Gdański herb z Nowego Dworu Gdańskiego

Jesienią 2008 roku uczestniczyłam w arcyciekawej konferencji poświęconej gotyckim kościołom na Żuławach. W trakcie dwóch dni konferencyjnych mieliśmy także „zajęcia w terenie”. No i oczywiście odwiedziliśmy Muzeum Żuławskie w Nowym Dworze Gdańskim. Jeszcze przed remontem, zanim zyskało nowy wymiar.

Jako, że od lat – wszelkiego rodzaju „zagwozdki” i zagadki wprost mnie uwielbiają i czepiają się mnie prawie nagminnie, tak też i było tym razem…

Otóż po wejściu do nieco mrocznego budynku Muzeum nowodworskiego, gdzie zgromadzone są stele mennonickie – w oko wpadła mi kamienna tablica z herbem. Tak tablica jak i herb nie pasowały ani stylem ani i treścią do miejsca.

PAX INTRANTIBUS ET SALUS EXEUNTIBUS HK 1597 HANS KLASZ 1747

tablica ze zniszczonym kartuszem herbowym i inskrypcją: PAX INTRANTIBUS ET SALUS EXEUNTIBUS HK 1597 HANS KLASZ 1747

Nikt nie potrafił mi odpowiedzieć na pytanie o pochodzeniu tablicy. Jedyne, co było pewne – to to, że obiekt znalazł się tu podczas kwerendy w terenie, prowadzonej czas jakiś temu przez studentów.

Wróciwszy do domu – najpierw zerknęłam do Siebmachera, potem jeszcze do Hennebergera. Bo herb – mimo iż zatarty zdawał mi się być znajomy. Szczególnie klejnot. Byłam pewna, że przecież już ten herb widziałam!!! Tylko nie pamiętałam gdzie. 😉

Ale przekopanie się przez Siebmachera nie jest takie proste, jak się nie jest pewnym, czego się szuka. 😦 Toteż – jak zwykle w takich przypadkach zabrałam aparat i poszłam się odstresować i poszukać weny – do Mariackiego.

Znalazłam tam nie tylko wenę, ale i odpowiedź na moją zagwozdkę.

Otóż, gdy po raz „n-ty” fotografowałam epitafium burmistrza Schachamnna – robiąc zbliżenia herbów, zauważyłam TEN herb…

Herb Schwartzwaldów

Herb – nad belkowaniem po prawej stronie heraldycznej (zawsze czyta się odwrotnie do patrzącego – czyli nasza lewa, to prawa heraldyczna i odwrotnie)

c. d. n.

cz. 2 Schwartzwaldowie

cz.3 Lwi Zamek

Niezmiennie…

Dzisiaj (19 lutego) świętowałam urodziny Doktora Mikołaja K. w Wiadomym Zamku. Miałam świetną grupę, a raczej grupkę. 5 osób. Chcących wszystko zobaczyć; zrozumieć, poznać i poczuć średniowiecze… Dla takich „Zwiedzaczy” warto było jechać. 🙂

Ale zanim dotarłam do Zamku – jak zwykle rzemiennym dyszlem jechałam przez moje płaskie, zimowe i mokre Żuławy. I w ten sposób miałam swoje wagary – po drodze wprawdzie, ale tam wystarczy chwila i już ładuje się „akumulatory”.

Mam takie miejsce po drodze, które od 10 lat fotografuję o różnych porach dnia i w różnych porach roku. W oddali widać wał wiślany, wierzby żuławskie… pola… Widok, którego nie zamieniłabym na żaden inny. Wstąpiłam przy sposobności na cmentarz w Stawcu, żeby po raz kolejny zrobić zdjęcia steli. Nie zaglądnęłam do mojej psiej łapki, bo by mi już czasu nie wystarczyło na Wiadomy Zamek.

A wracając z Zamku, spotkałam sarenkę. Stała na samym środku drogi, spoglądając na mnie, kiedy zatrzymałam samochód w zachwycie. Tak się sobie przez chwilę przyglądałyśmy, aż w końcu sarenka pobiegła w pole. A ja nawet aparatu nie wyjęłam, zapatrzona w wielkie sarnie oczy i długie rzęsy. I dużą mokrą kichawkę. Śliczna była. I kichawka i jej właścicielka.

Świetna niedziela i godne obchody PanaKopernikowych urodzin.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Wiadomy Zamek styczniowo – górnolotnie

Był tam ów RYCERZ – człek zacny niezmiernie –
Co od swej pierwszej wyprawy strzegł wiernie
Cnót kurtuazji rycerskiej przygody,
Prawdę był cenił, honor i swobody,
Brał w pana swego wojnach udział czynny;
W krajach odległych bywał, jak nikt inny
Znał chrześcijańskie i pogańskie włości.
Wszędzie gdzie walczył, swej dowiódł bitności.
Był w Aleksandrii, kiedy ta upadła,
Na szczytnym miejscu zasiadał do jadła
Ponad innymi narodami w Prusach,
Bił się na Litwie, tępił miecz na Rusach.
Mało chrześcijan znajdziesz jego miary.

(za stroną http://tlumacz-literatury.pl, Przekład: Jarek Zawadzki, Studio Przekładu Literackiego)

Ten właśnie cytat z Opowieści Kanterberyjskich przychodzi mi do głowy, ilekroć wchodzę na Zamek.

Dlaczego akurat ten?

Malbork – zazwyczaj niemal pusty zimą – wciąż nie może się jakoś przebić w świadomości jako miejsce, które było jeśli nie NAJ, to jednym z NAJważniejszych średniowiecznego świata rycerskiego. Ośrodek władzy. Największa kupa cegieł średniowiecznej Europy, z największą w owej Europie salą, zdolną pomieścić 400 osób. I to właśnie tę salę wspomniał Geoffrey C. w zacytowanym wyżej urywku prologu do swoich Opowieści Kanterberyjskich… Nie musiał wymieniać Malborka – wszyscy, którzy się w owym czasie liczyli dla „świata”, wiedzieli GDZIE to jest i co to jest za miejsce.

Dla mnie Zamek zawsze był Miejscem Szczególnym (dlatego też MUSIAŁAM zostać tu przewodnikiem).

A więc – Malbork raz jeszcze wpadł mi w obiektyw. Zawsze mi wpada – za każdym razem inaczej. 🙂

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Malbork: poezja smaku – smak gotyku

Druga połowa 2011 roku upłynęła pod znakiem polskiej prezydencji w Unii Europejskiej. I w pewnym momencie, pod przewodnictwem Pana Jana Tombińskiego, Pomorze odwiedzili ambasadorowie akredytowani przy Unii.

Ponieważ miałam wielką przyjemność opiekować się ową zacną Grupą podczas wizyty, wiem, co i gdzie nasi Goście jedli.

I tu zdecydowanie warta jest wspomnienia wizyta w Malborku, jako że w pomorskim itinerarium grupy Ambasadorów znalazł się oczywiście Wiadomy Zamek.

A tam…

Bogdan Gałązka – Szef Gothic Cafe & Restaurant zgotował ucztę. Nie tylko dla podniebienia, ale także dla oczu. Zostało to zresztą docenione owacją na stojąco… Żałuję, że nie dysponuję zdjęciami z tej eleganckiej uczty…

Ale Gothic Cafe to nie tylko osobistości z pierwszych stron gazet, (a bywa ich tu sporo).

To także Akademia Kulinarna dla Dzieci i dla Dorosłych (frajda wielka, bo sama brałam w czymś takim udział), to obiady czy lunche dla gości tak Zamku, jak i Miasta Malborka (i nie tylko Malborka!). To wreszcie restauracja otwarta dla turystów odwiedzających Zamek tak w dzień jak i podczas nocnego zwiedzania Zamku. To także niezapomniane wesela. 🙂

A wszystkich – bez względu na ich status społeczny czy finansowy wita Bogdan. Z uśmiechem, serdecznie zapraszając do stołu. Bogdan jest Artystą, i jako taki czerpie radość z tego, że komuś się podoba aranżacja stołu, że smakuje danie, że ktoś docenia Jego starania. Starania Jego i Jego Zespołu.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

I niech nikt nie myśli, że ta restauracje jest okropnie droga. Oczywiście, jakość kosztuje, ale ceny są również na tzw. standardową kieszeń. A że podane to wszystko jest tak, jakby owa standardowa kieszeń należała do głowy koronowanej, to najlepszy dowód na to, że elegancko wcale nie znaczy rujnująco…

Menu przewiduje zaspokojenie wszelkiego rodzaju podniebień. Zarówno tych, dla których specjalna dieta jest wymogiem niemal ratującym życie, jak i tych, gdzie „zwykła fanaberia” pcha do poszukiwań coraz to nowych zestawień smakowych…

I jeszcze jedno – nie zdziwcie się, jak Bogdan „wyjedzie” z kuchni ze swoim słynny ciastkiem serowym… Wielkim jak cały Zamek… I jak oznajmi na widok Waszych wielkich oczu: „Phi, tu nie ma żadnych kalorii”… No bo nie ma… Według Bogdana – wyparowały, bo ciastko jest obcięte z czterech stron. I to tamtędy wyparowały kalorie 🙂

Od co najmniej 5 lat jadam Jego ciasta nie tylko serowe – BEZ kalorii – potwierdzam 🙂

(zdjęcia, jakie tu zamieściłam, a które powodują każdorazowo ślinotok – zostały zrobione przez Zespół Gothic Cafe & Restaurant)

Przezmark – z uśmiechem

… Zajechaliśmy nad jezioro tuż pod słynnym zamkiem w Przezmarku. Zaparkowaliśmy nieopodal bramy.

„Nie wchodzimy” powiedziałam i dodałam: „bo i tak nas zaraz przegonią…” (przemawiały przeze mnie doświadczenia z wielu wypraw i spotkań z nierzadko niesympatycznymi obecnymi właścicielami dawnych posiadłości). Ale mimo tego wzięłam z auta aparat… Po czym weszliśmy jednak na teren prywatny (brama była szeroko otwarta), gotowi wycofać się w razie potrzeby.

Dokoła słychać było odgłosy trzepania dywanów, szczekanie psów i ptaki. Wszystko oświetlało listopadowe słońce i czuć było dymy ognisk i palone liście.

Podeszliśmy kawałek pod górę dość stromym podjazdem, i nagle zza zakrętu wyłonił się dziedziniec. Był dosłownie zalany serdecznością. Naprzeciwko nam wybiegł pies merdający radośnie ogonem, a za nim – szedł Gospodarz – ze szczerym uśmiechem i gościnnym gestem, jakbyśmy byli długo oczekiwanymi, cennymi gośćmi…

Taki początek miała nasza wizyta w tym Wyjątkowym Miejscu.

Była to nasza pierwsza wizyta – ale na pewno nie ostatnia. Bowiem mimo jesieni głębokiej – tam akurat powiało wiosną 🙂 a to – zawsze przyciąga. Pan Ryszard – jakbyśmy znali się ze sto lat – zaraz zabrał nas na wieżę. Jakby wiedział, że nas to właśnie interesuje.

Nooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo!!!!

Gawędziarzem jest przednim, wiedzę ma dużą i chętnie się nią dzieli, robiąc to z ogromną swadą. Nie chcieliśmy nadużywać gościnności Gospodarzy, a nadto mieliśmy przed sobą jeszcze sporo kilometrów. Więc nasza wizyta nie była długa. Ale na pewno tam wrócimy, bo nie da się tak szybko – w drodze zwiedzić wszystkiego.

Nie byliśmy w chaszczach, które kiedyś były częścią zamku, nie usiedliśmy na chwilę, by wysłuchać dokładnie o zmaganiach Państwa v. Pilachowskich z szarą rzeczywistością. W naszym kraju, bowiem nie jest łatwo być „pozytywnie zakręconym”… Zostali Państwo von Pilachowscy docenieni przez Marszałka Województwa Pomorskiego stosowną plakietą… Szkoda, że nie stosowną kasą, ale jak wiemy – to problem ogólnopolski i wszyscy prywatni właściciele zabytków mają „pod górkę” (nie tylko finansowo zresztą). Tym bardziej cenni są tacy Pasjonaci.

Na razie więc – ograniczyliśmy się do wejścia na wieżę i zachłyśnięcia się pięknem miejsca, jak i serdeczną gościnnością Gospodarzy. Następnym razem z chęcią oglądnę raz jeszcze cudne cegły z inskrypcjami i wysłucham dokładnie historii zauroczenia Miejscem. Ale też chętnie wysłucham historii rodzinnej. Bo czasem wydaje mi się, że niektóre Miejsca z Historią mają moc przyciągania Ludzi z Historią. I Sercem do tejże.

🙂

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

a TUTAJ można przeczytać legendę o Zamku w Przezmarku.

P.S. niemal każdy Zamek piszę z dużej litery – raz, bo tak mi się podoba 😉 a dwa – z szacunku i sympatii dla Historii w Cegłach Zawartej)

Bursztynowe Konteksty w Wiadomym Zamku

Ależ żałuję, że nie wzięłam dzisiaj aparatu!

Dosłownie wypadłam z domu w pośpiechu, zbyt późno, by o czymkolwiek myśleć poza „zdążyć do Wiadomego Zamku” na spotkanie z grupą.

Najwidoczniej jednak większość Gdańszczan w irracjonalnym i ślepym szale zakupów świątecznych okupowała centra handlowe, bo droga była niemal pusta.

Jak zwykle więc (na dodatek jadąc na skróty) byłam znacznie wcześniej. Tak, że miałam jeszcze nieco czasu dla siebie, bo tradycyjnie przed każdym oprowadzaniem idę „przywitać się” z Zamkiem.

„Obleciałam” więc Mój Zamek szybciutko, zaglądając przy sposobności do Kaplicy Św. Anny, a potem poszłam na wystawę Bursztynowe Konteksty.

To niby nowa aranżacja „starej” wystawy. Ale właściwie to całkiem nowa wystawa.

Znana jestem z ogromnego krytycyzmu wobec realiów polskich. Również wobec wielu poczynań muzealnictwa polskiego. Dla przykładu – to, co zrobiono z galerią rzeźby gotyckiej w Gdańskim Muzeum Narodowym woła o pomstę do nieba…

Tutaj jednak stanęłam zachwycona. To naprawdę wystawa z “przytupem”.

Ale Muzeum Zamkowe w Malborku nie pierwszy raz udowodniło, że umie przygotowywać wystawy – wystarczy przypomnieć Imagines Potestatis – rewelacyjną wystawę „Insygnia i znaki władzy w Królestwie Polskim i Zakonie Niemieckim”, absolutnie nie zrozumianą i bardzo słabo nagłośnioną w Polsce, czy wystawę twórczości Johanna Carla Schultza

Ale do rzeczy – ciepły półmrok wnętrza, świetnie skierowane światła i delikatna muzyka, a nadto chronologia w historii Magicznych Łez Słońca (tak kiedyś nazwałam bursztyn i powiedzenie chwyciło, i teraz żyje własnym życiem) sprawia, że chce się tam spędzić znacznie więcej czasu niż zazwyczaj spędza się na wystawach. Ekrany dotykowe – znacznie pomagają w odbiorze wystawy. Wszystko razem – sprawia, że wystawa jest prawdziwym WYDARZENIEM.

Wśród eksponatów – oprócz absolutnie rewelacyjnej szkatuły Christopha Mauchera, znajduje się słynny kielich z kolekcji Hunterian Museum and Art Gallery w Glasgow. Kiedyś należał do dr Williama Huntera, twórcy tego najstarszego muzeum w Szkocji. Kielich został poddany konserwacji w pracowni Muzeum w Malborku. Jest piękny!

J. Dobbermann, Kielich dr W. Huntera, I poł. XVIII w., Hunterian Museum and Art Gallery, Glasgow, fot.B.iL.Okońscy (http://www.zamek.malbork.pl/index.php?p=wydarzenia&aid=47)

(NB – jestem zachwycona – jako, że  mam zamiar odwiedzić Hunterian Museum na początku przyszłego roku)

Tak więc, ktokolwiek planuje przyjazd do Gdańska – MALBORK (raptem 1,5 godziny jazdy samochodem na płd wschód lub godzina pociągiem) to ABSOLUTNA KONIECZNOŚĆ.

Nie tylko dlatego, że jest to Najpiękniejsza Największa Kupa Cegieł Na Świecie, ale także dlatego, że posiada najbogatszą i najbardziej interesującą (przynajmniej w Polsce) wystawę bursztynu. Ja bursztyn nazywam Magicznym Kamieniem Bałtyku…

P.S. Na deser – zupa z soczewicy – u Bogdana Gałązki – i pyszna kawa – niebo w gębie w wyśmienitym towarzystwie 🙂

Żuławskich zachodów ciąg dalszy …

I znowu Żuławy. Jako, że często wracam z nocnego w Wiadomym Zamku – to zdarza się, że trafiam na zachód słońca.

Na Żuławach słońce zachodzi tak, że oczu oderwać nie można (oczu i obiektywu aparatu !!). Zawsze wracam tą samą trasą, więc wiem skąd widać owo zachodzące słońce najlepiej, czasem trzeba poczekać, czasem trzeba jechać szybciej by zdążyć na ostatni błysk…

No i potem Rodzina dziwi się, że wracam rzemiennym dyszlem, i że doczekać się mnie w domu to tak, jak owego słowika z wiersza Juliana Tuwima pt. Spóźniony Słowik:

Płacze pani Słowikowa w gniazdku na akacji,
Bo pan Słowik przed dziewiątą miał być na kolacji,
Tak się godzin wyznaczonych pilnie zawsze trzyma,
A już jest po jedenastej — i Słowika nie ma!

Wszystko stygnie: zupka z muszek na wieczornej rosie,
Sześć komarów nadziewanych w konwaliowym sosie,
Motyl z rożna, przyprawiony gęstym cieniem z lasku,
A na deser — tort z wietrzyka w księżycowym blasku.

Może mu się co zdarzyło? może go napadli?
Szare piórka oskubali, srebry głosik skradli?
To przez zazdrość! To skowronek z bandą skowroniątek!
Piórka — głupstwo, bo odrosną, ale głos — majątek!

Nagle zjawia się pan Słowik, poświstuje, skacze…
Gdzieś ty latał? Gdzieś ty fruwał? Przecież ja tu płaczę!
A pan Słowik słodko ćwierka: „Wybacz, moje złoto,
Ale wieczór taki piękny, ze szedłem piechotą!”

Wklejam parę takich ostatków słonecznych żuławskich. I raz jeszcze powtarzam, że ktoś kto nie widzi piękna tej krainy, powinien iść do okulisty 🙂

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Oczy – epilog epilogu

Nie – nie dałam Duchowi w pysk, i nie poszłam 🙂

Przepraszam, ale to odpowiedź na krysiny komentarz do mojego nagłego zniknięcia z FB… Ot, nie samym netem człowiek żyje.

Ale wracam by zamieścić dwa zdjęcia. A właściwie jedno w dwóch wersjach.

Krysia „namazała” postaci na moim zdjęciu Kaplicy w tonacji szarości.

Zamieszczam oba, z przypomnieniem, że często na zdjęciach pojawiają się również białe „kropki” rozmazane i duże. Takie widziałam na zdjęciach z kręgów kamiennych (bodaj w Węsiorach), pokazywanych przez pewnego bioenergoterapeutę. Sama mam takie jedno – zrobione kiedyś tam w Wieliczce (obiektyw czyściutki, aparat sprawny). Że nie wspomnę o słynnym już zdjęciu Ducha z płn-zachodniego narożnika Zamku Średniego…

No i niestety nie miałam aparatu przy sobie na nocnym, kiedy wszyscy – to znaczy tak ja, jak i cała moja grupa – ujrzeliśmy piorun kulisty. Zanim jednak do nas doszło CO widzimy, zrobiło nam się wszystkim bardzo dziwnie…

I mimo racjonalnego wytłumaczenia – i tak wiemy swoje 🙂

Wszystko to jest oczywiście wytłumaczalne naukowo. I teoretycznie wszyscy wiemy, że NIE MA DUCHÓW. Tylko dlaczego wszyscy (choć nie każdy się do tego przyzna) trwożliwie oglądamy się za siebie w ciemnościach 🙂

Kiedyś spędziłam w Zamku parę ładnych godzin z pewnym Słynnym Fizykiem – który wszystko mi pięknie i naukowo wyjaśnił. Czyli wyłożył mi sprawę od przysłowiowego pieca, i przy sposobności dowiedziałam się, że my – ludzie – mamy oczy stereoskopowe… i tak dalej. Wszystko jest do znalezienia w necie, więc nie będę się wygłupiała z opisem. Wykład na temat tzw. aury i powidoków też przeżyłam i nawet kiwałam głową, tu akurat wiedząc, o czym pan mówi…

A potem… weszliśmy do Kaplicy Św. Anny.

Było późne letnie popołudnie, upalne i bardzo ciche. Nawet ptaki zamilkły, zmęczone gorącem falującym dokoła.

Kaplica przywitała nas półmrokiem i ciszą. Zamilkłam, bo w Kaplicy po prostu trzeba choć chwilę pomilczeć…

I nagle Słynny Fizyk podniósł palec wskazujący, nasłuchując ze zmarszczonymi brwiami. Ja też usłyszałam odgłosy, ale udawałam, że nie wiem, o co chodzi 🙂 w półmroku i tak nie widział wyrazu mojej twarzy… Ale dałabym głowę, że Chłopaki w tym momencie mieli równie jadowite i pełne satysfakcji uśmiechy na twarzach, co ja… Oczywiście, jeśli ktoś wierzy w duchy 🙂

Dodam, że te odgłosy w Kaplicy są zupełnie racjonalnie „wytłumaczalne”, ale my i tak wiemy swoje 🙂

Wiadomy Zamek – jesiennie

Nie ma drugiego takiego miejsca, które dawałoby mi tyle radości – ile daje Wiadomy Zamek.

Swoją drogą – upowszechniła się już ta nazwa, i wszyscy już wiedzą, CO to za miejsce, gdy mówię, czy piszę: Wiadomy Zamek.

Mało tego – określenie WIADOMY ZAMEK zaczyna już żyć własnym życiem 🙂

Bez względu na to, czy z grupą, czy tylko dla mnie, czy na szkoleniu czy na nocnym, Wiadomy Zamek za każdym razem wygląda inaczej. I za każdym razem prowokuje robienie zdjęć. Ile ich mam w swojej kolekcji, odkąd go sobie zdobyłam ??? Nie wiem. Nie liczyłam 🙂

Średniowieczna siedziba władzy… Duma i ideologia – władza duchowa i świecka nad maluczkimi.

Wciąż słychać echa dawnej świetności. Trzeba tylko umieć słuchać…

Mała Pętla Żuław Steblewskich

Właśnie zakończył się czas moich ulubionych wycieczek. To wycieczki na których moje uwielbienie dla Kraju Niskiego znajduje swoje ujście, bo sama układałam trasę. A wszystko zaczęło się, gdy Gosia H. z powodu natłoku zajęć w pracy nie mogła poprowadzić wycieczki w ramach programu Stowarzyszenia Żuławy Gdańskie. Ela Skirmuntt-Kufel zaproponowała mi prowadzenie za Gosię, a ponadto pozwoliła wybrać i opracować trasę, którą sama lubię.

No i wybrałam 🙂

Prowadzę te wycieczki od paru już lat i z niezmienną radością. Za każdym razem bowiem odnajduję coś nowego w miejscach już przecież tak dobrze znanych…

Za każdym razem też mamy inne światło, ale też  inne dzieci jadą. Jedne – jak te ze szkoły w Cedrach Wielkich – są STĄD i doskonale znają te tereny, więc z nimi to raczej była wyprawa „Towarzystwa Zgodnej Adoracji Żuław”… Inne jadą na Żuławy po raz pierwszy, więc moja rola polega na „zakochaniu” ich w tej niezwykłej przejrzystości krajobrazu (cytuję za prof. Bogną Lipińską).

Kiedy układałam program (a może raczej trasę) wyjazdu, zastanawiałam się jakiej chwili w historii się trzymać, jakimi i czyimi śladami podążyć. Zdecydowałam się na czasy państwa krzyżackiego. Zbyt mało wiadomo o tym czasie w historii i wciąż zbyt schematycznie i po sienkiewiczowsku się do tej spuścizny podchodzi…

Przy tym – te wyjazdy są niezwykle ważne dydaktycznie. Pokazują bowiem jak mało jest miejsc, w których dba się o zabytki przeszłości i jak niesłychanie trudna do zmiany jest mentalność tzw. decydentów.

I tu od razu rzuca się w oczy niesłychany kontrast. Jak choćby Grabiny Zameczek – jako szczyt bezmyślnej i niestety nie ukaranej dewastacji, i Krzywe Koło – jako wzór zadbanej wsi i serdecznego podejścia do miejsca zamieszkania…

Mam cichą nadzieję, że kiedy moi Wycieczkowicze dorosną i może staną się Decydentami, nie będą podejmowali takich szkodliwych decyzji (tu ciśnie się słowo absolutnie nieparlamentarne) jak ta, która spowodowała zawalenie się w końcu domu w Żuławkach, ani też nie zezwolą na poniewieranie nagrobków na przykościelnych terenach, tylko dlatego, że nie ma kto się o nie upomnieć… itd… itd… itd…

Wklejam parę zdjęć z części pierwszej Małej Pętli Żuław Steblewskich (powinnam napisać raczej – wariantu Małej Pętli …).