Gdańsku regularne obserwacje meteorologiczne w latach 1739 – 1752 i używał „termometru będącego kombinacją termometrów florenckiego i Fahrenheita”.

Ale wracając do Hannowów we Fromborku… Prócz dwóch już wyżej wymienionych, rezydowali tam jeszcze Szymon i Walenty.

No i parę słów o samej wsi. Skolity (niem. Schlitt) leżą w gminie Świątki (woj. warmińsko-mazurskie), i dalej z nieśmiertelnej Wikipedii:

„We wsi znajduje się zabytkowy kościół parafialny pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny. Jest to długa budowla jednonawowa z pseudogotyckim chórem i transeptem (1907). Nawa wzniesiona po pożarze z 1708 r. na miejscu dwu wcześniejszych budowli. Nowy kościół konsekrowano w 1709 r. Wieża w dolnej części o konstrukcji słupowej, szalowana. Strop we wnętrzu świątyni z polichromią (1753-1763), wykonana przez Ferdynanda Guillerepsa z Dobrego Miasta. Ołtarz główny w stylu barokowym z 1684 r., z obrazem Adoracji Matki Boskiej z Dzieciątkiem przez grupę świętych. Obraz namalowany prawdopodobnie przez Jerzego Pipera z Lidzbarka Warmińskiego. W kościele znajduje się także zabytkowy, renesansowy tryptyk z 1557 r., ufundowany przez kanonika warmińskiego Jana Hanowa.

Nieopodal wsi znajduje się Jezioro Skolity. Położone jest w dorzeczu Pasłęki. Zajmuje powierzchnię około 40 ha, średnia głębokość jeziora wynosi 3,6 m. Brzegi porośnięte są drzewami głównie olchą.”

I tyle.

A tu – wieś na mapie:

A co to wszystko ma do ołtarza ze Skolit?

Otóż według tradycji w roku 1557 kanonik Johannes Hannovius  z Fromborka ufundował tryptyk do tamtejszego kościoła.

Tak przynajmniej podają oficjalne opisy. A jak było naprawdę?

J.S. wysuwa tezę, że ołtarz mógł być tak naprawdę ufundowany dla świątyni fromborskiej. Świadczyłyby o tym postaci NMP i Św. Andrzeja. Katedra fromborska bowiem dwojga wezwań jest: Św. Andrzeja – to tradycja przyniesiona z Braniewa, i NMP – to już tradycja fromborska.

No i dalej to już sama radość czytania obrazu, ba! całego tryptyku:

Parę uwag  nasunęło nam* się na gorąco, bowiem odpowiedzi na liczne pytania są aż nadto czytelne w obrazie głównym. Dość na tym, że spędziłyśmy dwa dni przed ołtarzem, zawzięcie dyskutując ;).

A upraszczając (baaaaardzo upraszczając) – mamy tu siedem sakramentów, i Fundament Świata (ciekawe, że potrzebuje aż tak mocnych łańcuchów ;)), jest też dziesięciu Doktorów Kościoła

(no i klops: otóż podczas tłumaczenia tego tekstu do mojego angielskiego bloga dotarło do mnie – że przecież część z tych Doktorów ustanowiona została dopiero w latach 1567-1588, więc nijak się to ma do czasów fundacji ołtarza?!  Którzy to więc są, skoro „tych” Czterech (Św. Ambroży, Św. Augustyn, Św. Grzegorz Wielki i Św. Hieronim) jest wymienionych na Fundamencie Świata?  Niestety moja wiedza teologiczna jest – delikatnie mówiąc – mierna ;)) Czy więc odczytując 4 Doktorów Kościoła między Apostołami na fasadzie Kościoła, można zakładać, że postaci z krzyżami to Prorocy???

No i już wiem, jak mało wiem 🙂 Dziękuję Pani B.S. (jak zwykle niezawodnej!) za niezmiernie cenne uwagi !!!!

Otóż tych dziesięciu, to nie żadni Prorocy, ani Doktorzy Kościoła. Tu zacytuję:

„Tych 10-ciu mają tiary, a więc to papieże – taka swoista oś Kościoła. I chodzi tu bardziej o ideę, niż o konkretne osoby”

Przepraszam za jakość, ale to wina operatora (czyli moja)

A wkraczając na bardziej stabilny grunt – ciekawy jest czas powstania fundacji. To czasy Soboru Trydenckiego i okres tuż po Wojnach Szmalkaldzkich. Z tego przecież  powodu zawieszono obrady soborowe. (kwietniu 1552). Nadto w otoczeniu kanonika wciąż żywo dyskutowane były sprawy odstępstwa od wiary na własnym podwórku. Zachowała się korespondencja między kanonikiem a jego wujem dotycząca Aleksandra Scultetiego (jakże znane gdańskie nazwisko pojawia się w  życiorysie tego zdolnego człowieka).

Nie tak daleko przecież znajdował się dwór Księcia Albrechta Pruskiego. A  tam jednym z bardziej zaufanych dworzan był Georg von Kunheim, którego syn został zięciem samego Marcina Lutra.

W samym Królewcu działała Albertyna (patrz: Jerzy Serczyk „Albertyna – Uniwersytet w Królewcu (1544-1945)…

Wklejam łącze do nadzwyczaj interesującego artykułu, jaki popełnił prof. Janusz Małłek, a jaki może dać obraz tego, co działo się „pod powierzchnią” codzienności warmińskiej  (bo w tym przypadku to akurat nas interesuje ).

W tym niewątpliwym chaosie, jaki zapanował nagle dokoła, sama Święta Warmia miała być przecież wysepką katolicyzmu…

I tak też można próbować odczytywać obraz.

Na oceanie protestantyzmu  – wyspa z ustalonym Porządkiem Świata; łańcuch zależności, czy przywiązań, łączy wszystkich. A może to Wiara spina ich niczym łańcuch… Wiara silnie osadzona, bo wychodząca od Eklezji.

I tu błędnie zinterpretowałam – bo: to Wiara jest bazą Kościoła.

Mimo całego szacunku tak dla intencji twórcy jak i fundatora, oraz do znaczenia przekazu – jednak postać poganina, dosłownie przywalonego Budowlą Kościoła, i rozpłaszczonego zupełnie – robi KOLOSALNE wrażenie 😀

Ale… zaraz nasuwają się refleksje zmuszające do powagi. Otóż myślę tu o zachodnim portalu katedry fromborskiej. Kapitalne opracowanie M. Lubockiej-Hoffmann pt. „Ikonografia wystroju kruchty katedralnej we Fromborku” można znaleźć w  Komentarzach Fromborskich (Zeszyt V).

… trudno (bowiem) znaleźć w ówczesnej Europie kościół o podobnej myśli przewodniej  i podobnym porządku ikonograficznym, trudno choćby dlatego, że Europa w tym czasie była już cała chrześcijańska…

… Autor projektu stworzył program, który niósł najważniejsze, najbardziej uniwersalne myśli dla ówczesnego społeczeństwa warmińskiego.

To był w obliczu ówczesnego zagrożenia pruskiego przekaz bardzo na czasie. A dlaczego tutaj o tym, w kontekście Ołtarza ze Skolit, dwa wieki późniejszego?

No, bo „nowi Prusowie” zagrozili Świętej Warmii, i to znacznie niebezpieczniejsi, bo odbierający „owieczki Pasterzowi”: protestantyzm. Postać Poganina zduszonego przez Kościół jest aż nadto wymowny. Dlatego też, między innymi upieram się, że w czterech narożach obrazu głównego widzimy Marcina Lutra, Ulricha Zwingli, Jana Kalwina i Filipa Melanchtona. Może się mylę ;), ale takie było pierwsze wrażenie. Naiwna wiara fundatora, że mury kacerstwa runą, każe znowu odwołać się do artykułu prof. Małłka.

Można dyskutować na temat warsztatu malarza, ale jedno jest pewne, że propaganda mu wyszła dobra.

Nie dziwi więc cytat z Psalmu 67:

„… mons in quo beneplacitum est Deo habitare in eo; etenim Dominus habitabit in finem…”

I żeby nie było, że moja łacina i znajomość psalmów nagle tak się poprawiły – to dziękuję Krysi Jarosławskiej, za pomoc 🙂 .

„patrzycie z zazdrością na górę, gdzie się Bogu spodobało mieszkać, na której też Bóg będzie mieszkał na zawsze”

Wiele jest szczegółów w obrazie głównym, nakazującym nastawić ucha historii i Historii, a także nawet zwykłym plotkom. Skoro plotki, to natychmiast pojawia się postać Pawła Płotowskiego. Nade wszystko jednak – przyda się staranna lektura   korespondencji Hannowa z Dantyszkiem.

Nie napisałam tu wszystkiego, co można bądź odczytać, bądź intuicyjnie zrozumieć z przekazu na obrazie… To wszystko jeszcze przede mną 🙂

Tu jednak niesłychanie ważny jest kontekst fundacji – który wyżej zasygnalizowałam. A to temat rzeka!!!

Z naiwnych oczu fundatora bije pokora i spokój… Zastanawiam się, czy fundując ołtarz o tak dużym ładunku propagandowym miał nadzieję, na zażegnanie niepokojów. I mam tu na myśli głównie niepokoje dusz.

Do tego artykułu będę pewnie wracała, bo nie da się zamknąć przekazu Ołtarza ze Skolit raz na zawsze. A więc to będzie jeden z tych moich artykułów, który co jakiś czas pewnie będzie ulegał modyfikacji 😀

*   /   *

* nam: to znaczy Desantowi Gdańskiemu. Desant Gdański składa się generalnie z Agi S., Ewy H., Gosi H., Danuśki L. i mnie. Czasem Desant ulega chwilowemu zdekompletowaniu. Ale generalnie najlepiej podróżuje się nam wspólnie, bo nadajemy na tych samych falach ;), bowiem wszystkie jesteśmy przewodniczkami.

Znowu Frombork – zimowo

Załączam  parę pofromborskich reminiscencji fotograficznych. Na razie bez detali, bo dopiero zbieram myśli… A jest CO zbierać. Bowiem dowiedziałyśmy się wiele nowego. I jakoś muszę te nowości oswoić, żeby je opisać.

A na razie parę zdjęć i krótki filmik z biciem DZWONÓW.

Nigdzie indziej dzwony nie brzmią tak dostojnie, jak właśnie na Wzgórzu Katedralnym we Fromborku.

To międzywale w Leszkowach, zdjęcie zrobione z PKS-u w drodze DO Fromborka
ten pomniczek niezmiennie z niesłychaną mocą przyciąga obiektyw…
praca Macieja Meyera z Kaplicy Szembeka. Wreszcie w całości 🙂
Fragment świecznika Schlaubitza
Inny świecznik, od lat taksamo zachwycający
Czekając na…
… tędy do Braniewa
nocne 3 krowy na gzymsie
Rozświetlone Wzgórze Katedralne
Specjalna dedykacja dla Desantu Gdańskiego 🙂
No i przebój wystawy – Ołtarz ze Skolit… Pełen informacji i wciąż nieodczytany. Kto nie widział, niech się spieszy bo wystawa tylko do maja/czerwca b.r.

O tych, których nie spotkałyśmy jeszcze, napiszę może kiedy indziej…  Ich obecność jest może nawet bardziej wyczuwalna, niż tych w malborskiej Kaplicy Św. Anny.

Tyle na razie… Akumulatory doładowane, na czas jakiś. Następna wizyta już wkrótce. A co najważniejsze – w tym sezonie mam sporo grup do Fromborka. I z pewnością, jak zwykle, wszyscy wyjadą stamtąd zauroczeni tym „miejscem na końcu świata”, jak pisał Doktor Kopernik.

Dziękuję :)))

Mili Wszyscy 🙂

Dziękuję za głosy na mojego bloga. Wywindowaliście mnie na 28 miejsce. Jak na bloga raczej dla koneserów niż konsumentów – to niezwykle wysoko.

Nie ukrywam, że nie bardzo widziałam się (a raczej bloga) w tym wyścigu.  To nie moje bajka 😉

Ale – zainspirowała mnie dziewczyna, która coś tam kiedyś pisała o sztuce zdobienia pazurków (babskich oczywiście).

Jej słowa „wyleź spod szafy” bardzo mi się spodobały. Stąd moje zgłoszenie.

A teraz z ulgą zdejmuję ze strony znaczek o konkursie i wracam do pisania póki sezon się nie rozkręci na dobre.

A z innej beczki – ostatnie dni to wielka radość dla mnie – i prawdziwy sukces – ale o tym wie doskonale Pani S.S. z PAN  (bo to dzięki niej) i prof E.R. z Uniwersytetu w Padwie.

Siadam więc do tłumaczenia bloga na tourpoland.wordpress.com.

Raz jeszcze dziękuję wszystkim i zapraszam do czytania i … komentarzy 🙂

 

Published in: on 20 stycznia 2011 at 15:53  2 Komentarze  

Kadyny – miejsce magiczne

Kadyny to mała wieś w województwie warmińsko-mazurskim, zamieszkała przez ok. 600 osób. Położona jest nad Zalewem Wiślanym na terenie Parku Krajobrazowego Wysoczyzny Elbląskiej i Rezerwatu Kadyński Las.

Tyle suche, encyklopedyczne fakty.

Ale gdy się do Kadyn zajedzie – od razu czuje się atmosferę Dużej Historii. I to nie tylko ze względu na pobyt rodziny cesarza Wilhelma II.

Lubię Kadyny, bo leżą na trasie do Fromborka. Od lat tamtędy jeździmy – na „doładowanie akumulatorów” przed każdym sezonem. I od lat trasa wiedzie tamtędy, żeby nie wiem co! Kadyny po prostu stały się częścią rytuału 😉

Ale od początku…

Historia Kadyn ginie w mrokach … legendy. Taki właśnie początek opowieści byłby najlepszy.

No to zacznijmy od legendy – wszak to prof. Widacki kiedyś powiedział, że z legendą się nie walczy, legendę się wyznaje…

A więc….

Kiedyś, Dawno, Dawno, Temu… w czasach, gdy bohaterowie sag rządzili światem i zza każdego rogu mógł wychynąć smok…

Otóż w owych czasach wyspą oblaną Morzem Estów, a zwaną Gepedoios, rządził władca potężny i znany z waleczności. Nazywał się Hogos. Jego imię powtarzane było z szacunkiem wszędzie, gdzie tylko dochodziły statki wędrowców. I w zasadzie byłby władcą szczęśliwym, żeby nie rzec – spełnionym, gdyby nie to, że zamiast tak pożądanego syna miał… aż trzy córki.Mitę, Cadinę i Pogesanę.

Fakt ten spędzał mu sen z powiek. Na próżno usiłował wychować dziewczyny w duchu wojowniczym, one i tak skłaniały się ku łagodności. Pełne miłości do terenów, na których się wychowały i do ludzi, którymi miały w przyszłości rządzić, nijak nie spełniały pokładanych w nich nadziei ojca. Ten w końcu stracił wszelką nadzieję, i zostawiwszy je w zamku chronionym przez nadprzyrodzone moce, a zwanym Tolko, pewnego razu przepadł bez wieści.

Jako, że to Mita była najstarsza, objęła rządy po ojcu i została na zamku. Zamek odtąd nazywany był przez miejscowych TolkoMita. Jako, że jak wspomniałam dziewczęta były istotami łagodnymi, tak też i Mita chciała rządzić. Bez użycia magii i bez straszenia zemstą mocy nadprzyrodzonych. Chciała rządzić poddanymi, którzy nie odczuwaliby strachu na każdy dźwięk burzy, czy szumu drzew. Którzy by potrafili kochać, i współczuć. I tak się stało. Pod wpływem jej mocy – mieszkańcy okolicy stali się wolnymi wprawdzie od zabobonnego strachu i zdolnymi do samostanowienia, ale … śmiertelnikami, bezradnymi wobec chorób czy śmierci. Nadto, skoro zostali uwolnieni od czarów, to posiedli zdolność decyzji. I wkrótce rozproszyli się po ziemiach przyległych. Zatracili zdolność porozumiewania się – jak budowniczowie biblijnej Wieży Babel – przestali się nawzajem rozumieć. Zamek popadł w ruinę, i tylko nazwa malutkiego uroczego miasteczka nad Morzem Estów – Tolkmicko, przypomina o władczyni, która chciała rządzić sercem.

(Na marginesie – warto pamiętać, że burmistrzem Tolkmicka było prekursor rokoka na Warmii – Krzysztof Perwanger)

Siostry pozostały przy magii, ale musiały odejść z zamku. I tak najmłodsza siostra – Pogesana – stała się słynną wieszczką, i wzięła pod opiekę całą krainę, nad którą niegdyś miał władzę jej ojciec. I od jej imienia kraina wzięła swoją nazwę – Pogezania.

Zaś średnia z sióstr – Cadina znalazła sobie miejsce do życia całkiem niedaleko rodzinnego zamczyska. Otóż zamieszkała w magicznym miejscu, pełnym „mocy i sił tajemnych”. Tutaj mogła rozwijać swój talent wróżbiarski. Zaczęła też patronować ludziom czułym na piękno, a także to piękno tworzącym. A łatwo było – bowiem miejsce, gdzie osiadła okazało się bogate w pokłady gliny, z której Cadina nauczyła ludzi lepić cudeńka. I w ten sposób siedziba średniej siostry stała się miejscem serdecznym, otoczonym miłością i opieką Wróżki. Tu było bezpiecznie i dobrze żyć.

Dzisiaj to miejsce na cześć owej średniej siostry nosi nazwę Kadyny.

Tyle legenda.

Naukowcy jak zwykle wszystko musza udowadniać, odrzeć z romantyzmu 😉

I tak – językoznawcy uważają, iż nazwa Kadyny – pochodzi od staropruskiego  albo od litewskiego – kudas, kuds. Znaczy to „jałowy”, „chudy” czy wręcz „biedę”, „niedolę”, a także „wygnanie”. Pewnie koledzy z forum Prusai będą wiedzieć lepiej, wszak wskrzeszają język…

Historia tego miejsca – ta ludzka – wspomina o miejscowości po raz pierwszy w 1255 roku. To czasy państwa krzyżackiego. Kadyny były siedzibą komornictwa, a później okręgu leśnego, który podlegał komturowi elblaskiemu. Znajdował się tu folwark zakonny i zameczek myśliwski. Potem Krzyżacy zbudowali tu dwór obronny.

W 1431 roku właścicielem Kadyn w został Jan Bażyński, który dobra te otrzymał w zamian za długi zakonu (jak zresztą większość na tych terenach). W roku 1605 ostatni z Bażyńskich – Ludwik z żoną Anną z Białobłockich sprzedali Kadyny miastu Elblągowi. W 1682 roku właścicielem Kadyn został Jan Teodor Schlieben. Warto o nim pamiętać w kontekście porwania i śmierci Christiana von Kalckstein, bowiem też należał do opozycji antyelektorskiej. Nawet schronił się w Koronie – tuż po egzekucji Christiana. Potem przeszedł na katolicyzm i ufundował klasztor bernardynów w Kadynach właśnie, za pełną aprobatą biskupa Radziejowskiego

Po jego śmierci w 1695 roku dobra kadyńskie odziedziczył jego najstarszy syn Ernest Zygmunt Schlieben, który odsprzedał wieś Stanisławowi Działyńskiemu (ten Działyński był starostą kiszewskim). Kadyny odziedziczył po nim Jan Ignacy Działyński. A potem znowu pojawiają się tu Schliebenowie – otóż wojewoda inflancki Jan Wilhelm Schlieben (młodszy syn Jana Teodora Schliebena) odkupił miejscowość od Ignacego Jana Działyńskiego.

W 1786 roku wieś kupił pruski generał hrabia Wilhelm von Schwerin.

Zatrzymam się przy Schwerinach, nie dlatego, że jakoś specjalnie ich lubię. Raczej robię to przez sentyment dla Wilhelma – i jego megalomanii. To on kazał wyrąbać szeroką przesiekę w lesie od przystani w Kadynach i tam jego prywatna armia rozpalała pochodnie, kiedy hrabia przybywał do majątku. Bo miał zwyczaj przybywać tam wyłącznie wodą.

Tenże hrabia lubił wino i był jego znawcą… Miał też swojego dostawcę w Szczecinie. Kiedyś zakwestionował jakość którejś z partii. I napisał do handlarza stosowny list. Na co dostał równie stosowną odpowiedź:

„Drogi mój Hrabio Schwerinie
Gdy jadasz ser, nie mocz go w winie,
Inaczej żadne z mych przednich win w Kadynie,
Nie zasmakuje Ci jak w Szczecinie…”

[Za: Dariusz Barton „Kadyn historia niezwykła”]

Następnym właścicielem Kadyn został kanonik kapituły warmińskiej Ignacy Stanisław Matthy.

Miejscowość była jeszcze kilkukrotnie sprzedawana, aż w roku 1817 jej właścicielem został Daniel Birkner – kupiec z Elbląga. Po nim, w 1827 Kadyny odziedziczył jego syn – Eduard Birkner.

I tu zaczyna się Wielka Historia Kadyn. Otóż Eduard Birkner zapisał wieś w testamencie cesarzowi Wilhelmowi II. Cesarz Wilhelm nakazał budowę w Kadynach letniej rezydencji cesarskiej (która to obecnie z roku na rok w coraz gorszym jest stanie…).

Tak pałac wyglądał kiedyś

tak wygląda dziś...

Jedynie herby wciąż sie pysznią

Przekazanie majątku przez Edwarda nastąpiło testamentem – co oprotestowała rodzina (Edward był ponoć skłócony z rodziną). Żaden jednak adwokat nie chciał podjąć się wystąpienia przeciw majestatowi cesarskiemu. I tak zostało. Ale ciekawie o kulisach transakcji można przeczytać TUTAJ.

Jakby nie było – 15 grudnia 1898 roku, Kadyny stały się własnością cesarza.

Cesarz Wilhelm II wybudował w Kadynach letnią rezydencję oraz nową wieś wg projektów berlińskich architektów w tzw. Stylu Zakonnym (Ordenstil). Zachwyca do dzisiaj świetna architektura, i doskonałe rozplanowanie wsi.

W latach 1937 – 1944 mieszkał tu wnuk Wilhelma II, ks. Ludwik Ferdynand z rodziną. Opuścił majątek uciekając przed Rosjanami ponoć w ostatniej chwili. Jak zeznał jego kamerdyner na procesie Gauleitera Forstera – Książę uciekł w dzień swych urodzin, wciskając się przez okno do przepełnionego wagonu kolejowego.  Żoną Ludwika Ferdynanda Pruskiego była księżna Kira, córka wielkiego księcia Cyryla Romanowa (było to małżeństwo z wielkiej miłości, ale to już inna historia).

W latach 1902-05 wybudowano w Kadynach szkołę.

A w roku 1905 z polecenia cesarza powstała w miejscowości manufaktura ceramiczna „Majolika-Werkstatt Cadinen”, specjalizująca się w produkcji majoliki na potrzeby dworu. Wykonano z niej również ceramiczne ozdoby w Gdańsku (w tym zachowany do dzisiaj wystrój sieni i sali operacyjnej dzisiejszego budynku NBP), a kadyńskie wyroby doceniano w kraju i za granicą. W Kadynach produkowano kopie ceramiki greckiej, czy etruskiej, a także kopiowano włoski renesans.

Z małej 9-osobowej fabryczki – manufaktura rozrosła się do zakładu zatrudniającego 50 osób. Wypracowano też własne charakterystyczne wzornictwo a także kolorystykę. Wyroby sprzedawano w sklepach firmowych w Berlinie, Elblągu, Hamburgu, czy Stuttgarcie.

„Kadyńska terakota charakteryzowała się naturalnym bladoczerwonym kolorem. Majolika była malowana i szlifowana, a fajans — pokrywany polewą cynową. Fabryka wypracowała własne receptury farb.

Z Kadynami współpracowała grupa znanych niemieckich artystów. Doradcą cesarza był berliński rzeźbiarz Ludwig Manzel. Projekty wyrobów wykonywali m. in. prof. rzeźby Karol Begas, malarz Paul Heydel, rzeźbiarz Albert Heinrich Haussmann, autor licznych figurek kadyńskich koni, medalier i rzeźbiarz August Vogel. Każdy projekt musiał zyskać osobistą akceptację Wilhelma II. Po pierwszej wojnie światowej cesarz musiał udać się na wygnanie, „Majolika” — przeszła na produkcję masową. Dzięki determinacji kierującego zakładem Wilhelma Dietricha, wychowanka Paula Heydela, kadyńska ceramika nie straciła na jakości. Obok naczyń, serwisów i innych użytkowych przedmiotów, zaczęła wytwarzać charakterystyczne figurki zwierząt — koni, byków, łosi, ptaków, psów w kolorze kadyńskiej glinki. Były figury w stylu art déco oraz ceramika łączona z bursztynem i srebrem.

W Kadynach powstała także ceramika architektoniczna, na wyposażenie budynków i pałaców. Do dzisiaj można ją oglądać na stacji metra berlińskiego przy Teodor Heuss Platz; w holu zakładu kąpielowego w Wiesbaden. Także kasetonowy strop w holu siedziby NBP w Gdańsku i płaskorzeźba z kogą na jednym z budynków w Tolkmicku pochodzi z kadyńskiej „Majoliki”.

Zakład pracował do wybuchu wojny. W Polsce kadyńskie wyroby zostały zapomniane. W fabryce mieściły się potem zakłady ceramiki zabytkowej. Brak katalogów, zniszczenia i powojenne grabieże spowodowały, że okadyńskiej ceramice niewiele wiemy, a ona sama rzadko gości na aukcjach i w antykwariatach.

Obecnie największy zbiór kadyńskiej ceramiki (ok. 40 dzieł) znajduje się w muzeum w niemieckim Münster.”

(za http://new-arch.rp.pl/artykul/201850_Zapomniane_bogactwo.html)

… kiedyś chciałam za ciężkie pieniądze odkupić popielnicę z jaszczurką… produkcja seryjna z lat 30-tych dla wojska,znaleziona … podobna do tej poniżej. Nie udało mi się 😦

Przeminęły lata świetności miejsca, pałac stoi pusty i z roku na rok coraz bardziej zaniedbany. W zabudowaniach stajennych mieści się hotel (z bardzo smacznym ciastem czekoladowym i przemiłą obsługą).

A wieś?  No cóż… boryka się z problemami typowymi dla wsi polskich dzisiaj. Czasem wydaje się, że mieszkańcy pozostawieni zostali sami sobie. Ale w tym wypadku – może to i lepiej… Widać zmiany – i są to zmiany na lepsze.

Zdecydowanie warto zajrzeć do Kadyn – choćby na kawę i ciastko do hotelu, a potem koniecznie iść do Dębu Bażyńskiego (ponoć w czasiach I wojny światowej mieściło się nim do 11 żołnierzy)… Koniecznie należy przejść się trasą wyrąbaną przez służbę dla szalonego megalomana i miłośnika wina.

Dąb Bażyńskiego w Kadynach, fot. © emazury.com

Kadyny zdecydowanie mają w sobie to „coś”. Może to historia wielkiej miłości, jaka połączyła Ludwika Ferdynanda i Kirę? Ale to materiał na osobną historię 😉

Stutthof i Sztutowo

Zeszłotygodniowy Wiadomy Zamek w styczniowej ciszy i mgle. Bez pośpiechu i bez tłumów.

A potem nagła decyzja – niedaleko jest Stutthof. Niecała godzina do zamknięcia. A gdyby tak zdążyć… Vitas wycisnął z autokaru „siódme poty”. Zdążyliśmy. Na 25 minut przed zamknięciem wkroczyliśmy na teren obozu.

Pomijam fakt, że to była chyba moja najkrótsza tura po obozie, ale tym razem mimo sprintu – wrażenie było może najpełniejsze. Grupa młodzieży, świetnej zresztą, ze Stanów, zareagowała przecieraniem oczu na widok i zapach baraków.

I jak zwykle pytania, czy bardzo przeżywam każdorazowe oprowadzanie po takich nieszczęściach i jak daję sobie z tym radę.

Nie oprowadzam po nieszczęściach. Ja oprowadzam po nadziei.

Gdybym miała oprowadzać po nieszczęściach tylko, zwłaszcza po tłumaczeniu tekstów do filmów tam wyświetlanych – to pewnie bym z krzykiem uciekła…

Miejsca martyrologii – przy całej tragedii zawartej w ich historii mają  w sobie właśnie Nadzieję na Przetrwanie.

Szkoda, że zniknęły plansze z opowieściami świadków historii. Była to niezmiernie ciekawa i pouczająca wystawa. Także dla malkontentów, wszędzie widzących przysłowiową szklankę pustą do połowy.

Niestety już nie istnieje w sieci kapitalna strona z monografią KL Stutthof! Można wprawdzie kupić ją (tzn. monografię) jeszcze w sklepiku muzealnym – ale… nie każdy przecież zapędza się na ten kraniec Polski.

Z innych rzeczy, których nie ma… otóż zniknęła tablica z zewnętrznej ściany krematorium nieopodal szubienicy – poświęcona działaczom konspiracji pomorskiej: St. Lesikowskiemu, L. Łanieckiem i L. Cylkowskiemu. Czemu?

Przy każdej wizycie zastanawia mnie, jak rzadko słychać ptaki na terenie obozowym i przyobozowym. Niedawno słyszałam i widziałam dzięcioła, ale to przy stosie całopalnym, czyli w lesie…

I zastanawia mnie człowiek o ciemnych włosach i raczej grubych rysach i południowej urodzie. Widać go na paru zdjęciach z początku wojny w Gdańsku. Jest w książkach, spotkamy go też na planszy na Westerplatte, a także w Muzeum Stutthof w baraku VIII.

Widziałam trzy zdjęcia z owym człowiekiem. Najpierw stoi wraz z innymi aresztowanymi – z podniesionymi rękami gdzieś na ulicy, przed witryną „Salon Schott”, i to samo miejsce, ale ręce mają wszyscy opuszczone. Potem widzimy go znowu – jak je posiłek na stercie cegieł podczas budowy obozu. Koszulka z krótkimi rękawami już nie jest biała, i Człowiek już nie ma szelek u spodni. Je z miski – jeszcze białej i jeszcze emaliowanej.  Kim jest ?

–        *       –

Stutthof ma skojarzenia jednoznaczne, i kiedy się przyznaję, że lubię tam jeździć (mimo rzadko słyszanych ptaków) – ludzie patrzą na mnie dziwnie…

A tymczasem historia tego miejsca sięga daaaaaaaaawnych czasów – bo tych sprzed naszej ery. A na początku naszej ery z Sambii przez Mierzeję i dalej do Rzymu prowadził słynny szlak bursztynowy.

Potem – to znaczy przeskakując kilka wieków – po zdobyciu tych terenów przez Krzyżaków, obficie zalesiony teren Mierzei stał się (w XIII i XIV wieku) terenem łowieckim. Panowie zakonni, jako właściciele ziemscy posiadali przywilej rybołówstwa w rzekach, przy ujściu Wisły i w Zalewie Wiślanym. No i dodatkowo Zakon pozyskiwał bursztyn – a mając na niego monopol, czerpał z handlu całkiem spore zyski. Sprawa bursztynu w państwie zakonnym to zresztą osobny i niezmiernie ciekawy temat (bodaj TV Discovery czas jakiś temu nakręciła świetny dokument o bursztynie w państwie zakonnym). Dość wspomnieć, że cały zebrany bursztyn musiał być sprzedawany Zakonowi. Za zatajenie posiadania tego „magicznego kamienia Bałtyku” groziła nawet śmierć. Ciekawe jest prześledzenie powiązania czasu powstania pierwszych cechów bursztynniczych na przykład w Gdańsku – z „odejściem” Zakonu z Pomorza Gdańskiego.

A wracając do Sztutowa – często nazywamy go po prostu Stutthof. Po staremu. I nieczęsto zastanawiamy się nad pochodzeniem nazwy. A to właśnie tu – Krzyżacy założyli hodowlę klaczy – i to dało nazwę Studhoff (dwór klaczy, Stude=Stute – kobyła, klacz).

Niedaleko istniał też Czerwony Dwór (Rotenhof lub Rotenhaus). Jego położenie określa się z dużym prawdopodobieństwem pomiędzy Sztutowem a Kobbelgrube (wschodnia część Stegny). Jako, że było to miejsce, które często odwiedzali wielcy mistrzowie, więc przypuszcza się, iż był raczej rezydencją, a nie ośrodkiem gospodarczym na większą skalę.  Tutaj wydawano między innymi dokumenty lokujące osady czy nadające karczmy. Wprawdzie dwór uległ zniszczeniu podczas wojny (trzynastoletniej), ale w jego pobliżu – najprawdopodobniej w namiotach – prowadzono pertraktacje polityczne przygotowujące do zawarcia pokoju kończącego wojnę trzynastoletnią. Owe rokowania toczyły się tutaj między 30 sierpnia a 3 września 1456 roku, w „przytomności” Jakuba z Szadka i niejakiego Jana Długosza. Dzisiaj przypuszcza się, że teren rokowań – położony był bliżej kościoła w Stegnie – czyli w Kobbelgrube.

W wieku XV Stutthof znalazł się na szlaku pocztowym z Gdańska do Królewca, kiedy to osady na Mierzei zyskały połączenie drogowe.

Problemem dla całej Mierzei stało się wycinanie porastających je lasów. Spowodowało to uruchomienie wydm i zasypywanie przez piasek miejscowości i lasów. Niebezpieczeństwo udało się zażegnać dzięki metodzie stopniowego opanowywania wydm przez sadzenie traw, a później lasów. Metodę tę zastosował w I połowie XIX w. Duńczyk Sören Biörn.”

Powyższy cytat pochodzi ze strony:

http://www.wrotapomorza.pl/pl/bip/gminy/stegna/gmina_stegna/strategia/dokumenty/strategia_dokumenty

(nie mogę znaleźć numeru Jantarowych Szlaków z całkiem ciekawym artykułem o pomyśle Duńczyka na unieruchomienie wydm).

W razie, gdyby komuś dane było oglądać mapę z roku 1600 – sporządzoną przez mierniczego gdańskiego Friedricha Berndta – to należy pamiętać, że to nie Czerwony Dwór tam można zobaczyć, a dwór, który wybudowano później. A związany jest z historią rodziny Schopenhauer (przypominam, to z tej rodziny wywodził się Artur Schopenhauer).

Potem, po wiekach zdecydowano, aby utworzyć tu fabrykę śmierci.

Dzisiaj z reguły rzadko komukolwiek przychodzi do głowy by zastanawiać się nad długą i ciekawą historią tego miejsca. Niemcy w 1939 roku, tworząc tu obóz koncentracyjny, skutecznie ujednolicili kryteria postrzegania tego terenu…

A jednak, jeśli ktokolwiek się zapędzi do Sztutowa, niech nie ogranicza się wyłącznie do terenów Muzeum KL Stutthof. Warto wybrać się na spacer nad morze. Tu plaża jest znacznie przyjemniejsza niż te w Trójmieście, bo nie jest tak tłoczno i gwarno, ani brudno… Tu jeszcze można odpocząć od zgiełku  i cywilizacji.  Jest się gdzie zatrzymać na noc – a i jedzonko podają niezłe… A ze Sztutowa można robić całkiem ciekawe wypady I nie mam tu wcale na myśli Krynicy Morskiej…

No i można poczuć się jak w Holandii. Ale o tym to trzeba już się samemu przekonać 😉